środa, 22 listopada 2023

Tajemnice przeszłości...

Na opowiadania Andrzeja Pilipiuka zawsze czekam z niecierpliwością – już nie na te wędrowyczowskie, bo czegoś im w pewnym momencie zabrało (choć zdecydowanie dobrze zrobiły im odstępy czasowe). Jednak kolejne zbiory wydawane przez Fabrykę Słów zawsze oznaczają dla mnie kilka godzin przyjemnej i fascynującej lektury – jak choćby dzisiaj w nocy, gdy siedziałam do drugiej nad ranem, bo tak mnie wciągnęło (wiem, dla niektórych to normalna pora, ale dla mnie dosyć późno). Choć już kilkakrotnie narzekałam tutaj na pewne stałe elementy Andrzejowej twórczości, nie da się ukryć, że autor to niesamowity gawędziarz i opowieści snuje wyjątkowo umiejętnie. No i nie czarujmy się – tworzy znakomitych bohaterów!

I do nich właśnie w tym zbiorze powrócimy. Na pięć opowiadań, cztery dotyczą naszych starych znajomych: Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego, z olbrzymią przewagą tego pierwszego. Mam wrażenie, że Andrzej wziął sobie do serca pewną krytykę Roberta, który z młodego człowieka mentalnie zamienił się w zgrzybiałego, nudnego starca – a jeśli nie przejmował się gadaniem i zrobił to czysto instynktownie, tym lepiej. Czytając przygody Storma, nadal czujemy tę nostalgiczną tęsknotę za przeszłością, nie przepełnia ona jednak już całego tekstu do tego stopnia, że człowiek mimowolnie wpada w depresję. Do egzaltowanej panienki mi daleko (o dobre dwadzieścia lat z okładem), więc znacznie bardziej odpowiada mi taki ton opowiadań. A Robert ponownie doświadcza niesamowitego. Jedzie m.in. do Werony, by uczestniczyć w wykopaliskach archeologicznych na zaproszenie profesora Cattaniego, który odkrył bardzo nietypowy artefakt w warstwie, gdzie go absolutnie być nie powinno. Czy chodzi o zwykłe zanieczyszczenia stanowiska czy o coś kompletnie innego? 

W drugim tekście, Antykwariacie, po raz kolejny odwiedzimy zapomniane, zakazane zaułki warszawskiej Woli i usłyszymy legendę o małym sklepiku, pojawiającym się i znikającym w ponure, dżdżyste noce. Ponownie spotkamy jednego z kompanów Roberta, Arka, poznamy też nowe bohaterki i przeżyjemy coś, co bardzo ciężko wyjaśnić. Przyznam, że choć domyślałam się, dokąd to wszystko zmierza, lektura sprawiła mi olbrzymią przyjemność – kocham te warszawskie klimaty, tak umiejętnie odmalowywane przez Andrzeja! A kiedy mowa o opuszczonych kamienicach, niezależnie czy praskich, czy wolskich, przed oczami staje mi kamienica na Próżnej (skrzywdzę Was i Wam ją pokaże – tak właśnie wygląda). Nadal wygląda, mimo iż sąsiadka z naprzeciwka została po prostu przecudnie odnowiona. 

Ale wracając... do meritumu (odpowiednie określenie w odpowiednim momencie – nie śmiejcie się). Trzeci tekst poświęcony Stormowi zabierze nas do Krakowa, ale także na daleką północ – do Norwegii. Wędrując meandrami zagadek historycznych, malarskich i kryminalnych dotrzemy do naprawdę odległych czasów i tego, co powinno na zawsze pozostać ukryte, a co ludzka ignorancja odkrywa ku własnej zgubie.

Jeśli chodzi o doktora Skórzewskiego, we wcześniejszych tomach osiągnął już wiek dosyć zaawansowany, nic dziwnego zatem, że od poprzedniego zbioru wracamy do jego młodości. Tym razem staniemy się świadkami jednej z jego przygód studenckich, konkretnie tego, czego doświadczył w carskiej twierdzy, przerobionej na więzienie. Jest to chyba najsłabszy tekst w książce, bo samej akcji tam niewiele, została potraktowana czysto pretekstowo, by po prostu napisać o Skórzewskim – czego nie potępiam, ale porównując Pokusę uśmiechu do innych przeżyć doktora, odczuwam potężne rozczarowanie.

Ostatnim i najdłuższym opowiadaniem jest tytułowe Zło ze wschodu. Kolejny raz w twórczości Pilipiuka cofajmy się do II wojny światowej, do lasów na wschodzie. Zbierający chrust Sławek przypadkowo wpada w łapy Niemców, ale – może mówić o niesamowitym szczęściu – po niezbyt intensywnym śledztwie zostaje wysłany na przymusowe roboty do Prus Wschodnich. Choć jego codzienność jest ciężka i wypełniona harówką, żyje, jest dobrze karmiony i ma szansę na doczekanie końca zmagań – o ile pewien sfiksowany esesman nie odstrzeli go dla kaprysu. Jednak chłopak nie ma pojęcia, jakie zło mimowolnie ze sobą przywiózł.... i jakim koszmarom przyjdzie mu stawić czoła.

Odkładając ten tom opowiadań Andrzeja, miałam wrażenie, że wróciłam z dalekiej podróży. Gawędziarski talent Pilipiuka sprawia, że (niemal) każda przedstawiana przez niego historia wydaje się prawdziwa i aż chciałoby się poszukać źródeł, by dogrzebać się do dalszych losów bohaterów. Jak pisałam wcześniej, brak tutaj tej straszliwej beznadziei, przepełniającej kilka poprzednich tomów, a to sprawia, że Zło ze wschodu czyta się bardzo dobrze. Dodatkową zaletą książki są klimatyczne ilustracje niezawodnego Pawła Zaręby.

I wiecie co? Żałuję, że nie zostawiłam sobie choć jednego opowiadania na dzisiaj... ale przecież nie mogłam się od nich oderwać!

Andrzej Pilipiuk, Zło ze wschodu, il. P. Zaręba, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2023.

czwartek, 16 listopada 2023

W sam raz na listopad!

Jaki kolor zazwyczaj kojarzy nam się z nekromancją? Oczywiście - mrok, zło, szatan, wszystkie odcienie czerni. Ale my – wierni fani Thornverse – doskonale wiemy, że bywa inaczej. Wszak już na samym początku naszej przygody z Dorą Wilk poznaliśmy Katię Kornatowską – wyjątkowo stylową nekromantkę, która nawet kaloszki ma pod kolor roboczego odzienia. Dotychczas Katia pozostawała w cieniu swojej przyjaciółki Dory, wiernie ją jednak wspierając w każdym szalonym przedsięwzięciu, wszak w pracy Namiestniczki nekromantka bywa więcej niż przydatna. Oczywiście, nie możemy zapomnieć też o Witkacu, z którym Katia pozostawała przez pewien czas w związku. Choć nie do końca im wyszło, pozostali w przyjaźni, bo uczciwi ludzie / uczciwe istoty z Thornu powinny się trzymać razem.

Nadszedł jednak czas na solową przygodę Katii. Jak to u Hitchcocka, zaczyna się pierdolnięciem, a potem jest już tylko ciekawiej. W końcu co może pójść nie tak, jeśli nagle do twojego domu (którego adres powinien pozostać absolutnie nieznany!) wparowuje niezadowolona klientka z bronią w ręku? Katia nie ma za bardzo wyboru, musi udać się wraz z nią na cmentarz, bo zrozpaczona matka twierdzi, że jej córeczka zniknęła ze swojego grobu. Rzeczywiście – ale gdy się wydaje, że już gorzej być nie może... Ciał wykradziono znaczenie więcej, a jako że kilka z nich zabezpieczała właśnie Katia, zawodowa duma nakazuje jej podjąć trop. Zawodowa duma, sumienie... ale i ktoś jeszcze.

Cmentarz w Thornie jest bowiem silnie powiązany z ważną dla nekromantów boginią – Matką Ziemią. To ona odczuwa taki w....w, że Katia nie ma innego wyboru, jak odnaleźć winnego i go ukarać. Szczęśliwie mimo tego, że coraz bardziej dotykają ją polityczne rozgrywki Thornu, dziewczyna ma wielu przyjaciół i pomocników, a może przy okazji w końcu znajdzie sensownego partnera i nie wystraszą go jej cmentarne konotacje?

W Katii spotkamy nie tylko naszych starych znajomych, ale również nowych bohaterów, dopełniających tę część Thornu, o którą dotychczas raptem zahaczaliśmy. Moim absolutnym faworytem stał się Kowal, dozorca cmentarny, skrywający niejedną tajemnicę i władający bardzo niezwykłą magią – naprawdę chciałabym zobaczyć jego meleksa na własne oczy, bo moja wyobraźnia nie potrafi go dobrze oddać. Jak zwykle też w historię miesza się świat bogów i to nie tylko z tych najbliższych nam panteonów.

Powrót do Thornu to wizyta u starych przyjaciół, gdzie czeka kakao, dobre żarcie i świetne, choć niekiedy straszne opowieści – ale to przecież opowieści z dobrym zakończeniem, bo gdy do akcji wkraczają przyjaciele Dory Wilk, wszystko musi się dobrze skończyć. Aż czasem mnie to denerwuje, bo chciałoby się jakiegoś plot twistu, w którym sympatyczny pomocnik okazuje się wynaturzonym mordercą. Ale to nie tutaj. Tutaj Aneta serwuje nam solidną porcję przygód może przewidywalnych, ale wciągających i robiących człowiekowi dobrze na serduszku. A przecież o to chodzi – zwłaszcza w listopadzie, gdy za oknem szaro i ponuro. Tematyka cmentarna chyba nigdy nie wchodziła tak dobrze, jak w tym konkretnym miesiącu. A choć różowa okładka wydaje się nie pasować do tematyki, to tylko przy pierwszym rzucie oka – jest bardzo katiowa i też robi duszy dobrze. W końcu to dzieło Magdy Babińskiej, podobnie jak ilustracje w środku, a przecież nikt nie potrafi oddać bohaterów Anety równie dobrze jak Magda!

Aneta Jadowska, Katia. Cmentarne love story, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2023.

To jeszcze lans pt. Cathia, Katia i autorka.


czwartek, 9 listopada 2023

Survival i warsztaty

Minęło już trochę czasu od mrożących krew w żyłach wydarzeń, które wstrząsnęły wydawnictwem JaMas. Niestety, przyszłość nie maluje się w najjaśniejszych barwach, bo oto okazuje się, że zasada „nieważne jak mówią, ważne, by mówili” nie sprawdza się, jeśli w tle pojawia się trup współpracownika, a ojciec dyrektor przedłożył rozkosze cielesne nad los firmy i pracowników. W tym wypadku i bestsellery siostry Apostazji mogą oddalić się w bliżej niesprecyzowanym kierunku! Należy zatem wymyślić ostatnią deskę ratunku, coś, co sprawi, że spragniony fabuły lud rzuci się na książki JaMasu! A co sprzedaje się najlepiej? Ofkors, że pornosy i kryminały!

Jednakowoż pierwszy gatunek wydaje się stać nieco w sprzeczności z tym, co dotychczas sygnowano marką wydawnictwa, zatem należy sięgnąć po zwłoki, tym bardziej że jakoś się już z JaMasem kojarzą. Może w tym przypadku te skojarzenia okażą się błogosławieństwem? Pada więc zbawienny pomysł: warsztaty literackie, koncentrujące się na licznie padającym trupie i zajęciach nieco survivalowych, bo koszty są w tym przypadku dosyć istotne, najtaniej zaś wychodzi wynajęcie ośrodka, który lepsze czasy widział za PRLu, a znajduje się na takim wygwizdowie, że psy tam wiecie czym szczekają, a wrony zawracają. W dodatku pizga złem. Wystarczy dobrać grono autorów, znaleźć chętnego do pracy za grosze PRowca, zatrudnić fachowca od denatów i już można zacząć działać! W końcu co może pójść nie tak, jeśli nad przedsięwzięciem czuwać będzie Sztywny kierownik, wraz z nim do dzieła ruszy krasnoludzka sekretarka w postaci Areczka Krawczyka, a tym wszystkim leniwym autorskim bułom w prokrastynacji przeszkodzi brak zasięgu? I tylko biedny ekspert ma niezmiennie złe przeczucia...

W poprzednim tomie mieliśmy do czynienia z zagadką kryminalną, rozgrywającą się w siedzibie wydawnictwa i to jeszcze tuż przed deadline’em, co w połączeniu z obyciem Ałtorki zarówno w roli tejże, jak i pracownicy takowych przybytków szaleństwa, dawało wyjątkowo unikalną dla czytelnika okazję zajrzenia za kulisy tego, jak wygląda proces wydawania książki. Jak wielokrotnie wychodzi w rozmowach z wieloma osobami, jest to wiedza niemalże tajemna (pozdrawiam wszystkich uczestników prelekcji tłumaczeniowo-redakcyjnej na Kapitularzu!), naprawdę interesująca te istoty, które papierowe obiekty czci do rąk dostają. Połączenie ze zwariowanymi postaciami i szaloną intrygą dawało więc produkt zabawny i edukacyjny – wiecie, takie typowe oświeceniowe „uczyć, bawiąc”.

Trochę inaczej jest z Wtem denatem, którego najwyraźniej dotknęła klątwa drugiego tomu (trochę jak w przypadku Efektu pandy). Starzy bohaterowie nie zawodzą, niektórzy okazują się mieć drugie dno i skrywać pod sztywnym obliczem wrażliwą osobowość, jednak trochę słabiej wypadają nowi – autorzy zaproszeni na warsztaty wydają się bardzo stereotypowi i chociaż wywoływali u mnie uśmiech, był to uśmiech politowania, znikający tylko w przypadku przygotowanej na wszystko matko-autorki Margo Mesjasz. Akurat pewnie wynika to z moich osobistych preferencji, bo młodych gniewnych, wątłych lelij i cierpiących za miljony zdecydowanie nie trawię, ale jestem bardzo ciekawa Waszego odczucia. Sama intryga... no jest, a jakoby jej nie było, jak z tą Urszulką. Coś tam cały czas czai się w tle, ale że właściwie nawet u postaci brak jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, trudno, by odczuwał je czytelnik. A wielka szkoda, bo rozwiązanie zagadki jest bardzo zgrabne i ewidentnie dobrze przemyślane.

Żeby nie było, pochichotałam trochę przy Denacie, bo porównania Kiśla są niezmiennie cudowne, przydawki okrojone, a bohaterowie sympatyczni, nie był to jednak taki ryk śmiechu, jak w przypadku pierwszego tomu. To nie to, że książka jest zła, po prostu nie dorównuje pierwszej. Nie wątpię jednak, że zupełnie jak w przypadku przywołanej już tu Tereski, kolejna odsłona perypetii personelu wydawnictwa (kolejny tom zapowiedziany) będzie naprawdę zabawna. Czego sobie i Wam życzę.

Marta Kisiel, Wtem denat, wyd. Mięta, Warszawa 2023.