czwartek, 29 marca 2018

Ciotka Zgryzotka, czyli jak NIE PISAĆ powieści dla nastolatek


Jestem człowiekiem wielkiej wiary, zwłaszcza jeśli chodzi o autorów, których kiedyś naprawdę uwielbiałam. Będę złorzeczyć, rzucać książką, tak bardzo nie spełniającą moich oczekiwań, ale koniec końców i tak kupię następną. I będę tego żałować. Tak, tak, moi kochani, porozmawiamy sobie dzisiaj o Ciotce Zgryzotce Małgorzaty Musierowicz. Między innymi.

 
Musierowicz towarzyszyła moim latom licealnym, niezmiennie bawiąc i podnosząc na duchu. Bo skoro Cesia, mająca rumiane pycho i za grube łydki, miała swojego wielbiciela w postaci Jurka, to może i kiedyś na mnie ktoś spojrzy? Bo skoro nawet wśród problemów różnych i rozmaitych zawsze znajdują się mądrzy i ciepli ludzie, to przecież i ja na takich się natknę? Pierwsze tomy Jeżycjady nieodmiennie wprawiają mnie w dobry humor, a taką Szóstą klepkę znam już na pamięć. Naprawdę, kiedyś były to książki prawdziwie „miłe i ciepłe”, ale – co najważniejsze – mądre. Bawiąc, uczyły. To se ne vrati. Moja ukochana uśmiechnięta pani Małgosia zmieniła się w zgorzkniałą panią Małgorzatę, pragnącą za pośrednictwem swoich książek przedstawić katastrofalne wizje dotyczące ludzkości. Oczywiście, pomijając ludzkość spod znaku Borejków.

Część mojej książkowej kolekcji autografowej z czasów, kiedy pani Małgorzata nie pisała tylko
o "miłych i dzielnych" gabrysioklonach.

Najbardziej ujmowały mnie w Jeżycjadzie bohaterki – każda z nich stanowiła indywidualność, miała swój charakterek, różniły się od siebie i nie pochodziły li tylko z rodu Borejków. Tęsknię za Cesią i Julią, zwariowaną Anielą, mądrą Kreską, Geniusią, a nawet Gabrysią ubraną w suknię z zasłon. Za „kolorami ziemi, które ma się w nosie.” Za pisankami z Hitlerem. Za serwisem Nowakowskiego. Za Robin Chódem. Mrocznym Baltoną, w garniturku lepiącym pierogi na Wigilię. Tęsknię za wszystkimi sytuacjami, które choć niewesołe, prowadziły do pozytywnych wniosków, a już mistrzostwem w tym są dla mnie Opium w rosole i Dziecko piątku. Tęsknię wreszcie za Eksperymentalnymi Sygnałami Dobra, które staram się wysyłać przez całe życie, a o których kompletnie zapomniała już Musierowicz.

Strasznie mi żal tej kobiety. Gdzieś po drodze zgubiła swój optymizm i lekkie pióro, dar obserwowania rzeczywistości, zastępując to wszystko czarnowidztwem, wydawaniem opinii na podstawie ubioru lub wyglądu i potępianiem w czambuł wszystkiego, co nie jest związane z poezją i inteligencją – no chyba, że tym kimś jest Józef Pałys. Zapomniała, że udane życie jest powodem, by przejść do porządku dziennego nad tym, co nas kiedyś zabolało, zwłaszcza jeśli wydarzyło się to już dawno temu, a od tamtego czasu spotykają nas rzeczy raczej dobre. Zapomniała, że dzieci i młodzież patrzą na świat zupełnie inaczej i bliżej im do eksperymentowania z banknotami niż krytycznego nastawienia do sylwestrowych filmów z paniami wyposażonymi w pióra w odwłoku.

W efekcie dostajemy historie, w których główni bohaterowie są zaledwie pretekstem do przedstawienia dziejów ostatnich sprawiedliwych: cholernych Borejkozaurów, stworów pradawnych i archaicznych, nastawionych do bliźnich wyjątkowo… potwornie. Gorzej, oni się mnożą – pączkują chyba albo klonują, bo nie mogę znaleźć innego wyjaśnienia na ten borejczy klan, poza tym, że tworzą go Reptilianie.


Nie, na ilustracji nie znajdują się Pulpecja i Ida, a ich córki - Ania i Łucja. Oczywiście cholernie przemądrzała Łusia musi być otoczona książkami, a córka Pulpy musi malować sobie paznokcie, to przecież oczywiste. 

Miałam złudzenia co do Ciotki Zgryzotki, bo przeczytałam jedną z recenzji, mówiącą, że nie jest tak bardzo źle. Wysoce cenię sobie autorkę rzeczonej recenzji i stwierdziłam Zaryzykuję!, choć z każdej strony internetu dochodziły mnie słuchy, że jest bardzo źle. Tak, po fragmentach zamieszczanych na Facebooku można było się tego spodziewać, ale jeszcze łudziłam się, że są może wyrwane z kontekstu. No nie, nie były. Naprawdę, jestem człowiekiem zbyt wielkiej wiary.

Bohaterką tego tomu jest bowiem córka Patrycji, Nora Górska (taaaaak, ale Kopiec Esmeralda to śmieszne nazwisko, w sam raz dla plebsu) i chociaż to mogło dać nam nadzieję, że będzie lepiej – w końcu Pulpa zdołała się oderwać od klanu, choć nie na długo. Licealistka, indywidualistka, w dodatku otwierająca powieść wylegując się, więc można mieć jeszcze nadzieję… próżną, dodajmy. Już wkrótce na scenę wkracza przeklęta Ida Pałys, Rudy Kościotrup, którego szczerze nienawidzę od czasu McDusi. Dlaczego? Ponieważ w jej usta pani MM wkłada słowa, jakie w żaden sposób nie powinny się znaleźć w książce dla młodych dziewczyn (ale z drugiej strony kogo ja oszukuję? Jeżycjady na pewno nie czytają już młode dziewczyny, bo nic tam dla siebie nie znajdą) – nadmierną krytykę jedzenia innego niż suchy chlebek chrupki, nabiał czy warzywa. Jeśli jesz chipsy, jesteś spasioną konsumpcjonistką! Oczywiście, Rudy Kościotrup jak zwykle wygłasza mowę przypominającą naszej bohaterce, że jest za gruba, a potem… Nie, musicie to sami przeczytać, bo ja nie dam rady tego streścić…

„A zumba to jest co? Ach, prawda. Nowa zbiorowa iluzja. A zawsze mówię, uważajcie, co jecie! To nie, nikt mnie nie słucha. Kobiety najpierw opychają się chałwą, zagryzają tłustą kiełbasą, zapijają likierem, a dopiero potem myślą. W efekcie muszą sporo zapłacić, żeby wolno im było się publicznie rozebrać, wymachiwać rękami i trząść tym wszystkim na komendę, skacząc w takt ogłuszającej…”

Czy jest Wam właśnie równie niedobrze jak mnie? Jestem gruba, wiem o tym, niemniej na myśl o piciu likieru i wcinaniu chałwy żołądek podchodzi mi do gardła. Pływam, chodzę na aqua aerobic… I stresuję się jak jasna cholera, jak będą się na mnie ludzie patrzeć. Bo to przecież takie dziwo, gruba baba w kostiumie kąpielowym, normalnie wieloryb, należy takiego ratować, co by nie zdechł na brzegu. Słyszałam takie historie, zawsze jednak traktując je jako legendę miejską. No ale chyba nie jest to legenda miejska, skoro takie cudeńka można przeczytać w książce popularnej autorki, piszącej „miłe” powieści dla dziewcząt. Ja mam prawie czterdzieści lat, a i tak boli. Nie chcę wiedzieć, co pomyślałaby czytająca te słowa nastolatka…

Co gorsza, wszyscy tę manię Idusi traktują jako nieszkodliwe dziwactwo, ot, taka kobitka, co to powie słowa prawdy prosto w oczy, szczera prostolinijna. No w końcu jest z Borejków, nie? Tam chamstwo członków klanu jest uznawane za szczerość i odwagę…

To jeszcze w kwestii tuszy - postaci przy kości są obrzydliwe, fałszywe i nie kochają poezji, chyba że pochodzą z Borejków, jak Patrycja. Na obrazku widzimy przeuroczą panią z dołeczkami, co niekoniecznie pasuje do wizji roztaczanej przez MM, jako to z latami Pulpa zmieniała tylko pogodnie rozmiary... Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Patrycję i zawsze zastanawiam się, jak ona znajduje czas na pieczenie i gotowanie, posiadając gospodarstwo ze stadniną itp., ale niekonsekwencja kłuje tu wręcz w oczy...

No dobrze, ale co z Norą, zapytacie, w końcu to główna bohaterka. Zasadniczo niewiele. Siedzi u Idusi, odjeżdża od Idusi, spotyka kolegów ze szkoły, a ponieważ to Jeżycjada, można spodziewać się, że w jednym z nich się zakocha. I nie, nie ma między nimi specjalnie skomplikowanych interakcji ani żadnych elementów wskazujących na to, że będą parą – poza imperatywem narracyjnym. Bo przecież porządna dziewczyna w świecie Borejków powinna wyjść za mąż i rodzić dzieci, przecież nie ma nic innego godnego uwagi na tym bożym świecie. I niestety, dostajemy tego przerażające potwierdzenie pod koniec książki, gdy na świat przychodzi kolejne dzieciątko – pokażcie mi nastolatkę, która na widok niemowlaka powie, że to „nawiązanie bezpośredniej miłości z Bogiem.” Co za kompletna bzdura, oderwana od życia?

Specjalnie dla Was Nora - wyjątkowo paskudna ilustracja, ale to akurat nic nowego.

Niestety, niejedna. Jak wspominałam, Nora to zaledwie pretekst do opisywania ciągu dalszego sagi rodu Borejków, tak więc dowiadujemy się właściwie, co u wszystkich. Chwalić bogów, że wieści te docierają do nas za pośrednictwem e-maili wymienianych przez cztery siostry, bo w ten sposób mogę przełknąć ten koszmarny język, którymi się posługują. W skrócie: Józek żeni się z Dorotką, Ignacy Grzegorz wraz z Agnieszką spodziewają się dziecka, a biedna Róża musi przyjechać z dziećmi do Poznania, bo zły Fryderyk wyjechał do Stanów. No dobrze, jak MM nie umie już pisać o codziennych sprawach, to niech się koncentruje na wydarzeniach przełomowych… tylko że nie.

Zacznijmy od tego nieszczęsnego Fryderyka. Sposób, w jaki potraktowano go od samego początku epopei ciążowo-różowej prosił o pomstę do nieba, a tutaj nie jest dużo lepiej. Oczywiście jak zwykle zapoznamy się jedynie z punktem widzenia Mafii, tfu, rodziny borejczej, więc Schoppe odsądzany jest od czci i wiary, zarzuca mu się porzucenie Różyczki z dziećmi… Znając Różyczkę, sama oznajmiła mu spod dzielnej grzywki (jak Gabusia), iż ona sobie da z dziećmi radę, a że Fryderyk zna ten swój niewieści bluszcz, zasugerował, by jednak pojechała do Poznania, bo sama sobie nie poradzi. Nie ma szans. Jestem bardzo ciekawa, jak to zostanie rozwiązane w kolejnych tomach, bo mnie tutaj dosyć wyraźnie zapachniało Pyziakiem i myślę, że dostaniemy powtórkę z rozrywki.

Ślub Józka i Doroty… Pamiętacie Gabunię przychodzącą do Laury na sześć dni przed jej ślubem i strzelającą focha, że córka już ogarnęła wesele bez pomocy mamuni? Tu mamy prawie że powtórkę z rozrywki. Babcie Dorotki zamierzają ogarnąć wesele własnymi siłami – ta kobitka piecze pasztety, ta chleby… no iluż tych gości w końcu może przyjść? No jak się okazuje… całkiem sporo. I nagle mamy problem, który oczywiście rozwikła w kilka dni superman – mama Dorotki, świeżo przybyła z Norwegii, doskonale orientująca się w okolicy, cenach i tym podobnych komplikacjach. A dlaczego gości zaproszono całkiem sporo? Ponieważ na uczcie weselnej pojawiają się krewni i przyjaciele Borejków, kompletnie nie mający nic wspólnego z parą młodą – Żeromscy, Hajdukowie (dobra, Jerzy przyjaźni się z Grzesiem, ale to nie syn Grzesia się żeni), Maciek i Kreska, Aurelia Bittner i – uwaga – Bebe!!! Jestem absolutnie przekonana, że wszystkie te osoby zostały wymienione tylko po to, by krytyczni czytelnicy zamknęli wreszcie paszcze na temat nieobecności dawnych znajomych. Chcieliście, to macie! Skumbrie w tomacie! Niestety, Elki nadal nie stwierdzono, MM najwyraźniej dawno już zapomniała, że to także członek rodziny Świętej Gabrieli Jeżyckiej.

Ja się nie chcę czepiać, ale na tej ilustracji to Agnieszka wygląda na nastolatkę i przekartkowując książkę tak się można zacząć zastanawiać - a nuż tym razem będzie o młodzieży z problemami?

Ciąża Agnieszki przyprawia mnie naprawdę o solidny facepalm. Dziewczę radośnie bowiem nie chodzi do lekarza, jako że były jakieś komplikacje i czuła się źle, kiedy straszyli ją możliwymi powikłaniami. Rozumiecie? Gdzie jest cholerny Ignacy Grzegorz? Gdzie jest cholerna rodzinka? Święta Gabriela Pyziakiem Umęczona? Ach, przepraszam, ona nie chce być wredną teściową i się wtrącać… A rozmowę ze swoim synem Grzegorz Małżonek przeprowadza niemalże pod sam koniec ciąży… Dziecko oczywiście rodzi się przez cesarkę, bo problemy były, ale wszystko oczywiście jest ok, dzieciątko dyszka, mamusia też kwitnąca, kto by się przejmował brakiem kontroli lekarskiej? Woła to tak bardzo o pomstę do niebios, że jedynie fakt, iż znajdowałam się w pociągu, uratował książkę od pirzgnięcia w ścianę. Ale jest lepiej, poczekajcie. Agnieszka i Ignacy Grzegorz przywożą dziecko do Patrycji, gdzie teraz znajduje się niewzruszone centrum wszechświata (Poznań stał się wcieleniem zła, tylko wieś spokojna i wesoła może nas zbawić – to tak na wypadek, gdybyście nie wiedzieli), mieszkają i dziadki borejcze, i Gabriela z Małżonkiem się sprowadza (bo Florian wybudował pawilonik całoroczny, rozumiecie). Wszystkie kobiety na widok dziecięcia dostają małpiego rozumu (dzieje się to nawet z paskudną feministką matką Agnieszki) i padają słowa, od których znowu mi się coś poprzewracało.

„To takie proste. Wychowuj ją tak, jak malujesz. (…) Intuicja ci podpowie. Wyłącz strach, włącz miłość.”

Drogie panie z depresją poporodową, jeśli nie potraficie pokochać swojego dziecka, to go nie kochacie. Li i jedynie. Zamilknę w kwestii intuicji, bo sama dziecka nie posiadam, ale wydaje mi się, że od zbyt wielu koleżanek słyszałam, że muszą się kogoś poradzić w wielu kwestiach – choćby tych najprostszych, przy pierwszym dziecku. Nie bez powodu pielęgniarka przychodzi pokazać rodzicom np. jak kąpać maleństwo. Ale nie w świecie MM. Nie potrafisz zająć się dzieckiem intuicyjnie – jesteś złą matką. Idealna rzecz do napisania w książce dla dziewcząt.

Wiecie, co jest najgorsze? Że ja naprawdę chciałam, żeby ta książka okazała się dobra! Tymczasem ani treść, ani ilustracje nie nadają się do czegokolwiek. Żal mi potwornie, zwłaszcza że na odtrutkę przeczytałam sobie Noelkę – MM naprawdę kiedyś umiała pisać! I to jak! A teraz… a teraz są to Cierpienia starej Małgorzaty, nieudolnie udające powieść młodzieżową.

Małgorzata Musierowicz, Ciotka Zgryzotka, Akapit Press, Łódź 2018.

czwartek, 22 marca 2018

Bazyliszek w Warszawie i inne pomysły


Jak pewnie wiecie, jestem przewodnikiem warszawskim i Warszawa to mój taki kolejny mały świr. Niewiele osób tak naprawdę rozumie zachwyt tym miastem, a przecież ma ono całe mnóstwo pięknych i unikalnych zakątków, które przetrwały walki II wojny światowej. Każdy z nich posiada swój niecodzienny klimat czy legendy – i nie mówię tu tylko o najbardziej turystycznie eksploatowanym Starym Mieście! Nic zatem dziwnego, że kiedy tylko mam okazję połączyć moje trzy pasje – fantastykę, książki i Warszawę – jestem szczęśliwa jak przysłowiowa świnka w deszczu. A wbrew pozorom, takiej lektury nie brakuje – zaczynając chociażby od Dziecka ciemności, na Dziewczynie z dzielnicy cudów kończąc.

Tym razem wybór mój padł na zbiór opowiadań Adama Podlewskiego, Wars i Sawa, poświęcony przygodom bardzo niestandardowych detektywów, świadczących usługi mocno paranormalne, Agnieszki i Zygmunta wraz z przyległościami.

Czy są takie dni, kiedy nie masz ochoty użerać się z praktykującym okultyzm sąsiadem? Masz dość duchów, hałasujących w piwnicy bloku lub magicznej klątwy martwego akumulatora na osiedlowym parkingu? Masz kłopot z żywiołakiem ziemi w metrze? Żona cię zdradza i czci pogańskie demony? A może twój sklep osiedlowy jest nawiedzony? Pomożemy, tanio i dyskretnie.

Nie da się ukryć, że po przeczytaniu takiej notki na okładce spodziewamy się treści mocno niesamowitych! I dostajemy, bo pomysły są naprawdę fenomenalne. Co powiecie na bazyliszka, którego wzrok przefiltrowany przez elektroniczny kanał komunikacji sprawi, że poczujecie się jak na ostrym haju? Niejednego zaskoczy również eremita w nadwiślańskich krzakach, w „poprzednim życiu” będący korpoludkiem, a obecnie walczący z pogańskim barachłem, rozpleniającym się na łasze rzecznej. Najbardziej jednak rozbawił mnie mhroczny plan wskrzeszenia III Rzeszy hrabiego Essen Und Trinken przy pomocy odpowiednio zmodyfikowanych krasnali ogrodowych… I nie zapominajmy tutaj również o ostatnich chwilach smoka Friednira!


Niestety, pomysłom zdecydowanie nie dorównuje wykonanie. Postaci są raczej lekko zarysowane, bo po przeczytaniu książki mogę je określić zaledwie kilkoma słowami, więcej po prostu czytelnikowi nie zostaje. Oczywiście Agnieszka jest studentką prawa, to zostało powtórzone chyba w każdym opowiadaniu, a na dodatek Czującą, czyli osobą wrażliwą na Nienazwane. Koncepcja sama w sobie ciekawa, bo świetnie czyta się o takich niezwykłych bohaterach, jeśli tylko nie są przesadzone – idealnym tego przykładem są dla mnie dwa pierwsze tomy Kuzynek Pilipiuka. No niestety, Agnieszka jest przesadzona. Nie sprecyzowano jej możliwości, w związku z czym interweniuje niemal w każdej paranormalnej sytuacji i w pewnym momencie zaczyna to być już po prostu męczące. O jej partnerze, Zygmuncie, mogę powiedzieć raptem trzy rzeczy – jest kompletną pierdołą, nadal wzdycha do swojej byłej dziewczyny, a na końcu książki wiąże się z nieśmiertelną egipską księżniczką. W sumie niewiele jak na jedną z dwóch pierwszoplanowych postaci tomu liczącego sobie ponad 300 stron. Dużo lepiej nakreślono wspomnianą egipską księżniczkę czy paranormalnego Chucka Norrisa a.k.a. Jurka „Smoka” Wawelskiego, który szczerze mnie bawi swoim prostym podejściem do życia – należy wszystko po prostu rozpirzyć w strzępy. Choć w przypadku tego drugiego co za dużo, to niezdrowo.

Męczyłam się jednak z tą książką również z innych powodów. Rozkręca się bardzo wolno, jeśli można tak powiedzieć o zbiorze opowiadań. Olbrzymią wadą pierwszych tekstów jest ich, nazwijmy to, skrótowość: zarysowanie akcji, początek akcji, szybki finał i właściwie nie do końca wiadomo, co się właściwie stało. Troszeczkę tak, jakby autor po prostu miał sam pomysł na temat przewodni opowiadania, gorzej z tym, jak przeprowadzić wszystko od początku do końca. Dopiero od połowy wszystko zaczyna mieć mniej więcej ręce i nogi, choć wtedy z kolei wszystko zaczyna mi przypominać Pilipiuka (zwłaszcza to włamanie do Muzeum Narodowego i przypadkowa naparzanka z bandziorami) – a przecież nie musiałoby, bo Podlewskiemu wyobraźni naprawdę nie brakuje.

Olbrzymim mankamentem Warsa i Sawy jest również korekta, a raczej jej brak. W stopce wprawdzie widnieje osoba za to odpowiedzialna, natomiast błędy się pojawiają i to takie, które zaznaczy każda wersja Worda. Mało tego, są i zdania ewidentnie niedokończone i to świadczy już po prostu o niechlujstwie. Nie wiem również, dlaczego ktoś uparł się przy używaniu słowa „detektywka”, bo jest ono wyjątkowo nieudane, przywodzące na myśl raczej czapkę niż kobietę-detektywa. Tak, to jedno z tych słów. Poniżej znajdziecie zresztą kilku moich faworytów i zrozumiecie, dlaczego w pewnych momentach naprawdę miałam ochotę rzucić tą książką o ścianę.






A przecież wcale nie musiałoby być źle. Pomysły są naprawdę wyborne i aż chciałoby się ich więcej, tylko że… podanych w odpowiedni sposób, rozbudowany, a nie tylko zarysowany. Osobiście odradzam też nagłą zmianę narracji z trzecioosobowej na pierwszoosobową, zwłaszcza jeśli bohater snujący opowieść nie pojawiał się specjalnie często w tekście. Takie niedopracowanie po prostu męczy, a wielka szkoda, bo historia agencji Agnieszki i Zygmunta mogłaby być naprawdę ciekawa od pierwszej strony i naprawdę nie trzeba do tego wielotomowej powieści, bo fantastycznie czyta się chociażby krótki bonus track, gdzie wszystko zamyka się na kilku stronach. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowanego w części książki potencjału.

Adam Podlewski, Wars i Sawa, wyd. Fantom, Warszawa 2017.

sobota, 10 marca 2018

Lekturki lutowe


Luty minął mi zdecydowanie lepiej pod względem czytelniczym, ale nadal nie jest to „nałogowy ciąg”, któremu czasami ulegam. Netflix wpływa na mnie, niestety, bardzo źle – siedzę i oglądam zamiast czytać. Dodatkowo, nie wpisuję tutaj odświeżenia jednego z najbardziej ukochanych cykli mojego dzieciństwa – Ani z Zielonego Wzgórza. Bogini moja, jak to się cudownie czyta! Nadal, po tych wszystkich latach! Tyle, że zmienił mi się środek ciężkości, ukochaną częścią stał się obecnie Wymarzony dom Ani. Teraz dopiero, jako osoba dorosła, mogę docenić wiele smaczków ukrytych między wierszami powieści, jakby nie było, dla dziewcząt. Jeśli lubiliście Anię w dzieciństwie, naprawdę warto do niej teraz wrócić i skonfrontować wrażenia wtedy i obecnie.

A co poza tym przewinęło mi się przez łapki?

Damy polskiego imperium. Kobiety, które zbudowały mocarstwo – Kamil Janicki

Uwielbiam historię, dzięki pierwszej nauczycielce z podstawówki jest dla mnie po prostu cudowną opowieścią, w której wszystko pięknie wynika jedno z drugiego, a niektóre wątki po prostu zapierają dech w piersiach. Nie wiem, jak Wy, ale mam też swoje ulubione postaci historyczne, a jedną z nich jest Jadwiga Andegaweńska – taki skutek wielokrotnej lektury ukochanej powieści dla młodzieży Jadwiga i Jagienka, poświęconej młodej królowej. Także i w pozycji Kamila Janickiego możemy poczytać o losach jej oraz dwóch innych wielkich kobiet walczących o utrzymanie swojej pozycji i nierzadko państwa w tym okresie – Jadwigi Kaliskiej oraz Elżbiety Łokietkówny. Autor snuje swoją opowieść naprawdę zajmująco, jest ona również okraszona ilustracjami z różnych epok, z niektórymi zresztą zetknęłam się po raz pierwszy. Jeśli lubicie historię, gorąco polecam! Jeśli nie, warto i tak spróbować, czyta się jak wciągającą sagę rodzinną.

Pierwszy śnieg - Jo Nesbø 
Przyznam szczerze, że to moje pierwsze zetknięcie się z powieściami tego autora, jakoś od pewnego czasu nie podchodzą mi kryminały skandynawskie, zwłaszcza te, gdzie co drugi rozdział pisany jest z punktu widzenia niezrozumianego przez świat i skrzywdzonego w dzieciństwie mordercy. Tradycjonalistka ze mnie. Książkę kupiłam sobie po prostu do pociągu i przyznam, że jako lektura podróżna sprawdziła się świetnie. Historyjka z założenia dosyć banalna - komisarz Harry Hole prowadzi śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, którego ofiarami są zamężne kobiety. Autor podrzuca kilka mylnych tropów i choć w pewnym momencie udało mi się trafnie wytypować zbrodniarza, nie zepsuło mi to dalszej lektury, a to nie zdarza się tak bardzo często. Zdecydowanie sięgnę po jeszcze coś tego autora.

From a Drood to a Kill – Simon R. Green
Absolutnie polecam wszystko, co wyszło spod ręki tego autora, bo za cokolwiek by się nie zabrał, wychodzi znakomicie. Miał wprawdzie pecha do polskich tłumaczeń, a może raczej do promocji w Fabryce Słów, bo ani seria o Nightside, ani Secret History nie są już w Polsce wydawane, ale jeśli władacie językiem Szekspira, łapcie cokolwiek, co znajdziecie. From a Drood to a Kill to dziewiąta część cyklu poświęcona potajemnie sprawującej kontrolę nad bezpieczeństwem świata rodzinie Droodów, a konkretnie jednemu jej przedstawicielowi – Eddiemu, znanemu również pod pseudonimem Shaman Bond. Tak, Green lekko nabija się z filmów bondowskich, wielokrotnie do nich nawiązuje, chociażby arsenałem naszego bohatera. Przygody Eddiego i jego ukochanej Molly zawsze zapierają dech w piersiach, choć ten tom wydaje się bardziej kameralny niż poprzednie, a już na pewno bardziej sentymentalny, bo nawet przedstawiciele rodziny Droodów nie są nieśmiertelni.

Pierścień Bolesława – Zbigniew Wojtyś
Są rzeczy, których nie należy dotykać pod żadnym pozorem i, niestety, należy do nich właśnie ta pozycja (podobno zresztą drugi tom przygód głównego bohatera). Muszę tutaj oddać przyjaciołom, od których książkę pożyczyłam, ostrzegali mnie, acz nie sądziłam, że będzie aż tak źle. Poza tym, ja lubię złe filmy i złe książki, które są tak złe, że aż dobre. Nie ta. Na bogów, nie ta! Nasz bohater zostaje uwikłany w niecodzienny spisek, mający na celu odkrycie przez niego prawdy o wykreślonym z kart historii władcy Polski, Bolesławie, tylko chciałoby się zapytać – dlaczego on? Widać ewidentnie, że Wojtyś chciał z siebie zrobić polskiego Dana Browna, ale Langdon to przynajmniej ma odpowiednie wykształcenie – Alexander Casey (tak, ojciec Irlandczyk, bo Jan Nowak byłby zbyt plebejski dla autora) to taki wolny strzelec – dziennikarz z Bożej łaski, nieudacznik życiowy, autor bloga. W intrydze prowadzony jest jak po sznurku, w konia robią go nawet dzieci, nie wspominając już o rudej piękności, oczywiście marzącej o wskoczeniu mu do łóżka. Czytelnik czyni fejspalm za fejspalmem, choć zdarzają się i zabawne momenty – ot choćby wykład o założeniu królestwa polskiego przez Normanów, gdzieś tam jeszcze pojawiają się okultyści nazistowscy oraz – oczywiście – słowiańscy neopoganie. Bardzo złe. Czytać jedynie w razie pozostania na weekend z jedną pozycją, choć, na bogów, nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, by była to ta właśnie książka.

Historia Ziemi i dryf kontynentów - Tjeerd H. van Andel
Ciąg dalszy styczniowej obsesji. Świetnie napisany podręcznik, który w dodatku nie zakłada pewnej podstawowej wiedzy u czytelnika, a tłumaczy wszystko jak krowie na miedzy. Choć posiadam jakieś wiadomości w temacie, tak jednak kilka zjawisk udało mi się porządnie pojąć dopiero za sprawą tej pozycji. Oczywiście, książka wydana jakiś czas temu, więc ciężko o kolorowe ilustracje, pewnie niekoniecznie przyciągnie zatem obecnych studentów, ale jak dla mnie absolutne mistrzostwo.




Trup na plaży – Aneta Jadowska
Recenzję znajdziecie tutaj.


piątek, 2 marca 2018

Na plus czy na minus?


Olgę Gromyko znam z absolutnie uroczego cyklu o wiedźmie Wolsze Rednej, nie dane mi jeszcze było nadrobić więcej książek jej autorstwa, choć na polskim rynku trochę się już ich ukazało. Wiem jedno – poczucie humoru jest „moje”, po Plus/Minus sięgnęłam zatem raczej zaledwie z minimalnym wahaniem – wszak drugi autor, Andriej Ułanow, to niewiadoma. Przynajmniej dla mnie, nie czytuję raczej fantastyki militarnej, nie moja bajka.

Problemem przy współpisaniu czasami bywa pogodzenie odmiennych koncepcji całości czy pomysłów na wyjście z pewnych sytuacji. Tutaj zostało to rozwiązane pomysłowo i sensownie – każdy autor „pisze” swoją postać. W efekcie tego zabiegu dostajemy dwójkę różnych zarówno charakterologicznie, jak i stylistycznie bohaterów, Elenę Wiktorowną i Saszę Toplakowa. Elena (zwana też Lenoczką) jest inspektorem Urzędu ds. Ochrony Pomrok, Sasza… byłym żołnierzem z PTSD oraz kuzynem przełożonego Eleny. Już wiecie, jak to będzie wyglądało? Dokładnie! Sasza zostaje przydzielony Lenoczce na staż i rozpętuje się piekło, do którego wydatnie przyczynia się pewien granat ręczny, ostateczny argument w ręku Toplakowa.


Dynamika między naszymi bohaterami jest całkiem przyzwoita, choć, niestety, widać w pewnym momencie, do czego wszystko między nimi zmierza. Sama akcja… no cóż, na pewno nie należy do specjalnie odkrywczych – ot, trzeba rozwikłać zagadkę kryminalną: ktoś nas prześladuje, ktoś strzela, odrzucony chłopak pęta się w pobliżu, do akcji wkraczają też rodowe precjoza… A to zamkną nam urząd i czujemy na plecach oddech wszechobecnych koneksji, a to ktoś usiłuje nas wrobić w morderstwo (trudno nie, jeśli zachowało się jak kretyn i dziw, że do boju od razu nie wkroczyli antyterroryści). Czytając miałam trochę wrażenie, że erpegowcy nie pojawili się zaledwie w treści powieści, wszystkie zwroty akcji i rozwiązania przypominały mi nieco sesje w wykonaniu mojej nieco patologicznej drużyny. Nawet jeśli pisze się kryminał/powieść akcji w klimacie urban fantasy, warto zwrócić uwagę, żeby akcja była w jakikolwiek sposób prawdopodobna. Wiem, że ciężko o to w momencie, kiedy mamy do czynienia z magami, syrenkami i innymi cholerami (przepraszam, pomrokami), ale na pewno przyjemniej z takimi rozwiązaniami się zetknąć. W dodatku happy end czasami naprawdę nie jest do niczego potrzebny, a sprawia tylko wrażenie dopisanego na siłę.

Żeby jednak nie było, że książka jest taka sobie… Gromyko absolutnie nie zawodzi, jeśli chodzi o „smaczki” świata. Pomroki są zróżnicowane, ich korzeni należy szukać w mitologii słowiańskiej, a moim absolutnym faworytem stał się skrzat domowy imieniem Fiodor, zmieniający się w potrzebie a to w wielkiego karka, a to w kotka… i fantastycznie prowadzący gospodarstwo domowe (poproszę o namiary albo na Fiodora, albo na Krakersa!). Humor też wybitnie mi pasuje (tak, dlatego gram z patologiczną drużyną) – chętnym polecam zwłaszcza negocjacje z leszym! Uśmiałam się solidnie. Szkoda tylko trochę, że te najśmieszniejsze momenty były chyba nie do końca zamierzone…

Książkę wydano bardzo przyzwoicie. Drażni mnie tylko ta koszmarna maniera ozdabiania stron i wielkich marginesów – owszem, wygląda to ładnie, ale można byłoby tomiszcze zdecydowanie odchudzić. A czy poleciłabym je z ręką na sercu? Tak, jeśli szukacie czytadła – ot, rozrywkowo i nic więcej. Nie sądzę, bym kiedykolwiek wróciła do przygód Eleny i Saszy, chyba że pojawi się drugi tom, a ja będę miała parę groszy na zbyciu. Chyba pójdę do biblioteki po Kroniki belorskie, bo wolałabym poczytać naprawdę dobre dzieło Gromyko.

Olga Gromyko, Andriej Ułanow, Plus/Minus, tłum. M. Makarevskaya, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2017.