poniedziałek, 25 stycznia 2021

Nigdy więcej seksu w lodówce!

Tak, moi drodzy, wszystko zaczyna się od seksu w lodówce, a kończy na trupie! Gdyby nie ekscesy związane ze sprzętem kuchennym, Tereska Trawna i jej mąż Andrzej raczej nie pomyśleliby o przeprowadzce za miasto i z bolesnym rozczarowaniem nie odkryliby chociażby, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie internet jest dostarczany wiadrami. Niezbędne do ukojenia nerwów Tereski kasztanki jednak nie wystarczają, gdyż oto do kompletu nieszczęść na progu pojawia się Mira, ukochana mamusia Andrzeja, babunia Zojki i Maciejki, ale – co najistotniejsze – również teściowa pani domu. Kochana mamusia oprócz klasycznych atrakcji zapewni swojej synowej również najbardziej mrożący w żyłach krew horror – bieganie. I gdyby nie to, obie panie nie znalazłyby dywanu z wkładką, określanego również jako sajgonka z trupem.

Brzmi szaleńczo? Oczywiście! Wielbiciele Ałtorki raczej nie spodziewają się zapewne zwykłego nudnego kryminału i bardzo słusznie. Chociaż czasami radosne opinie drukowane na okładkach bywają przesadzone i przywykłam do traktowania ich z przymrużeniem oka, muszę przyznać, że porównanie Marty Kisiel do Joanny Chmielewskiej (a przynajmniej do wczesnej Chmielewskiej) nie jest chybione. Niecodzienne zbiegi okoliczności, niebanalni bohaterowie i cudowne dialogi (dziczyzna!) przywołują te radosne chichoty pijanej hieny, które towarzyszyły również lekturom takich klasyków jak chociażby Wszystko czerwone.

Istnieje jednak pewna różnica. U Chmielewskiej głównym tematem są często potężne afery, przemyt narkotyków, brylantów i bogi-wiedzą-czego-jeszcze, a nawet szaber powojenny i organizacje terrorystyczne. Kryminał, a raczej komedia kryminalna Marty jest dosyć kameralna, wszystko przecież rozgrywa się na podmiejskim osiedlu domków (i pałacyków) jednorodzinnych. Nie wszyscy znają każdego, o nie. Absolutnie cudownie czyta się o tym powolnym „obwąchiwaniu się” starych i nowych mieszkańców i nieprzyjemnych niespodziankach w sielankowy sobotni poranek. Nie zabraknie też żartobliwego czasami przeglądu typów ludzkich, znanych nie tylko posiadaczom własnych bliźniaków, ale i zahartowanym w bojach lokatorom bloków wielko i małomiejskich.

Jedyny właściwy sposób na lekturę tej książki ;)

Mamy więc do czynienia z lekkim kryminałem, co już stawia Dywan z wkładką wysoko na listach wielu wielbicieli literatury, w której trup ścieli się gęsto. Jednak niewątpliwe atuty rozrywkowe to nie jedyna rzecz, która sprawia, że książka bardzo mi się podoba. W szalonych czasami i zabawnych dialogach nie zabrakło pewnego przesłania, szczęśliwie, wyłożonego tak jakby mimochodem, przy okazji, wynikającego kompletnie naturalnie z takich a nie innych charakterów głównych postaci i ich sposobów postępowania. Pojawiają się wątki ekologiczne, potraktowane zdecydowanie z przymrużeniem oka, co tylko wychodzi powieści na dobre. Jednak autorka nie zapomina też o problemach czysto psychologicznych, nierzadko z samooceną wynikającą z tego, jak postrzegają nas inni, a z czym my nie czujemy się komfortowo. Motyw ten pojawia się w kilku miejscach i wypływa bardzo naturalnie. Uczyć bawiąc? Wyszło znakomicie.

Polecam Wam zatem sięgnąć po coś słodkiego (może kasztanki, żeby było tematycznie?), usiąść wygodnie w fotelu i sięgnąć po perypetie Tereski Trawnej i jej zwariowanej rodziny. Kryminalny debiut Marty Kisiel wyszedł bowiem znakomicie – na każdej stronie czuć przekornego ducha wszystkich powieści Ałtorki, jest sympatycznie, a zło – w przeciwieństwie do skandynawskich kryminałów – zostanie ukarane.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Premiera powieści już w środę!
A ja tymczasem dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki
i przeuroczy piątkowy wieczór!

piątek, 15 stycznia 2021

Pod wodą nikt nie usłyszy twojego krzyku...

Dobry horror nie jest zły, problem sprawia znalezienie takiego, który nie popełni grzechów śmiertelnych innych filmów tego gatunku. Ostatnio straszliwie drażni mnie takie pozorne kończenie głównego wątku, tylko po to, by po chwili okazało się, że zło przetrwało, a główni bohaterowie są w ciemnej…. wiemy czym. Niesamowicie mnie takie rozwiązanie irytuje, a często je widuję. One shot? Yes, please. Bez serii, początków, możliwości kontynuacji… Nasyciłam się też serialami i po prostu mnie odrzucają.

Trafiła do mnie ostatnio ostrożna polecajka Underwater. Wprawdzie pierwszy rzut oka nie zachęcał, bo główną rolę gra w tym Kristen Stewart, a ja pozostałam na etapie kojarzenia jej z wiecznie zdziwioną Bellą Swan i Królewną Śnieżką, ale koniec końców postanowiłam zachować się niczym nauczyciel wobec blondynki: dać szansę i Kristen, i filmowi.

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Oto na dnie Rowu Mariańskiego znajduje się platforma wiertnicza, ot, taki odpowiednik spodziewanych już niedługo chińskich baz księżycowych. Ludzie pracują, żyją, wyczekują końca zmiany. Znienacka jednak stacja zostaje uszkodzona przez serię podwodnych wstrząsów, a nasza główna bohaterka, Norah, zupełnie nagle musi podjąć decyzję „Albo ja, albo nikt” i będzie to dopiero początek trudnych wyborów, które przed nią. Pierwotne uszkodzenia stacji przeżywa kilka przypadkowych w sumie osób, jednak nie mogą po prostu czekać na pomoc. Uszkodzone są nie tylko urządzenia komunikacyjne, ale i sama struktura stacji. Trzeba uciekać. Kapsuły ratunkowe znajdują się w stosunkowo bliskiej starszej instalacji, trzeba „tylko” do niej dotrzeć. Przed ekipą zatem klaustrofobiczny spacerek po dnie oceanu… obok walącej się platformy, ton spadającego ciężkiego sprzętu… Bułka z masłem, nawet jeśli ktoś nigdy nie miał na sobie odpowiedniego skafandra, prawda? Jakby tego wszystkiego było mało, jeden z ocalałych wysuwa przypuszczenia, że podwodne wstrząsy wcale nie mają nic wspólnego z płytami kontynentalnymi, a wiercenia naprawdę sięgały głęboko…

Brzmi banalnie. I tak w sumie jest, bo Underwater nie stawia sobie za cel olśnienia widowni epickością akcji, nie chodzi o ratowanie świata czy typowo amerykańskie świetlane postaci, kolejne wcielenia Kapitana Ameryki. Na ekranie po prostu się dzieje, od początku do końca. Nie należy się spodziewać przemiany duchowej bohaterów, męskich rozmów o życiu i śmierci czy długich chwil podziwiania krajobrazu. Jak wspominałam, film jest mocno klaustrofobiczny, doskonale oddano owo uwięzienie członków załogi czy to w skafandrach, czy w stalowych trumnach na dnie Pacyfiku. Nie widzimy zbyt wiele, nie słyszymy zbyt wiele… i choć jak to zwykle bywa, kiedy widzimy ten straszny element w pełnym świetle, trochę śmiać nam się chce, a jednak pod koniec historii łezka się w oku kręci, bo nawiązanie do pewnego klasyka grozy jest cudownie oczywiste.

Nieoczekiwanie odbieram ten film również tak, jak np. zapewne chcieli, by odczytać ich dzieła, twórcy sequeli gwiezdnowojennych – dla mnie ma dość oczywistą wymowę feministyczną. Nie, nie dlatego, że główna bohaterka jest kobietą. Nie dlatego, że wszyscy podziwiają, jaka ona utalentowana, a przy okazji jest piękna i nieustraszona. Nie. Norah jest przerażona, ale walczy o przetrwanie i robi to samo, co inni. Ma może tylko więcej szczęścia niż jej towarzysze. Ale to inna członkini ekspedycji, Emily, wykazuje się hartem ducha kompletnie niespodziewanym. W sytuacji kompletnie podbramkowej potrafi przezwyciężyć strach i słabość, powodowana dosyć oczywistą motywacją. Ta motywacja nie jest jednak wepchana nam w twarz przez narratora, ją dostrzega się w gestach i słowach oraz tym, jak dotychczas pokazywano tę bohaterkę. Uczcie się, twórcy hollywódzkich blockbusterów!

Czy wrócę kiedyś do Underwater? Raczej nie, to film na raz, co nie znaczy, że kompletna strata czasu. Wręcz przeciwnie, jeśli macie ochotę na coś dobrego, choć jednak mało odkrywczego, lubicie kino akcji i bawi Was obstawianie, kto następny zginie, to naprawdę doskonały wybór. Szczerze i uczciwie polecam, film jest po prostu uczciwą rzemieślniczą robotą. Zupełnie nie wiem, dlaczego krytycy ocenili tę pozycję raczej przeciętnie, ale może spodziewali się czegoś innego niż to, na co film zapowiadał się od pierwszej sceny.

Underwater (Głębia strachu), wyk. K. Stewart, V. Cassel, M. Athie i inni, reż. W. Eubank, USA 2020.

środa, 6 stycznia 2021

Hardo i baśniowo

Sama nie wierzę, ale wychodzi na to, że kolejna recenzja znowu będzie dotyczyła antologii. Zdecydowanie schyłek roku obfituje w zbiory opowiadań! Tym razem omówimy sobie Harde baśnie, kolejną kompilację tekstów grupy Harda Horda. Rok temu ukazał się ich debiutancki tom, teraz w ręce czytelników trafia równie gruba książka, tym razem jednak skoncentrowana na baśniach.

Baśnie (a także legendy) są jednak potraktowane miejscami dosyć pretekstowo, bo użyczają imion czy nazw albo postaci-archetypów wykorzystanych przez pisarki w sposób zupełnie przewrotny. Zważywszy na to, że cała Horda skupia się tematycznie wokół szeroko rozumianej fantastyki, a ta od zawsze jest jedną z cech charakterystycznych dla baśni, próba wydaje się jak najbardziej uzasadniona, a eksperyment nader ciekawy. Jednakże teksty, które dostajemy, są baśniami współczesnymi, a pewne schematy pojawiające się w literaturze czy opowieści ludowej zostaną nierzadko przekształcone w sposób raczej nieoczekiwany (chyba że jest się czytelnikiem zawsze doszukującym się dziury w całym). W efekcie kolejne podejścia różnią się od siebie nie tylko tematyką, ale i formą, co jak zawsze – może być olbrzymią zaletą, ale też i wadą. Jak wypada to w Hardych baśniach?


Najbardziej baśniowa jest dla mnie opowieść Marty Kisiel – Idzie, powtarzał wiatr, choć można też powiedzieć, że to takie pomieszanie baśni i fantasy. Zaraza, książę, wiedząca oraz ten kwitnący biały bez… Bardzo silnie widać w tekście konflikt dobra i zła, choć czasami jedno i drugie ma bardzo zatarte granice. Czyta się równie doskonale i jest to jeden z moich faworytów w tej antologii. Równie charakterystyczny jest Demon w studni Ewy Białołęckiej, traktujący o mocy słowa i wyobrażenia. Tutaj z kolei odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia ze świadomą zabawą koncepcją mitu – z zaskakującym twistem na zakończenie. Tekst jest niedługi, ale bardzo dobry, iście magiczny. Baśnią jest również Białe Aleksandry Zielińskiej, traktujące ponownie o zarazie, tym razem jednak takiej kojarzącej mi się dosyć mocno z Piknikiem na skraju drogi albo i opowieściami czarnobylskimi. Autorka wspomina o zafascynowaniu Brzydkim kaczątkiem, ja z kolei widzę tam echa Królowej śniegu. Czyta się świetnie, ale przy niektórych opowiadaniach wydaje się odrobinę… nijaki.

Również na poły fantasy, na poły baśniowo-legendarne jest opowiadanie Róże św. Elżbiety Agnieszki Hałas, odwołujące się do postaci św. Elżbiety Węgierskiej, bawiące się koncepcją owego rozpoznanego cudu, jaki przydarzył się przyszłej świętej. Mamy tu i zaświaty, i magię, i złego spowiednika… mamy też, a może przede wszystkim, miłość. Szalenie mi się to połączenie podoba. Retelling pojawia się również w dwóch innych tekstach. Jeden z nich to Potwór z lasu Martyny Raduchowskiej, skupiające się wokół postaci Czerwonego Kapturka. Potwór byłby zaskakujący, gdyby nie fakt, że identyczny motyw pojawia się w serialu Once upon a time i wystarczyło spojrzenie na imię bohaterki, by odgadnąć, cóż takiego się wydarzy. Na wszelki wypadek jednak nie napiszę, o co chodzi, bo może tylko ja jestem tak spaczona, a Wy będziecie mieli niezłą radochę z tego opowiadania. Znanymi z baśni postaciami bawi się również Aleksandra Janusz w Życzeniu wróżki chrzestnej, będącym swoistym pokłosiem Shreka, tyle że tutaj Wróżka Chrzestna jest zdecydowanie postacią pozytywną, ma gołębie serducho i przedkłada swoją reputację nad dobre samopoczucie. Szczęśliwie ma bardzo niestandardowego męża, który potrafi o nią doskonale zadbać.

Z racji tego, że do Hordy należą również autorki znane ze swoich światów urban fantasy, będziemy mieli okazję poznać kolejne przygody naszych ulubieńców znanych z kart innych książek. Aneta Jadowska odkurzy nieco postać Dory Wilk w Klątwie Hexenwaldu, cudnie przewrotnie traktującej o Jasiu, Małgosi i Złej Wiedźmie. Ostrzegam jednak, że ta lektura sprawi, że odruchowo zaczniemy po całym domu szukać pierniczków – jakie to szczęście, że miałam jeszcze zapasy sprzed Świąt (co więcej, stanowiły część tego samego pakietu prezentowego!). W Sześciu koszulkach z łabędziami Mileny Wójtowicz po raz kolejny zetkniemy się z Sabinką Piechotą, strzygowatą inspektorką BHP (gorsza mogła być tylko pani ze skarbówki, dziekanatu lub ZUSu). Binka tym razem będzie musiała odpowiednio zająć się zakładem Wiesława Kowalczyka, nieoczekiwanie odkrywającego zalety nekrotycznej siły roboczej… W klimacie UF jest utrzymany również Sen nocy miejskiej Magdaleny Kubasiewicz. Wiedźma Jagoda, specjalistka od klątw, będzie musiała zająć się nastolatką będącą pod wpływem zaklęcia Śpiącej Królewny… a wskazówki do rozwiązania sprawy uzyska, włamując się do Fejsa i wattpada naszej ofiary.

Pretekstowo baśnie traktuje m.in. Anna Hrycyszyn w Detektywie Fiksie i śmierci w czerwonym pokoju. To bardzo przyjemny steampunk z wątkiem kryminalnym bazujący trochę na Pięknej i bestii. Uwielbiam kryminały, a tutaj mamy do czynienia z dobrą zagadką oraz doskonale nakreślonym tłem i mam cichą nadzieję, że detektyw Fiks doczeka się własnej książki. Krystyna Chodorowska w Tym, co pośród lodów zabiera nas na daleką północ, w poszukiwanie legendarnych już stworzeń… Tylko co się dzieje, kiedy ta legenda staje przed nami we własnej, dosyć przerażającej osobie?

Duży problem mam z dwoma opowiadaniami. Pierwsze z nich - Krok przed tobą Anny Kańtoch - wydaje mi się nieco nijakie i zbyt skomplikowane. Nie do końca rozumiem, o co w nim chodziło, ale nie wykluczam, że to po prostu moja pospolita tępota. Na pewno jest to tekst w duchu czysto „kańtochowy” i wiernym fanom autorki będzie się podobał. Drugi z kolei to Zazula, kukułeczka moja Anny Nieznaj, będący… fanfikiem do Ogniem i mieczem. I jakkolwiek powieść Sienkiewicza lubię, sama jestem Team Bohun (zwłaszcza w wydaniu Saszy Domagarowa) i bardzo sprawnie wszystko napisano, wydaje mi się, że umieszczenie tekstu w tej konkretnej tematycznie antologii tak nie do końca zagrało. W efekcie wyróżnia się bardzo i może to zostać odczytane raczej negatywnie.

Całościowo jednak cały zbiór to eksperyment niezwykle udany. Wielorakość wątków i klimatów, różne traktowanie materiału źródłowego zaowocowało bardzo zróżnicowanym tomem, stanowiącym doskonałą próbkę tego, co reprezentują członkinie Hardej Hordy. Harde baśnie mogą też być doskonałym prezentem np. dla osoby zaczynającej przygodę z fantastyką – mnogość różnych ujęć i rozmaity emocjonalnie poziom tekstów zaintryguje, a jeśli któryś z nich znudzi, kolejny zapewne zachwyci. Zdecydowanie polecam!

Harde baśnie, antologia, wyd. SQN, Kraków 2020.