piątek, 14 maja 2021

Dużo zagadek, bogów i niewiele odpowiedzi

Wspominałam ostatnio, że mam dosyć specyficzne podejście do literatury fantasy, bo często operuje schematami i jest w tym raczej mało kreatywna. Nie zmienia to faktu, że często zdarza mi się sięgać po książki opisujące światy miecza i magii. W łapki wpadła mi ostatnio powieść Dzieci starych bogów. Śmiech diabła Agnieszki Meli, a paskudna barowa pogoda tylko zachęciła do czytania.

Świat Kerhalory zamieszkują rody, jakoby pochodzące od tajemniczych istnień, a może nawet bóstw. Jeden z nich, ród Wartów, znalazł swoją przystań w osadzie Nomader. Tam właśnie, w ciemnym zaułku, powoli umiera chłopiec imieniem Bertram, przygnany w to miejsce misją powierzoną mu przez ojca. Odejść nie pozwala mu jednak mała dziewczynka, nazywana Wilgą. Przyprowadza go do swojego domu, przedstawia matce i prawdziwej oraz przybranej rodzinie, a także swojemu ojcu, którego ponad wszystko pragnie zadowolić. A Bertram nagle dostrzega możliwość wypełnienia zadania – wszak to właśnie jego poprzysiągł zabić. Po krótkiej walce chłopiec czuje się zwolniony z obietnicy i zostaje przyjęty w poczet członków rodziny.

Lata mijają, bohaterowie podrastają, zmieniają się zadania i sojusze… Jednak ojciec Bertrama nie zapomniał. Kierująca nim obsesja zdobycia czegoś zwanego Ziarnami Relenvel skieruje również i jego kroki do Nomader, chwilowo niechronionego przez głowę rodziny. Sieje tu śmierć i zniszczenie, kompletnie zaślepiony swoim szaleństwem. Z osady nie uchodzi nikt… poza Wilgą, noszącą już dojrzałe, choć nie do końca akceptowane przez siebie imię Aine. Dziewczyna ucieka prosto w niebezpieczeństwo równie poważne, do lasu Lai Sinen, zamieszkiwanego przez upiory, dziwne stworzenia i koszmary. Nie do końca wie, co się dzieje z jej ojcem i przybranymi braćmi… Tymczasem stary Wart nie dba o córkę, co doprowadza do rozłamu w jego kompanii. Część towarzyszy szczenięcych lat Wilgi rusza na jej poszukiwania… wiedząc, że nie są w tym osamotnieni…


Sierota siłą oderwana od swoich korzeni, poszukująca sensu życia, odpowiedzi na liczne pytania czy choćby zemsty to klasyczny motyw i najprostszy sposób na stworzenie postaci – wszystko zależy od tego, co nią powoduje i jak została napisana. Aine jako bohaterka jest całkiem wiarygodna, nieufna, waleczna (w końcu przez lata uczyła się miecza, by zaimponować ojcu), pragnąca przetrwać i znaleźć powody, dla których jej życie rozpadło się na kawałki. Podobnie i Bertram, powodowany przywiązaniem i miłością, desperacko pragnący odzyskać wszystko to, co miał kiedyś. Ich towarzysze, na czele z Gavinem i Gairem, całkiem nieźle wpisują się w konwencję i próby odkrycia prawdy zmieniającej życia, choć przyznam, że Gair chyba nieco za bardzo inspirowany jest Tyrionem z Gry o tron i czasem mi to przeszkadzało. Kolejne, choćby na chwilę spotykane postaci ciekawią, ładnie tworząc układankę świata Kerhalory.

Tym bardziej mi przykro, że coś tu jednak nie zagrało. Wprowadzenie do fabuły, główni bohaterowie teoretycznie są napisani dobrze i początek „żre” naprawdę nieźle. Dobry, malujący przez oczami kolejne wydarzenia język przekazuje atmosferę, przekazuje odczucia i wahania nieszczęsnych Aine czy Bertrama, uwikłanych w historię, której nie pojmują. Jednak w pewnym momencie akcja zaczyna „skakać”, rzeczy dzieją się zbyt nagle, po prostu dlatego, że tak jest wygodniej dla fabuły. W niektórych przypadkach sami domyślamy się przyczyn pewnych zmian, ale w niektórych mamy wrażenie sytuacji napisanej tylko po to, by coś się bohaterom nie udało zbyt szybko albo w ogóle. Po co zatem wprowadzać w ogóle pewne wątki (biblioteka margrabiego), jeśli w gruncie rzeczy niewiele wnoszą i równie dobrze mogłoby ich nie być? Trochę wygląda mi to na zabieg nabijania objętości. Szkoda również, że zakończenie jest kompletnie niejasne, nie rozwiązuje choćby jednej tajemnicy – choć na tym etapie pewnych rzeczy nie sposób się nie domyślić. Oczywiście, jest to obliczone na ciąg dalszy. Ale gdzie choćby coś w najmniejszym stopniu rozwiązujące pomniejsze zagadki, choćby Karmazynowego Bractwa lub Frithusa Armina? Coś czytelnikowi dać trzeba, by nie zakończył lektury z poczuciem absolutnego braku spełnienia, zachęcając do dalszego czytania i oczekiwania na ciąg dalszy cyklu.

Przyznam szczerze, że zamykając książkę, poczułam się absolutnie rozczarowana takim brakiem, a owe „skoki” fabuły wymęczyły mnie na tyle, bym nie myślała nawet o drugiej części. Nie chodzi o to, że przeczytałam po prostu generyczne fantasy, bo i taka powieść może dostarczyć wielu wzruszeń i przyjemnych momentów. W pewnym momencie po prostu przestało mi na miotających się straszliwie bohaterach zależeć. Nie dostałam w gruncie rzeczy żadnej odpowiedzi. No cóż, kupka wstydu czeka, a Dzieci Starych Bogów pewnie wylądują w bibliotece, bo trochę szkoda mi tracić na nie miejsce na półce.

Agnieszka Mela, Dzieci Starych Bogów. Śmiech Diabła, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2021.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz