wtorek, 28 grudnia 2021

Tereska kontratakuje!

Pamiętacie jeszcze Tereską Trawną i jej zwariowaną rodzinkę, świeżo osiadłą na pięknej wsi, okolicy pełnej pól i lasów, w których oprócz grzybów i śmieci można od czasu do czasu znaleźć dywan z wkładką? Pamiętacie wszystkie perypetie Trawnych? Pamiętacie chaos, który zapanował wskutek wydarzeń rozmaitych? Pamiętacie obolałą od śmiechu przeponę? Na pewno pamiętacie.

Bez wątpienia ucieszy Was zatem fakt, że do księgarń już jakiś czas temu trafiła druga odsłona przygód Tereski i jej rodziny, tym razem poszerzonej o kolejną starszą damę z rodu, Briżit Roulon, rodzoną matkę naszej głównej bohaterki. Przebywająca na stałe we Francji seniorka postanawia wpaść z wizytą, jednocześnie planując dla córki i wnuczki znakomity wypoczynek w Angelique-Dzierżoniów SPA, w myśl zasady, iż w zdrowym ciele zdrowy duch. Na mały urlopik załapuje się także teściowa Tereski i tak we cztery z Pindzią na doczepkę ruszają w góry, korzystając z hojności babci B.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, z rodziną wychodzi się najlepiej na obrazku, a dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Sielską atmosferę niemal od razu zakłóca chamski sąsiad zza ściany, zwany czule Żelingtonem, a i różne wzajemne tarcia sprawiają, że Trawne wypoczynek spędzają raczej nerwowo. Nowe nawyki zaczynają jednak wchodzić im w krew, węszą więc aferę kryminalną i to nie byle jaką, bo stare dobre morderstwo. Jest tylko jeden problem – brakuje trupa.

Podobnie jak w przypadku Dywanu z wkładką perypetie bohaterów Marty Kisiel wywołują w nas sympatię i zrozumienie. Koniec końców, kto z nas nie zażerał nerwowo stresów kasztankami i starannie nie pielęgnował rozmaitych traum z dzieciństwa spowodowanych nadopiekuńczością lub dziwnymi przekonaniami rodziców. Któż z nas nie pragnął odrobiny świętego spokoju na wyjeździe, który okazywał się z piekła rodem? Któż z nas za najbardziej relaksujący zabieg nie uznał choćby raz obicia czyjejś mordy? W dodatku wszystkie te perypetie opisane są cudownie barwnym językiem, będącym gdzieniegdzie mieszanką polskiego, rosyjskiego i francuskiego. Porównania i metafory użyte w tekście niezmiennie wywoływały u mnie dzikie ryki śmiechu graniczącego z rechotem.

Nieco słabiej wygląda tym razem warstwa fabularna, bo choć jest zabawnie i znajomo, sama intryga wydaje się opierać na dość słabym założeniu, a i rozwiązanie tajemnicy wypada raczej blado. Mam skojarzenia z późniejszymi powieściami Joanny Chmielewskiej, które wprawdzie bawiły, ale fabuła krążyła głównie wokół pewnych określonych osobowości i sprawdzonych gagów. Wszak Byczków w pomidorach nie uratował nawet pan Mulgaard („Zewłoka takoż aero odleci”), a babcia B. i straszliwe groźby Tereski podczas rozlicznych kontaktów z załogą recepcji śmieszą dość jednorazowo. I tak choć do Dywanu... wrócę niejednokrotnie, tak Efekt pandy jest właśnie „efektem pandy”, takim trochę erzacem, trochę zawodem. Zabawnym, ale niedorównującym pierwowzorowi. Liczę jednak, że następnym razem będzie zdecydowanie lepiej.

Marta Kisiel, Efekt pandy, wyd. w.a.b., Warszawa 2021

środa, 13 października 2021

Tajemniczy bal z Garstkami

Wybaczcie, proszę, długą przerwę – nie tylko wakacyjną, ale ostatnio byłam zawalona robotą i myśl o napisaniu kilku nawet słów wydawała się przerażająca. Czytałam wprawdzie dużo, ale po części rzeczy, które niekoniecznie nadają się na recenzowanie na tym blogu – ot, choćby PeRelowskie kryminały, bo jestem ich olbrzymią fanką. Udało mi się jednak połknąć kilka pozycji idealnie pasujących do profilu moich Rozdroży i myślę, że będziecie nimi również zainteresowani. W końcu nasi ulubieni autorzy – w przeciwieństwie do mnie w kwestii blogowej – nie próżnują.

Jedną z niedawno przeczytanych książek jest trzecia część cyklu ustkowego Anety Jadowskiej – Denat wieczorową porą. Wracamy do nadmorskiego pensjonatu, zwariowanych Garstek i tajemnic, które (że tak zacytuję inną bohaterkę Anety) „zawsze się czają, by cię ugryźć z dupę.” Klimaty mamy równie mało turystyczne, co w Martwym sezonie, wszak styczeń tuż po szaleństwach sylwestrowych nie jest najpopularniejszych miesiącem nad polskim morzem. Istnieje zatem szansa, że nie pojawi się żaden gość, a nawet jeśli, to raczej nie będzie to morderczyni – w końcu w małym miasteczku nie uchowa się nikt obcy.

Jednak gdyby tak miało być, nie mielibyśmy do czynienia z kolejną odsłoną przygód Garstek, prawda? Tym razem tajemnica nie pochodzi z zewnątrz, nie, teraz wracamy do niewesołej przecież przeszłości babci Marii. Bolesław, jej mąż – przemocowiec, został już wprawdzie dawno pochowany, ale życie cały czas wraca do tego, co działo się w tej – nie tak zamierzchłej przecież – przeszłości. Babcia okazuje się od dawna otrzymywać paskudne listy, zarzucające jej, że ktoś wie, co z Bolkiem zrobiła. Ha, ale co zrobiła? Kto je wysyła? I dlaczego właściwie nagle wśród tych przesyłek pojawia się zaproszenie na bal odbywający się w dość ustronnym miejscu? Co więcej, dlaczego tych zaproszeń wysłano więcej? Co planuje ten tajemniczy nadawca-prześladowca?

Denat wieczorową porą to, zgodnie ze słowami autorki, „zagadka zamkniętego pokoju” połączona z klimatami Agathy Christie. Wszak osoby obecne w usteckim domu, zebrane tam na bal tajemnic, coś musi łączyć. Jeżeli jednak tajemnica ta dotyczy Marii, co robi tam najnowszy gość pensjonatu? I jak zawsze, wyjaśnienie zagadki w usteckiej serii nie jest wzięte z Księżyca, ale z nas samych, z ludzkich namiętności i grzechów, nadziei i rozpaczy. Samotności, która niejedno ma imię.

Jak to u Anety Jadowskiej, opowieść o zwykłych-niezwykłych ludziach nie jest jednak nudną pogadanką, a bardziej powieścią ukazującą świat, którego fasady pewnie sami widzimy, ale nie dostrzegamy tego, co za nimi ukryte. Oczywiście można też liczyć na dużą dawkę zwariowanego humoru – wszak to Ustka i Garstki, a w ich obecności świat nie może być ponury! To po prostu idealna pozycja dla osób spragnionych rozrywki na pozór lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale tak naprawdę skłaniającej do pewnych przemyśleń. Zdecydowanie polecam!

Aneta Jadowska, Denat wieczorową porą, wyd. SQN, Kraków 2021.

środa, 9 czerwca 2021

Trup leży w szufladzie i krwawi na rolki!

Czy poniedziałek szesnastego może okazać się dniem straszliwym? Oczywiście, w końcu to poniedziałek, a każdy wie, że nie ma gorszego dnia i to jeszcze o 8 rano! A co, jeśli pod naszym zakładem pracy zastaniemy wezwany patrol policyjny? Gorzej – na miejscu jest już cała ekipa dochodzeniowa! W całym zamieszaniu łatwo bowiem zapomnieć o drobnym szczególe – poniedziałek szesnastego jest pierwszym dniem roboczym po piątku trzynastego!

Inżynier jakości Kacper Niedźwiedzki próbuje się zorientować w narastającym chaosie – posłuchać opowieści, oddzielić plotki od półprawd i fantazji… wprawdzie nie ma do tego żadnych kwalifikacji poza wieloma seriami rozmaitych kryminałów na Netflixie, ale przecież „nie matura, lecz chęć szczera…” Ofiarą (niekoniecznie losu) okazuje się Mirek Biernacki, główny planista, powszechnie obdarzony zakładową niechęcią za akcję „wypowiedzenie”, która przyniosła mu korzyści majątkowe w postaci prezentu pożegnalnego. Trup krwawi w szufladzie regału, załamany behapowiec pije meliskę, a najwięksi plotkarze biurowi próbują odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytanie dochodzenia kryminalnego. Kandydatka na morderczynię jest bowiem pod ręką: zastępczyni Mireczka, Stella. Wzajemne stosunki planistów przypominały generalnie te przysłowiowe psio-kocie, więc wiadomo, na kogo zaraz padnie podejrzenie. Sprawa komplikuje się, gdy specjalistą do spraw śledczych przysłanym przez Zarząd okazuje się jeszcze-nie-były mąż Stelli – trzeba mu zdecydowanie patrzeć na ręce, by z czystej zemsty nie wkopał swojej jeszcze-nie-byłej. Zważywszy na teoretyczne doświadczenie, idealnie nadaje się do tego Kacper! A w tym wszystkim dojść prawdy próbują jeszcze autentyczni zawodowcy, oswajający się z nietypowym środowiskiem pracy i rolkach ważniejszych niż życie.

Przy okazji product placement boskiego Kotterka ;)

„Morderca jest wśród nas” to motyw dobrze znany, a w warunkach zakładu pracy cudownie rozegrany na naszym rodzimym podwórku chociażby przez Joannę Chmielewską we Wszyscy jesteśmy podejrzani. Zaplanuj sobie śmierć pozwala dla odmiany poznać kulisy działania zakładu produkcyjnego (oraz priorytety pracowników) i stawia przede wszystkim na interakcje osobiste. O większości wydarzeń i osób dowiadujemy się z opowieści pozostałych, a plotkarzy wśród nich zdecydowanie nie brakuje. W tak zwanym międzyczasie odkrywane są różne mniej lub bardziej osobiste sekrety pozostałych pracowników, a chęć uczczenia nieboszczyka zaczyna przechodzić granice zdrowego rozsądku.

Pierwszy kryminał Mileny Wójtowicz nie odbiega klimatem od innych utworów autorki – może i mamy do czynienia z trupem, jednak podejście do denata i jego koleżanek oraz kolegów z pracy przypomina przygody Sabinki, Piotrusia i Moniki z Magicznego Urzędu Skarbowego. Jeśli ktoś pragnie książki lekkiej, łatwej i przyjemnej i uwielbia przede wszystkim stronę humorystyczną czy lekko obyczajową w kryminałach, Zaplanuj sobie śmierć to idealny wybór. Książka zdecydowanie nie jest przeznaczona dla wielbicieli ciężkich sensacji w stylu skandynawskim z obowiązkowymi wstawkami, ukazującymi zwichrowaną psychikę mordercy – i chwała bogom! Tę pozycję czyta się równie przyjemnie jak słucha niewinnych sąsiedzkich ploteczek. Jak dla mnie – bardzo dobry debiut kryminalny. Proszę o więcej!

Milena Wójtowicz, Zaplanuj sobie śmierć, wyd. w.a.b., Warszawa 2021

poniedziałek, 17 maja 2021

Ziemia, powietrze... co dalej?

Niespodzianka! U mnie na tapecie ponownie fantasy, w końcu zaczynam rozładowywać moją kupkę wstydu. Tym razem zabrałam się za dwa pierwsze tomy serii, zastanawiając się: pożałuję czy nie? Mowa Żywiołach A. C. Gaughen – w ubiegłym roku ukazała się pierwsza część, Berło ziemi, w środę na półkach księgarni pojawią się Więzy nieba.

Bohaterką Berła… jest Shalia, członkini pustynnego plemienia, oddawana właśnie za żonę władcy potężnego królestwa Trifectate. Cena za dziewczynę to oczywiście pokój i sąsiedzka współpraca, a w końcu źle dziać się jej nie będzie – zostanie królową. Tymczasem okazuje się jednak, że owo małżeństwo niekoniecznie należy do specjalnie udanych, gdyż Calix, mąż Shalii, sprzeciwu nie znosi, a w dodatku został całkowicie opętany przez jedną obsesję: ujarzmienie Żywiołów, czyli magów władających siłami natury. Jak dowiadujemy się z powieści – choć pierwotnie krucjata Calixa wydaje się zakończona sukcesem, po pewnym czasie uśpione talenty się budzą, a Trifectate stanowi miejsce dla nich śmiertelnie niebezpieczne. Nawet jeśli rzeczony talent należy do Rodziny Królewskiej… Żywioły są więzione, torturowane, zabijane – wszystko w imię boga Trifectate. Shalia próbuje lawirować między niebezpieczeństwami nie tylko życia na dworze, ale i życia z szaleńcem, a to wcale nie jest łatwe.

Więzy nieba również opowiadają o kobiecie, Żywiole Powietrza, Aspasii, którą poznajemy przelotnie w Berle ziemi. Aspasia handluje niewolnikami, jednak ich dobór wydaje się dosyć interesujący. Próbując zadowolić prawdziwą właścicielkę swego statku, lawiruje pomiędzy przykrym obowiązkiem a chęcią ratowania najsłabszych. Zamknięta w sobie, potężna lecz zarazem zagubiona kapitan niespodziewanie znajduje się w samym środku targających światem konfliktów i mocy. Jej siłę, ale i słabość stanowi załoga, również w większości składającą się z Żywiołów oraz najnowszy członek małej żeglarskiej rodziny – uwolniony niedawno przedstawiciel pustynnego ludu władający dosyć nietypową i intrygującą mocą. I choć misja Aspasii – odnalezienie dawno utraconego rodzeństwa – się nie zmieniła, została poważnie utrudniona przez okoliczności, popychające ją nieoczekiwanie na szerokie wody ogólnej polityki.

Sam świat Żywiołów jest typowym światem fantasy z magicznym systemem opartym na potędze natury, tak często wykorzystywanym w tym gatunku. Czytelnik nie potrzebuje zatem specjalnie długich opisów i wyjaśnień dotyczących reguł rzeczywistości, w której się znalazł, co umożliwia skupienie się na treści, postaciach i dynamice między nimi. I to właśnie największa zaleta książek A.C. Gaughen – doskonale napisani bohaterowie z charakterem. Oczywiście, niektóre przewijające się w książce osoby są sztampowe aż do bólu (Bast) i przewidywalne, jednak stanowią tło, takie trzecio- lub czwartoplanowe. Nie znaczy to, rzecz jasna, że nie będziemy mieli do czynienia z pewnym schematem przy postaciach pierwszoplanowych, ale jednocześnie mają one w sobie tyle życia i są na tyle dobrze napisane, że po prostu nie możemy się oderwać od książki, tak bardzo chcemy wiedzieć, co wydarzy się dalej. Co stanie się z Shalią, Aspasią, Kairosem, Calixem czy Galenem… z jednej strony znajomość reguł gatunku sugeruje pewne rozwiązania, z drugiej autorka przygotowała dla nas kilka niespodzianek i przyznam, że na kilka się nawet złapałam.

Żywioły nie są serią odkrywczą i wybitną, absolutnie nie. Są jednak na tyle dobrze napisane, poruszają na tyle ciekawe motywy, że czyta się je z prawdziwą przyjemnością, a niektóre fragmenty wręcz z prawdziwym zdegustowaniem czy niechęcią. Świetnie odmalowana jest relacja z przemocowcem, ta odwieczna nadzieja, „że coś się zmieni”, to ciche szukanie winy w sobie. Namiętności targające naszymi bohaterami są namiętnościami odwiecznymi, a bohaterki (i bohaterowie) nie są powodowane „imperatywem narracyjnym”, a dotychczasowym doświadczeniem życiowym i ich charakterem. To po prostu doskonała rzemieślnicza robota i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Naprawdę warto!

A. C. Gaughen, Berło ziemi, tłum. E. Skowrońska, wyd. Uroboros, Warszawa 2020.

A. C. Gaughen, Więzy nieba, tłum. M. Fabianowska, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarze recenzenckie!

piątek, 14 maja 2021

Dużo zagadek, bogów i niewiele odpowiedzi

Wspominałam ostatnio, że mam dosyć specyficzne podejście do literatury fantasy, bo często operuje schematami i jest w tym raczej mało kreatywna. Nie zmienia to faktu, że często zdarza mi się sięgać po książki opisujące światy miecza i magii. W łapki wpadła mi ostatnio powieść Dzieci starych bogów. Śmiech diabła Agnieszki Meli, a paskudna barowa pogoda tylko zachęciła do czytania.

Świat Kerhalory zamieszkują rody, jakoby pochodzące od tajemniczych istnień, a może nawet bóstw. Jeden z nich, ród Wartów, znalazł swoją przystań w osadzie Nomader. Tam właśnie, w ciemnym zaułku, powoli umiera chłopiec imieniem Bertram, przygnany w to miejsce misją powierzoną mu przez ojca. Odejść nie pozwala mu jednak mała dziewczynka, nazywana Wilgą. Przyprowadza go do swojego domu, przedstawia matce i prawdziwej oraz przybranej rodzinie, a także swojemu ojcu, którego ponad wszystko pragnie zadowolić. A Bertram nagle dostrzega możliwość wypełnienia zadania – wszak to właśnie jego poprzysiągł zabić. Po krótkiej walce chłopiec czuje się zwolniony z obietnicy i zostaje przyjęty w poczet członków rodziny.

Lata mijają, bohaterowie podrastają, zmieniają się zadania i sojusze… Jednak ojciec Bertrama nie zapomniał. Kierująca nim obsesja zdobycia czegoś zwanego Ziarnami Relenvel skieruje również i jego kroki do Nomader, chwilowo niechronionego przez głowę rodziny. Sieje tu śmierć i zniszczenie, kompletnie zaślepiony swoim szaleństwem. Z osady nie uchodzi nikt… poza Wilgą, noszącą już dojrzałe, choć nie do końca akceptowane przez siebie imię Aine. Dziewczyna ucieka prosto w niebezpieczeństwo równie poważne, do lasu Lai Sinen, zamieszkiwanego przez upiory, dziwne stworzenia i koszmary. Nie do końca wie, co się dzieje z jej ojcem i przybranymi braćmi… Tymczasem stary Wart nie dba o córkę, co doprowadza do rozłamu w jego kompanii. Część towarzyszy szczenięcych lat Wilgi rusza na jej poszukiwania… wiedząc, że nie są w tym osamotnieni…


Sierota siłą oderwana od swoich korzeni, poszukująca sensu życia, odpowiedzi na liczne pytania czy choćby zemsty to klasyczny motyw i najprostszy sposób na stworzenie postaci – wszystko zależy od tego, co nią powoduje i jak została napisana. Aine jako bohaterka jest całkiem wiarygodna, nieufna, waleczna (w końcu przez lata uczyła się miecza, by zaimponować ojcu), pragnąca przetrwać i znaleźć powody, dla których jej życie rozpadło się na kawałki. Podobnie i Bertram, powodowany przywiązaniem i miłością, desperacko pragnący odzyskać wszystko to, co miał kiedyś. Ich towarzysze, na czele z Gavinem i Gairem, całkiem nieźle wpisują się w konwencję i próby odkrycia prawdy zmieniającej życia, choć przyznam, że Gair chyba nieco za bardzo inspirowany jest Tyrionem z Gry o tron i czasem mi to przeszkadzało. Kolejne, choćby na chwilę spotykane postaci ciekawią, ładnie tworząc układankę świata Kerhalory.

Tym bardziej mi przykro, że coś tu jednak nie zagrało. Wprowadzenie do fabuły, główni bohaterowie teoretycznie są napisani dobrze i początek „żre” naprawdę nieźle. Dobry, malujący przez oczami kolejne wydarzenia język przekazuje atmosferę, przekazuje odczucia i wahania nieszczęsnych Aine czy Bertrama, uwikłanych w historię, której nie pojmują. Jednak w pewnym momencie akcja zaczyna „skakać”, rzeczy dzieją się zbyt nagle, po prostu dlatego, że tak jest wygodniej dla fabuły. W niektórych przypadkach sami domyślamy się przyczyn pewnych zmian, ale w niektórych mamy wrażenie sytuacji napisanej tylko po to, by coś się bohaterom nie udało zbyt szybko albo w ogóle. Po co zatem wprowadzać w ogóle pewne wątki (biblioteka margrabiego), jeśli w gruncie rzeczy niewiele wnoszą i równie dobrze mogłoby ich nie być? Trochę wygląda mi to na zabieg nabijania objętości. Szkoda również, że zakończenie jest kompletnie niejasne, nie rozwiązuje choćby jednej tajemnicy – choć na tym etapie pewnych rzeczy nie sposób się nie domyślić. Oczywiście, jest to obliczone na ciąg dalszy. Ale gdzie choćby coś w najmniejszym stopniu rozwiązujące pomniejsze zagadki, choćby Karmazynowego Bractwa lub Frithusa Armina? Coś czytelnikowi dać trzeba, by nie zakończył lektury z poczuciem absolutnego braku spełnienia, zachęcając do dalszego czytania i oczekiwania na ciąg dalszy cyklu.

Przyznam szczerze, że zamykając książkę, poczułam się absolutnie rozczarowana takim brakiem, a owe „skoki” fabuły wymęczyły mnie na tyle, bym nie myślała nawet o drugiej części. Nie chodzi o to, że przeczytałam po prostu generyczne fantasy, bo i taka powieść może dostarczyć wielu wzruszeń i przyjemnych momentów. W pewnym momencie po prostu przestało mi na miotających się straszliwie bohaterach zależeć. Nie dostałam w gruncie rzeczy żadnej odpowiedzi. No cóż, kupka wstydu czeka, a Dzieci Starych Bogów pewnie wylądują w bibliotece, bo trochę szkoda mi tracić na nie miejsce na półce.

Agnieszka Mela, Dzieci Starych Bogów. Śmiech Diabła, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2021.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Piraci, spiski i gimnazjum w tle

Danny Moon ma wszystko, czego chcieć mógłby niejeden nastolatek – bogatych rodziców, względną swobodę, nie musi chodzić do szkoły, a opiekują się nim guwernantki. Niestety, Danny biednych istot wyjątkowo nie lubi, jako że krępują jego swobodę, stara się więc jak najszybciej ich pozbyć, ewidentnie nie znając tej jakże prawdziwej maksymy, że lepsze zło znane niż nieznane. Niestety, metody działania chłopaka są wyjątkowo kontrowersyjne (na tym etapie to po prostu wredny antypatyczny szczeniak bez grama empatii), więc rodzice w pewnym momencie mówią dość – rychło w czas. Karą dla Danny’ego ma być wyjazd do Polski, do rodziny mamy, gdzie ma przez pół roku chodzić do normalnej szkoły i przebywać z kuzynostwem. Pewnie sam „wyjazd do Polski” dla połowy z nas byłby już karą straszliwą, jednak Danny cieszy się z tego jak świnka w deszcz, a najbardziej nie może się już doczekać – uwaga! – publicznego gimnazjum. Biedne dziecko. Oczywiście, że się boleśnie rozczaruje, jednak już wkrótce na jego stryszku pojawi się tajemniczy gość… Ten dziwnie często macha szabelką, woła za butelką rumu i jest straszliwie zdziwiony tym, że Danny go w ogóle widzi. Tak, tak, Czarnobrody to duch, a duchów przecież się widzieć nie powinno!

Wyjątkowa zdolność Danny’ego daje mu szansę na zasmakowanie zemsty w szkole, a także na zgłębianie tajemnic życia po życiu. Co więcej, okazuje się, że jego kuzynka Aneta też posiada ten talent. Wspólniczka już wkrótce będzie bardzo potrzebna, bo Czarnobrody zostaje uwięziony przez tajemniczego człowieka w Lustrze i należy go stamtąd wydostać… Zadanie to, choć na pozór niemożliwe, okazuje się absolutnie wykonalne, jednak przy okazji Danny i Aneta wpadają na trop wielkiego spisku mającego nie tylko zaszkodzić światowi duchów, ale i temu materialnemu… Co zatem należy zrobić? Oczywiście wszystko, by to powstrzymać! Oznacza to m.in. zbratanie się z niejaką Milady (skojarzenia z Ludwikiem XVI jak najbardziej słuszne) oraz szybkie zapoznanie się z bronią palną, a to dopiero początek…

Motyw zblazowanego nastolatka mającego konszachty ze światem nadnaturalnym już niejeden raz został wykorzystany, a najlepszym tego przykładem jest Artemis Fowl (absolutnie nie film, a kysz, apage!). Można to zatem bardzo ładnie rozpisać, sprawiając, że jak normalnie życzylibyśmy smarkaczowi złamania nogi i siedzenia w domu nie tylko w lockdownie, tak książkowy bohater sprawia, że chichoczemy jak pijane hieny, kibicując niemal każdemu posunięciu. Jednak przyznam szczerze, że pierwsze strony Bandy niematerialnych szaleńców nie napawały mnie optymizmem – Danny jest wyjątkowo antypatyczny, a wspominane już przeze mnie rozliczne sposoby na pozbycie się guwernantek sprawiły, iż miałam ochotę zrzucić go ze schodów. Jednak bohater rozwija się w niezłym kierunku, nie tracąc wprawdzie swojego zadufania w sobie i poczucia wyjątkowości (poniekąd w niektórych sytuacjach słusznego), ale jednocześnie stając się choć trochę wrażliwym na inne osoby.

Ciekawą postacią jest Aneta, w przeciwieństwie do swojej siostry (zajechało mi tutaj trochę stosunkiem Łucji do Zuzanny w Ostatniej bitwie) nie będąca standardową nastolatką. Owszem, martwi się nieraz o stan ubrania czy późną godzinę, ale robi to nie dlatego, że „jest dziewczyną”, ale ze względu na spokój swoich rodziców – co zresztą nie przeszkadza jej robić ich w konia – kiedy to niezbędne, rzecz jasna! Nie ustępuje chłopakom pod żadnym względem i bardzo podoba mi się sposób, w jaki ją wykreowany. To nie jest dziewczyna udająca chłopaka, to jest dziewczyna będąca dziewczyną, równorzędna każdemu! Zdecydowanie życzyłabym sobie więcej takich nastolatek w literaturze, choć czasy się zmieniają i sporo ich ostatnio przybyło – bardzo dobrze!

Książka przeznaczona jest ewidentnie dla nastolatków, więc nie zraźcie się niektórymi motywami oraz infantylnym podejściem do co poniektórych spraw oraz banalnymi rozwiązaniami niektórych wątków. Z pozycji czytelnika dorosłego, nawet w pełni świadomego reguł literatury młodzieżowej, przy pewnych rozdziałach miałam ochotę walić głową w biurko, ale jestem przekonana, iż młodsi nieco odbiorcy książki będą nimi zachwyceni. W pewnych momentach zresztą wyraźnie widać wpływy dzieł zwanych przeze mnie w skrócie „zabili go i uciekł”, a przecież nie bez powodu James Bond został najbardziej znanym bohaterem na świecie – to po prostu znakomicie wchodzi! Bawiłam się zatem przy Bandzie niematerialnych szaleńców naprawdę nieźle, to jest kiedy już przeszłam do porządku dziennego nad niektórymi wątkami. Nie wiecie, co kupić młodszemu rodzeństwu/kuzynostwu/dziecku na dowolną okazję? Zdecydowanie polecam!

Maria Krasowska, Banda niematerialnych szaleńców, wyd. SQN, Kraków 2018.

piątek, 16 kwietnia 2021

Co komu przeznaczone...

Położone nad morzem Sieldige to kraina może nie miodem i mlekiem płynąca, ale na pewno rozwijająca się całkiem dobrze pod czujnym spojrzeniem Księcia i jego wiernych rycerzy trzech: Leta, Oberona i Garretha. Dni toczą się leniwie, praworządni mieszkańcy wiążą koniec z końcem, arystokraci spiskują, przestępcy próbują jak zwykle dopiąć swego, a w magicznej Dzielnicy Luster alchemicy i magowie sprzedają swoje produkty i usługi. Zwykłe życie.

Jednak pewnego dnia w Dzielnicy Luster zaczyna padać deszcz… a to nigdy nie jest dobry znak. Już wkrótce ginie jeden z rycerzy oraz zostaje otruty Książę, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności (ale czy tylko?) zapada w śpiączkę. Czy znajdzie się odtrutka na jad, próbujący położyć kres życiu władcy? Leto swą ostatnią szansę upatruje w Alecie Velie, swojej przyjaciółce i alchemiczce, przedstawicielce bardzo niezwykłego rodu. Aletha odkrywa prawdę – trucizna to Pocałunek Syreny, na którą podobno nie ma odtrutki… podobno. Jednak jeśli zna się pewne osoby i posiada wyjątkową wiedzę oraz umiejętności, sytuacja może nie okazać się tak całkiem bez wyjścia. Oczywiście trzeba się spieszyć, bo ten, kto dokonał zamachu na życie Księcia, na pewno miał jeszcze coś w zanadrzu… wszak szpiedzy donoszą, że wrogowie stoją już u granic, a zamieszanie w Sieldige na pewno nie posłuży dobru państwa.


Przyznam, że mam dosyć mieszane uczucia w stosunku do fantasy, jako że bardzo często kolejne powieści po prostu powielają określone schematy i choć czyta się dobrze, to tak naprawdę niewiele wnoszą do gatunku. Ot, kolejna standardowa kraina, kolejni standardowi rycerze i rzezimieszki oraz magowie… Z tym mimowolnym nastawieniem zaczęłam lekturę książki Magdaleny Kubasiewicz i już po kilku rozdziałach byłam przyjemnie zaskoczona przede wszystkim bohaterami. Choć początkowo wydają się kompletnie sztampowi, z każdym kolejnym zdaniem zyskują coraz więcej głębi, nie są wyblakłymi kopiami postaci innych autorów. I choć sam Leto Drakin do końca pozostaje w większości po prostu rycerzem w białej zbroi, jest również interesujący jako członek rodziny, przyjaciel i mąż, a także lojalny poddany. To jednak kobiety w jego życiu okazują się tak naprawdę najciekawszymi postaciami książki. Znowu: na samym początku lektury możemy przypisać im pewne określone role i cechy, jednak z kolejnymi kartkami wszystko się zmienia. Aletha i Erika są pełne sprzecznych czasami emocji, doskonale rozumieją jednak swoje zadania i swoje przeznaczenie, potrafią dotrzymać słowa i rozumieją konieczność poświęcenia pewnych rzeczy w imię znacznie wyższej racji.

A wyższa racja to nie tylko sprawy państwowe i boskie. Tak naprawdę składają się na nie wszystkie dążenia i czyny naszych bohaterów, ale pomiędzy tymi wielkimi, przełomowymi wydarzeniami odnaleźć można te teoretycznie nieważne dla wielkiej historii, a tak istotne dla pojedynczych osób i istot. Są to dramaty, wielkie nadzieje, niespełnione i zawiedzione historie miłosne, wielkie namiętności czy po prostu żądza władzy na skalę mniejszą lub ogólnopaństwową. Obie płaszczyzny spaja magia, pochodząca od żywiołów tudzież pozostałości magicznych artefaktów. Wypływa jednak najczęściej prosto z morskich otchłani, powiązana nie tylko z bogami i ich kaprysami, ale także ze stworzeniami żyjącymi w falach. Motywy z rozmaitych naszych baśni zostają bardzo umiejętnie wpisane również w folklor mieszkańców Sieldige, tworząc wyjątkowo udany splot, czasami sprawiający, że łezka nam się w oku zakręci.

Siłą każdej książki pozostaje bowiem to, czy wzbudza w nas jakiekolwiek emocje, czy potrafi sprawić, że nie potrafimy jej odłożyć, bo naprawdę musimy się przecież dowiedzieć, co stało się z naszymi bohaterami i czy dobro zwycięży. Wszystko pochłonie morze emocje zdecydowanie wzbudza – choć jest to przede wszystkim przejmujący żal nad życiem utraconym, czy to dosłownie czy w przenośni. A na pytanie, czy dobro zwycięża, każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Ja zamykałam książkę z poczuciem smutku, współczucia, a przecież ta wizyta w innym świecie była wyjątkowo udana. Ale w zwykłym codziennym życiu wiele dobrych przecież rzeczy pozostawia w nas pewien żal i nostalgię…

Magdalena Kubasiewicz, Wszystko pochłonie morze, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

czwartek, 8 kwietnia 2021

Tajemnice przeszłości

Uwielbiam Pilipiuka, ale to zapewne już wiecie. Oczywiście, dzieła wychodzące spod jego klawiatury to niekoniecznie literatura wybitna, ale z tego zdaje sobie sprawę nawet autor, podśmiewując się sam z siebie i nazywając „Wielkim Grafomanem”. Niemniej opowiadania zwane „niewędrowyczowskimi” stanowią zdecydowanie czystą przyjemność dla czytelnika, a tak się składa, że niedawno Fabryka Słów wydała kolejny już, dwunasty tom pilipiukowskich opowieści, zatytułowany Czarna Góra.

W środku znajdziemy pięć historii, z czego cztery związane są ze znanymi nam wszystkim bohaterami z poprzednich książek. Tytułowa Czarna Góra przenosi nas do młodości doktora Skórzewskiego, medyka, który tak wiele razy otarł się już o niewyjaśnione i nadprzyrodzone, że niewiele może go już zaskoczyć. Tym razem jednak poznajemy go jako młodzieńca desperacko próbującego zdobyć fundusze na swoją edukację i na powrót z dalekiej Syberii. Zrządzeniem losu staje się posiadaczem mapy ze znaną nam wszystkim literką X i lokalizacją odległych złoży złota. Jednak na miejscu dowiaduje się, że wszyscy idący na Górę, sprowadzają na siebie nieszczęście… Co za tym stoi? To będzie pierwsza zagadka w życiu przyszłego doktora Skórzewskiego i śmiem twierdzić, że niełatwo wpadniecie na jej rozwiązanie. Ale jak to u tego autora – bohaterowie nic nie powiedzą nam wprost. Kolejne dwa opowiadania, Decha i Dwie czaszki przedstawiają perypetie kolejnego znajomka, Roberta Storma. W Desze Storm próbuje zrekonstruować losy jachtu Juliusza Verne’a, co ostatecznie doprowadzi go do znajomego już pokoju przesłuchań w warszawskiej siedzibie policji. Kłopoty ze strażą wiejską to również temat przewijający się przez Dwie czaszki, a w międzyczasie Robert i dwójka jego klientów próbuje odnaleźć zaginione przed laty czaszki ofiar niszczycielskich krzyżackich zapędów. Z rozpędu odwiedzimy nawet dawno niewidzianych praskich kiziorów i będziemy świadkami rozróby pod szwedzką ambasadą. Bardzo się cieszę, że i Robert, i autor wyleczyli się już z wyjątkowego dołka związanego z szarością i bezcelowością rzeczy obecnych – teksty są przyjemnie lekkie i zabawne.

Dwa ostatnie opowiadania są już niepowiązane z tymi najczęstszymi bohaterami niewędrowyczowskich opowieści Pilipiuka. GROM to historia alternatywna, czyli coś, co autorowi wychodzi wręcz znakomicie. Po pierwszej wojnie światowej powstaje niepodległa Polska, komendantem niezmiennie pozostaje Piłsudski, a ambasadorem Rosji w Warszawie następca tronu, carewicz Aleksy Mikołajewicz. Wszystko ładnie, ale zadaniem służb specjalnych jest teraz ochronienie „carskiego smarkacza” przed zakusami rozmaitych ugrupowań i narodów, które bardzo chętnie pozbyłyby się Jego Wysokości na terenie Warszawy. Uda się czy nie uda? Jako że to historia alternatywna, wydarzyć się może dokładnie wszystko i nie ma miejsca na nudę. Ostatni tekst, Jesienny sztorm, stanowi kontynuację jednego z opowiadań z poprzednich tomów, wracamy do magicznej Wenecji i Antonia Knota, uwolnionego wcześniej ze szpitala psychiatrycznego. Tym razem to on musi pomóc więzionej przez hitlerowców Malwinie… a czego germańscy oprawcy właściwie chcą od niego? Straszliwie podoba mi się klimat tej opowieści, autorzy książek o sprawach paranormalnych powinni się od autora uczyć!

Tym, co czyni teksty Andrzeja Pilipiuka tak dobrymi, jest ta niesamowita obecność nienazwanego w tle, a także biegłość, z jaką porusza się po minionych czasach. I choć czasami owa sentymentalna tęsknota zwłaszcza za carską Rosją może irytować, tak jednak w przypadku opisywania szczegółów tła daje niesamowite rezultaty. Nagle sami chcemy wyruszyć na rozmaite wyprawy celem odnalezienia rozmaitych artefaktów czy mitycznych przedmiotów, prowadzących do potwierdzenia starożytnych teorii i opowieści. Nagle sami pragniemy zapuścić się w zrujnowane zakątki rozmaitych miejsc, odwiedzić skrywające tajemnice cmentarze… Nagle sami zastanawiamy się, co by było, gdyby… I to chyba jest właśnie cel literatury – poruszyć w nas to, co siedzi ukryte. Andrzej Pilipiuk robi to znakomicie i już nie mogę się doczekać kolejnego tomu.

Andrzej Pilipiuk, Czarna Góra, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2021.

poniedziałek, 22 marca 2021

Pałac Kultury, smok i służby specjalne (prawie) zawsze lojalne!

Komu kiedykolwiek przeszkadzał Pałac Kultury? Łapa w górę! Wyobraźcie sobie zatem, że pewnego pięknego dnia Pekin zamienia się w… wieżę maga. Siriożnie. Ot, wali grom z jasnego nieba, w ślad za gromem do Torciku Stalina wstępuje mag i jego smok. Warszawiacy mogą się poczuć zaszczyceni, gdyż wybrał tenże szarobury brzydki gród na swoją siedzibę. Zaszczyt, czyż nie?

Na razie jednak warszawiacy wieją gdzie popadnie, bo smok – jak to smoki mają – postanawia zaanektować tunele metra na swoje lochy. Na miejscu pojawiają się służby rozmaite, a wśród zgromadzonych gapiów nie wszyscy planują jedynie patrzeć. Ot, taki chociażby Maciej Jeżewski, informatyk, pełniący rolę „gościa od kabelków” w Urzędzie Miasta, przypadkowo nadział się na próbę negocjacji z oczekującym czarodziejem. W imieniu władcy, rzecz jasna, który jakoś tak niespecjalnie chętnie pragnie się zapoznać z przybyszem – zapewne można doń już pisać na Berdyczów czy inną Rumunię. Szczęśliwie dla Maćka, nasz informatyk bardzo lubi literaturę fantasy, co sprawia, że całkiem nieźle idzie mu tłumaczenie niedzisiejszemu nieco gościowi naszej rzeczywistości. Ba, awansuje wręcz na pazia wraz z nieoczekiwanym towarzyszem z rzeczonych służb, Krzyśkiem Zielińskim. Cni paziowie eksplorują zatem dar Stalina, korzystając ze świetnej pamięci Maćka, który zaplątał się kiedyś do pałacu na jednej z wycieczek, co zdecydowanie poprawia jakość życia pałacowych kotów – w końcu smok smokiem, a kuwety się same nie opróżnią. A przydałoby się jeszcze gdzieś odnaleźć resztki po grupach uderzeniowych, mających załatwić problem maga raz na zawsze!

Jednocześnie z przygodami imć paziów w książce rozwija się drugi wątek – tym razem już stricte rodem z Magii i miecza. Poznajemy losy niejakiego Wędrowca/Wybrańca, jego osobistego demona amaremona znanego również jako Kot, a także szychy alońskich służb specjalnych oraz pewną hardą rewolucjonistkę. Wszyscy pragną pozyskać tajemnicze artefakty znane jako Świętości, znajdujące się pośrodku tajemniczej Wyspy, w tajemniczej Wieży, strzeżone przez tajemniczego Strażnika… Oczywiście, oba wątki w końcu się splatają i przyznam tutaj szczerze, że dzieje się to w sposób absolutnie dla mnie niespodziewany. Pomysł jest rewelacyjny i więcej pary z dzioba nie puszczę, żeby niczego Wam nie zepsuć.

Jednak pomijając już naprawdę wciągającą fabułę, niesamowicie istotną i mocną stroną książki są jej bohaterowie. Maciek i Krzysiek to postaci z krwi i kości, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami – namacalni dla każdego czytelnika, w końcu któż z nas nie zastanawiałby się co by było gdyby i jeszcze, jak zachowałby się w sytuacji rodem z fanfików albo urban fantasy. Ale teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego – w końcu pochodzą z naszych czasów. Jednak równie realni są bohaterowie ze świata magicznego, ze świetnie zarysowanymi charakterami i motywacjami – może czasami nawet aż za współcześni. Zwłaszcza Borosar i Morah, służby specjalne zawsze lojalne, wydają się jakby żywcem wyjęci z kolejnej opowieści o braterstwie broni.

Zaskakująco, to jednak nie wada. Największą chyba zaletą Minas Warsaw jest właśnie doskonałe pokazanie owej więzi łączącej osoby walczące ramię w ramię, jak wspólna, potencjalnie i realnie traumatyczna sytuacja potrafi ukształtować pewne zachowania, jak wpłynąć na wzajemne zaufanie i to niezależnie od tego, czy mowa o kilku dniach spędzonych razem czy o wieloletniej służbie. Połączenie doświadczeń autorki odbywającej przecież tury w Afganistanie i Kuwejcie oraz jej talentu zaowocowało hołdem dla współtowarzyszy, dla wszystkich, którzy w jakiś sposób postanawiają poświęcić się bądź to dla ważniejszych wartości, bądź to po prostu w imię osobistych relacji. Fantastyczne didaskalia to zaledwie dekoracje, ale jak fantastycznie zrobione!

Nierealny to on bywa, sama prawda...

Jeśli właśnie przestraszyliście się wątków bogoojczyźnianych i stwierdziliście, że sobie odpuścicie, bo nie do końca jesteście pewni, jak to zagra z magiem zajmującym Pałac Kultury i Nauki – zapewniam: jedno drugiemu nie przeszkadza. Minas Warsaw jest fenomenalnie rozegraną opowieścią – nazwijmy to – fantasy, ale jednocześnie przemyca inną tematykę: czy to właśnie wartości służby, czy niespełnione aspiracje, czy wreszcie taką trochę meta kwestię tworzenia książkowej rzeczywistości… Nade wszystko jednak to świetna powieść czytana jednym tchem. Ach, i ma jeszcze naprawdę rewelacyjne ilustracje! Bardzo bardzo polecam!

Magdalena Kozak, Minas Warsaw, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.

 

poniedziałek, 15 marca 2021

Młodość Maryli Cuthbert

Nie wiem, jak to wygląda obecnie, ale „za moich czasów” seria o Ani Shirley była bardzo popularna. Sama z książkami Lucy Maud Montgomery zapoznałam się dosyć wcześnie, zdaje się, iż w domu leżało jeszcze przedwojenne wydanie Ani na uniwersytecie (z zapisem jot, czyli np. djabła). Anie stały się pozycjami, do których wracam dosyć regularnie, za każdym razem odkrywając nowe szczegóły, umykające mi, kiedy miałam zdecydowanie mniej lat i życiowego doświadczenia. I tak zmieniały się moje ulubione tomy, a moim ostatnim odkryciem jest Wymarzony dom Ani, przedtem wydający się taki cukierkowy i nudny.

Co ciekawe, nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad przeszłością bohaterów pojawiających się w cyklu. Byli na tyle dobrze napisani, że nie potrzebowałam wiedzy o ich przeszłości, wiedzy, skąd wzięły się takie a nie inne zachowania czy sytuacje – po prostu stanowiły część opowieści, przyjmowaną jako wartość stała. Jednak jeśli istnieje możliwość dopisania prequeli i sequeli, współcześni autorzy to chętnie wykorzystują, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. W przypadku Maryli z Zielonego Wzgórza autorka, Sarah McCoy, postanowiła przyjrzeć się przeszłości naszej surowej panny Cuthbert. Jak wspomina w posłowiu, natchnęły ją do tego słowa z pierwszej części cyklu: „Jaki przystojny chłopak się z niego zrobił – powiedziała w zamyśleniu Maryla. (…) – Jest niezwykle podobny do swojego ojca, gdy tamten był w jego wieku. Jan Blythe był miłym chłopakiem. Stanowiliśmy parę dobrych przyjaciół. Ludzie mówili, że to mój narzeczony.” McCoy postanowiła zatem opowiedzieć historię Maryli, Mateusza, ich rodziców i wreszcie Jana Blythe’a oraz pozostałych mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda.


Marylę poznajemy jako młodą dziewczynę, oczekującą wraz z matką na przybycie ciotki, Izzy, na co dzień mieszkającej w St. Catharinas, mieście na pograniczu Kanady i Stanów Zjednoczonych. Klara Cuthbert oczekuje kolejnego dziecka, pragnie mieć zatem przy sobie najbliższą krewną. Izzy pojawia się, wprowadza normalne w takiej sytuacji zamieszanie i powoli uczy młodą Marylę i Mateusza różnych rzeczy, których nie usłyszeliby od swoich rodziców. Na scenie pojawia się również przyjaciel Mateusza, wspomniany Jan Blythe, od tamtego czasu nierozerwalnie towarzyszący Maryli. Przyglądamy się ich zalotom, poznajemy kulisy przyjaźni Maryli z panią Małgorzatą Linde, pierwszą miłość Mateusza, stajemy się świadkami wielkiej tragedii rodziny Cuthbertów, a przy okazji ocieramy się o sprawy polityczne, będące dla wielu kompletną nowością, bo w końcu jak często człowiek ma okazję zapoznać się z historią Kanady, nie będąc specjalistą w tym temacie. Powieść jest „miła”, troszkę w stylu Montgomery, nie uwspółcześniana również na siłę, co przecież tak bardzo zaszkodziło serialowi Anne with an E jako adaptacji serii. Samo zakończenie jest bardzo ładne i przywołuje szczery uśmiech na twarzy.

Problem zaczyna się jednak, gdy przestaniemy traktować Marylę jako owo nieoczekiwane uzupełnienie książek o Ani. Jako powieść samodzielna ta pozycja się kompletnie nie broni, ot taki epizod z życia na prowincji. Teoretycznie mamy pewną klamrę narracyjną, teoretycznie przewija się tutaj jakiś wątek główny, ale praktycznie brakuje jakiegoś bardzo wyraźnego motywu spajającego książkę. Absolutnie nie nadaje się do tego opowieść o Janie i Maryli, bo też jest ona tak niesamowicie rozmyta i niewiarygodna. Przyczyna rozłamu ich przyjaźni, ich związku, kompletnie do mnie nie przemawia, wydaje się wymyślona na siłę, tylko dlatego, by Maryla pozostała starą panną. Także wątek Kolei Podziemnej, organizacji pomagającej zbiegłym niewolnikom, został wrzucony do książki kompletnie na siłę. Z całym szacunkiem dla Maryli, takie wydarzenia wpłynęłyby na nią bardzo mocno, zmieniając nieco ciasny punkt widzenia, jakim cechuje się w serii panna Cuthbert.

Co więcej, Maryla z powieści Sarah McCoy i Maryla z cyklu Montgomery to kompletnie różne osoby i nie wynika to zaledwie z różnicy wieku naszej bohaterki. Młoda Maryla to istna Ania, no, może z nieco bardziej rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności i gospodarności: buja z głową w obłokach, czytuje nowele, stroje też są ważną częścią jej życia. Małgorzata Linde, owa przyziemna złośliwa Małgorzata stanowi wcielenie Diany Barry, łącznie z jej miłością do słodyczy. Nie widzę najmniejszej możliwości, by dwadzieścia/trzydzieści lat później właśnie Małgorzata rzucała tak nieprzyjemne opinie prosto w twarz – to są kompletnie inaczej skonstruowane postaci. Jeden Mateusz pozostaje bez zmian, ale też czego oczekiwać od ruchomej niemej dekoracji, ćmiącej fajkę, by oszczędzić autorce konieczności wymyślenia krótkiego i celnego zdania, w których specjalizował się Mateusz.

Maryla z Zielonego Wzgórza to po prostu czytadełko, mogące wypłynąć i sprzedać się właśnie dzięki temu, że wiąże się z ukochanym cyklem wielu dziewcząt. Moim zdaniem jednak próba ta okazała się kompletnie nieudana, ot, jeden z przykładów przepisania bohaterom osobowości nie przystających do późniejszych wersji tylko po to, by „kolejna część” w ogóle powstała. Nie jest to ani powieść ciekawa, ani dobra – a na półkach tyle innych, lepszych książek…

Sarah McCoy, Maryla z Zielonego Wzgórza, tłum. H. Kulczycka-Tonderska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2020.

sobota, 27 lutego 2021

Trup weselny!

Emilka Brzeska to fotografka ślubna, więc niejedno już przeżyła – kłócące się teściowe, zdrady, (nie)przypadkowe spotkania… Traktuje to jednak po prostu jako swoją codzienność i rzeczywistość. Owszem, wymaga to czasem dużego opanowania, ale w końcu na chleb i dach nad głową zarobić trzeba, choćby robiąc zdjęcia szynkowej królewnie i jej oblubieńcowi. Niemniej jest jeden ślub, na który wolałaby zdecydowanie nie iść – żeni się jej najlepszy przyjaciel, będący przy okazji i potajemnym obiektem westchnień. Brzmi jak tortura, prawda? To wyobraźcie sobie, iż nieszczęsna została świadkiem pana młodego i na bieżąco ogarnia wszelkie przedweselne perypetie. Wystarczająco fatalnie? Wcale nie! Zawsze po weselu można znaleźć trupa – i to trupa panny młodej.

Któż może być podejrzany? Zgodnie ze wszystkimi prawidłami gatunku oczywiście mąż, a tego Emilia pragnie ochronić za wszelką cenę. Co jednak zrobić, jeśli panowie policjanci wydają się typowymi przedstawicielami tępych glin, kształtujących rzeczywistość według swojej woli? Oczywiście: należy wziąć sprawę w swoje ręce! Nasza pani fotograf zapomniała zapewne, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane i postanawia przyjrzeć się przyjaciołom oraz znajomym zeszłej małżonki. Jednak Monika była modelką, należy zatem spodziewać się odpowiednio złośliwego środowiskowego piekiełka – ot, mijania się z prawdą, zazdrość, robienie innym pod górkę… Klasyk. Gdzieś tam jednak może się ukrywać morderca, a to sprawia, że amatorskie śledztwo może stać się niebezpieczne…

Kryminalny debiut Magdaleny Kubasiewicz czyta się bardzo lekko, wciąga od pierwszego rozdziału i ani człowiek się nie obejrzy, a już uprawia ekstremalny sport znany jako „jeszcze tylko jeden rozdział i idę spać”. W końcu w sympatycznej, choć nie do końca ogarniętej Emilce odnajdzie się niejedna czytelniczka i jest to skojarzenie jak najbardziej pozytywne. Kibicujemy jej nie tylko ze względu na przyjaźń z Patrykiem, ale także dlatego, że bohaterki nie da się nie lubić, choćby robiła największe głupstwa i miało się ochotę zakrzyknąć coś niezbyt pochlebnego o kolejnych pomysłach fotografki. To właśnie interakcje Emilki z ludźmi i jej pomysły są siłą napędową książki.

Nie zdołałam się za to specjalnie przekonać do pozostałych bohaterów, którzy wydają mi się strasznie płascy, pisani na jedno kopyto. Odrobinę głębi przez chwilę wydaje się mieć Grzegorz, dawny chłopak Moniki, ale i on na końcu okazuje się po prostu bucem w znaczeniu jak najbardziej krakowskim. Wszyscy zostali nakreśleni dosyć grubą kreską, scharakteryzowani jedną czy dwoma cechami i strasznie brakuje mi w tym wszystkim postaci niejednoznacznych – choć przepraszam, taką była Monika. Podobnie w gruncie rzeczy jest również z Krakowem bohaterki – mało tam zbędnych opisów, a niektóre miejsca znowu opisuje się trzema zdaniami – co jednak w tym przypadku sprawdza się zdecydowanie lepiej. Najlepszy przykład stanowi kawiarnia Botanica, w końcu pamiętam ją z własnych studenckich czasów (choć może to mój sentyment?).

Na okładce 50 wesel i pogrzebu widnieje informacja, że dostaliśmy pierwszą część nowej serii, może dlatego też zakończenie wydaje mi się nieco rozmyte, jakby czegoś tam zabrakło. Owszem, sprawa zostaje rozwiązana, ale następuje to dokładnie na sam koniec powieści i wydaje się nagłym gromem z jasnego nieba. Oczywiście, nierzadko banalna wręcz informacja może spowodować przełom w śledztwie, ale po stosunkowo powoli rozwijającej się akcji spodziewałabym się raczej równie starannego zakończenia. Niemniej – jak podejrzewam – wiele odpowiedzi pewnie poznamy później.

Pierwszy tom spełnia jednak swoje zadanie, zaciekawia czytelnika na tyle, by z przyjemnością sięgnął po następny. Nie jest to kryminał wybitny, ale jako lektura dla przyjemności zdecydowanie się sprawdza. Podoba mi się też język autorki – zwykły, potoczny, niewymuszony, ot, czytamy, jakbyśmy słuchali relacji koleżanki czy kolegi. Sympatyczna pozycja i na pewno sięgnę po kolejną, choć mam nadzieję na nieco mniej stereotypowe postaci drugoplanowe.

Magdalena Kubasiewicz, 50 wesel i pogrzeb, wyd. Czarna Dama, Warszawa 2021.

poniedziałek, 22 lutego 2021

Mutanci z Wieży

Antyutopie doskonale przyjęły się w fantastyce i nic w tym dziwnego, bo właśnie negatywna wizja przyszłości jest w stanie naprawdę pobudzić wyobraźnię. Zagłada, klęska, niedobitki, wszechwładne rządy, grupka uprzywilejowanych, cała reszta walcząca o przetrwanie – osadzenie opowieści w takich klimatach pozwala skonstruować dowolną fabułę, a i bohaterom przydaje wszystkiego, czego mogą potrzebować albo dla odmiany zmusza do poszukiwania tego, co zapewni im swobodne życie.

Globalna katastrofa w powieści Zodiaki. Genokracja Magdaleny Kucenty, jak to zwykle bywa, podzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Szczęściarze bez mutacji i zepsutych genów mogą zamieszkać w miastach ukrytych pod chroniącymi przed szkodliwymi warunkami zewnętrznymi kopułami. Muszą jednak przestrzegać pewnych reguł, a w innym przypadku mogą wylądować poza barierą, w świecie pełnym deformantów i zmutowanych wyrzutków. Nie zostaną jednak od razu pożarci czy zabici, nie, po prostu świat zewnętrzny oznacza powolne umieranie, tak powolne jak powoli mutagenne czynniki wpływają na komórki organizmu. Jednak i w miastach można spotkać zdeformowanych, dostarczają rozrywki lub wyspecjalizowanych usług. Niekiedy jednak mutacje nie są przypadkowe, a wynikają z wieloletnich prób i eksperymentów. Takie procedury przeprowadzane są w tajemniczej Wieży tytułowych Zodiaków.

Mutanci o imionach będących ich oznaczeniami posiadają pewne specyficzne umiejętności, które można wystawić na sprzedaż temu, kto zapłaci najwięcej. Można też powoli knuć, tworząc własną sieć kontaktów i zależności. Jednak choć z założenia Zodiaki to organiczne maszyny, tak jednak każdy z nich posiada własną osobowość, marzenia czy zachcianki. Każde jest dumne z tego, czym się stało, choć bardzo mocno pragnie tego, na co nadzór starszych członków rodziny im nie pozwala: wolności, szansy decydowania o sobie. Los daje im nieliczne szanse na zmianę takiego stanu rzeczy.

Nasi bohaterowie to postaci bardzo niejednoznaczne. Z jednej strony łatwo zobaczyć w nich ofiary, ale z drugiej ich czyny – te wynikające z decyzji podjętych na własną rękę – nie pozwalają na wzbudzenie nadmiernej sympatii. I tacy mają być – w takiej rzeczywistości słabość Inni czy Capriego może być tym, co doprowadzi do klęski. W efekcie większość pojawiających się na kartach książki postaci budzi naszą szczerą antypatię. To w gruncie rzeczy całkiem ciekawy zabieg, z drugiej jednak strony może prowadzić do tego, o czym zaraz wspomnę.

Najbardziej w Zodiakach podoba mi się klimat i wykreowana rzeczywistość. Oczywiście, pewne motywy to już stałe elementy światów antyutopijnych, jednak zaadaptowanie pewnych rozwiązań zaczerpniętych ze starożytnego Rzymu, pewnych elementów jego obyczajowości czy opisanych miejsc zawsze odwołuje się do pewnego zasobu stałej wiedzy większości i pozwala „dośpiewać” sobie resztę, jeśli opisy są niewystarczające. Świat charakteryzują ludzie, bohaterowie pierwszo czy drugoplanowi, a u mnie resztę uzupełnia jeden z moich ulubionych cykli - Roma Sub Rosa Stevena Saylora. Słowo daję, czytając o mieszkaniu Ro, praktycznie widziałam opisane przez Saylora domy Suburry. Oczywiście te elementy starożytności zostały zgrabnie wkomponowane w resztki dawnej technologii – a niektóre z nich są doprawdy zaawansowane.

Jednak to nie wystarcza, by przyciągnąć uwagę czytelnika na tyle skutecznie, by przeczytać powieść jednym tchem. Nie zrozumcie mnie źle, bohaterowie są interesujący, a cały setting dobrze obmyślany, tylko że jakoś niekoniecznie mogę się zmusić, by postaciom kibicować (a ci w miarę sympatyczni to połowiczni idioci). Są zbyt stereotypowi, a ich czyny, owszem, pchają akcję do przodu, ale z drugiej strony nie wzbudzają na tyle poważniejszych emocji, bym chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, co zaraz nastąpi. Póki czytam, czytam – pod względem rzemieślniczym to dobra książka. Jednak kiedy ją zamknę, kompletnie nie zależy mi, by dowiedzieć się, co będzie dalej. To ewidentna spora wada powieści, tym bardziej, że stanowi ewidentnie pierwszą część większej całości. Ale nawet kolejne odsłony serii muszą zostać w jakikolwiek sposób zamknięte, a tu akcja po prostu się urywa. Ot tak. Autorka doprowadza akcję do punktu z założenia kulminacyjnego, jednak jako że część bohaterów poznaliśmy praktycznie przed chwilą, w tych rozdziałach książki, właściwie nijak mnie nie rusza, co się z nimi stanie. Więcej, prowadzony jako przerywnik pojedynek dwojga graczy też donikąd nie prowadzi i przynajmniej dla mnie jest po prostu zapychaczem stron. Może gdzieś nastąpi rozwiązanie, ale gdzie i kiedy? Naprawdę, w niektórych momentach mam wrażenie, że to pierwszy szkic powieści, że jeszcze czegoś tam brakuje.

Nie wiem zatem, co na temat Zodiaków sądzić. Ta książka nie jest zła, bo kiedy już zaczynasz czytasz, idzie w miarę gładko. Jednak nagromadzenie wątków i postaci, przynajmniej dla mnie ze sobą nie do końca powiązanych sprawia, że jakoś mi się nie spieszy do rozwiązania zagadek, a fakt, iż właściwie nie zostaną rozwiązane, trochę irytuje. Czegoś tej książce brakuje. Jeśli po nią sięgniecie, ciekawa jestem, czy podzielicie moje odczucia. Premiera już pojutrze.

Magdalena Kucenty, Zodiaki. Genokracja, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

poniedziałek, 8 lutego 2021

Powrót do klasyki

Wprawdzie wampiry miały ostatnio dosyć kiepską prasę, jednak fan grozy zawsze może odgonić straszliwe myśli o błyszczących w słońcu klatach, sięgając po prostu po klasykę. Tej szczęśliwie jeszcze nie zdołano sprofanować, choć czasami pojawiają się dziwne przeróbki, po lekturze których człowiek chciałby sobie oczy mikserem wydłubać niczym człowieczek ze znanego mema. Nie zawsze, niestety, branie na warsztat tej samej historii po raz kolejny wychodzi jej na dobre, jednak próba podjęta przeze potomka samego Brama, niejakiego Dacre Stokera oraz J.D. Barkera zaintrygowała mnie na tyle, by sięgnąć po Dracula, wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

Reklamowana jako powrót do korzeni gotyckiego horroru książka wykorzystuje twórcę klasycznej Draculi nie tylko jako źródło tematu. Bram Stoker to jej główny bohater, z którym zapoznajemy się już od pierwszych stron. Uzbrojony w liczne środki z arsenału antywampirzego, od lat istniejące w kanonie, toczy wewnętrzną i zewnętrzną zaciekłą walkę z budzącym grozę przeciwnikiem. Noc jest jednak długa, a Bram aż do świtu musi zachować czujność i nie zasnąć… Zaczyna zatem czytać swój dziennik.

Ten bardzo prosty zabieg fabularny umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z bohaterami i powolne zrozumienie wydarzeń prowadzących ich do tego miejsca w tym konkretnym momencie. Odkrywamy zatem dzieciństwo Brama, spędzone do pewnego momentu przeważnie w łóżku ze względu na dręczącą go chorobę. Pocieszeniem chłopca jest ukochana siostra Matylda i opiekunka, ciocia Ellen, darząca go szczególną sympatią. Domostwo Stokerów wydaje się spokojnym miejscem, przepełnionym miłością i zrozumieniem, jednak od czasu do czasu w okolicy dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Zgłębianie ich natury doprowadzi Brama i Matyldę do tajemnicy, której sedna dociec nie mogą, a dotyczącej właśnie Ellen. Kto normalny przecież trzyma śmierdzącą ziemię pod łóżkiem? Dlaczego to właśnie Ellen pomogła Bramowi pokonać najcięższy atak jego choroby i jak to właściwie zrobiła? Pytania się mnożą, a odpowiedzi brakuje. Przynajmniej na razie. W miarę dorastania i podejmowania kolejnych obowiązków Bram i Matylda oraz ich starszy brat Thornley znajdują jednak kolejne klucze do rozwiązania zagadki.

Oczywiście, fan gatunku już po tym krótkim streszczeniu domyśla się, kim tak naprawdę jest Ellen i nie w tym tkwi sedno książki – wszystko to już czytaliśmy i widzieliśmy. Kolejne motywy i postaci pojawiające się na kolejnych stronach są również przewidywalne i na pewno nikogo nie zaskoczą. Nie o to jednak chodzi. Dracul nawiązuje do klasyki gatunku również formą – to nie powieść sensacyjna, to horror gotycki. Akcja toczy się wolno, poznajemy ją nie tylko klasyczną narrację, ale również listy i pamiętniki. Nawiązanie do starej formy wychodzi autorom wręcz znakomicie.

Równie fantastycznie wykorzystują elementy biografii Brama Stokera, czyniąc z niej podwalinę samej opowieści, w końcu Stoker rzeczywiście do siódmego roku życia był złożony chorobą, która nie pozostawiła jednak większego śladu na dorosłym człowieku. Miejsca przez niego odwiedzone, inspiracja do kolejnych scen i lokalizacji w jego opus magnum, stają się w Draculu przystankami, pozwalającymi bohaterom zrozumieć naturę ich przeciwnika i odkryć kolejne sekrety cioci Ellen. Stoker i Barker sięgają również do korzeni – do irlandzkiej legendy o niejakiej Dearg Due, wampirzycy mszczącej się za swoją krzywdę, a wszystko to łączy się w naprawdę fascynującą historię.

Kto powinien sięgnąć po Dracula? Na pewno nie polecam tej pozycji fanom współczesnych horrorów, szybkich, przepełnionych bezsensowną przemocą i ociekających litrami krwi. Oczywiście, krwi, jak to w opowieściach o wampirach, nie zabraknie, jednak jak w przypadku dawnych powieści gotyckich, płynie ona niejako na marginesie. Książka przesycona jest owym mrocznym klimatem, stanowiącym podstawę gatunku. Kiedy jeszcze dołączymy do tego pierwszą zasadę horroru, głoszącą, iż najstraszniejszy wydaje się potwór, którego nie widzimy, staje się jasne, że nie o takich czytelników autorom chodziło. Jeśli z kolei uwielbiacie właśnie ten powoli, choć umiejętnie wyczarowywany nastrój, to zdecydowanie warto zapoznać się z Draculem. To może nie literatura najwyższych lotów, ale wystarczająco dobra, również pod względem rzemieślniczym, by zapewnić czytelnikowi kilka godzin przyjemności znajdowanej w grozie. Zdecydowanie polecam, a przecież podchodziłam do tego „odcinania kuponów” całkiem sceptycznie!

Dacre Stoker i J. D. Barker, Dracul, tłum. Szymon Żuchowski, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2020.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Nigdy więcej seksu w lodówce!

Tak, moi drodzy, wszystko zaczyna się od seksu w lodówce, a kończy na trupie! Gdyby nie ekscesy związane ze sprzętem kuchennym, Tereska Trawna i jej mąż Andrzej raczej nie pomyśleliby o przeprowadzce za miasto i z bolesnym rozczarowaniem nie odkryliby chociażby, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie internet jest dostarczany wiadrami. Niezbędne do ukojenia nerwów Tereski kasztanki jednak nie wystarczają, gdyż oto do kompletu nieszczęść na progu pojawia się Mira, ukochana mamusia Andrzeja, babunia Zojki i Maciejki, ale – co najistotniejsze – również teściowa pani domu. Kochana mamusia oprócz klasycznych atrakcji zapewni swojej synowej również najbardziej mrożący w żyłach krew horror – bieganie. I gdyby nie to, obie panie nie znalazłyby dywanu z wkładką, określanego również jako sajgonka z trupem.

Brzmi szaleńczo? Oczywiście! Wielbiciele Ałtorki raczej nie spodziewają się zapewne zwykłego nudnego kryminału i bardzo słusznie. Chociaż czasami radosne opinie drukowane na okładkach bywają przesadzone i przywykłam do traktowania ich z przymrużeniem oka, muszę przyznać, że porównanie Marty Kisiel do Joanny Chmielewskiej (a przynajmniej do wczesnej Chmielewskiej) nie jest chybione. Niecodzienne zbiegi okoliczności, niebanalni bohaterowie i cudowne dialogi (dziczyzna!) przywołują te radosne chichoty pijanej hieny, które towarzyszyły również lekturom takich klasyków jak chociażby Wszystko czerwone.

Istnieje jednak pewna różnica. U Chmielewskiej głównym tematem są często potężne afery, przemyt narkotyków, brylantów i bogi-wiedzą-czego-jeszcze, a nawet szaber powojenny i organizacje terrorystyczne. Kryminał, a raczej komedia kryminalna Marty jest dosyć kameralna, wszystko przecież rozgrywa się na podmiejskim osiedlu domków (i pałacyków) jednorodzinnych. Nie wszyscy znają każdego, o nie. Absolutnie cudownie czyta się o tym powolnym „obwąchiwaniu się” starych i nowych mieszkańców i nieprzyjemnych niespodziankach w sielankowy sobotni poranek. Nie zabraknie też żartobliwego czasami przeglądu typów ludzkich, znanych nie tylko posiadaczom własnych bliźniaków, ale i zahartowanym w bojach lokatorom bloków wielko i małomiejskich.

Jedyny właściwy sposób na lekturę tej książki ;)

Mamy więc do czynienia z lekkim kryminałem, co już stawia Dywan z wkładką wysoko na listach wielu wielbicieli literatury, w której trup ścieli się gęsto. Jednak niewątpliwe atuty rozrywkowe to nie jedyna rzecz, która sprawia, że książka bardzo mi się podoba. W szalonych czasami i zabawnych dialogach nie zabrakło pewnego przesłania, szczęśliwie, wyłożonego tak jakby mimochodem, przy okazji, wynikającego kompletnie naturalnie z takich a nie innych charakterów głównych postaci i ich sposobów postępowania. Pojawiają się wątki ekologiczne, potraktowane zdecydowanie z przymrużeniem oka, co tylko wychodzi powieści na dobre. Jednak autorka nie zapomina też o problemach czysto psychologicznych, nierzadko z samooceną wynikającą z tego, jak postrzegają nas inni, a z czym my nie czujemy się komfortowo. Motyw ten pojawia się w kilku miejscach i wypływa bardzo naturalnie. Uczyć bawiąc? Wyszło znakomicie.

Polecam Wam zatem sięgnąć po coś słodkiego (może kasztanki, żeby było tematycznie?), usiąść wygodnie w fotelu i sięgnąć po perypetie Tereski Trawnej i jej zwariowanej rodziny. Kryminalny debiut Marty Kisiel wyszedł bowiem znakomicie – na każdej stronie czuć przekornego ducha wszystkich powieści Ałtorki, jest sympatycznie, a zło – w przeciwieństwie do skandynawskich kryminałów – zostanie ukarane.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Premiera powieści już w środę!
A ja tymczasem dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki
i przeuroczy piątkowy wieczór!

piątek, 15 stycznia 2021

Pod wodą nikt nie usłyszy twojego krzyku...

Dobry horror nie jest zły, problem sprawia znalezienie takiego, który nie popełni grzechów śmiertelnych innych filmów tego gatunku. Ostatnio straszliwie drażni mnie takie pozorne kończenie głównego wątku, tylko po to, by po chwili okazało się, że zło przetrwało, a główni bohaterowie są w ciemnej…. wiemy czym. Niesamowicie mnie takie rozwiązanie irytuje, a często je widuję. One shot? Yes, please. Bez serii, początków, możliwości kontynuacji… Nasyciłam się też serialami i po prostu mnie odrzucają.

Trafiła do mnie ostatnio ostrożna polecajka Underwater. Wprawdzie pierwszy rzut oka nie zachęcał, bo główną rolę gra w tym Kristen Stewart, a ja pozostałam na etapie kojarzenia jej z wiecznie zdziwioną Bellą Swan i Królewną Śnieżką, ale koniec końców postanowiłam zachować się niczym nauczyciel wobec blondynki: dać szansę i Kristen, i filmowi.

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Oto na dnie Rowu Mariańskiego znajduje się platforma wiertnicza, ot, taki odpowiednik spodziewanych już niedługo chińskich baz księżycowych. Ludzie pracują, żyją, wyczekują końca zmiany. Znienacka jednak stacja zostaje uszkodzona przez serię podwodnych wstrząsów, a nasza główna bohaterka, Norah, zupełnie nagle musi podjąć decyzję „Albo ja, albo nikt” i będzie to dopiero początek trudnych wyborów, które przed nią. Pierwotne uszkodzenia stacji przeżywa kilka przypadkowych w sumie osób, jednak nie mogą po prostu czekać na pomoc. Uszkodzone są nie tylko urządzenia komunikacyjne, ale i sama struktura stacji. Trzeba uciekać. Kapsuły ratunkowe znajdują się w stosunkowo bliskiej starszej instalacji, trzeba „tylko” do niej dotrzeć. Przed ekipą zatem klaustrofobiczny spacerek po dnie oceanu… obok walącej się platformy, ton spadającego ciężkiego sprzętu… Bułka z masłem, nawet jeśli ktoś nigdy nie miał na sobie odpowiedniego skafandra, prawda? Jakby tego wszystkiego było mało, jeden z ocalałych wysuwa przypuszczenia, że podwodne wstrząsy wcale nie mają nic wspólnego z płytami kontynentalnymi, a wiercenia naprawdę sięgały głęboko…

Brzmi banalnie. I tak w sumie jest, bo Underwater nie stawia sobie za cel olśnienia widowni epickością akcji, nie chodzi o ratowanie świata czy typowo amerykańskie świetlane postaci, kolejne wcielenia Kapitana Ameryki. Na ekranie po prostu się dzieje, od początku do końca. Nie należy się spodziewać przemiany duchowej bohaterów, męskich rozmów o życiu i śmierci czy długich chwil podziwiania krajobrazu. Jak wspominałam, film jest mocno klaustrofobiczny, doskonale oddano owo uwięzienie członków załogi czy to w skafandrach, czy w stalowych trumnach na dnie Pacyfiku. Nie widzimy zbyt wiele, nie słyszymy zbyt wiele… i choć jak to zwykle bywa, kiedy widzimy ten straszny element w pełnym świetle, trochę śmiać nam się chce, a jednak pod koniec historii łezka się w oku kręci, bo nawiązanie do pewnego klasyka grozy jest cudownie oczywiste.

Nieoczekiwanie odbieram ten film również tak, jak np. zapewne chcieli, by odczytać ich dzieła, twórcy sequeli gwiezdnowojennych – dla mnie ma dość oczywistą wymowę feministyczną. Nie, nie dlatego, że główna bohaterka jest kobietą. Nie dlatego, że wszyscy podziwiają, jaka ona utalentowana, a przy okazji jest piękna i nieustraszona. Nie. Norah jest przerażona, ale walczy o przetrwanie i robi to samo, co inni. Ma może tylko więcej szczęścia niż jej towarzysze. Ale to inna członkini ekspedycji, Emily, wykazuje się hartem ducha kompletnie niespodziewanym. W sytuacji kompletnie podbramkowej potrafi przezwyciężyć strach i słabość, powodowana dosyć oczywistą motywacją. Ta motywacja nie jest jednak wepchana nam w twarz przez narratora, ją dostrzega się w gestach i słowach oraz tym, jak dotychczas pokazywano tę bohaterkę. Uczcie się, twórcy hollywódzkich blockbusterów!

Czy wrócę kiedyś do Underwater? Raczej nie, to film na raz, co nie znaczy, że kompletna strata czasu. Wręcz przeciwnie, jeśli macie ochotę na coś dobrego, choć jednak mało odkrywczego, lubicie kino akcji i bawi Was obstawianie, kto następny zginie, to naprawdę doskonały wybór. Szczerze i uczciwie polecam, film jest po prostu uczciwą rzemieślniczą robotą. Zupełnie nie wiem, dlaczego krytycy ocenili tę pozycję raczej przeciętnie, ale może spodziewali się czegoś innego niż to, na co film zapowiadał się od pierwszej sceny.

Underwater (Głębia strachu), wyk. K. Stewart, V. Cassel, M. Athie i inni, reż. W. Eubank, USA 2020.

środa, 6 stycznia 2021

Hardo i baśniowo

Sama nie wierzę, ale wychodzi na to, że kolejna recenzja znowu będzie dotyczyła antologii. Zdecydowanie schyłek roku obfituje w zbiory opowiadań! Tym razem omówimy sobie Harde baśnie, kolejną kompilację tekstów grupy Harda Horda. Rok temu ukazał się ich debiutancki tom, teraz w ręce czytelników trafia równie gruba książka, tym razem jednak skoncentrowana na baśniach.

Baśnie (a także legendy) są jednak potraktowane miejscami dosyć pretekstowo, bo użyczają imion czy nazw albo postaci-archetypów wykorzystanych przez pisarki w sposób zupełnie przewrotny. Zważywszy na to, że cała Horda skupia się tematycznie wokół szeroko rozumianej fantastyki, a ta od zawsze jest jedną z cech charakterystycznych dla baśni, próba wydaje się jak najbardziej uzasadniona, a eksperyment nader ciekawy. Jednakże teksty, które dostajemy, są baśniami współczesnymi, a pewne schematy pojawiające się w literaturze czy opowieści ludowej zostaną nierzadko przekształcone w sposób raczej nieoczekiwany (chyba że jest się czytelnikiem zawsze doszukującym się dziury w całym). W efekcie kolejne podejścia różnią się od siebie nie tylko tematyką, ale i formą, co jak zawsze – może być olbrzymią zaletą, ale też i wadą. Jak wypada to w Hardych baśniach?


Najbardziej baśniowa jest dla mnie opowieść Marty Kisiel – Idzie, powtarzał wiatr, choć można też powiedzieć, że to takie pomieszanie baśni i fantasy. Zaraza, książę, wiedząca oraz ten kwitnący biały bez… Bardzo silnie widać w tekście konflikt dobra i zła, choć czasami jedno i drugie ma bardzo zatarte granice. Czyta się równie doskonale i jest to jeden z moich faworytów w tej antologii. Równie charakterystyczny jest Demon w studni Ewy Białołęckiej, traktujący o mocy słowa i wyobrażenia. Tutaj z kolei odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia ze świadomą zabawą koncepcją mitu – z zaskakującym twistem na zakończenie. Tekst jest niedługi, ale bardzo dobry, iście magiczny. Baśnią jest również Białe Aleksandry Zielińskiej, traktujące ponownie o zarazie, tym razem jednak takiej kojarzącej mi się dosyć mocno z Piknikiem na skraju drogi albo i opowieściami czarnobylskimi. Autorka wspomina o zafascynowaniu Brzydkim kaczątkiem, ja z kolei widzę tam echa Królowej śniegu. Czyta się świetnie, ale przy niektórych opowiadaniach wydaje się odrobinę… nijaki.

Również na poły fantasy, na poły baśniowo-legendarne jest opowiadanie Róże św. Elżbiety Agnieszki Hałas, odwołujące się do postaci św. Elżbiety Węgierskiej, bawiące się koncepcją owego rozpoznanego cudu, jaki przydarzył się przyszłej świętej. Mamy tu i zaświaty, i magię, i złego spowiednika… mamy też, a może przede wszystkim, miłość. Szalenie mi się to połączenie podoba. Retelling pojawia się również w dwóch innych tekstach. Jeden z nich to Potwór z lasu Martyny Raduchowskiej, skupiające się wokół postaci Czerwonego Kapturka. Potwór byłby zaskakujący, gdyby nie fakt, że identyczny motyw pojawia się w serialu Once upon a time i wystarczyło spojrzenie na imię bohaterki, by odgadnąć, cóż takiego się wydarzy. Na wszelki wypadek jednak nie napiszę, o co chodzi, bo może tylko ja jestem tak spaczona, a Wy będziecie mieli niezłą radochę z tego opowiadania. Znanymi z baśni postaciami bawi się również Aleksandra Janusz w Życzeniu wróżki chrzestnej, będącym swoistym pokłosiem Shreka, tyle że tutaj Wróżka Chrzestna jest zdecydowanie postacią pozytywną, ma gołębie serducho i przedkłada swoją reputację nad dobre samopoczucie. Szczęśliwie ma bardzo niestandardowego męża, który potrafi o nią doskonale zadbać.

Z racji tego, że do Hordy należą również autorki znane ze swoich światów urban fantasy, będziemy mieli okazję poznać kolejne przygody naszych ulubieńców znanych z kart innych książek. Aneta Jadowska odkurzy nieco postać Dory Wilk w Klątwie Hexenwaldu, cudnie przewrotnie traktującej o Jasiu, Małgosi i Złej Wiedźmie. Ostrzegam jednak, że ta lektura sprawi, że odruchowo zaczniemy po całym domu szukać pierniczków – jakie to szczęście, że miałam jeszcze zapasy sprzed Świąt (co więcej, stanowiły część tego samego pakietu prezentowego!). W Sześciu koszulkach z łabędziami Mileny Wójtowicz po raz kolejny zetkniemy się z Sabinką Piechotą, strzygowatą inspektorką BHP (gorsza mogła być tylko pani ze skarbówki, dziekanatu lub ZUSu). Binka tym razem będzie musiała odpowiednio zająć się zakładem Wiesława Kowalczyka, nieoczekiwanie odkrywającego zalety nekrotycznej siły roboczej… W klimacie UF jest utrzymany również Sen nocy miejskiej Magdaleny Kubasiewicz. Wiedźma Jagoda, specjalistka od klątw, będzie musiała zająć się nastolatką będącą pod wpływem zaklęcia Śpiącej Królewny… a wskazówki do rozwiązania sprawy uzyska, włamując się do Fejsa i wattpada naszej ofiary.

Pretekstowo baśnie traktuje m.in. Anna Hrycyszyn w Detektywie Fiksie i śmierci w czerwonym pokoju. To bardzo przyjemny steampunk z wątkiem kryminalnym bazujący trochę na Pięknej i bestii. Uwielbiam kryminały, a tutaj mamy do czynienia z dobrą zagadką oraz doskonale nakreślonym tłem i mam cichą nadzieję, że detektyw Fiks doczeka się własnej książki. Krystyna Chodorowska w Tym, co pośród lodów zabiera nas na daleką północ, w poszukiwanie legendarnych już stworzeń… Tylko co się dzieje, kiedy ta legenda staje przed nami we własnej, dosyć przerażającej osobie?

Duży problem mam z dwoma opowiadaniami. Pierwsze z nich - Krok przed tobą Anny Kańtoch - wydaje mi się nieco nijakie i zbyt skomplikowane. Nie do końca rozumiem, o co w nim chodziło, ale nie wykluczam, że to po prostu moja pospolita tępota. Na pewno jest to tekst w duchu czysto „kańtochowy” i wiernym fanom autorki będzie się podobał. Drugi z kolei to Zazula, kukułeczka moja Anny Nieznaj, będący… fanfikiem do Ogniem i mieczem. I jakkolwiek powieść Sienkiewicza lubię, sama jestem Team Bohun (zwłaszcza w wydaniu Saszy Domagarowa) i bardzo sprawnie wszystko napisano, wydaje mi się, że umieszczenie tekstu w tej konkretnej tematycznie antologii tak nie do końca zagrało. W efekcie wyróżnia się bardzo i może to zostać odczytane raczej negatywnie.

Całościowo jednak cały zbiór to eksperyment niezwykle udany. Wielorakość wątków i klimatów, różne traktowanie materiału źródłowego zaowocowało bardzo zróżnicowanym tomem, stanowiącym doskonałą próbkę tego, co reprezentują członkinie Hardej Hordy. Harde baśnie mogą też być doskonałym prezentem np. dla osoby zaczynającej przygodę z fantastyką – mnogość różnych ujęć i rozmaity emocjonalnie poziom tekstów zaintryguje, a jeśli któryś z nich znudzi, kolejny zapewne zachwyci. Zdecydowanie polecam!

Harde baśnie, antologia, wyd. SQN, Kraków 2020.