niedziela, 1 lutego 2026

Czy to już koniec przygód?

Lady i jej przyjaciółka Agnieszka z sukcesem zakończyły już magiczną edukację, spędziły nieco czasu (lepszego lub gorszego) pracując dla innych, zatem najwyższa pora, by spełnić swoje marzenia – otworzyć własny sklep! Kraina Amuletów, w której znaleźć można zaklęte drobiazgi, magiczną biżuterię i doskonałe amulety to spełnienie marzeń przyjaciółek i szansa na to, by wreszcie robić to, co się lubi, na własny rachunek. I chociaż mogłoby się wydawać, że w ten sposób wszyscy członkowie dawnej paczki zajmują się tym, czego pragnęli – Grzesiek jest wszak dobrym uzdrowicielem, a Dobromir zaangażował się w istotne sprawy Loży – to jednak zawsze, gdy wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, coś musi się spieprzyć – i to spektakularnie.

Tradycyjnie już zwiastunem złych wiadomości jest Złomir, który wpada nagle do sklepu, żądając porządnego amuletu i odmawiając jakiegokolwiek wyjaśnienia. I oczywiście znika, a w ślad za nim pojawiają się agenci Loży oraz niebagatelne oskarżenie – o zabójstwo. Coś tu jednak śmierdzi, a skoro Dobromir nigdy nie był – nomen omen – dobry w zdobywaniu sprzymierzeńców, do akcji wkraczają jego przyjaciele – a zwłaszcza Natasza, która sama nie może się nadziwić temu, jak bardzo zależy jej na ocaleniu czarownika... tylko czy jest gotowa przy okazji również na to, by zaryzykować nowo utworzony interes, spełnienie swoich marzeń?

Czarodziejka z ulicy Brackiej to kolejna, finałowa już pewnie odsłona przygód przyjaciół z Collegium Magicae. Bohaterowie nam mocno wydorośleli, choć nie znaczy to, że całkowicie zmądrzeli, bo każde z nich robi czasami tak głupie rzeczy, że aż zęby bolą. Siłą autorki jest jednak to, że są to rzeczy, w które całkowicie wierzymy, bo idealnie pasują do jej bohaterów. Lady, Dobromir, Agniesia i Grzesiek są cudownie prawdziwi i w odróżnieniu od wielu postaci w urban fantasy (którym czasami naprawdę nie wychodzi to na zdrowie) nie nabywają magicznych mocy znikąd, nie odkrywają tuzina zaszłości swojej rodziny, ratujących im tyłek w ostatniej chwili (bo przecież nawet powiązania rodziców Agnieszki nie są aż takim game changerem), nie mają też niezliczonych magicznych sprzymierzeńców – przynajmniej nie zawsze. Muszą polegać przede wszystkim na sobie. Jednak kiedy ci magiczni sprzymierzeńcy się znajdują, nadal oznacza to konieczność podejmowania trudnych decyzji, wiążących się też po części z codziennością i problemami nam nieobcymi (heloł, kredyt, anyone?). Dlatego też chociaż lubię ich wszystkich, to mnie strasznie czasami irytują, tak jak irytują problemy najbardziej codzienne.

Pewnie nigdy nie przełamię się również w kwestii Pierwszej Polanii, Sary Sokolskiej, która znowu namiesza w życiu naszych bohaterów. Uwielbiam tę magiczną Polanię Magdy Kubasiewicz, bezwarunkowo doceniam wewnętrzną spójność tego świata, ale dawno nie czytałam tak antypatycznej postaci. Co wcale nie jest wadą – wręcz przeciwnie – totalnie podziwiam autorkę za wykreowanie kogoś, kto choć jest nakreślony przez twórczynię z dużym uczuciem, to jest też absolutnie bezwzględną osobą, a jej zalety to czasami człowieka jeszcze bardziej irytują. Może wynika to z tego, że podstawowe książki o Sarze czytałam bardzo dawno (cieszę się ze wznowienia, bo pożyczyłam najwyraźniej na wieczne nieoddanie), a wydane stosunkowo niedawno Przeminęło z wiedźmą wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia.

Ale do tego też trzeba mieć talent. Łatwo bowiem pisać postaci jednoznacznie dobre czy jednoznacznie złe, pozwalać im pokonywać przeszkody niczym James Bond i po wszystkim otrzepać pyłek z klap płaszcza. Czym innym jest tworzeniem bohaterów różnych, których odbieramy inaczej z każdą stroną, które rozumiemy i którym kibicujemy. A nie da się nie kibicować magicznej ekipie z Collegium Magicae i życzyć im dobrego życia bez kolejnych niespodzianek.

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Brackiej, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 16 stycznia 2026

Ostatnia próba Jagi

Poprzedni tom przygód Jarogniewy, szeptuchy z Bielin, zakończył się w chwili, gdy udało się pokonać Dziadka Mroza, a szeptucha odkryła, że jest w ciąży. Teraz nadchodzą wiosenne Dziady i próba, którą ma przejść dla Swarożyca, tymczasem każdy jeden dzień wiąże się z dosyć niecodzienną udręką: nadopiekuńczym Mszczujem, który – parafrazując – ciągle dobra pragnąc, ciągle zło czyni. Nie jest ta nasza Jaga przygotowana na bycie partnerką i matką, a częste wizyty boga ognia nie pomagają w ustabilizowaniu rodzinnego – nomen omen – ogniska.

Oczywiście jak zwykle, gdy jedno się sypie, posypie się wszystko. Nagle okolice Bielin wydają się dotknięte dość dziwną klątwą – śmiertelnie chorzy nabierają wigoru, zwierzątka, które raczej nie powinny żyć, nagle hasają sobie bez pewnych części ciała... Czyżby zastrajkowała sama Śmieć? A może jakieś inne bóstwa postanowiły dać sobie spokój ze swoimi obowiązkami i zrobić wakacje? Teoretycznie brzmi to całkiem nieźle, ale wszyscy przez lata naoglądaliśmy się i naczytaliśmy, co się dzieje w takich przypadkach i że dobrze to się nigdy nie kończy. I choć może to tymczasowo pomóc w niektórych problemach, tak koniec końców załatwienie tej sprawy również spoczywa na Jadze, której zaczyna brakować sprzymierzeńców – dobrze, że w ostateczności można liczyć na Barnima i różne przyjazne stwory.

Oczywiście, każdy kto zna (choćby po łebkach) cykl o szeptusze, wie, jak skończą się niektóre wątki tej opowieści - że nie będzie tu typowego „żyli długo i szczęśliwie”. Fakt, że w jakiś sposób znam zakończenie Swarożyca, nie odbierał mi jednak przyjemności z lektury, bo książka – jak zwykle w przypadku Katarzyny Miszczuk – napisana jest bardzo lekko, nawet te cięższe tematy wchodzą jakoś tak gładko, chociaż wcale nie znaczy to, że są potraktowane lekceważąco – wręcz przeciwnie! I choć praktycznie od razu domyśliłam się, gdzie podziała się rodzanica, nie odebrało mi to w żadnym stopniu przyjemności związanej z tym wątkiem. Bardzo lubię w tym cyklu to, że wszyscy bohaterowie są – nazwijmy to – ludzcy, nawet ci, którzy powinni być lepsi i ponad wszystkie niesnaski. Lubię upartych bogów, pragnących za wszelką cenę postawić na swoim, lubię słowiańskie demony z ich „swojskimi” tożsamościami. Bo to właśnie pozwala zżyć się z bohaterami, pozwala potraktować ich jak znajomych, nawet jeśli niekoniecznie zgadzamy się ze wszystkim, co robią (przypadek Jagi i Mszczuja). A to pozwala też na zaangażowanie emocjonalne i przyznam się bez bicia, że popłakałam się na końcu powieści, a swoiste katharsis zawsze przecież się przyda.

Swarożyc to godne domknięcie przygód Jagi, niespecjalnie spektakularne, ale i nie na takie liczyłam. W Bielinach dzieją się rzeczy ważne, ale poprowadzone jakby na skalę lokalną, co sprawia, że łatwiej je zaakceptować niż ratowanie całego świata w maleńkiej wiosce na zadupiu. I przyznam Wam się jeszcze do czegoś – mam ochotę odświeżyć cykl o Gosi – pal diabli tę idiotkę, ja chcę więcej Jagi!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Swarożyc, wyd. Mięta, Warszawa 2025.

wtorek, 6 stycznia 2026

Trupy, zagadki i Święta

Lubicie okres świąteczny? Dla części z nas to szansa, by usiąść i odetchnąć, oczywiście tuż po tym, jak spotkamy się z rodziną i ją nakarmimy albo na odwrót – to my zostaniemy nakarmieni. A kiedy już zalegniemy jak te niedźwiedzie w gawrze, możemy sięgnąć po jakąś książkę, makowczyk lub inny serniczek i po prostu oddać się słodkiemu lenistwu połączonemu z czytelnictwem. Nie wiem, jak w Waszym przypadku, ale mnie całkiem nieźle wchodzą też powieści „okołoświąteczne”, choć ostatnio w ramach oszczędności (także miejsca) postanowiłam sobie jednak dać na wstrzymanie. Kiedy jednak moja ulubiona czwórka autorek ponownie łączy siły, a upragniona książka wlatuje do mnie w ramach prezentu, jest to po prostu spełnienie marzeń!

Cztery trupy w barszczu już nie tylko tytułem, lecz i tekstem na okładce informują nas, że „Każde święta mają swoją magię, a każda bohaterka swojego trupa”, więc doskonale wiemy, na czym tym razem skupiły się moje ulubione autorki UF: Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz – będzie kryminalnie, a nawet krwawo (w kocu ten barszczyk zobowiązuje...). Można podsumować to jednym słowem – idealnie. A może nawet wpadniemy do kogoś znajomego?

I tak w przypadku Jak długo mieszać bigos? Marty Kisiel rzeczywiście spotykamy ekipę związaną z pewnymi nietypowymi paniami, skrywającymi swą prawdziwą naturę, Kirą, Filomeną i Tomirą, a także ich partnerami i przyjaciółmi. Cała paczka zamierza spędzić Święta w dosyć klimatycznej miejscówce, żeby zrobić przyjemność Sebie, pragnącemu bardzo nietypowego prezentu: LARPa w klimacie pewnej powieści. Niełatwo do tego jednak przekonać kochanych przyjaciół, zwłaszcza tych, którzy ewidentnie nastawiają się mocno świątecznie i nawet choinkę przywieźli! Zresztą, co tam choinkę – jedzonko też! I nikt nie spodziewa się, że taki bigos doprowadzi do wydarzeń zgoła nieoczekiwanych i z piekła rodem!

Kołtun zimowy Mileny Wójtowicz z Dolnego Śląska przenosi nas na Mazury, gdzie poznajemy wiedźmę-fryzjerkę, Pati, jej rodzinę i przyjaciół. Pati jest czarownicą lokalną, szanowaną i znaną w całej okolicy z tego, że pomocy (zwłaszcza popartej dobrym argumentem finansowym) nigdy nie odmawia. Jednak niektóre zagadki i problemy wymagają nietypowych interwencji i rozwiązań, a do tego – oprócz sił paranormalnych – należy zagonić całą społeczność!

Typowym tekstem świątecznym jest historia Anety Jadowskiej Morderstwo i białe Święta. Oto Greta, policjantka, która prawdopodobnie pożegna się z czynną służbą (a przecież nie ma w życiu nic innego), zostaje wezwana przez dawno niewidzianą ciotkę do pomocy w rozwiązaniu zagadki morderstwa w małej miejscowości, gdzie kobieta niegdyś mieszkała. Na miejscu, prócz zbrodni, czeka interesujący mężczyzna i odwiecznie zawirowania okołoświąteczne. Pytanie tylko, czy sama atmosfera, pierogi i ogólne ciepełko zasadniczo rodzinne wystarczą, by wpłynąć na dalsze życie naszej bohaterki? No i kto jest tym mordercą, kurczaki.

Święta na pełnej hallmarkowej... no wiecie czym... serwuje nam za to Magdalena Kubasiewicz w Wymarzonych Świętach domowika, dziejących się w domu Jagody Wilk w Bromierzyku. Po raz kolejny uczennica naszej specjalistki od klątw, Sonia, wpada na szatański pomysł – tym razem pragnie przygotować Święta. Jednak nawet uzyskanie zgody Jagi nie gwarantuje powodzenia, bo do tego należy również przekonać domowika, nie do końca pojmującego koncepcję dekoracji, nastroju i wszystkiego, co ze Świętami związane. Co zatem robi Sonia? Częstuje domowego demona kolekcją filmów hallmarkowych, ze wszystkimi ich wadami, zaletami i tropami... a to może się skończyć... ciekawie.

Umówmy się, sięgając po antologię zawierającą teksty tych czterech autorek, nie sposób się rozczarować, bo to solidne rzemiosło w ukochanym klimacie, nawet jeśli czasami elementy fantastyki są bardzo subtelne. Mam jednak swoje ulubione opowiadanie, a jest nim Kołtun zimowy – chyba właśnie ze względu na atmosferę, magiczny klimat tej małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, i tę cienką granicę między światem rzeczywistym i pozazmysłowym. Teksty Mileny na ogół kojarzą mi się raczej z humorem i lekkością, a tutaj jest nieco inaczej i bardzo, ale to bardzo mi to odpowiada. Zdecydowanie chciałabym przeczytać całą powieść o tych bohaterach, bo jakkolwiek kocham Sabinkę et consortes, to chwilowo cierpię na ich przesyt. Może kiedyś mi się to marzenie spełni?

Jest zima, długie wieczory, okres okołoświąteczny... warto, naprawdę warto usiąść właśnie z Czterema trupami... To opowieści zasadniczo lekkie i przyjemne, zaspakajające apetyt na magię i klimaty typowo zimowe i bożonarodzeniowe, których wprawdzie czujemy czasem w tym okresie przesyt, ale też którym warto się naładować niejako „na zapas”. Miłej lektury – może z kubeczkiem barszczyku w dłoni?

Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Cztery trupy w barszczu, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 26 sierpnia 2025

II wojna światowa nieco inaczej

Pamiętacie może Pas Ilmarinena? Wojna wywiadów prowadzona w nieco odmienny niż standardowy sposób, walka nie tylko na broń konwencjonalną, ale i magiczną, brytyjska Biblioteka vs. niemieckie Anneherbe, a do tego zasypana śniegiem Finlandia i misja, zdawałoby się, niemożliwa... Do tych właśnie klimatów wracamy w powieści Grom. Wojna runów, gdzie tajemnica goni tajemnicę, a incydenty nie tylko dyplomatyczne nie spędzają niektórym decydentów snu z powiek...

Jest późne lato 1939 r. W powietrzu wisi coś bardzo intensywnego – Polacy już niedługo przewidują rozpoczęcie walki na śmierć i życie, tymczasem część okrętów marynarki wojennej, w tym niszczyciel „Grom”, jest wysyłana do Wielkiej Brytanii. I choć oficerskie dusze burzą się na samą myśl, rozkaz to rozkaz i niewiele można na to poradzić. Jednak w głębi serc ukrywają się złość i desperacja, a u niektórych dosyć nieoczekiwane talenty – czy raczej przekleństwa.

W angielskiej posiadłości The Frythe sir Andrew Harrington również czuje narastające zagrożenie, choć osobiście nie miałby nic przeciwko temu, by Polskę oddano temu niezrównoważonemu Hitlerowi i żeby jeszcze chwilę panował pokój... Jednak nie bierze się do końca z tchórzostwa, o nie! Harrington, szef tajemniczej Sekcji D brytyjskiego wywiadu, wie bowiem, że wróg ucieknie się do tajemnej i bardzo niebezpiecznej broni, jaką są dawne nordyckie runy i utracona, wydawałoby się, wiedza. Dzięki swojemu dosyć niecodziennemu współpracownikowi orientuje się bowiem w ich potędze i wie, kto i jak, podobnie jak on, całkowicie zgłębił ich tajemnice....

Głęboko w sercu Norwegii tajemniczy ludzie chroniący swojego Króla Gór przygotowują się do walki i ochrony tego, co pradawne i błogosławione. Przysięgają użyć wszystkich swych darów i wszystkich metod, by nawet własnym życiem osłonić sekret przed tymi, którzy są go niegodni i którzy wykorzystaliby go nawet do najgorszych, całkowicie egoistycznych celów.

Wiecie, że nie zaliczam się do typowych Głodomortek z tego względu, że trochę nie po drodze mi z klasycznym fantasy, mocno zwlekałam też z lekturą wspomnianego już Pasa Ilmarinena, bo nie przepadam za literaturą wojenną (poza literaturą faktu i warszawskimi reportażami). Jednak ten zakręcony, pełen nadprzyrodzonych tajemnic świat II wojny, tak bliski mej ulubionej urban fantasy, to zdecydowanie coś, co wciąga i fascynuje. Połączenie faktów i starego dobrego nieznanego to strzał w dziesiątkę, zwłaszcza jeśli autor jest utalentowanym gawędziarzem, a do takich Marcin Mortka zdecydowanie należy! Absolutnie pokochałam też postaci – żywe, barwne i wywołujące w czytelniku prawdziwe emocje – i te prawdziwie pozytywne, i te pozytywne inaczej. Kibicujemy bohaterom, choć czasami mają nas niezbyt dobrze zaskoczyć i na końcu książki sami już nie wiemy, jakie dokładnie rozwiązanie nas satysfakcjonuje – wiadomo, przeważnie chcemy, by wygrali „ci dobrzy”, choć.... czy aby w każdy możliwy sposób?

Grom. Wojna runów to naprawdę wyśmienita powieść, doskonała rozrywka, skłaniająca czasami do przemyśleń historycznych. Dodatkowo, jeśli jesteście pasjonatami II wojny światowej, będziecie mieli dużo radości z niecodziennej interpretacji pewnych wydarzeń. Muszę też pobuszować w bibliotekach, bo Grom jest jednym z opublikowanych onegdaj tomów Trylogii Nordyckiej, wydanej przez Uroborosa, odświeżonym i przeredagowanym. Zdecydowanie chcę się zapoznać z pozostałymi! A zatem – miłej lektury! I mnie, i Wam!

Marcin Mortka, Grom. Wojna runów, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 15 sierpnia 2025

Zagłębić się w Ciemności...

Minął już rok od chwili, kiedy kapitanowi Kowalskiemu odebrano jego ukochaną Wandę. Jerzy zdołał podźwignąć się z ciągu alkoholowego, zresztą, nie miał większego wyboru, za partnerkę mając obecnie pannę Barbarę Maciejewską (z tych Maciejewskich, słyszeli państwo o tym skandalu?). Rzutka i przedsiębiorcza kobieta nie tylko uporządkowała nieco sprawy agencji detektywistycznej, ale i zadbała o jej zaangażowanie się w sprawy – nazwijmy to – bardziej społeczne, a konkretnie w sprawy fundacji, mającej na celu ochronę pozostawionych samych sobie małoletnich. Prowadzi także pewne własne dochodzenia, chwilowo musi zatem opuścić Warszawę, zostawiając Jerzemu na głowie dosyć nieoczekiwany kłopot w postaci nowej podopiecznej. I choć Zosia na pierwszy rzut oka wydaje się kolejną zagubioną ofiarę nowej rzeczywistości, ktoś chce ją bardzo usilnie odszukać. A Jerzy nie może jej non-stop pilnować, bo oto wpada mu kolejne, wyjątkowo intratne i bardzo obiecujące zlecenie, które zmusi detektywa do opuszczenia Warszawy i udania się do Lwowa... a to dopiero początek jego podróży.

Świat ogarnięty Ciemnością poznaliśmy już w poprzednim tomie, znane są nam zatem specyficzne reguły nim rządzące – stał się klaustrofobiczny, zawężony do granic cywilizacji i jeszcze bardziej bezwzględny, niżby się mogło wydawać po koszmarach I wojny światowej. Nasi bohaterowie wbrew okoliczności próbują być tymi ostatnimi sprawiedliwymi pośród rekinów i innych, pragnących przede wszystkim przetrwać, próbują zrobić coś dobrego, choć często obrywają za to po głowie. Zanurzają się w coraz to bardziej zdeprawowane zakamarki ludzkiej przedsiębiorczości, w obliczy czasu zagłady i – niezmiennie – mieszają się w rzeczy, które ich przerastają... Jednak mimo gorzkiego nieraz doświadczenia prą naprzód, bo Ciemności może przeciwstawić się tylko ludzkość – w tym swoim najlepszym przejawie. Ludzkość i... Inni – dobrowolnie bądź też pod przymusem.

Druga część serii Andrzeja Pupina wciąga podobnie jak pierwsza i tutaj też nie mogłam się oprzeć, by książkę skończyć już zaraz zamiast dawkować sobie tę przyjemność! Intryga zdecydowanie się zagęszcza, bo rozgrywki stają bowiem kolejni coraz to bardziej wpływowi gracze, a pośrodku wszystkiego Jerzy stara się dojść do sedna sprawy i nawet nie jesteśmy pewni, czy mu w tym kibicujemy, bo wiemy, że rozwiązanie będzie paskudne. Zarówno agencje rządowe, jak i organizacje prywatne w tańcu się nie pie... eee, obijają, i biada temu, kto spróbuje stanąć im na drodze.

Tak, jest dobrze, a byłoby wręcz rewelacyjnie, gdyby nie... Tak, zgadliście – końcówka. Znowu. Nie wiem, co tu jest nie tak, ale mam wrażenie, że została trochę tak „wyciągnięta z kapelusza”, zbyt niespodziewana, mimo umieszczenia pewnych drobnych informacji i aluzji w tekście. Owszem, mówimy o niespodziewanej w tym niekoniecznie dobrym znaczeniu tego słowa. Mam nadzieję, że autor w końcu się wyrobi, bo trochę psuje to odbiór całości i jakkolwiek Rozbłyski Ciemności bardzo gorąco polecam, to jednak coś mi tak trochę zgrzyta.

Andrzej Pupin, Rozbłyski Ciemności, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

sobota, 9 sierpnia 2025

Nekro przedświąteczne

Wizyta w gabinecie weterynaryjnym w Zrębkach to zawsze obietnica, że przydarzy się coś mocno nietypowego – a to opętanie, a to ciekawe zwierzątko, a to smoki w okolicy... Kolejne dni stawiają przed Florką, Bastianem i Izą kolejne wyzwania i gdy za każdym razem wydaje się, że już „ciekawiej” być nie może, los mówi „Potrzymaj mi piwo” i wali z grubej rury...

Tym razem jednak zapowiada się spokojniej – w końcu nadchodzą Święta i nawet największym pesymistom humor się poprawia, gdy na zewnątrz zalega biały puch, a w powietrzu już niemal słychać dzwonki u sań świętego Mikołaja. Jednak już po kilku godzinach z białego nieskazitelnego śnieżku robi się szara breja, do pracy wstać trzeba, a nieoczekiwany gość pojawia się grubo przed Wigilią i przypomina wszystkim, że z rodziną to najlepiej na zdjęciu, a i to w środku, bo z boku cię wytną. Co więcej, sielskie stadło naszych ulubionych techników weterynaryjnych zakłóci współlokatorka, której przecież trzeba pomóc, bo jak to tak – za próg? W pracy też coraz bardziej interesująco – wprawdzie kotki, pieski, magiczne króliki czy inne takie to już standard, kiedy jednak na progu staje mocno naćpana elfka z jednym z najgroźniejszych stworzeń, robi się stresująco... Odrobina świętego spokoju? Nieee, w Zrębkach nawet wieszanie prania może doprowadzić do bardzo nietypowych odkryć!

Uwielbiam tę serię (jak zresztą dobrze wiecie) – choć sięgając po nią, wcale się tego nie spodziewałam. Cudowne nowe magiczne stwory to jeden z tych powodów – bo ja mam jak Florka – tuliłabym każde jedno: puchate, zębate, rogate... Bo wprawdzie wkurzam się (podobnie jak w prawdziwym życiu) na debili pozbawionych wyobraźni, ale i przekonuję, że Niemen miał rację – ludzi dobrej woli jest zdecydowanie więcej. Nasi bohaterowie może i mają swoje wady, ale są w tym wszystkim prawdziwi – czasami dostają po dupie, ale przynajmniej próbują zrobić coś dobrego. Tu każdy ma tę swoją szansę, jeśli tylko chce z niej skorzystać – i nie odnosimy wrażenia „słodkopierdzącości”, tylko wychodzi to kompletnie naturalnie. Zdziwiłby się też ten, kto oczekiwałby utartych schematów – ekipa z przyległościami wymyka się kompletnie wszystkim oczekiwaniom, a nam pozostaje tylko trzymać kciuki. No i czasami obgryzać paznokcie, bo wszystko nie zawsze kończy się tak, jakbyśmy chcieli. Kibicujemy każdemu (no dobrze, z drobnymi wyjątkami) i chcemy WIĘCEJ! I to jak najszybciej!

Joanna W. Gajzler, Necrovet. Pielęgnacja zwierząt (nie)ożywionych, wyd. SQN, Kraków 2025.

PS: Nie wiem jak, ale każda kolejna okładka serii jest coraz piękniejsza!

poniedziałek, 28 lipca 2025

Kto z Jakubem trzymie...

Nie wiem, jak Wy, ale ja po prostu uwielbiam odwiedziny w Wojsławicach – człowiek spędził już tyle lat z Jakubem, że wpadając do gospodarstwa na Starym Majdanie, czuje się jak u siebie w domu. W końcu wszyscy wiemy, że Bardaki to wróg, Birski z Rowickim barany, których los zesłał na najgorszą miejscówkę w powiecie (idę o zakład, że plan prewencyjny dzielnicowego polega przede wszystkim na pozbyciu się Jakuba), a podróż do Dębinki to jak podróż w czasie ze względu na dziedzictwo miejscowych...

Nie inaczej będzie i tym razem – w 12 opowiadaniach, składających się na Wojsławicką masakrę kosą łańcuchową, potowarzyszymy Jakubowi i Semenowi w podróżach zarówno konwencjonalnych (banalny Sopot lub oklepana Warszawa), jak i tych nieco bardziej nietuzinkowych (czy kogoś w ogóle zaskoczy fakt, że Wędrowycz miał coś wspólnego z Kompleksem Riese?) – również takich, które w sumie zdarzą się nie po raz pierwszy, bo co tam komu podróże w czasie z Jakubem... W końcu kto z nim trzymie...

Jak zwykle, wszystkie teksty są samodzielną całością (choć niektóre odwołują się do dawniejszych przygód prowincjonalnego egzorcysty), jednak tym razem w tle przewija się niecny Bardacki plan przejęcia władzy nad gminą! A wróg naprawdę dysponuje wieloma atutami! Niezmiennie w książce znajdą się opowiadania lepsze i gorsze, choć z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że te nieco słabsze zachowują naprawdę niezły poziom, zwłaszcza w porównaniu do niektórych dawniejszych tekstów w zbiorach, które wychodziły kiedyś nieco za często. Zmniejszenie częstotliwości publikacji zdecydowanie wyszło i Jakubowi, i Andrzejowi na dobre, bo gdybym miała wskazać najsłabszą dla mnie historię w Masakrze, pewnie byłaby to trochę nijaka Krypta (której zakończenie jednakowoż totalnie mnie rozwaliło), Dziadek czy Zielony czynnik (trochę taki generyczny tekst o Jakubie, wykorzystujący jednakowoż w ciekawy sposób inne Andrzejowe postacie), jednak nawet te opowiadania wywołują coś na kształt uśmiechu. Absolutnie kocham za to Konkurs (musicie to po prostu przeczytać!), Poduszkę uduszkę (genialna geneza bytu nekrotycznego) czy Fortepian (odkrycie, kim jest duch, przyprawiło mnie o typowy chichot pijanej hieny), a to naprawdę tylko topka.

Jedenasta już odsłona cyklu wędrowyczowskiego może być też świetnym wprowadzeniem do świata dla kogoś, kto jakimś cudem nie zna jeszcze Jakuba i jego przyjaciół. Zawiera to charakterystyczne, swojskie (hyhy) poczucie humoru, wojsławickie cwaniactwo i odpowiednią porcję szaleństwa, a do tego jak zwykle cudne ilustracje Andrzeja Łaskiego. Macie doła i dość nowoczesnego świata? Łapcie za Wojsławicką masakrę kosą łańcuchową! Nie pożałujecie!

Andrzej Pilipiuk, Wojsławicka masakra kosą łańcuchową, il. Andrzej Łaski, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2025.