środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.