Hmmm, to był całkiem dobry odcinek. Wielka szkoda, że
dostajemy dobre kawałki głównowątkowe tak późno, prawie na końcu sezonu! A
naprawdę jest, jak widać, co poruszać!
Pudło Wertera? No cóż, przynajmniej widz nie cierpiał podczas oglądania jak cierpiałam podczas czytania wiadomej powieści Goethego.
Przede wszystkim absolutnie oczarował mnie główny wątek.
Tyle już czasu jesteśmy w sumie zanurzeni w mitologii Ludzi Pisma, a większość
z tego to archiwa w Bunkrze i sam Bunkier. Oczywiście, odkrywanie ich sekretów
służy najczęściej, niestety, jako deus ex
machina, bo skoro tak długo zbierali pewne informacje, to na pewno mają ich
po kokardki. Ma to swoje zalety, dotychczas nie jest aż tak nadużywane, ale...
Trochę skrzywiłam się na rewelację, że niezbędne do odczytania Księgi
Przeklętych zapiski posiadają oczywiście Ludzie Pisma. Pytanie tylko, czy to
jest ten potężny artefakt, który chciała odzyskać Rowena od Olivette. Zważywszy
na zabezpieczenia, jakimi był obwarowany, nie jest to wykluczone... Bardzo
ucieszył mnie powrót do postaci Cuthberta Sinclaira, bo jego jednorazowy występ
w Blade Runners to było dla mnie
zdecydowanie za mało. Taki malowniczy villain! Ekscentryczny i pomysłowy!
Przyjemna była ta podróż w czasie... Swoją ścieżką, ciekawe, czy kiedykolwiek dowiemy się, jak wielu Ludzi Pisma tak naprawdę liczyła sobie obsada Bunkra.
Wreszcie dowiadujemy się, dlaczego czarnoksiężnik został wykluczony z grona
Ludzi Pisma i ludzkości pozostaje tylko się cieszyć, że Crowley’owi nie udało
się swojego czasu go zlokalizować, bo – jak wiadomo – bywa bardzo przekonujący,
a z wiedzą Sinclaira dużo ciekawych rzeczy mógłby zdziałać... Niestety, jego
słowa o Ludziach Pisma – „Damn snobs. Bunch
of librarians, if you ask me”, są smutnie prawdziwe. Wiadomo, że potrafili
walczyć z nienazwanym i potrafili złożyć ofiarę z życia, większość z nich
jednak, w okresie poprzedzającym masakrę, była raczej zachowawcza. Chociaż,
oczywiście, nie da się ukryć, że metody pana Sinclaira były rzeczywiście
drastyczne. Tak czy siak, naprawdę liczę na to, że poznamy więcej mrocznych
sekretów państwa uczonych. Tylko... dom? Naprawdę? Ja wiem, że nie sądzili, że
zostaną nagle sprzątnięci z powierzchni ziemi, jednak ten pomysł wydaje mi się
raczej niespecjalnie mądry... Mało to jaskiń albo innych potencjalnych
kryjówek, które (jak zakładam) nie zostaną zlicytowane za zaległości podatkowe?
Straszliwie smuci mnie to, w jakim kierunku podąża wątek
Sama. Jasne, od początku tego sezonu wiemy, że nie cofnie się przed niczym, by
tylko dotrzeć do swojego brata i by go ocalić, jednak tym razem jego
podświadomość rzeczywiście bardzo ładnie zdiagnozowała problem – „What's another human life to you? Anything's
worth it, as long as you two make it out alive. You think Dean is a
loose cannon? You’re the reckless one!” Problem nie dotyczy tylko
przypadkowego ludzkiego życia. Nawet rodzina, o którą przecież Winchesterowie
tak walczą, nie liczy się, jeśli w grę wchodzi ocalenie jednego brata przez
drugiego. Tak, Adamie Mulligan, spoglądam w twoją stronę. Boś nadal w Piekle...
Ani na chwilę nie zaskoczyła mnie zgoda Sama na warunek Roweny: zabicie
Crowleya, bo powiedzmy sobie szczerze, to właśnie Sammy jest bardziej
racjonalny jak chodzi o to, co powinni z Królem Piekła zrobić. Nie jest w
jakikolwiek sposób związany z nim nawet cieniem czegoś, co można byłoby
określić jako wzajemna zależność, czego nie da się jednak powiedzieć o Deanie.
Cena, jaką Sammy’emu przynajmniej teoretycznie przyjdzie zapłacić za zdjęcie
klątwy, jest dla niego niczym. Przynajmniej w jego własnym mniemaniu.
Beauty Sleep Roweny mnie rozłożył na łopatki.
Bo my widzimy podróż młodszego Winchestera ku zagładzie, ku
potępieniu, w przeciwieństwie do jego brata całkowicie z własnej woli. On jest
naszym potworem tego sezonu, wychodzi z niego ta bezduszność, którą mieliśmy
okazję poznać w pierwszej połowie sezonu szóstego. Liczy się tylko jego brat,
nieważne koszty i konsekwencje. Jeśli musi zawrzeć pakt z najbardziej
niebezpieczną wiedźmą, jaką spotkali, so
be it. Jeśli w grę wchodzi ofiara życia, so be it. Zachariasz
miał jednak rację – „when the heat gets
hot, they're not gonna give a flying crap about you. Hell, they'd rather save
each other's sweet bacon than save the planet.” Ponownie mamy do
czynienia z samonakręcającą się spiralą I nagorsze jest to, że w tym punkcie
sezonu mam ponurą świadomość tego, że cokolwiek się wydarzy, nic nie zmieni
samowego zdania I postępowania. Pytanie tylko, kto i jak się na nim za to
zemści. Może Rowena, wykiwana wręcz koncertowo? No cóż, zobaczymy... Przykre
jednak jest to, że oni się nigdy nie nauczą.
Sam jak zwykle wygląda uroczo cierpiąc.
W przeciwieństwie do wyczynów Sama, Dean nagle awansował na
najbardziej rozsądną postać serialu. Powiedzmy sobie szczerze – wybór miejsca,
w które zaprowadziła go jego podświadomość, jest nieprzypadkowy, dokładnie tak,
jak powiedziała iluzja Benny’ego. Czyściec, jak sam Dean kiedyś przyznał, jest
prosty i nieskomplikowany – po prostu walczysz i walczysz. Nie musisz szukać
zdobyczy, ona przyjdzie sama. Zabij lub zgiń. Chociaż w tym sezonie widzę w
Deanie więcej niż dotychczas, powiedzmy sobie szczerze – chłopak nie jest
specjalnie skomplikowany, dla niego liczy się praca i brat. Dodatkowo, teraz
praca i żądza zabijania jest dodatkowo podkarmiana przez Znamię, które daje mu
niezłego boosta do umiejętności – pamiętacie jak Bobby był pod wrażeniem, kiedy
w Mystery Spot Sam sam zabił całe
gniazdo wampirów? Dean jednak, podobnie jak Kain w ubiegłym sezonie, kontroluje
się, choć nie jest to zapewne łatwe. No dobrze, próbuje się kontrolować, bo
pamiętamy jakże malowniczą rzeźnię w The
Things We Left Behind. Dean stara się myśleć racjonalnie i walczyć. Czyli
gdzieś tam w tle mamy tę postawę sprzed zabicia Kaina, sprzed The Executioner’s Song... I mam szczerą
nadzieję, że tam zostanie, bo co jak co, ale Dean będzie potrzebował
wszystkiego, co ma, by ogarnąć swojego brata.
Nie jestem fanką Benny'ego, ale nie powiem, uroniłam łezkę, gdy Dean znowu został zmuszony do zabicia swego przyjaciela.
Bo pod koniec odcinka padają słowa, o których my pamiętamy
cały czas podczas oglądania, natomiast bracia zapominają o tym, kiedy tylko
scenarzystom jest wygodnie – „We are
stronger together than apart.” Sam oddałby życie podczas próby otworzenia
sejfu, gdyby nie było tam Deana. Jednak ta uwaga jest rzucona na próżno –
młodszy Winchester nadal będzie utrzymywał wszystko w sekrecie... Niestety.
"Two of us against the world."
Ciekawi mnie, w którą stronę to pójdzie... Wprawdzie nie
należę do osób panikujących obecnie, że Sam zabije Crowleya, bo przecież Mark
Sheppard po zakończeniu kręcenia sezonu podziękował ekipie za cudowną
współpracę, ale zaczynam się zastanawiać, co oni właściwie planują. Powiem
tylko, że mam dość powrotu do sekretów, idiotycznych sekretów, mam dość Roweny
i mam dość kręcenia się w kółko... Boję się bać...
A na koniec uroczy widok: Rowena na łańcuchu.
Supernatural, 10x19 The
Werther Project, scen. R. Berens, reż. S. Pleszczynski, wyst. J.
Padalecki, J. Ackles, R. Connell, K. Smith i inni.