środa, 23 grudnia 2015

Wesołych!!!!

Patrzcie, znowu Święta :) a wydawało się, że były tak niedawno... 

Kochani, życzę Wam fantastycznych Świąt spędzonych w gronie przyjaciół i rodziny (tej mało irytującej, na pewno nie Johna Winchestera), przy ciepłym świetle świec, przysmakach (i oby w biodra nie poszły, ale podobnież rybki są nietuczące) i interesujących konwersacjach :) Szampańskiej zabawy w Sylwestra i niech Nowy Rok przyniesie nam coraz lepsze odcinki, uśmiech niezależnie od sytuacji i same dobre chwile - a jeśli przydarzą się te złe, to tylko po to, by podkreślić najlepsze momenty :)


niedziela, 20 grudnia 2015

Road so far... czyli połowa sezonu...

Klasycznie, najwyższy czas na wyliczenie najlepszych momentów tego sezonu. Ku mojemu zaskoczeniu, jest ich trochę. Jedenasty sezon na tym etapie całkiem ładnie daje radę. Kolejność jak zwykle przypadkowa – no, w tym przypadku chronologiczna.

1. Modlitwa Sama (Out of the Darkness, into the Fire)

To zawsze Sam był tą osobą, która wierzyła w siły wyższe, do dziś pamiętam jego (nomen omen) rozanielenie na widok pierzastych w It’s a Great Pumpkin, Sam Winchester i jakie to przyjemne w świecie cynicznych łowców. Wprawdzie Bóg już dawno udowodnił, że ma to wszystko w nosie, jednak ta prawdziwa nadzieja w jego oczach i głosie kupiła mnie całkowicie.


2. Baby Amara (Form and Void)

Nie przepadam za samą Amarą, interesująca zaczęła być dopiero ostatnio, ale scena, w której zirytowane dziecko zachowuje się jak solidnie nawiedzone i rzuca klockami w ścianę, formułując swoje żądanie, jest po prostu znakomita. Mniam.


3. Ojciec Crowley (Form and Void)

Do przebierających się Winchesterów jesteśmy już przyzwyczajeni, ale Król Piekła działający pod przykrywką to zupełnie inna bajka. Pijący herbatkę egzorcysta o znajomym akcencie i radośnie witający Deana standardowymi insynuacjami szczerze mnie rozbawił.


4. Anioł i demon wchodzą do baru… (The Bad Seed)

Czekałam na jakąkolwiek interakcję między Niebem i Piekłem inną niż romance Casa i Crowleya i nareszcie się doczekałam! Istoty witające się najpierw z najwyższą pogardą, potem siedzące przy alkoholu i dyskutujące o zmianie sytuacji… scena jak z dobrego dowcipu, w dodatku nieźle rozegrana. Jak widać, coś już zaczęło się dziać w Niebie… czas na Piekło!


5. Śmiejący się Winchesterowie (Baby)

Tyle już lat minęło… Kiedyś ktoś napisał, że jeśli widać zdjęcie J&J w klasycznym łowieckim outficie śmiejących się, znaczy się, zdjęcie jest z planu. Nie w tym odcinku. Chłopcy zaglądają do baru, sypiają z kelnerkami, piją piwo i smoothiesy, śmieją się, rozmawiając o wszystkim… O tak. Proszę o więcej.


6. Rozmowa Casa i Metatrona (Our Little World)

Nie lubię Metatrona, nie znoszę w tym momencie Castiela, jednak ich rozmowa była jedną z najlepiej napisanych i rozegranych dotychczas w tym sezonie. Podoba mi się jak Metatron dostosował się do sytuacji, w której się znajduje, jak daje sobie radę, nie tracąc z oczu tego, co zawsze było dla niego najważniejsze – historie. Zrobiło mi się go naprawdę żal, a wywołanie u mnie tej emocji w odniesieniu do Skryby to dobra robota.


7. Morderczy króliczek (Plush)

Morderczy króliczek. To się rozumie samo przez się.


8. Sam uwięziony z klaunem w windzie (Plush)

Rozumiem fobię Sama, choć klauni mnie raczej zaledwie niepokoją. Reakcja Sama na klauna, który pojawił się w tej samej windzie co on, nie zawodzi. Widać panikę, strach, a wreszcie zrozumienie i reakcję. Bardzo bardzo.


9. Fangirlująca Rowena (O Brother, Where Art You?)

Nie wierzę, że to piszę, ale TAK. Reakcja Roweny na przywołanego Lucyfera jest po prostu bezcenna, kupiła mnie całkowicie. Jakbym widziała samą siebie na widok Crowleya ze wcześniejszych sezonów. Dodatkowo, nareszcie przepychanki mamusi i synka były naprawdę zabawne i ubawiły mnie serdecznie.


10. Lucyfer (O Brother, Where Art You?)

Nie jestem fanką Upadłego Anioła, zdecydowanie mi do niej daleko, ale Niosący Światło w wykonaniu Marka Pellegrino zakasował wszystko, co dotychczas pojawiło się w tym sezonie. Znudzony zblazowany Szatan, pragnący położyć łapkę na nowej/starej zabawce. TAK! Po trzykroć TAK!



piątek, 11 grudnia 2015

A teraz zagram w totka!

Mówiłam, kurczę, mówiłam! Jeszcze zanim pojawił się zwiastun tego odcinka! Wizje nie pochodziły od Boga, pochodziły od Lucyfera. Szczerze mówiąc, to nigdy nie sądziłam, że to Dean okaże się tym rozsądnym, tłukąc młodszemu do głowy, że nie ma pewności. Swoją ścieżką, nasz Szatan musi się straszliwie nudzić w Klatce, skoro odgrzewa boskie „the greatest hits”. Płonący krzak, doprawdyż? To chyba był moment, w którym nabrałam pewności co do wizji. Ostatnim razem, kiedy krzak spektakularnie zapłonął w serialu, powodem tego był anioł. Torturowany anioł.



Chciałabym tylko powiedzieć, że dyskusja o Lucim dotykającym Sama przywiodła mi na myśl fanfiki. Bardzo złe fanfiki.

Ale do rzeczy! Klatka zrobiła na mnie wrażenie, podobnie jak Piekło, które wreszcie wygląda jak trzeba (mimo że tęsknię za kolejką!) – nie jak ta cieciowa przybudówka, w której ostatnio urzęduje Crowley. Limbo było absolutnie cudowne, łącznie z kręgosłupami i czaszkami grzeszników, na stałe będącymi elementami wystroju wnętrz (czy zachwycanie się tym już świadczy o mnie źle?). 


Ach, niemalże krąg piekielny...


Spacerkiem przez Piekło...

Szalenie podobał mi się koncept fizycznej obecności Klatki w tym miejscu, choć będącej przecież ze swoim lokatorem jakby w zupełnie innym wymiarze. No właśnie… lokatorem… Co, do diaska, stało się z Adamem i Michałem? Nie przyjmuję do wiadomości pozaekranowego ewakuowania się obu dżentelmenów z piekielnych wymiarów, choć wcale bym się nie zdziwiła, gdyby był to wynik uszkodzenia Klatki. Ona nigdy nie miała być więzieniem dla archanioła innego niż Lucyfer. Może to właśnie sprawiło, że Michał dał nogę? Jeśli jednak tak zrobił, gdzież on, ach gdzież? W Niebie, będąc jedną z frakcji walczących o władzę? Gdyby tak było, aniołowie by się raczej nie buntowali, potrzebowali przywódców, a archanioł jest jakby zupełnie naturalnym przywódcą. Nie wiem, nie podoba mi się takie obchodzenie mitologii serialu. Poza tym – fandomowi należy się wyjaśnienie za lata pamięci o biednym Adamie…


Źródełko gifa to oczywiście Tumblr.

Lucyfer jest absolutnie bezkonkurencyjny. Tak, spodziewam się, że za to zdanie natychmiast pojawi się u mych drzwi lotny patrol do walki z satanizmem, ale nie da się ukryć – Mark Pellegrino zagrał cudownie zblazowanego Szatana, który tak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to właśnie on pociąga za wszystkie sznurki i tak bardzo chciałby się podzielić tą informacją, ale jeszcze nie teraz. Nie da się ukryć, że Lucyfer wyciął numer z takich, jakie zazwyczaj udawały się Crowley’owi  - jego zawsze na wierzchu. Aż mi się przypomina ta cudowna rozmowa z The End i słowa: „I win, because… I win.” Acha. Piękne rozegranie kart, Wasza Szatańska Wysokość. Jestem pod szczerym wrażeniem, jak nie należę do grona fanów Nosiciela Światła w tym serialu. Pytanie, jak wielką potęgą dysponuje Lucyfer. Był w stanie sięgnąć do Sama, zesłać na niego wizje, mógł zdjąć ochronne zaklęcia, czy jednak jest na tyle potężny, by Klatkę rozsadzić od środka? Mam wrażenie, że to kolejna część planu – skoro Sam nie zgodził się na dobrowolne noszenie Lampki, zaczekajmy teraz aż jego braciszek postanowi go uwolnić. Kto jak kto, ale Lucyfer doskonale wie, jak zależni są chłopcy od siebie. Naprawdę, Akademia niniejszym przyznaje Oscara Księciu Ciemności we własnej osobie.




Na pewno nie przyznam go naszym braciom, którzy wykazali się absolutnie bezkonkurencyjną tępotą. Ile razy już się rozdzielali, a to się zawsze kończyło ŹLE! I czy może mi ktoś wyjaśnić, jaki był powód deanowego poszukiwania Amary poza opkowym imperatywem? Co on jej, na bogów, może? Zaapelować do serca? Dobrego? Wydaje mi się, że Ciemność zaczęła go przywoływać dopiero przy kościele, więc po cholerę rozstał się z bratem, zostawiając go w towarzystwie Crowleya i Roweny? Gorzej! Nie odbiera od niego telefonu mimo iż wie, co i gdzie się dzieje! Bo Ciemność… Och, bogowie…

Nadal nie wiemy bowiem, co ma Amara do Deana poza tym, że robi do niego maślane oczyska i wreszcie przestaje to być tak strasznie creepy – kiedy była w ciele nastolatki, miałam permanentne WTF. Wypuścił ją, jasne. Jest wojownikiem, ma być jej czempionem? Księciem małżonkiem? Jedynym sprawiedliwym? No nie, to ostatnie w sumie odpada, bo przecież Amara oznajmia, że nie ma nic do Stworzenia, jeno do Stwórcy. I tutaj robię taką klasyczną minę „Yeah, right.” Dlaczego w takim razie na początku sezonu mieliśmy te absurdalne czarne smugi i inwazję pseudozombie? Ach tak, ona zamierza przejąć wszystko, co należy do jej brata. Teoretycznie ma to sens, w praktyce, by zyskać potęgę, by dorosnąć, Amara potrzebowała dusz. Ona tę duszę przecież, na Hadesa, próbuje wyssać z Deana! A zatem? Chce przejąć Stworzenie czy je zniszczyć? Fakt, jej zdaniem konsumpcja dusz jest sposobem na zapewnienie im nieśmiertelności i jeśli to o to chodzi, to kibicuję Bogu i Winchesterom, by ją wreszcie ubili lub zamknęli, bo nielogiczności nie lubię jak cholera.


Aczkolwiek, nie powiem, miewałam w tym odcinku momenty, w których jej szczerze współczułam. Ta straszliwa desperacja, by przykuć uwagę brata, ta próba zrozumienia istoty wiary, którą ludzie tak ufnie demonstrują w stosunku do Boga. Podobała mi się rozmowa w kościele i to, z jaką pewnością ksiądz mówi o „umowie” między ludem a jego Bogiem. Podobało mi się, jak z niezachwianą pewnością wyraża się o Bogu, choć nie da się ukryć, że misjonarzem to on był dosyć kiepskim. I to zaskoczenie Amary, która nie jest w stanie pojąć tego, jak ludzie wierzą w – jej zdaniem – abstrakcję, nie mając żadnego dowodu na to, że jest prawdziwa. Jak wierzą w ocalenie swych dusz – tych dusz, które im odbierze, które mają stanowić jej pokarm. Właśnie – jeśli dusze to dla niej energia, czym są dla Boga? Czy oddanie – podobnie jak w przypadku pogańskich bóstw, o ile pamiętam przemowę Kali – wystarcza mu, by być potężnym? Aniołowie i demony potrzebują dusz fizycznie, przywódcy są zasilani duszami przebywającymi w Piekle lub Niebie. Czy może mieć to jakiś związek z tym, że Amara – Ciemność to początek istnienia, a potem przybyło Światło – Bóg? Dusze są światłem, pochodzą zatem od Niego. Jednak z czego Bóg stworzył dusze? Och, widzę tutaj takie piękne pole do popisu dla mitologii!


Tak w ogóle to chciałabym powiedzieć, że piękna ta sukienka... bardzo eksponująca...

Zawodzi mnie jednak pokaz sił Amary. Jeśli jest istotą równą Bogu, po co bawić się w gromy z jasnego nieba (cholera, przypomina mi się Falkon) i zamianę wody w krew? Jeśli jest siostrą Boga, czy przypadkiem nie powinna również mieć przynajmniej szczątkowej możliwości kreacji rzeczywistości, ot choćby takiej jak Gabryś, zaledwie przecież archanioł. Jest potężna, to fakt, ale jeśli jej potęga polega na kopiowaniu brata i niszczeniu aniołów, to czuję się… trochę zawiedziona. Przypominam, zabijać anioły mógł nawet Colt (a przynajmniej nie stwierdzono, że nie może – Lucek miał być wyjątkiem), Eve potrafiła wpływać na ich moce, a leviathany robiły z nimi, co chciały.


Jak kocham Jareda, Jensen jest jednak lepsyz w SingleManTear.

Właśnie – czy nie byłoby piękne, gdyby Eve nie miała w sobie cząstki Ciemności? Ot, taka luźna myśl. Nigdzie nie powiedziano, skąd ona się właściwie wzięła.


Muzyka była cudowna.

Natomiast wreszcie mamy to, co się zapowiadało już kilka odcinków temu – anioły zebrały się do kupy i próbują coś zrobić, w przeciwieństwie do wiecznie gadających i knujących przywódców… Przyznam, że gęba mi się uśmiechnęła, fajnie byłoby wreszcie zrobić coś sensownego z Niebem. Jednak… jeśli anioły już zaczęły, co z demonami? Crowley już ma dosyć niskie notowania, a jeśli jeszcze teraz zwiał w ślad za mamusią, bo Lucyfer się obudził… Och, widzę przewrót. Taka piękna rewolucja z posadzeniem Lucyfera na tronie. Widzę to oczyma duszy. Zwłaszcza, że widzę sprzymierzeńca, który może mu pomóc tyłek na tym tronie posadzić.


Co z tymi garniakami? Czy anioły nie biorą vesseli, które ubierają się nieco bardziej casualowo?

A jest nim… Ach, nie będę narzekać na to, na co narzekam zazwyczaj – na Crowleya i Rowenę. Znaczy, oczywiście, Crowley głównie siedzi na tronie i bawi się nożem, natomiast bardzo podobała mi się ich relacja w tym odcinku… Poza tym – tak bardzo rozumiałam Rowenę… Przecież to czysta żywa fan girl! Powinna się ustawić w tym szeregu fanek, które naszego Księcia Ciemności wielbią bezgranicznie. Miałam tak wielką radochę na jej widok, że prawie zapomniałam o tym, że jej nie znoszę. Plus te cudowne dogryzki mamusi i synka! Oni są siebie warci, a to wreszcie było pokazane.  Wracając jednak do naszych baranów – Rowena zobaczyła sprzymierzeńca i raczej szybko o tym nie zapomni… zwłaszcza że Winchester mający Księgę Przeklętych właśnie siedzi w Klatce. Czy Crowley zdąży położyć łapę na książeczce zanim dopadnie ją mamusia? Mrrrr, widzę dużo fajnych możliwości, choć oczywiście nie da się ukryć, że wątek Księgi Przeklętych mnie drażni – takie pójście na skróty. Zdjęcie Znamienia Kainowego, uwolnienie Ciemności, uwolnienie Lucka… Czy jest tam również sekret panierki z KFC? I jak, do cholery, Lilith o niej nie wiedziała, tylko - biedaczka - się męczyła z otwieraniem pieczęci?


Rowena a.k.a. Fangirl. 

No cóż, mamy hellatus. Jared powiedział niedawno, że myślał, że tego typu rozwiązanie widział raczej na koniec sezonu, my dostaliśmy je na środek sezonu. To i tak lepiej niż ze śmiercią Kaina (tak, pamiętam!), acz trochę przeraża mnie to, co zobaczyłam w zapowiedzi kolejnego odcinka. No cóż, ten jednak przywrócił mi nadzieję na sensowne rozwiązania w głównych wątkach – nadal się, jak widać, da. Nie żebym się nie spodziewała, ale się da. I w dodatku ogląda się z przyjemnością (choć w tym odcinku przyjemnością był głównie Mark Pellegrino, który cudownym człowiekiem jest i pochwala moje zakupy w wolnocłówce – taka luźna dygresja).

Supernatural 11x09  O Brother, Where Art Thou?, scen. B. Buckner i E. Ross-Leming, reż. R. Singer, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, M. Pellegrino i inni.

niedziela, 6 grudnia 2015

Jednorożce i syrenki... I brokat!

Hmmm… Miał to być odcinek zabawny i nie przeczę, znalazło się kilka momentów, w których ryknęłam zdrowym rechotem, jednak jak na to, czego się spodziewałam, nie było ich tak wiele. Wniosek z tego jeden – nic na siłę, panie i panowie.


Sam Winchester jest masochistą. Nie prowadzi żadnej sprawy, a mimo to wstaje o 6:30. I żeby jeszcze sam, tak z siebie! Ale nie, budzik sobie nastawia. Tak, dla takich jak on Crowley zmienił Piekło.


Tak, rozumiem, że Jensen miał taką minę cały czas, kiedy Richard mówił mu, co robić.

Jednak żeby nie marudzić, skłamałabym, pisząc, że nie był to odcinek całkiem niezły, niekoniecznie jako comic relief. Przede wszystkim, po raz kolejny daje nam wgląd w stosunki rodzinne Winchesterów i jeśli jeszcze ktoś mi powie, że John był nadzwyczajnym ojcem, to będzie kolejny tytuł, którym mu odpowiem. Właściwie za wszystko powinno wystarczyć Something Wicked i A Very Supernatural Christmas, ale dołączam Just My Imagination do listy. Jeśli tak wyglądało życie młodego Sama Winchestera, to ja się naprawdę nie dziwię, że chłopak dał nogę, kiedy tylko mógł. Wiedząc, że coś tam się czai w Ciemności, zostaje sam, raz za razem. Dziewięcioletni dzieciak! Jasne, dziewięciolatek nie patrzy na to jak na zagrożenie, raczej tęskni za tym, żeby coś zrobić, a najgorszym przeciwnikiem jest nuda, ale na litość Boską! I tak, chociaż młody Sammy ucieszył się jakby mu kto milion dolców dał, tak tatuś dopuszczający do tego, by nawet teoretycznie wziął udział w polowaniu, a wcześniej jeszcze nań samotnie dojechał, jest osłem rzadkiej maści. Nie jestem fanką trzymania dzieci pod kloszem, ale… Nie. Ha, zresztą, tatuś to jedno, ale braciszek, który twierdzi, że przecież młodszy nie był samotny, bo zawsze miał jego, to kolejny przykład winchesterowej patologii i przekłamywania faktów. Miło było jednak przy okazji znowu zobaczyć Dylana Everetta, bo Dylan Kingwell, nowa odsłona młodego Sama, nie zachwycił mnie specjalnie. Może przywykłam zanadto do Colina Forda, ale czegoś mi w tym Samie brakowało. Trudno. Nie co dzień Święto Lasu.


Widzicie klocki LEGO i żołnierzyka? Rozumiem wiele, ale tak, scenarzyści, już zauważyliśmy, że nawiązujecie do poprzednich sezonów...


Nope. Colin Ford to mój młody Sam.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że scenarzyści piszą Sama na nowo. Jasne, na pewno – jak pisałam – chciał spróbować czegoś nowego, ale zaledwie pół roku wcześniej, podczas samotnych Świąt, ośmiolatek ma doskonale wyrobione zdanie na temat rodziciela. Nagle jednak słyszymy „I’m a Winchester, I hunt monsters.” Hmmmm… Duże hmmmmm… Plus… Nie macie wrażenie, że Sam względem Sully’ego zachował się po prostu jak buc? Pewnie, dla niego był to wymyślony przyjaciel, ale to jest kolejny przypadek, kiedy scenarzyści robią z postacią zupełnie co innego, jednocześnie usiłując nam wmówić, jaka to dobra i wrażliwa. Jeśli to tak ma wyglądać, lepiej niech scenarzyści koncentrują się na teraźniejszości.


Tylko w rzeczywistości Winchesterów dorosły mężczyzna siedzi i dyskutuje ze swoim Wyobrażonym Przyjacielem. I go przeprasza.

Którą oczywiście jest Ciemność, szczęśliwie póki co nieobecna. Nawet zanna, przyjaciele dzieci, wiedzą, że coś się dzieje, robią jednak swoje. Strasznie mi się spodobał ten koncept, dotychczas większość wróżek (pomijając Gildę, która była do tego przymuszona) nie należała raczej do stworzeń specjalnie miłych i serdecznych. Po dziesięciu lat fajnie zobaczyć te nieliczne istoty, które mają na uwadze li i jedynie nasze dobro. Zastanawiam się tylko, jaki jest klucz doboru dzieciaków i czy mają coś wspólnego z tym, kim potem mogą się stać… Tak, wiem, przekombinowuję.



Słodkie te stworzenia były...

Oczywiście, wymyśleni przyjaciele to temat wybitnie wdzięczny i nic dziwnego, że wyszło z tego coś miłego i miejscami rzeczywiście zabawnego. Scena, gdy mać dziewczynki wchodzi w zwłoki Sparkle’a i jeszcze rozmazuje sobie jego krew po twarzy była jednocześnie groteskowa i zabawna, wyłam również radośnie na widok śniadanka przygotowanego Samowi przez Sully’ego (i ten nie do końca obudzony Dean, który oznajmia, że idzie po broń – doprawdy, panie Winchester, pan jeszcze z nią nie śpi?). Inne elementy jednak już nie były takie śmieszne – jak chociażby pogrzeb syrenki. Na bogów, naprawdę? Sully pozwolił pochować swoją własną przyjaciółkę jak tę zdechłą rybkę z akwarium? Coś mi tu nie gra i to wręcz potężnie, nazywa się to niedopracowanie szczegółów, które ma dać pretekst do kolejnego teoretycznie zabawnego tekstu. Jednak bardzo podobało mi się zakończenie odcinka – morderczyni, która w jakiś sposób była ofiarą i wreszcie udało się to wszystko rozwikłać tak, by rzeczywiście „ocalić ludzi.”


Te miny były bezcenne :) Piękna scena...

No cóż, to była chwila oddechu przed uderzeniem z grubej rury. Jeśli ktoś nie widział jeszcze zwiastuna nowego odcinka, powiem tylko tyle, że cierpię na wadę wzroku – jasnowidztwo. Będzie to też ostatni odcinek przed dłuższą przerwą, więc przewiduję, że za tydzień, o tej porze, wszyscy będziemy się kiwać w kąciku… i błagać, by nas dobili. Emocjonalnie.


Chciałam tylko powiedzieć, że kupił mnie fakt, że ten odcinek reżyserował facet grający Trickstera, który uwielbiał te wszystkie słodycze... Pamiętacie tę scenę? :D


Supernatural 11x08 Just My Imagination, scen. J. Klein, reż. R. Speight Jr., wyst. J. Padalecki, J. Ackles, N. Torrence, A. Savcic i inni.


niedziela, 29 listopada 2015

Serialkonowo mi... Relacja.

Chociaż seriale zajmują już od lat poczytną pozycję w ogólnopojętej fantastyce i prelekcje im poświęcone są coraz częściej umieszczane w programach konwentów, nie da się ukryć, że wszystko zależy od popularności danego odcinkowca. Powiedzmy sobie szczerze – niemal zawsze w harmonogramie znajdzie się coś poświęcone Doktorowi Who, Supernaturalowi czy innych fantastycznym produkcjom, jednak trochę gorzej z czymś, co powstało kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Nie jest to zaskakujące – w końcu zważywszy na to, że część konwentów zaczęło aspirować do miana festiwali (dwa już rzeczywiście nimi są), organizatorzy próbują zorganizować wszystko tak, by jak największa część przybyłej publiki miała co robić. A jaka jest szansa, że wśród tych kilku tysięcy osób znajdzie się z 50 fanów serialu powstałego w czasach, kiedy dinozaury dostrzegły ten wielki płonący kamień na niebie?


Osobiście obstawiam, że dosyć duża, jednak sale i programy nie są z gumy, rozumiem więc decyzje, które sprawiają, że o obecności takich dzieł jak Battlestar Galactica (stara wersja), Babylon 5, The Outer Limits czy choćby startrekowy TOS można raczej tylko sobie pomarzyć. Oczywiście, prelekcje zgłaszają ludzie, więc można założyć, że nikt tego tematu nie porusza, jednak skłaniam się raczej ku temu, że są odrzucane, zwłaszcza na takich konwentach, gdzie ludzi naprawdę sporo. A już na pewno nie dziwi mnie fakt nieobecności seriali nijak z fantastyką nie związanych, choć na festiwale powoli przedostają się tylną furtką – to tematy bardzo popularne.

Szczęśliwie, istnieje konwent poświęcony li i jedynie serialom, więc można liczyć na to, że znajdziemy na nim dużo dobra ogólnoserialowego. To oczywiście Serialkon, którego druga edycja odbyła się w ubiegły weekend. Pamiętam, jak po jego debiucie wszyscy prosili bogów o to, by następna odsłona była co najmniej dwudniowa. Modły zostały wysłuchane! Tym razem do dyspozycji były aż dwa dni, po brzegi wypełnione propozycjami, które mogły zadowolić najbardziej wybrednego wielbiciela seriali.

Kiedy ma się blisko 17 lat jeżdżenia na konwenty na karku, trudno tak naprawdę znaleźć coś, czego się jeszcze nie słyszało (no chyba, że dotyczy absolutnej nowości), zazwyczaj spędzam więc czas na swoich własnych prelekcjach oraz na spotkaniach ze znajomymi (tudzież na stoisku z kartkami, choć to raczej na ogół przypadek Pyrkonu). Nie na Serialkonie! Tutaj patrząc na rozpiskę człowiek rozpaczliwie szuka zmieniacza czasu albo błaga Doktora, by wpadł z wizytą i wypożyczył nam TARDIS.

Tym razem równocześnie odbywało się siedem ścieżek programowych, podobnie jak w ubiegłym roku zarówno w budynku Biblioteki Wojewódzkiej, jak i w Artetece. Szczęśliwie tym razem Akwarium, czyli sala na 2 piętrze Arteteki przeznaczona została głównie na konkursy, ponieważ komfortowo może w niej przebywać chyba 20 osób, nie więcej. Na pierwszym piętrze znalazło się miejsce na panele oraz wystawców. Tych ostatnich było znacznie więcej niż w ubiegłym roku, choć najlepszą sprzedaż nie bez powodu miały stoiska oferujące rzeczy najsilniej związane z serialami – koszulki, gadżety, biżuteria. Wybitnie złe miejsca. Panele odbywały się nie w sali, a na otwartej przestrzeni, co umożliwiało tłumom wbicie się na wybrany punkt, obstawianie ścian i schodów… Dobra opcja, zwłaszcza że akurat ten blok był dosyć popularny, zważywszy na mnogość tematów i znanych rozmówców. II wojna światowa, Hannibal, telewizyjne adaptacje literatury, space opera, sposób pisania o popkulturze, wzorce meskości w serialach… Naprawdę, dla każdego coś miłego. Był to zarazem jedyny blok transmitowany na żywo na YT, więc jeśli ktoś nie mógł się na dyskusji zjawić tudzież w ogóle nie mógł przybyć na Serialkon, mógł nadrobić.

Nowością był blok tylko i wyłącznie anglojęzyczny, w którym wzięło udział kilku zaproszonych zagranicznych gości: Andrew Ellard, Rowan Ellis i Gavia Baker-Whitelaw, ale udzielały się na nim również i znane z polskiej blogosfery twarze. Dodatkowym atutem tego bloku była jego lokalizacja – w salce wydzielonej z kawiarni na dole Arteteki, co umożliwiało delektowanie się strawą duchową na równi z tą fizyczną.


Kolejkon teoretycznie wyglądał przerażająco, ale rozładowano go błyskawicznie.

Konwent rozpoczął się w sobotę rano, zanim jednak zaczęliśmy szturmować jego bramy i formować kolejkon, postanowiliśmy uczcić spotkanie z kilkoma znajomymi śniadaniem i tak załamaliśmy obsługę, zjawiwszy się tuż po otwarciu drzwi knajpy. Jedzenie było smaczne, towarzystwo znakomite, tematy rozmów więcej niż zacne, Daleki obecne, więc nic dziwnego, że udaliśmy się na sąsiednią ulice w nastrojach mocno szampańskich. Zanim tam dotarliśmy, doszły nas słuchy, że zamiast siedzieć i delektować się pysznym jedzonkiem, powinniśmy raczej stać w kolejce, bo już się uformowała. Nie było jednak tak źle! Akredytacja działała więcej niż sprawnie, zdecydowanie pomaga brak opłaty za konwent! Tegoroczne plakietki były bardzo porządne, program również wydrukowany bardzo ładnie, już samo to pokazuje, jak długą drogę przeszedł Seriakon od ubiegłego roku (nie, żebym narzekała na poprzednią edycję, piekielnie mi się podobała!), w gratisie było również CD Action i Fantasy Komiks, gdzieniegdzie można było znaleźć kolorowankę od Stabilo. Pakiet niemalże VIPowski, który dostałam, dodatkowo zawierał kilka cienkopisów, książkę, przypinkę i klasycznie już ulotki. Bycie gościem zawsze na propsie, zdarzyło się po raz pierwszy od wielu lat. I nadal nie pojmuję, dlaczego ;)

Konwent de facto otwierałam i zamykałam, ponieważ pierwszą prelekcję miałam w sobotę o 12, ostatnią w niedzielę o 16. Pierwszą był Supernaturalowy flirt z popkulturą w sali-widmo, do której podobnież ciężko było trafić. Mnie pokierowano właściwie, jednak z tego, co wiem, liczne osoby miały problemy z trafieniem do odpowiedniej windy i to rodziło problemy. Sale jednak były ładnie oznaczone, więc koniec końców dawało się trafić niemalże wszędzie, tyle że czasem można było stracić początek prelekcji. W sali zakochałam się miłością szczerą i prawdziwą, miała doskonały sprzęt i nagłośnienie, mnóstwo miejsca oraz działało wi-fi (czy ja przypadkiem nie sprzedałam gdzieś duszy?). Rzadko się zdarza, żebym nie musiała wyciągać mojego laptopa, więc doceniam każdą taką sytuację – wszystko działa i nie muszę się martwić! Ha, lubię to! Tłumy dzikie, już mnie to nie dziwi, Supernaturalowa Rodzina jest naprawdę sporym fandomem, w tym jedna sztuka przebrana za Demon!Deana z pierwszorzędnie wykonanym Pierwszym Ostrzem… Miałam sobie zrobić z nią zdjęcie, ale, niestety, skleroza nie boli, ucieczka na najbliższe punkty programu również… Myślę, że było całkiem sympatycznie, w końcu przegląd popkulturalnych tropów w naszym ukochanym serialu to temat rzeka i w dodatku bardzo przyjemny!


Cathia gadająca. Jak zwykle. Ale tym razem stała w miejscu!
Zdjęcie autorstwa Chomika.

Potem mój wybór stał się nieco bardziej skomplikowany. W końcu zdecydowałam się udać do Arteteki, spojrzeć na wystawców, co okazało się błędem. Wielkim błędem. Uprzejmości Beaty z Biżuteria tematyczna zawdzięczam to, że nie zbankrutowałam, jako że udostępniła mi na godzinkę kawałek swojego stoiska na moje kartki. Mogłam szaleć… Na pogaduszkach, śmichach i dealowaniu zeszły mi najbliższe dwie godziny i musiałam biec na swoje panele.


Zdjęcie panelowe.
Fotka: Konwenty Południowe.

Pierwszy poświęcony był serialowym geniuszom, a dyskusję miałam okazję prowadzić z Anną „Myszą” Piotrowską i Piotrem „Ramzesem” Mrowcem, a także Katarzyną „Katlą” Bajką jako prowadzącą. Rozmowa była bardzo przyjemna, przelecieliśmy przez bardzo wiele seriali, a wniosek jeden – należy obejrzeć Limitless, którym zachwyca się Mysza. Mysza poleca dobre rzeczy, więc była to pierwsza z pozycji wpisanych w ciągu Serialkonu na listę. Zaraz później wraz z Agnieszką „Aeth” Jędrzejczyk, Marcinem „Sejim” Segitem i Simonem Zackiem oraz prowadzącym – Radkiem Polańskim rozpoczęliśmy znęcanie się nad space operami. Temat po prostu znakomity, wszyscy rozmówcy zaprzyjaźnieni ze sobą nie od dziś, więc była to absolutnie przemiło spędzona godzina i gdyby nie mikrofony, pewnie nie pamiętałabym, że znajdujemy się na panelu, obstawiałabym raczej knajpę.


Potem pobiegłam na dół, do kawiarni, posłuchać Myszy i jej prelekcji o „Penny Dreadful on gender, orientation and sexuality”. Była absolutnie znakomita! Najpierw dowiedzieliśmy się co nieco o podziale ról i obyczajowości starej dobrej wiktoriańskiej Anglii, a później prowadząca odniosła się do tego w serialu. Słuchało się bardzo przyjemnie, dowiedziałam się całego mnóstwa ciekawostek, żałuję tylko, że nie mogłam zostać do końca, bo zaraz była moja prelekcja o BSG, a trzeba było zmienić budynek.


Mysza mówi, tłumy słuchają...

Batllestar Galactica okazała się być tematem wybitnie kameralnym, co sprawiło, że przyjemnie od czasu do czasu dyskutowało się z tymi osobami, które postanowiły się zjawić. Byłam okrutna i zniszczyłam psychikę co poniektórych osób, uświadamiając im rozmiar klęski, jaką była Galactica 1980, jednak nie da się, niestety, od tego uciec.

Właściwie to miał być koniec tego dnia konwentowego, ale nieoczekiwanie Aeth i Seji powiedzieli, że teraz będzie quiz popkulturalny… Poszliśmy. Sformowaliśmy drużynę o jakże znamienitej nazwie „Big Damn Heroes” i… Powyliśmy do księżyca. Prowadząca konkurs Joanna Kucharska zrobiła naprawdę dobrą robotę, przygotowując sto pytań odnoszących się do seriali bardziej i mniej znanych (zwłaszcza tych mniej!), w dodatku pytań wybitnie szczegółowych. Każda drużyna dostała do ręki arkusz, gdzie należało wpisywać odpowiedzi i bardzo mało czasu na jej udzielenie, można było zatem swobodnie założyć, że nikt nie próbował wyszukiwać podpowiedzi w sieci. Kategorii było pięć – Sci Fi, Komedie i sitcomy, Dramy, Oldiesy i pytania związane z produkcją i nie wstydzę się powiedzieć, że strzelaliśmy w niektórych przypadkach straszliwie. Dodam też, że straszne z nas skamieliny, jako że najlepiej poszła nam kategoria Oldies. No cóż, można nie pamiętać serialu Haven, ale wszyscy doskonale wiedzą, jak nazywała się pierwsza żona Blake’a Carringtona. Szczerze ubawił mnie też moment, kiedy Aśka oznajmiła, iż prosi teraz Cathię o zachowanie spokoju, bo pytanie dotyczy Marka Shepparda. I am a fangirl, I don’t do calm! Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem wygraliśmy, bo był to najcięższy konkurs, na jakimkolwiek byłam (w efekcie zostaliśmy okrzyknięci totalnymi nołlajfami :D), a nagrody były… Ojej, cudne. Wielką torbę gadżetów z różnych produkcji ufundowała Aśka i cieszyłam się tylko, że wracam samochodem, nie autobusem czy pociągiem, bo moja jedna czwarta łupu była i tak olbrzymia!


Drużyna zanim jeszcze dowiedzieliśmy się o wynikach. Jak widać, humor i tak dopisywał :)


Z częścią łupów. Naprawdę nieliczną częścią.

Wieczór spędziliśmy klasycznie – piwo, pizza i Polaków rozmowy. Pozostało się cieszyć, że wyspałyśmy się z Olą z piątku na sobotę, ponieważ gadałyśmy tym razem do trzeciej nad ranem. Ranek był ciężki, choć zaczął się, podobnie jak sobota, od genialnego śniadania w znakomitym towarzystwie.

Niedziela była dla mnie dniem uczestniczenia w prelekcjach i były to rzeczy naprawdę dobre. Rozpoczęliśmy od prelekcji Myszy i Katarzyny Czajki – „Zwierza Popkulturalnego” o tym, jaki sposób oglądania seriali jest lepszy – maraton czy trucht. Zarówno Mysza, jak i Zwierz są absolutnie cudnie zakręcone, mówią o wszystkim z niesamowitą pasją i tak naprawdę są jedną duszą w dwóch ciałach, więc argumentów przemawiających za oboma metodami słuchało się wybitnie dobrze, gdzieniegdzie kiwając głową z absolutnym zrozumieniem. Problemy jednej fangirl są problemami wszystkich, więc nie da się ukryć, że znamy ból towarzyszący nie tylko czekaniu na rozstrzygnięcie cliffhangera w przypadku oglądania zgodnie z zamysłem twórców podczas sezonu, ale i gdy skończymy maraton i więcej nie ma… Zło.

Potem planowaliśmy zostać na wykładzie poświęconym kawie w serialach, jednak był to jeden z (nielicznych) przypadków, kiedy prelegent nie dotarł, więc po 20 minutach oczekiwania przenieśliśmy się piętro niżej, posłuchać o przedstawieniu fandomów w naszych ulubionych produkcjach. Zdążyliśmy się załapać na Sherlocka i Supernaturala, więc nie wyszło źle, choć nie lubię wbijać się na salę komuś w połowie prelekcji. Przycupnęliśmy sobie z tyłu i posłuchaliśmy opowieści Joanny Milanowskiej o tym, co Moffat zrobił fandomowi w The Empty Hearse i jak wiele tego, co pojawiło się na ekranie, było przedmiotem rozważań fanów w rzeczywistości. Potem oczywiście mowa była o Becky Rosen, konwencie supernaturalowym i shipperkach. Słuchało się bardzo przyjemnie, choć krótko – również z naszej winy. Prowadząca przyznała się potem, że było to jej pierwsze wystąpienie, więc chciałabym jej ponownie pogratulować – trema jej nie zjadła! Oby tak dalej!

Zostałam już w tej sali na najbliższe trzy godziny, bardzo kameralne, jak się okazało. Postanowiłam pozwolić zrobić sobie krzywdę, a mianowicie posłuchać Aeth opowiadającej o najnowszych i niedawnych propozycjach stacji SyFy. Moja lista rzeczy, które chcę obejrzeć, niebezpiecznie się wydłużyła! Potem pałeczkę przejął Simon, przybliżający publice fenomen Robina z Sherwood. Prelekcja zamieniła się w festiwal wspomnień (dla mnie również z tego powodu, że byliśmy z prowadzącym w Nottingham na wymianie szkolnej równo 20 lat temu), ponieważ każdy, kto przyszedł, kochał ten serial w dzieciństwie. Bardzo mile spędzona godzina, uwielbiam takie punkty programu! Najbardziej żałuję, że nie dane mi było zostać na całej prelekcji Sejiego, przeglądowi starych seriali (i to naprawdę starych!). Znowu okazało się być to przyjemną wyprawą w przeszłość, bo Seji nie tylko mówił o takich klasykach jak The Outer Limits, Star Trek czy BSG, ale także o takich fenomenach jak Drużyna A czy Tajemnicze złote miasta. Niestety, musiałam uciekać na swoją prelekcję, ale Chomik mówi, że o B5 oraz Firefly też było… I nie tylko!


Prelekcja o Robinie była przecudowną nostalgiczną wyprawą w przeszłość.

Tymczasem poszłam zamykać konwent prelekcją o tym, jak zostać łowcą, czyli zwariowanym przeglądem najważniejszych rzeczy w życiu każdego, kto chce poświęcić się walce z nienazwanym. Była to akurat powtórka prelekcji pyrkonowej, ponieważ kiedy zostałam poproszona o przygotowanie jeszcze jednego punktu programu, nie miałam już czasu na nic, jednak chyba nikt z obecnych nie był w Poznaniu, mam wrażenie, że bawili się równie dobrze jak ja. Trochę dziwnie czułam się, proponując takie zupełnie fanowskie punkty programu na Serialkonie, którego siłą jest wręcz akademickie podejście do tematu, a prelegenci nierzadko mają odpowiednie skróty przed nazwiskiem, ale patrząc na frekwencję – chyba jest na to zapotrzebowanie :) Pozdrawiam również serdecznie członków cathiowego fandomu – chyba czas na koszulki! :)

Z małą reprezentacją Fandomu ;)
Zdjęcie: Monika Kujawa.

Zakończyliśmy konwent tak samo jak w poprzedni dzień – posiedzeniem w bardzo sympatycznej włoskiej knajpce i poczuliśmy, jak dopada nas con blues. Jeszcze tylko pogaduszki po spakowaniu się i trzeba było powoli kończyć znakomity weekend…

Serialkon się rozrósł i bardzo mnie to cieszy. Jest to, póki co, jedyny znany mi konwent, na którym znajdzie się miejsce i dla seriali bardzo popularnych, jak i dla tych, które żyją już tylko w pamięci starszych fanów i czasami na paśmie powtórkowym. Organizacja na piątkę z plusem, nie mogę sobie przypomnieć żadnej wpadki i bardzo się cieszę, bo świadczy to o poważnym podejściu orgów do tematu i daje nadzieję na jeszcze lepszą przyszłoroczną edycję! Już się nie mogę doczekać!

Co: Serialkon
Organizator: Krakowskie Smoki i Pulpozaur.pl
Kiedy: 21-22 listopada 2015
Gdzie: Kraków


wtorek, 24 listopada 2015

Morderczy króliczek

I nie, nie będziemy dzisiaj pisać o Monthy Pythonie i Świętym Graalu tudzież o lękach demonicy zemsty, Anyanke. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, piszemy o Supernaturalu. Przepraszam tylko za opóźnienie i za to, że recenzja będzie raczej krótsza niż dłuższa, ale po pierwsze – Serialkon, po drugie – niebo spada mi na głowę obecnie jakby w mniejszej objętości, ale nadal jest dosyć ciężko. Przy okazji obiecuję relację z tego pierwszego, ale to jeszcze przynajmniej tak z tydzień.

Klasyczny motyw z horroru. Jak ładnie to zrobiono!

Do rzeczy jednak! To był dobry odcinek, taki w starym stylu. Jak to jest, że potwory tygodnia wychodzą po prostu rewelacyjnie, nawet jeśli sprawa wydaje się prosta jak metr sznurka w kieszeni? Naprawdę byłabym za tym, że jeśli dojdzie do kolejnego sezonu, powinien składać się właśnie z takich pojedynczych spraw. Choć przyznam, podoba mi się to, jak od niedawna ładnie zaczęło się to przeplatać i nawet w takim odcinku są nawiązania do głównego motywu sezonu.


No to kto by drzwi zamykał... Heh...

Sam przyznał się do wizji Klatki, jednak nadal nie zostało rozstrzygnięte, kto i w jakim celu zsyła wizje. Trochę popieram tu Deana, Bóg ostatnio nie był specjalnie zainteresowany pomaganiem chłopcom, chociaż nie zapominajmy o jednym – uratował ich z klasztoru, w którym Sammy uwolnił Lucyfera. Interweniował. Może więc jego interwencją będą wizje? Choć niezmiennie obstawiam Lucka.

Wielce ucieszyłam się na widok szeryf Hanscum. Donna szaleńczo mi się spodobała już w odcinku z pishtaco, Hibbing 911 było tylko dopełnieniem. Liczyłam po cichu na jej powrót, choć przyznam, że raczej wolałabym go zobaczyć w spin-offie razem z Jody Mills. Lubię ją, choć nie da się ukryć, że jest nieco schematyczna i przerysowana, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie. Ale jestem w stanie to zrozumieć, po małżeństwie z tym palantem Dougiem. Donna jest taka, jaki gliniarz wmieszany w to wszystko okazjonalnie być powinien, przy okazji wrażliwa i tak naprawdę wierząca w to dobro. Walczy też o utrzymanie pozycji w męskim świecie i robi to z wdziękiem słonia w składzie porcelany, ale właśnie to mi się podoba – jest jej tak daleko od ideału! Liczę na to, że będzie się jej powodziło razem z zastępcą, a następnym razem, kiedy o niej usłyszymy, po prostu zadzwoni do Winchesterów o pomoc, a nie przeczytają o jej zejściu w podejrzanych okolicznościach przyrody.



Lubię, jak Dean traktuje Donnę. On ją naprawdę lubi, Sam po prostu jej pobłaża...

Sprawa była ciekawa. Przyznam, że kiedy zobaczyłam w zapowiedziach pluszowy łebek króliczka, oczka zrobiły mi się jak spodki i zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie to kolejny prześmiewczy odcinek w stylu Wishful Thinking. Jednak wszystko było dużo bardziej skomplikowane i sprawiło, że po raz kolejny zawzięcie kibicowałam duchowi, chłopcom życząc poślizgnięcia się w kluczowym momencie. Ciężko wprawdzie rozstrzygnąć, czy Chester Johnson rzeczywiście molestował dzieci, jednak to, co mu się przydarzyło, ciężko nazwać sprawiedliwością. Biedny facet, naprawdę. Lubię ten motyw, powracający tak często w Supernaturalu. Nic nie jest czarno-białe, zwłaszcza w świecie duchów.


I znowu odrobinę klasyki, tym razem w postaci kręgu soli. Yes!

Oczywiście, zajęcie Chestera dało pretekst do serii naprawdę niezłych tekstów (Sam rzucający odniesienie do królika Rogera i Dean nieco oburzony, że tym razem to nie on starał się być zabawny bardzo mi się spodobali) i nieśmiertelnego motywu – Sam vs. klauni. Scena w windzie dorównuje innej mojej ukochanej – Jim Sterling z Leverage i finał drugiego sezonu się kłania. To się chyba nigdy nie zestarzeje! I dobrze!


Sam Spam. Ładne ma te włosy w tym sezonu!

Niebył to milowy krok w historii SPNa, ale oglądało się tak bardzo dobrze, że z niecierpliwością czekam na następną odsłonę. A to już naprawdę dużo!

Supernatural 11x07 Plush, scen. E. Charmelo I N. Snyder, reż. T. Andrew, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, B. Buckmaster, B. Taylor i inni.