poniedziałek, 22 marca 2021

Pałac Kultury, smok i służby specjalne (prawie) zawsze lojalne!

Komu kiedykolwiek przeszkadzał Pałac Kultury? Łapa w górę! Wyobraźcie sobie zatem, że pewnego pięknego dnia Pekin zamienia się w… wieżę maga. Siriożnie. Ot, wali grom z jasnego nieba, w ślad za gromem do Torciku Stalina wstępuje mag i jego smok. Warszawiacy mogą się poczuć zaszczyceni, gdyż wybrał tenże szarobury brzydki gród na swoją siedzibę. Zaszczyt, czyż nie?

Na razie jednak warszawiacy wieją gdzie popadnie, bo smok – jak to smoki mają – postanawia zaanektować tunele metra na swoje lochy. Na miejscu pojawiają się służby rozmaite, a wśród zgromadzonych gapiów nie wszyscy planują jedynie patrzeć. Ot, taki chociażby Maciej Jeżewski, informatyk, pełniący rolę „gościa od kabelków” w Urzędzie Miasta, przypadkowo nadział się na próbę negocjacji z oczekującym czarodziejem. W imieniu władcy, rzecz jasna, który jakoś tak niespecjalnie chętnie pragnie się zapoznać z przybyszem – zapewne można doń już pisać na Berdyczów czy inną Rumunię. Szczęśliwie dla Maćka, nasz informatyk bardzo lubi literaturę fantasy, co sprawia, że całkiem nieźle idzie mu tłumaczenie niedzisiejszemu nieco gościowi naszej rzeczywistości. Ba, awansuje wręcz na pazia wraz z nieoczekiwanym towarzyszem z rzeczonych służb, Krzyśkiem Zielińskim. Cni paziowie eksplorują zatem dar Stalina, korzystając ze świetnej pamięci Maćka, który zaplątał się kiedyś do pałacu na jednej z wycieczek, co zdecydowanie poprawia jakość życia pałacowych kotów – w końcu smok smokiem, a kuwety się same nie opróżnią. A przydałoby się jeszcze gdzieś odnaleźć resztki po grupach uderzeniowych, mających załatwić problem maga raz na zawsze!

Jednocześnie z przygodami imć paziów w książce rozwija się drugi wątek – tym razem już stricte rodem z Magii i miecza. Poznajemy losy niejakiego Wędrowca/Wybrańca, jego osobistego demona amaremona znanego również jako Kot, a także szychy alońskich służb specjalnych oraz pewną hardą rewolucjonistkę. Wszyscy pragną pozyskać tajemnicze artefakty znane jako Świętości, znajdujące się pośrodku tajemniczej Wyspy, w tajemniczej Wieży, strzeżone przez tajemniczego Strażnika… Oczywiście, oba wątki w końcu się splatają i przyznam tutaj szczerze, że dzieje się to w sposób absolutnie dla mnie niespodziewany. Pomysł jest rewelacyjny i więcej pary z dzioba nie puszczę, żeby niczego Wam nie zepsuć.

Jednak pomijając już naprawdę wciągającą fabułę, niesamowicie istotną i mocną stroną książki są jej bohaterowie. Maciek i Krzysiek to postaci z krwi i kości, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami – namacalni dla każdego czytelnika, w końcu któż z nas nie zastanawiałby się co by było gdyby i jeszcze, jak zachowałby się w sytuacji rodem z fanfików albo urban fantasy. Ale teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego – w końcu pochodzą z naszych czasów. Jednak równie realni są bohaterowie ze świata magicznego, ze świetnie zarysowanymi charakterami i motywacjami – może czasami nawet aż za współcześni. Zwłaszcza Borosar i Morah, służby specjalne zawsze lojalne, wydają się jakby żywcem wyjęci z kolejnej opowieści o braterstwie broni.

Zaskakująco, to jednak nie wada. Największą chyba zaletą Minas Warsaw jest właśnie doskonałe pokazanie owej więzi łączącej osoby walczące ramię w ramię, jak wspólna, potencjalnie i realnie traumatyczna sytuacja potrafi ukształtować pewne zachowania, jak wpłynąć na wzajemne zaufanie i to niezależnie od tego, czy mowa o kilku dniach spędzonych razem czy o wieloletniej służbie. Połączenie doświadczeń autorki odbywającej przecież tury w Afganistanie i Kuwejcie oraz jej talentu zaowocowało hołdem dla współtowarzyszy, dla wszystkich, którzy w jakiś sposób postanawiają poświęcić się bądź to dla ważniejszych wartości, bądź to po prostu w imię osobistych relacji. Fantastyczne didaskalia to zaledwie dekoracje, ale jak fantastycznie zrobione!

Nierealny to on bywa, sama prawda...

Jeśli właśnie przestraszyliście się wątków bogoojczyźnianych i stwierdziliście, że sobie odpuścicie, bo nie do końca jesteście pewni, jak to zagra z magiem zajmującym Pałac Kultury i Nauki – zapewniam: jedno drugiemu nie przeszkadza. Minas Warsaw jest fenomenalnie rozegraną opowieścią – nazwijmy to – fantasy, ale jednocześnie przemyca inną tematykę: czy to właśnie wartości służby, czy niespełnione aspiracje, czy wreszcie taką trochę meta kwestię tworzenia książkowej rzeczywistości… Nade wszystko jednak to świetna powieść czytana jednym tchem. Ach, i ma jeszcze naprawdę rewelacyjne ilustracje! Bardzo bardzo polecam!

Magdalena Kozak, Minas Warsaw, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.

 

poniedziałek, 15 marca 2021

Młodość Maryli Cuthbert

Nie wiem, jak to wygląda obecnie, ale „za moich czasów” seria o Ani Shirley była bardzo popularna. Sama z książkami Lucy Maud Montgomery zapoznałam się dosyć wcześnie, zdaje się, iż w domu leżało jeszcze przedwojenne wydanie Ani na uniwersytecie (z zapisem jot, czyli np. djabła). Anie stały się pozycjami, do których wracam dosyć regularnie, za każdym razem odkrywając nowe szczegóły, umykające mi, kiedy miałam zdecydowanie mniej lat i życiowego doświadczenia. I tak zmieniały się moje ulubione tomy, a moim ostatnim odkryciem jest Wymarzony dom Ani, przedtem wydający się taki cukierkowy i nudny.

Co ciekawe, nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad przeszłością bohaterów pojawiających się w cyklu. Byli na tyle dobrze napisani, że nie potrzebowałam wiedzy o ich przeszłości, wiedzy, skąd wzięły się takie a nie inne zachowania czy sytuacje – po prostu stanowiły część opowieści, przyjmowaną jako wartość stała. Jednak jeśli istnieje możliwość dopisania prequeli i sequeli, współcześni autorzy to chętnie wykorzystują, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. W przypadku Maryli z Zielonego Wzgórza autorka, Sarah McCoy, postanowiła przyjrzeć się przeszłości naszej surowej panny Cuthbert. Jak wspomina w posłowiu, natchnęły ją do tego słowa z pierwszej części cyklu: „Jaki przystojny chłopak się z niego zrobił – powiedziała w zamyśleniu Maryla. (…) – Jest niezwykle podobny do swojego ojca, gdy tamten był w jego wieku. Jan Blythe był miłym chłopakiem. Stanowiliśmy parę dobrych przyjaciół. Ludzie mówili, że to mój narzeczony.” McCoy postanowiła zatem opowiedzieć historię Maryli, Mateusza, ich rodziców i wreszcie Jana Blythe’a oraz pozostałych mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda.


Marylę poznajemy jako młodą dziewczynę, oczekującą wraz z matką na przybycie ciotki, Izzy, na co dzień mieszkającej w St. Catharinas, mieście na pograniczu Kanady i Stanów Zjednoczonych. Klara Cuthbert oczekuje kolejnego dziecka, pragnie mieć zatem przy sobie najbliższą krewną. Izzy pojawia się, wprowadza normalne w takiej sytuacji zamieszanie i powoli uczy młodą Marylę i Mateusza różnych rzeczy, których nie usłyszeliby od swoich rodziców. Na scenie pojawia się również przyjaciel Mateusza, wspomniany Jan Blythe, od tamtego czasu nierozerwalnie towarzyszący Maryli. Przyglądamy się ich zalotom, poznajemy kulisy przyjaźni Maryli z panią Małgorzatą Linde, pierwszą miłość Mateusza, stajemy się świadkami wielkiej tragedii rodziny Cuthbertów, a przy okazji ocieramy się o sprawy polityczne, będące dla wielu kompletną nowością, bo w końcu jak często człowiek ma okazję zapoznać się z historią Kanady, nie będąc specjalistą w tym temacie. Powieść jest „miła”, troszkę w stylu Montgomery, nie uwspółcześniana również na siłę, co przecież tak bardzo zaszkodziło serialowi Anne with an E jako adaptacji serii. Samo zakończenie jest bardzo ładne i przywołuje szczery uśmiech na twarzy.

Problem zaczyna się jednak, gdy przestaniemy traktować Marylę jako owo nieoczekiwane uzupełnienie książek o Ani. Jako powieść samodzielna ta pozycja się kompletnie nie broni, ot taki epizod z życia na prowincji. Teoretycznie mamy pewną klamrę narracyjną, teoretycznie przewija się tutaj jakiś wątek główny, ale praktycznie brakuje jakiegoś bardzo wyraźnego motywu spajającego książkę. Absolutnie nie nadaje się do tego opowieść o Janie i Maryli, bo też jest ona tak niesamowicie rozmyta i niewiarygodna. Przyczyna rozłamu ich przyjaźni, ich związku, kompletnie do mnie nie przemawia, wydaje się wymyślona na siłę, tylko dlatego, by Maryla pozostała starą panną. Także wątek Kolei Podziemnej, organizacji pomagającej zbiegłym niewolnikom, został wrzucony do książki kompletnie na siłę. Z całym szacunkiem dla Maryli, takie wydarzenia wpłynęłyby na nią bardzo mocno, zmieniając nieco ciasny punkt widzenia, jakim cechuje się w serii panna Cuthbert.

Co więcej, Maryla z powieści Sarah McCoy i Maryla z cyklu Montgomery to kompletnie różne osoby i nie wynika to zaledwie z różnicy wieku naszej bohaterki. Młoda Maryla to istna Ania, no, może z nieco bardziej rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności i gospodarności: buja z głową w obłokach, czytuje nowele, stroje też są ważną częścią jej życia. Małgorzata Linde, owa przyziemna złośliwa Małgorzata stanowi wcielenie Diany Barry, łącznie z jej miłością do słodyczy. Nie widzę najmniejszej możliwości, by dwadzieścia/trzydzieści lat później właśnie Małgorzata rzucała tak nieprzyjemne opinie prosto w twarz – to są kompletnie inaczej skonstruowane postaci. Jeden Mateusz pozostaje bez zmian, ale też czego oczekiwać od ruchomej niemej dekoracji, ćmiącej fajkę, by oszczędzić autorce konieczności wymyślenia krótkiego i celnego zdania, w których specjalizował się Mateusz.

Maryla z Zielonego Wzgórza to po prostu czytadełko, mogące wypłynąć i sprzedać się właśnie dzięki temu, że wiąże się z ukochanym cyklem wielu dziewcząt. Moim zdaniem jednak próba ta okazała się kompletnie nieudana, ot, jeden z przykładów przepisania bohaterom osobowości nie przystających do późniejszych wersji tylko po to, by „kolejna część” w ogóle powstała. Nie jest to ani powieść ciekawa, ani dobra – a na półkach tyle innych, lepszych książek…

Sarah McCoy, Maryla z Zielonego Wzgórza, tłum. H. Kulczycka-Tonderska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2020.