poniedziałek, 15 marca 2021

Młodość Maryli Cuthbert

Nie wiem, jak to wygląda obecnie, ale „za moich czasów” seria o Ani Shirley była bardzo popularna. Sama z książkami Lucy Maud Montgomery zapoznałam się dosyć wcześnie, zdaje się, iż w domu leżało jeszcze przedwojenne wydanie Ani na uniwersytecie (z zapisem jot, czyli np. djabła). Anie stały się pozycjami, do których wracam dosyć regularnie, za każdym razem odkrywając nowe szczegóły, umykające mi, kiedy miałam zdecydowanie mniej lat i życiowego doświadczenia. I tak zmieniały się moje ulubione tomy, a moim ostatnim odkryciem jest Wymarzony dom Ani, przedtem wydający się taki cukierkowy i nudny.

Co ciekawe, nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad przeszłością bohaterów pojawiających się w cyklu. Byli na tyle dobrze napisani, że nie potrzebowałam wiedzy o ich przeszłości, wiedzy, skąd wzięły się takie a nie inne zachowania czy sytuacje – po prostu stanowiły część opowieści, przyjmowaną jako wartość stała. Jednak jeśli istnieje możliwość dopisania prequeli i sequeli, współcześni autorzy to chętnie wykorzystują, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. W przypadku Maryli z Zielonego Wzgórza autorka, Sarah McCoy, postanowiła przyjrzeć się przeszłości naszej surowej panny Cuthbert. Jak wspomina w posłowiu, natchnęły ją do tego słowa z pierwszej części cyklu: „Jaki przystojny chłopak się z niego zrobił – powiedziała w zamyśleniu Maryla. (…) – Jest niezwykle podobny do swojego ojca, gdy tamten był w jego wieku. Jan Blythe był miłym chłopakiem. Stanowiliśmy parę dobrych przyjaciół. Ludzie mówili, że to mój narzeczony.” McCoy postanowiła zatem opowiedzieć historię Maryli, Mateusza, ich rodziców i wreszcie Jana Blythe’a oraz pozostałych mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda.


Marylę poznajemy jako młodą dziewczynę, oczekującą wraz z matką na przybycie ciotki, Izzy, na co dzień mieszkającej w St. Catharinas, mieście na pograniczu Kanady i Stanów Zjednoczonych. Klara Cuthbert oczekuje kolejnego dziecka, pragnie mieć zatem przy sobie najbliższą krewną. Izzy pojawia się, wprowadza normalne w takiej sytuacji zamieszanie i powoli uczy młodą Marylę i Mateusza różnych rzeczy, których nie usłyszeliby od swoich rodziców. Na scenie pojawia się również przyjaciel Mateusza, wspomniany Jan Blythe, od tamtego czasu nierozerwalnie towarzyszący Maryli. Przyglądamy się ich zalotom, poznajemy kulisy przyjaźni Maryli z panią Małgorzatą Linde, pierwszą miłość Mateusza, stajemy się świadkami wielkiej tragedii rodziny Cuthbertów, a przy okazji ocieramy się o sprawy polityczne, będące dla wielu kompletną nowością, bo w końcu jak często człowiek ma okazję zapoznać się z historią Kanady, nie będąc specjalistą w tym temacie. Powieść jest „miła”, troszkę w stylu Montgomery, nie uwspółcześniana również na siłę, co przecież tak bardzo zaszkodziło serialowi Anne with an E jako adaptacji serii. Samo zakończenie jest bardzo ładne i przywołuje szczery uśmiech na twarzy.

Problem zaczyna się jednak, gdy przestaniemy traktować Marylę jako owo nieoczekiwane uzupełnienie książek o Ani. Jako powieść samodzielna ta pozycja się kompletnie nie broni, ot taki epizod z życia na prowincji. Teoretycznie mamy pewną klamrę narracyjną, teoretycznie przewija się tutaj jakiś wątek główny, ale praktycznie brakuje jakiegoś bardzo wyraźnego motywu spajającego książkę. Absolutnie nie nadaje się do tego opowieść o Janie i Maryli, bo też jest ona tak niesamowicie rozmyta i niewiarygodna. Przyczyna rozłamu ich przyjaźni, ich związku, kompletnie do mnie nie przemawia, wydaje się wymyślona na siłę, tylko dlatego, by Maryla pozostała starą panną. Także wątek Kolei Podziemnej, organizacji pomagającej zbiegłym niewolnikom, został wrzucony do książki kompletnie na siłę. Z całym szacunkiem dla Maryli, takie wydarzenia wpłynęłyby na nią bardzo mocno, zmieniając nieco ciasny punkt widzenia, jakim cechuje się w serii panna Cuthbert.

Co więcej, Maryla z powieści Sarah McCoy i Maryla z cyklu Montgomery to kompletnie różne osoby i nie wynika to zaledwie z różnicy wieku naszej bohaterki. Młoda Maryla to istna Ania, no, może z nieco bardziej rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności i gospodarności: buja z głową w obłokach, czytuje nowele, stroje też są ważną częścią jej życia. Małgorzata Linde, owa przyziemna złośliwa Małgorzata stanowi wcielenie Diany Barry, łącznie z jej miłością do słodyczy. Nie widzę najmniejszej możliwości, by dwadzieścia/trzydzieści lat później właśnie Małgorzata rzucała tak nieprzyjemne opinie prosto w twarz – to są kompletnie inaczej skonstruowane postaci. Jeden Mateusz pozostaje bez zmian, ale też czego oczekiwać od ruchomej niemej dekoracji, ćmiącej fajkę, by oszczędzić autorce konieczności wymyślenia krótkiego i celnego zdania, w których specjalizował się Mateusz.

Maryla z Zielonego Wzgórza to po prostu czytadełko, mogące wypłynąć i sprzedać się właśnie dzięki temu, że wiąże się z ukochanym cyklem wielu dziewcząt. Moim zdaniem jednak próba ta okazała się kompletnie nieudana, ot, jeden z przykładów przepisania bohaterom osobowości nie przystających do późniejszych wersji tylko po to, by „kolejna część” w ogóle powstała. Nie jest to ani powieść ciekawa, ani dobra – a na półkach tyle innych, lepszych książek…

Sarah McCoy, Maryla z Zielonego Wzgórza, tłum. H. Kulczycka-Tonderska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2020.

2 komentarze:

  1. Nawet nie wiedziałam,ze coś takiego istnieje..No,taki problem z prequelami...Ale miłe może być.Dzięki!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń