sobota, 19 listopada 2022

Kryminał w różu

Edyta Prusko opuszcza swe mieszkanie we Wrocławiu i udaje się na Wielkanoc do rodziny na drugim końcu Polski, na Podlasiu. Robi to z olbrzymią ulgą, jako że jej małżonek, Rafał Surym, ostatnimi czasy zupełnie nie przypomina mężczyzny, z którym się związała, i Edycie w głowie powoli kiełkuje pewne drastyczne rozwiązanie tego problemu, a nazwa jego rozwód. Jej decyzji wydaje się tylko sprzyjać to, że niemal natychmiast Rafał postanawia się umówić na randkę z nadzwyczaj chętną na przygodę Ulę, jednak budzi się po upojnej kolacji z kompletnym zaćmieniem umysłowym... Tymczasem Ulka nie obudzi się już nigdy i do akcji wkraczają dzielne służby śledcze, działając niejako dwutorowo: stróże prawa w osobach niejakiego Bączka z Wrocławia i Lewczyńskiego z Augustowa próbują rozwiązać zagadkę, która dotyczyć będzie obojga małżonków, co doprowadzi do wmieszania w sprawę rodziny Edyty... A ta jest zdecydowanie niepospolita i miewa najdziksze pomysły, co sprawia, że tytułowe „pruskie baby” w dzielnym sierżancie Bączku wywołują niemal palpitacje serca!

Jednak jedna rozwiązana sprawa wiosny nie czyni, gdyż tuż po rozwikłaniu tajemniczej śmierci Ulki, wschodząca gwiazda wrocławskiej kryminalistyki znowu ma wątpliwą przyjemność badania następnego nieoczekiwanego zabójstwa, które ponownie sprawi, że będzie musiał współpracować z pruskimi babami i przyległościami – w końcu ginie jedna z teściowych zainteresowanych pań! Choć tutaj odpowiedź wydaje się nasuwać sama, tak łatwo się nie wywinie, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że w sprawę może być zamieszany prawdziwy seryjniak!

A ponieważ jak coś się psuje, to zazwyczaj na całego i wszystko, zatem zarówno Bączkowi, jak i Lewczyńskiemu znienacka znowu przydarzy się morderstwo, ba, żeby to jedno! Ofiary zdają się padać trupem jedna z drugą i zdesperowani śledczy już bez zdziwienia przyjmują fakt, że Surymowie i rodzina Prusko wydają się być w to wszystko zamieszani! Czy potencjalnie zbawienna rada – zamknąć ich od razu na cztery spusty – jest rzeczywiście jedynym rozwiązaniem? Ale jak zastosować ją do kobiety w rozterce i z wpływami oraz ofiary zamachu...?

Bohaterowie trylogii Małgorzaty Starosty radzą sobie w tym całym zamieszaniu całkiem nieźle i przy okazji – niemal wszyscy – dostarczają nam okazji do radosnego porykiwania w trakcie lektury. Fantastyczna rodzina Prusko i ich niezwykle ważna dla akcji historia to jednak nie tylko Edyta i jej najbliżsi, a także przyjaciele, bez których życie byłoby nudne – choć może czasem spokojniejsze. Obok barwnych sylwetek Edyty, jej babci Krystyny, mamy Basi, sióstr bliźniaczek, taty z jeszcze bardziej zakręconą familią czy choćby Henryka z jego kontaktami i Rafałowych ciężkich na co dzień najbliższych, niemal od razu łapiemy szybki kontakt choćby z Patinką i bandą szalonych przyjaciółek oraz boskim kucharzem Emilem, który – choć czasami nieco gwiazdorzy – to jednak ma do tego wszelkie prawo, a jego zamiłowanie do plotek pomaga rozwiązać niejedną zagadkę! Cała ekipa nie jest, rzecz jasna, pozbawiona wad, ale i one dają się (czasami) wybaczyć, a już zdecydowanie ubarwiają codzienną egzystencję – co zapewne wydaje się nie do zniesienia dla naszych ulubionych śledczych!

Bo przecież trylogia Pruskich bab to właśnie komedia kryminalna, nie obyczajówka! Osią wszystkich książek są morderstwa, a wszystko inne dzieje się jakby dookoła, obok głównego wątku. I choć na równi z bohaterami pragniemy owe tajemnice rozwikłać, nie jest to łatwe, bo najważniejsze informacje są dawkowane dosyć oszczędnie i nawet najbardziej zaprawiony w bojach miłośnik kryminałów może mieć pewien problem z rozwiązaniem niektórych zagadek – również ze względu na to, że pewne tropy wydają się nieco zbyt wymyślne, choć nie napiszę „niewiarygodne”, bo życie pisze przecież najdziwniejsze scenariusze.

Szkoda, że wydawca trylogii wyrządził autorce wielką krzywkę, projektując okładki w kolorze różowym (z czego zresztą bohaterowie robią sobie w przypływie jasnowidzenia jaja) i zdobiąc je starymi zdjęciami, sugerującymi, iż czytelnik ma do czynienia raczej z sagą rodzinną niż kryminałem, a to niewątpliwie mogło się niekorzystnie przełożyć na odbiór lub sprzedaż tytułu. Przyznam szczerze, że ja akurat sagi rodzinne lubię i odkrycie, że to jednak komedia kryminalna niecno mnie zaskoczyło, acz nie odrzuciło, ale przecież nie każdy fan obyczajówek lubi kryminały, a fan kryminałów na ogół nie sięgnie po różowe okładki. Szkoda, bo książki są zabawne i zdecydowanie godne uwagi. A że idą Święta, to może warto sprawić komuś ciekawy i zacny upominek w formie trylogii?

Małgorzata Starosta, Pruskie baby, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Wesela nie będzie, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Kwestia czasu, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

PS: Chociaż uważam, że rozwiązanie wątku Rafała jest pójściem na łatwiznę! O!

sobota, 6 sierpnia 2022

Przysługi - pierwszy stopień do piekła

Z Wilczą Jagodą pożegnaliśmy się gdy pokonała Śpiącą Królewnę. Jak jednak pamiętacie, by to zrobić, musiała zwrócić się do mniej lub bardziej szemranych sojuszników – nawet tych niechętnych. Ale pomoc oznacza, że czasami zaciąga się długi... a długi, zwłaszcza magiczne, trzeba spłacać.

Gdy zatem z Jagodą kontaktuje się niesławny uczeń czarnoksiężnika, Caleb Blythe, wiedźma nie ma zbyt wielkiego wyboru, musi mu pomóc. Lecz kiedy w progu staje człowiek władający dosyć kontrowersyjnymi mocami, ubabrany krwią od stóp do głów, nic dziwnego, że zaczynają nasuwać się bardzo niewygodne pytania.

Wątpliwości Jagody intensyfikują się po usłyszeniu nieciekawych wiadomości i wizycie Maria z Wydziału ds. Mrocznej Magii – ktoś w okolicy zabija z absolutną bezwzględnością. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że za zbrodnie może być odpowiedzialny demon. Ale co mogłoby sprowokować demona... i czy przypadkiem uczeń czarnoksiężnika nie pojawił się w okolicy mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęły się morderstwa...? I kto kręci się wokół uczennicy Jagody, Sonii? Jak rozplątać ten mroczny krąg zagadek? I kto jeszcze zginie, zanim Wilcza Jagoda dotrze do sedna sprawy?

Świat wykreowany przez Magdalenę Kubasiewicz to fenomenalne, interesujące odbicie zwykłej Warszawy. Magiczne enklawy i dzielnice istnieją tuż obok naszych, zwykłych, co sprawia, że przygody Wilczej Jagody i innych bohaterów wydają się z jednej strony tak namacalne, tak bliskie, a z drugiej wyjątkowo odległe. To kwintesencja urban fantasy, więc jeśli ktoś lubi podobne klimaty, do lektury tego cyklu nie trzeba go będzie namawiać. Jednak same dekoracje nie wystarczą, by przykuć uwagę czytelnika – na szczęście autorka ma znakomite pomysły i nawet jeśli wykorzystuje pewne stereotypy, robi to w często przewrotny sposób. Podsuwa kolejne tropy, o wielu rzeczach czytelnik dowiaduje się równocześnie z postaciami, ma więc szanse na samodzielną próbę rozwiązania zagadki. Kolejne wydarzenia wciągają i sami nawet nie wiemy, kiedy pochłonęliśmy całą książkę. I tak jest zawsze, jeśli chodzi o powieści Magdy Kubasiewicz - ona po prostu ma talent. Bohaterowie przez nią wykreowani są z krwi i kości, mają zalety, ale i rozliczne wady, co sprawia, że łatwiej je „pojąć” i polubić, nawet tych wyjątkowo niesympatycznych, wszystkie są też namacalne, nie papierowe. Nie uświadczymy tu Maryś Sójek, którym połowa wszechświata pada do stóp tylko za to, że istnieją – nawet osoby wybitnie utalentowane są uwikłane w rozliczne problemy, a świat po prostu czasem okazuje się wredny. 

To wszystko sprawia, że drugą (no dobrze, prawie trzecią, biorąc pod uwagę opowiadanie) odsłonę cyklu o Jagodzie Wilczek czyta się po prostu znakomicie. Stanowi przyjemną odskocznię od rzeczywistości – zwłaszcza w te letnie dni. Bawi, ale i uczy – przede wszystkim tego, by nie oceniać po pozorach...

Magdalena Kubasiewicz, Przysługa dla czarnoksiężnika, wyd. SQN, Kraków 2022.

czwartek, 21 lipca 2022

Nowa (?) odsłona Pilipiuka

Wyobraźcie sobie świat geograficznie całkiem podobny do naszego, którego mieszkańcy próbują podnieść się i przetrwać po bliżej nieokreślonej katastrofie. Kiedy się wydarzyła i co się właściwie stało? Na to pierwsze pytanie dokładnej odpowiedzi nie znajdziemy, jeśli chodzi o drugie, możemy się czegoś domyślać. Prawdopodobnie potężna erupcja wulkanu i jej konsekwencje sprawiły, że cywilizacja Przodków podupadła, pozostawiając za sobą zaledwie zrujnowane pozostałości infrastruktury i miast. Potomkowie mogą już tylko odkopywać zaginione skarby i przedmioty użytku codziennego, licząc nie tylko na cenne znaleziska, ale może i okruchy dawnej wiedzy.

Składający je w całość kapłani próbują wprawdzie zrekonstruować dawniejszą mądrość i dowiedzieć się, co się tak naprawdę stało, nie zaniedbują też jednak tego, co dzieje się w teraźniejszości. Z powodu narastającego zagrożenia Arcykapłan kociogłowej bogini postanawia wysłać ekspedycję z misją znalezienia nowego miejsca do osiedlenia się – może uda się odnaleźć innych przedstawicieli ich ludu, odseparowanego już od wielu dekad. W drogę wyruszają zatem młody Dave, jego krewna Tyra, kapłanka Ana, dowódca Nash oraz gołębiarz Mersh i jego syn. Czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa – pytanie tylko, czy są na nie odpowiednio przygotowani...

Andrzej Pilipiuk od zawsze flirtuje z wieloma odmianami fantastyki, a tym razem postanowił zaserwować nam powieść fantasy. Umieścił w niej wiele elementów charakterystycznych dla tego gatunku: magię, nieznane lądy, klasyczny quest, bogów... A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby nie wzmianka o księżycu, porośniętym lasami i poprzecinanym rzekami, to miałabym pewność, że akcja Przetainy rozgrywa się w naszym własnym świecie po katastrofie dorównującej nuklearnej – przyznam szczerze, że dopasowywałam nawet pewne ludy i nazwy do naszej rzeczywistości. Szczególnie intrygujące wydają się wywody naukowe, może i na miejscu w ustach zgłębiającego wiedzę Arcykapłana, ale może niekoniecznie wygłaszane przez lokalnego dostojnika, w gruncie rzeczy zupełnie prostego człowieka. Owszem, są bardzo interesujące, ale w pewnym momencie czytelnik zastanawia się, czy aby na pewno wszystko się tu zgadza – nadmierna ilość ekspozycji zaczyna irytować. Miejscami podejrzewałam, że pewne fragmenty powieści zostały napisane po to, żeby olśnić odbiorcę erudycją autora. Oczywiście, nie jest to jedyny taki przypadek w dorobku Pilipiuka (przychodzą mi tu na myśl ustępy Norweskiego dziennika), ale co jest do przełknięcia w jednej konwencji, niekoniecznie okazuje się właściwe (i dobre) dla innej.

Przyznam, że trochę drażnią mnie również bohaterowie powieści, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanowią takie typowe „kopiuj-wklej” w utworach Pilipiuka. Główny bohater to niemal kopia Roberta Stroma: wykształcony (na ile to możliwe), obyty, mający wiedzę na przedziwne, hermetyczne tematy, złota rączka, tyle że w przeciwieństwie do Storma nie cofa się przed przemocą. Jeśli do tego założymy, że wizerunek na okładce przedstawia właśnie jego, zaczynamy nieśmiało podejrzewać, że stanowi alter ego samego autora, co samo w sobie nie jest złe, ale to już któryś taki bohater. Mamy też szlachetną i cywilizowaną dzikuskę, nieskalaną leliję – nieosiągalną kapłankę, dziewczę, do którego wzdycha nasz Dave... Słowo daję, ja w końcu zrobię takie pilipiukowe bingo!

A jednak przy wszystkich wadach i wtórnościach książkę czyta się znakomicie – podobnie jak mogę słuchać Andrzeja opowiadającego choćby o obieraniu gruli. Czuć, że autor to znakomity gawędziarz i bardzo, bardzo chcemy dowiedzieć się, jak zakończy się ta przygoda. I choć ten finał wydaje się zbyt nagły i płaski, to jednak droga do niego prowadząca okazała się wciągająca. Jak zwykle, jest też i morał: choćby było bardzo ciężko, niebezpiecznie i beznadziejnie, można liczyć na "przetainę” – łaskę od najwyższych, znak, że ktoś czuwa tam gdzieś nad nami... Przynajmniej w moim odczuciu...

Andrzej Pilipiuk, Przetaina, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2022.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Magia, bogowie i Bieliny

Już kiedyś miałam okazję sięgnąć po pozycję z uniwersum Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk i uznałam, że to rzeczywiście przyjemna lektura, choć chciałam zabić główną bohaterkę. Kolejne pozycje z cyklu jednak niespecjalnie do mnie trafiały i jakoś odechciało mi się dalszego czytania. Może to ta niechęć do Gosi... Jednak gdy w roli bohaterki zastąpiła ją Baba Jaga, czyli Jarogniewa, snująca opowieści o czasach młodości, sytuacja uległa zmianie – na lepsze. To już szeptucha zdecydowanie inna, znająca swoje zadania, zakorzeniona na swój sposób nie tylko w tradycji, ale i w lokalnej społeczności, a – co najistotniejsze – pozbawiona dzikiej obsesji na punkcie kleszczy.

Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Jaga popełnia swój największy błąd – a potem (jak u Hitchcocka) jest jeszcze bardziej interesująco. Niezgułowaty Mszczuj ma problemy z rodzicami, ale – jak typowy facet – nie potrafi ich rozwiązać sam, musi do pomocy namówić niechętną z początku szeptuchę. Perypetie i kłopoty związane z niechcianą narzeczoną (a.k.a. Motylkiem) prowadzą do nieoczekiwanych rozwiązań, ale i to zostaje wkrótce przyćmione, gdy okaże się, że klientka Jagi, dla której ona tak się poświęcała, latając z gołym tyłkiem w Noc Kupały, raczyła odejść z tego świata, wcześniej intensywnie korzystając z uwarzonej mikstury. Jakby tego było mało, w życie mieszkańców Bielin i ich szeptuchy znowu zaczynają ingerować znudzeni lub knujący bogowie. I choć niektóre kontakty nawiązywane są na własne życzenie, to ich konsekwencje mogą okazać się opłakane i niespodziewane.

Świat ludzki i boski w cyklu „szeptuchowym” przeplata się zresztą cały czas, co czyni go (w moim odczuciu) takim „rural fantasy” ze świetnym pomysłem. Polska pogańska, ale wcale prze to nie zacofana, zielarki korzystające z dorobku współczesnej medycyny, a na deser rozmaite stwory z wierzeń ludowych tworzą znakomite tło do opowieści o zwyczajnych, wręcz przyziemnych ludzkich namiętnościach. Zmiana bohaterki również wyszła cyklowi na dobre, bo też choć Jaga jest zwykłą kobietą z pewnymi słabościami, to jednak stanowi olbrzymi kontrast z jojcącą co krok Gosławą.

Jedyną wadą Gniewy wydaje mi się wątek Swarożyca i jego zadania, potraktowany nieco po macoszemu, jakby był szkicem, nakreślonym, by „coś tam się w tle działo”. Domyślam się, iż stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnej odsłony przygód Baby Jagi, ale myślę, że powinien zostać zakończony choćby połowicznie.

Niewiele więcej mogę tej książce zarzucić. Czyta się ją absolutnie fantastycznie, wciąga, bawi i uczy (kiedy trzeba). Katarzyna Berenika Miszczuk ma dar snucia opowieści, a z każdą kolejną pozycją rozwija go jeszcze bardziej. Czy polecam? Ależ tak – szczególnie na lato!

PS: I pamiętajcie – nigdy nie róbcie sobie trwałej ondulacji!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Gniewa, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

wtorek, 5 lipca 2022

Opowieści z Krakowem w tle

Wielu znajomych zachwalało antologię Neolegendy krakowskie. Wprawdzie mam już trochę dość zbiorów opowiadań (o czym dobrze wiecie), ale niektórych rekomendacji po prostu nie da się zlekceważyć i tak oto weszłam w posiadanie tego tomiszcza (w dodatku w twardej oprawie!).

Książkę otwierają wstępy... Tak! Nie jeden, nie dwa, ale dokładnie osiem, napisanych nie tylko przez literaturoznawców (w tym zmarłego niedawno, wiele poważanego w fandomie, Mirka Gołuńskiego), ale także autorów piszących teksty o takim klimacie, tworzących opowieści będące nowymi legendami, a przynajmniej mające szansę takimi się stać. Wstępy zawierają nie tylko wyjaśnienie samego pojęcia (zresztą bardzo – moim zdaniem – pobieżne), ale też skupiają się na tym, co obecnie wydaje się legendarne i jak w nowych czasach owe legendy się tworzą; jak najprostsze rzeczy prowadzą do powstania tego rodzaju opowieści i wreszcie jak niewiele trzeba, by taką wykreować (jestem przewodnikiem, coś na ten temat wiem). Legendy pomagają nam oswoić dane miejsce, uczynić go swoim, nadać mu głębszego tła. I nie, nie są tylko opowieściami z odległej przeszłości, powstają cały czas, niemal na naszych oczach...

Antologia zawiera 15 opowiadań, mnóstwo lektury, pozwolę sobie zatem pokrótce je wymienić. I tak zbiór otwiera tekst Pawła Majki, Materiam superabat opus, nawiązujący do znakomitego krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego. To osadzona w alternatywnej rzeczywistości opowieść o ocaleńcach z zagłady i ich wspomnieniach o mieście, o przeszłości, którą pozostawili za sobą, wreszcie o duszy danego zapomnianego świata. Szarkań Lecha Baczyńskiego koncentruje się na przeszłości, z której utkano niejedną legendę: historii Jadwigi Andegaweńskiej (znacie tę o stópce?), wzbogaconej o pewne fantastyczne elementy (i masakrycznie zastosowany współczesny język bohaterki przy stylizacji wszystkich pozostałych – uch, ależ mi to przeszkadzało przy czytaniu!). Katarzyna Ophelia Koćma snuje opowieść o Alei Gąsienic. Poznajemy w niej Edgara Krukowskiego, zjawiającego się w Krakowie, by objąć spadek po nieznanym krewnym i odkrywającego coś bardzo niesamowitego na temat okolicy, w której znajduje się odziedziczony dom. Kompletnie inny klimat przywołuje Michał Tomczyk, przedstawiając w tekście I jeden dzień dłużej apokaliptyczną wizję końca świata z drobnymi przeszkodami, związanymi z pewnymi wydarzeniami z przeszłości.

Inna królewska historia to opowiadanie O tym, jak król Zygmunt przeniósł stolicę do Warszawy, acz jego bohaterem nie jest monarcha, a niejaki (znany skądinąd fanom fantastyki) Michał Sędziwój. Poszukiwania odwiecznego sekretu transmutacji prowadzą nas w różne zakamarki Europy i wikłają w niejedną awanturniczą przygodę. Olga Niziołek w Miastowymiarach krótko, acz treściwie przedstawia świata widziany z kilku perspektyw i historię pewnego ruchu oporu. W niewesołym Smokołapie Adam Groth przydaje naszej rzeczywistości magicznych elementów w postaci niecodziennych szkodników – wszak bohaterowi w piwnicy zalęgł się smok! Niesamowite stworzenia pojawiają się także w Czasie mamutów Agnieszki Bar, opartej na faktach opowieści o odkryciu dokonanym pod kopcem Kościuszki i jego niesamowitych konsekwencji. Także Kazimierz Kyrcz Jr. opisuje pewne niespotykane stworzenia, zabierając nas na spotkanie z dość nietypowymi mieszkańcami miasta w Żywych skamielinach.

Do kolejnej legendarnej historii (i pewnej teorii spiskowej) nawiązuje Paweł Dybała w Zaklinaczu świata i szumu, prowadząc nas nie tylko na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, ale także przenosząc się w przeszłość wraz z hejnałem. Nieco bardziej przyziemna Legenda o Sławku Popromiennym Krzysztofa Rewiuka to zapis kilku miesięcy z życia młodego chłopca, przywołujący klimat lat 80., czasy marzeń o gumie do żucia i obaw po katastrofie czarnobylskiej. Wszystkie grzechy Walerii Schulz wyliczone przez Anetę Pazdan prowadzą nas prosto w bardzo mroczne zakamarki ludzkiej duszy, zrodzone z krakowskiej legendy. Schody Izabeli Grabdy także nawiązują do opowieści związanej z kościółkiem św. Wojciecha na krakowskim rynku, a my mamy okazję się dowiedzieć, jak pozyskać prawdziwą miłość. Michał Stonawski zabiera nas w rejs po Wiśle, tytułowy Ostatni rejs Jonasza. Zaprowadzi nas on do świata duchów, ofiar i pradawnych rytuałów, a wszystko to w cieniu wawelskiego wzgórza. Wreszcie ostatnią, interesującą opowieść, związaną z jednorożcem i odwieczną walką dobra ze złem, przedstawia nam Marcin Tomasiewicz w Piecie, gdzie wraz z głównym bohaterem poznajemy historię miłości i nienawiści.

Będę szczera: nie wiem, co sądzić o tej antologii. To, że teksty są nierówne pod względem literackim, nie stanowi dla mnie żadnego zaskoczenia, bo o tym wielokrotnie już pisałam w wielu recenzjach (choć nadal nie rozumiem, co w książce robią wyjątkowo słabe Żywe skamieliny). Większość trzyma jednak przyzwoity poziom, a kilka jest naprawdę dobrych (moi osobiści faworyci to Pieta oraz Zaklinacz światła i szumu). Jednak niektóre wydają się tam umieszczone zupełnie z przypadku, bo i mogłyby się rozgrywać wszędzie, a Kraków to tylko dekoracja, przywołana po to, by tekst pasował do tematu zbioru – należą do nich Aleja Gąsienic i Miastowymiary, a częściowo też I jeden dzień dłużej. Szczęśliwie przeważają te inspirowane czy to legendarnymi, czy to faktycznymi wydarzeniami z przeszłości Krakowa, a kilka nawet detalami architektonicznymi (Materiam superabat opus i Smokołap). Ale najbardziej przeszkadza mi w tej antologii brak owego poczucia „legendarności” w co najmniej połowie przypadków – to opowiadania lepsze lub gorsze, ale brakuje w nich tej głębi i ponadczasowości sprawiających, że opowieść przekształca się w legendę i najlepiej widać to chyba w przypadku Legendy o Sławku Popromiennym, niezwykle sprawnie napisanego wspomnienia z czasów młodości, jednak – poza tytułem – kompletnie nie przywołującego esencji, którą powinien zawierać taki właśnie gatunkowo tekst. Innym przykładem jest Ostatni rejs Jonasza, znowu - historia wciągająca i ciekawa, ale będąca w moim odczuciu „zaledwie” fantastyką.

Myślę, że gdyby antologia została po prostu zatytułowana Opowieści krakowskie, byłaby dla mnie znacznie bardziej przystępna, bo nie nastawiałabym się na teksty cechujące się czymś więcej niż tylko wykorzystaniem legendarnych i fantastycznych motywów. Jednak stało się inaczej i jestem trochę rozczarowana. A przecież kilka opowiadań było naprawdę znakomitych! Spróbujcie – i podzielcie się potem swoimi wrażeniami!

Neolegendy krakowskie, wyd. Stalker Books, Olsztyn 2021.

I jeszcze legendarna stópka Jadwigi...

czwartek, 16 czerwca 2022

Kto zabił redaktora?

Są miejsca i zawody niebezpieczne z natury... Wiadomo, jak się ktoś zaciąga do policji, różne rzeczy mogą się przydarzyć. Co jednak z redaktorami, na co dzień obcującymi przecież najczęściej ze słowem (ewentualnie autorami i tłumaczami walczącymi o każdą przydawkę i inne takie)? Przecież to wydaje się najbezpieczniejszy zawód świata – chyba że człowieka szlag ciężki trafi na widok kolejnego byka! A jednak! Bywa tak, że biedny praktykant otwiera drzwi do służbowego kibelka, a tu... A tu nagle trup!

No dobra, gdybyśmy byli w „Grze o tron”, nikogo by to nie zdziwiło. Jednak pracownicy wydawnictwa JaMas wydają się mocno zszokowani. Jasne, ofiara, niejaki redaktor Chojnowski, do najmilszych ludzi nie należał, ale jego upierdliwość sprawiała przecież, że książki stawały się znacznie lepsze. Upierdliwość najważniejszą cechą redaktora! Dodatkowo kto przecież chciałby mordować go przed wykonaniem wyro... znaczy jego pracy? Jak mawia grafik Stalówka, będący jednocześnie specem do spraw motania niemowląt w chustach, „Zaciukać redaktora (...) dać się da, ale przed redakcją to raczej bez sensu. Po redakcji to bym jeszcze zrozumiał. Albo w trakcie. Ale przed?”. Dziwne i niespodziewane.

Nieszczęśni policjanci, których los rzucił w mury tego domu wariatów, starszy sierżant Jerzy Pozgonny oraz starszy posterunkowy Michał Mogiła, mają nie lada orzech do zgryzienia, bo oprócz zagadki zamkniętego kibelka i zeszłego z tego świata redaktora, muszą walczyć z wyjątkowo malowniczą ekipą podejrzanych, pracowników wydawnictwa. W końcu czego dobrego można się spodziewać po ludziach odzianych w kiecki we flamingi, sekretarkach i sekretarach oraz kierownikach pecha i świeżo upieczonych praktykantach? Koszmaru każdego śledczego dopełnia zwyczajowa podejrzana, żona denata, tłumaczka chadzająca z dziwną przypinką „Szekspir nie pisał po polsku” i wyjaśniająca zagubionym we mgle stróżom prawa, że to redaktor jest idealnym kandydatem na zimnokrwistego mordercę. Jak działać i jak żyć, skoro do śledztwa miesza się była komendantka, pisarka „momentalna”, a gdzieniegdzie w kałuży świecą gołe klaty?

Opowieści o morderstwie w miejscu pracy to klasyka kryminału, a najlepszym przykładem są chociażby kultowi „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej. Biedni, niezorientowani śledczy staja przed potwornym wyzwaniem zgłębienia nie tylko przeszłości ofiary i alibi potencjalnych sprawców, ale też koniecznością zrozumienia specyfiki pracy w danej firmie oraz tego, dlaczego nie należy ruszać wazonów na balkonie, dlaczego trup krwawi na rolki („Zaplanuj sobie śmierć” Mileny Wojtowicz) i dlaczego w centrum wydawnictwa stoi ołtarzyk ku czci. Zagadka kryminalna w połączeniu z doskonale napisaną komedią obyczajową to czysta przyjemność, a i szansa na zajrzenie za kulisy pewnych określonych branży, bo przecież autorzy zazwyczaj piszą o tym, co całkiem nieźle znają. Podobnie jest też w przypadku Ałtorki, przecież doskonale wiedzącej, jak funkcjonuje wydawnictwo, planującej zapewne niejedną zbrodnię na redaktorach (biedne przydawki!), a znającej z własnego doświadczenia rozmaite praktyki w domu wariatów, jaki stanowi wydawnictwo przed deadline’em. I to wszystko widać! Barwne opisy kolejnych postaci (dziwnie przypominających te skądinąd w środowisku znane) to chyba nawet większy atut powieści niż zagadka kryminalna, która stanowi bardziej drugoplanowy wątek i – tak, oczywiście – ciekawi, ale jednocześnie schodzi na dalszy plan.

Jeśli Kiśl kiedykolwiek zrezygnuje z pisania fantastyki (oby nie!), kariera pisarki kryminałów stoi przed nią otworem, ale to wiemy już od czasów Tereski Trawnej. W obecnych okolicznościach przyrody zdecydowanie potrzebujemy książek lekkich i przyjemnych, a jednocześnie prawdziwie zabawnych i ubarwiających nam te kilka godzin lektury. Jeśli zatem macie ochotę na oderwanie się od rzeczywistości i dobry, terapeutyczny śmiech, sięgnijcie po „Nagle trupa” Marty Kisiel. Gwarantuję znakomity humor nie tylko w trakcie czytania, ale i później. Jest dobrze!

Marta Kisiel, „Nagle trup”, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

PS: Nie czytajcie jednak „Trupa” w miejscach publicznych! Ostatni raz tak na mnie dziwnie patrzono, jak chichotałam nad wizją bakterii trzepoczącej rzęsami, czytając „Lesia”.

 

wtorek, 31 maja 2022

Zabójczyni i rysie

Pamiętacie Nikitę, przyjaciółkę Dory Wilk, zabójczynię na usługach Zakonu Cienia? Poznaliśmy ją w heksalogii, ale jej własne przygody zostały opisane w trylogii zakończonej cztery lata temu, ponadto bohaterka przewijała się przez antologie historii z magicznego świata Anety Jadowskiej. W tym miesiącu fani Nikity mają aż dwa powody do radości – powieść i zbiór opowiadań poświęconych właśnie naszej najemniczce: „Aferę na tuzin rysiów” i „Próby ognia i wody”. Jako że ten drugi tytuł zawiera teksty nawiązujące do „Afery...”, lekturę zdecydowanie należy zacząć od powieści – no, chyba że ktoś preferuje li i tylko formy krótkie.

„Afera...” to pierwszy tom nowej serii zatytułowanej „Kroniki sąsiedzkie”. O jakich sąsiadów chodzi? Ano sąsiadów Nikity, zamieszkującej Warsa, miasto będące magicznym alter ego Warszawy. Państwo Rudeccy, wiedźma i zmiennokształtny, wychowują małe stadko pociech, od czasu do czasu (częściej niż rzadziej) przybierających rozczulającą postać małych rysiów. Jednym z nich jest zaprzyjaźniony z najemniczką Michaś, doskonale wiedzący, kto w okolicy dysponuje olbrzymimi zapasami słodyczy i ma serce na właściwym miejscu. I choć Gloria, mama małego rysia, nie wydaje się zbyt zachwycona ową znajomością, nieoczekiwanie okazuje się ona przydatna, gdy znika nie tylko jej mąż, ale i jego bracia. Trzech silnych zmiennokształtnych nie daje śladu życia? To nigdy nie zapowiada niczego dobrego, a zdają zarówno Nikita, jak i jej partner, Robin, doskonale o tym wiedzą. Niemal od razu śledztwo zawiedzie ich w niebezpieczne miejsce – do Sawy, prawobrzeżnego miasta, gdzie magia oszalała, a władające nią stworzenia narażone są na jej niesłychaną emanację. A ta wyprawa to dopiero początek! Poszukiwania prowadzą w rozmaite mroczne miejsca, a kolejne odpowiedzi wydają się tylko rodzić dalsze pytania...

Jednak zanim do tego wszystkiego doszło, Nikita otrzymała zlecenie, którego konsekwencje pojawiają się na kolejnych kartach „Afery...”. Zostało ono opisane już w „Próbach ognia i wody”, w opowiadaniu „Czym karmię swoje demony?”. Nasza zabójczyni musi ochronić niejaką Stellę Kruk przed jej mężem. Kobieta zamierza wnieść pozew o rozwód, ale zdaje sobie sprawę z tego, że wyprawy do sądu może nie dożyć. Sytuację komplikuje fakt, że Stella nie może opuścić domu i babci, którą się opiekuje. Skąd nadciągnie atak i dlaczego właśnie ta robota doprowadzi do rozdźwięku między Nikitą a jej berserkiem?

Drugim tekstem w zbiorze są „Ręce pełne rysiów”, również nawiązujące do „Afery...”, przedstawiające wydarzenia znane z powieści z nieco innej perspektywy. Jedyny brat Rudecki, który nie zaginął, oraz jego narzeczona, wilczyca Anna, postanawiają odciążyć nieco zrozpaczone i zajęte bratowe Rafała i zająć się dziećmi. Dziećmi będącymi małymi zmiennokształtnymi. Dla Rafała, nauczyciela, to kaszka z mleczkiem, Anna, dotychczas w miarę możliwości unikająca kontaktu z małoletnimi, staje już przed trochę większym wyzwaniem. Jednak ktoś musi się tym zająć, a w końcu wilczyca powinna dać sobie radę z rysiami. Chyba.

W zbiorze znajdziemy też „Haczyki w sercu”, krótkie opowiadanie o stosunkach Nikity i Brynjara. „Haczyki” to tekst o uczuciach, akceptacji i wzajemnym zrozumieniu, spajające niczym klamrą cały tom.

Przyznam Wam się szczerze, że nie byłam zbyt wielką fanką zabójczyni, gdy pojawiła się w serii o Dorze Wilk, a także później, podczas lektury trylogii poświęconej tej bohaterce. Jednak z najemniczką jak ze śledziami (no co, w końcu mamy do czynienia z mitologią skandynawską!), z czasem człowiek uczy się je lubić i doceniać, a u mnie sympatia do Nikity pojawiła się chyba przy opowiadaniach. Chyba to właśnie mały Michaś pozwolił mi przełamać pierwsze lody w tej znajomości. Znany skądinąd motyw zabójcy i małego dziecka „oswoił mi” Nikitę i sprawił, że zaczęłam na nią patrzeć nieco inaczej. Nic więc dziwnego, że teksty traktujące zarówno o najemniczce, jak i o rysiach, musiały mi po prostu podejść. Nie bez znaczenia jest też to, że zwyczajnie uwielbiam koncept Warsa i Sawy, alternatywnych miast tak bardzo różnych od Thornu, gdzie magia jest zwyczajnie zagrożeniem dla mieszkańców i gdzie znajdują się miejsca, w których czas się zatrzymał. Nikita, rysie, zagadki, czarna magia, wiedźmy oraz poszerzenie mitologii WarS(z)awy, a wszystko to nakreślone cudownie lekkim piórem Anety, tworzą całość naprawdę wciągającą i – zaskakująco – przekonującą czytelnika, że każdy nasz czyn ma znaczenie i w ostatecznym rozrachunku warto opowiedzieć się po tej właściwej stronie.

We wstępie autorka pisze, że „Kroniki...” okazały się dla niej sposobem na przeżycie pandemii i po przeczytaniu obu pozycji myślę, że wiem dlaczego. Pomijając już oczywisty fakt skupienia się na pewnej czynności, świat Warsa czasami także okazuje się taką twierdzą, w której (i przed którą) należy się bronić – i nie chodzi tylko o przetrwanie Czkawki! A jednak wszędzie znajdą się osoby pomocne, dobre, nawet (a może zwłaszcza) takie, po których byśmy się tego nie spodziewali. Ostatnie wydarzenia na świecie po prostu sprawiają, że chcemy i możemy w to wierzyć (mimo wszystkich okropieństw), a „Kroniki sąsiedzkie” nas jeszcze w tej wierze umacniają. Zdecydowanie polecam!

Aneta Jadowska, „Afera na tuzin rysiów”, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2022.

Aneta Jadowska, „Próby ognia i wody”, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2022.

sobota, 14 maja 2022

Groza... ale czy na pewno...?

Wiele opowieści rozpoczyna się od otrzymania spadku i tak też dzieje się w przypadku „Pełnika” Anny Lewickiej. Emilia, warszawska prawniczka, pewnego dnia odbiera telefon, którego konsekwencje okazują się dość poważne – oto zmarła jej ciotka, pozostawiając swojej wychowance pięknie położony dom w Kotlinie Kłodzkiej. Dla Emilii może to oznaczać początek czegoś nowego -- planuje odnowić posiadłość i wznowić pensjonatową działalność ciotki Edny. Pojawia się jednak pewien problem: niezbyt miłe przyjęcie w rodzinnym miasteczku. Wszyscy wydają się na nią krzywo patrzeć, traktować jak przeszkodę. Ewidentnie chcą się jej pozbyć i położyć łapy na spadku – burmistrz tytułowego Pełnika wprost oferuje jej niemałą kwotę. Emilka postanawia jednak – na przekór wszystkiemu – zostać i zawalczyć o swoje. Tym bardziej, że w jej życiu pojawiają się nagle dwaj interesujący mężczyźni: Krzysztof i Konstanty. Pierwszy cudownie przyziemny i czuły, drugi dosyć tajemniczy, ale zawsze gotów, by pomóc naszej bohaterce w dowolnych kłopotach. A te powoli się mnożą. Zaginieni w okolicy wędrowcy, tajemnicze miejsca, dziwne tradycje rodzinne... Wokół Emilii zaczyna zaciskać się pętla tajemnic, które należałoby zgłębić. Czy to jednak w ogóle możliwe...?+

Przyznam, że „Pełnik” to moje pierwsze zetknięcie się z autorką, choć Anna Lewicka ma na swoim koncie już Trylogię Mocy i Szału, wydaną również przez wydawnictwo Jaguar. Skusił mnie zarówno napis na okładce, zapowiadający „powieść grozy”, jak i przepiękna okładka. Muszę powiedzieć, że „Pełnik” to ciekawa lektura, choć nie do końca nazwałabym ją właśnie „powieścią grozy”. Przez większość książki miałam wrażenie, że czytam powieść obyczajową z małym dodatkiem nadnaturalnego – ot, może raczej romans paranormalny? Oczywiście, przewijają się tam owe elementy grozy, ale chyba bardziej przywodzą mi na myśl klimaty urban fantasy lub powieść gotycką, a może i to coś, co ostatnio coraz śmielej wkracza do mainstreamu. Nie jest to dla mnie wada, bo tak czy siak są to moje klimaty, jednak ktoś pragnący nieco bardziej przeszywającego „dreszczyku” może się trochę rozczarować, sięgając po tę pozycję w poszukiwaniu horroru. Dla mnie to zdecydowanie połączenie romansu i fantastyki, o delikatnym klimacie powieści gotyckiej.

Jest to również książka bardzo kobieca. „Duh!” – zakrzykną ci, dla których nazwisko na okładce determinuje odbiór treści. W tym przypadku nie chodzi jednak o płeć autora, ale o fakt, że narracja jest poprowdzona w pierwszej osobie i jest to narracja doskonale wyważona, ekspozycja nie wali po głowie ciężkim młotem, a my odpowiednio doceniamy każdy fragment informacji, powoli składany przez Emilię w większą całość.

Mam wrażenie, że to kolejna już powieść fantastyczna osadzona na Dolnym Śląsku i w Karkonoszach i cieszę się z tego bardzo, bo region wydaje się wielce ciekawy, do dzisiaj dla nas jakby obcy. A przecież wystarczy zaledwie kilka wątków z lokalnej mitologii! „Pełnik” w pełni wykorzystuje motyw choćby Rübezahla i przetwarza go w ciekawy, nawet jeśli niezbyt oryginalny sposób (ale tak, wiemy, że od starożytnego Egiptu...). Jak wspominałam, zapowiedzianej grozy nie znajduję w tej powieści aż tak wiele, ale że szukałam czegoś lekkiego, a jednocześnie wciągającego, czuję się usatysfakcjonowana.

Anna Lewicka, „Pełnik”, wyd. Jaguar, Warszawa 2021.

czwartek, 28 kwietnia 2022

Koszmar w Amityville

Lubię horrory. Nawet bardzo. To takie moje guilty pleasure, choć ostatnio trochę ciężko trafić na takie, które sprawiają mi prawdziwą przyjemność i będące zamkniętą całością oraz pozbawione dość popularnych obecnie elementów: zombie i wampirów. Jednak nawet przy moim upodobaniu do tego gatunku nie miałam dotychczas okazji zapoznać się z żadną wersją opowieści o nawiedzonym domu w Amityville. Tak jakoś wyszło. Do dzieła Jaya Ansona podeszłam zatem bez specjalnych oczekiwań, uprzedzeń i wcześniejszej wiedzy.

Książkę otwiera przedmowa księdza Johna Nicoli, informująca czytelnika, iż to, co zaraz przeczyta, wydarzyło się naprawdę i dzieje się w wielu miejscach na całym, świecie – przygotowująca go na spotkanie z nienazwanym i tajemniczym. Tak nastawieni poznajemy George’a i Kathleen Lutzów, którzy 18 grudnia 1975 r. wprowadzają się do domu będącego prawdziwą gratką na rynku nieruchomości – wszak kosztował zaledwie 80 tysięcy dolarów! Jak jednak w takich przypadkach bywa – gdzieś tam ukryto haczyk. Tutaj szukać należy go w przeszłości: w domu tym dwudziestotrzyletni Ronald DeFeo zabił swoich rodziców i czworo rodzeństwa, a potem utrzymywał, że zrobił to za podszeptem tajemniczych głosów. Nic dziwnego, że na tę posesję nie znalazło się zbyt wielu chętnych aż do momentu, kiedy obejrzeli ją Lutzowie i zdecydowali się na kupno. Miejsce to było odpowiedzią na ich modlitwy i problemy.

Wytrzymali w swoim wymarzonym domu całe dwadzieścia osiem dni. I choć na początku wszystko wydawało się idealne, już wkrótce zaczęły ich nękać dziwne zjawiska: niedające się niczym wytłumaczyć zimno, roje much gromadzących się zimą w szczelnie zabezpieczonym pomieszczeniu... W dodatku coś dziwnego działo się z panem domu. Religijna Kathleen znajduje rozwiązanie: dom należy pobłogosławić i tak oto w krąg wydarzeń zostaje wciągnięty ksiądz Mancuso – który potem bardzo, ale to bardzo tego pożałuje.

Kolejne strony wypełniają koszmary i próby rozwiązania zagadki aż do chwili, gdy Lutzowie zdecydują się wyprowadzić ze swojej posiadłości. Śledzący ich perypetie czytelnik bardzo pragnąłby poznać wszystkie odpowiedzi, ale – podobanie jak bohaterowie opowieści – nie otrzyma żadnych. Stylizowana na dokument powieść nie poda nam rozwiązania na tacy – dostajemy fakty i sugestie, a wnioski należy wysnuć samodzielnie. To może zaciekawić, ale i zniechęcić osoby, lubiące konkretne zakończenia. I choć na ogół sama do nich należę, obrana przez Ansona konwencja sprawia, że wcale mi to nie przeszkadza, chłonę opowieść i jestem w stanie zaakceptować, że są na tym świecie rzeczy...

W posłowiach poznajemy kulisy całej sprawy, zarówno od strony prawno-finansowej, jak i czysto popkulturowej, co również pomaga w ukształtowaniu własnej opinii na temat przedstawionych w książce wydarzeń. Czy to prawda, czy zaledwie doskonale opracowany marketingowo temat? Na to pytanie należy odpowiedzieć sobie samodzielnie. I tak, jest to doskonałe podejście do takiej sprawy...

Jay Anson, „Amityville Horror”, tłum. Maciej Machała, wyd. Vesper, Czerwonak 2019.

wtorek, 19 kwietnia 2022

Klątwa... ciekawego życia chyba też

Magdalena Kubasiewicz jest jedną z najpłodniejszych polskich pisarek, niemal co kilka miesięcy serwuje swoim fanom kolejną powieść (a to kryminał, a to fantastykę). Jej książki czyta się bardzo przyjemnie i lekko, a każdy bohater zyskuje sympatię czytelników. Zresztą, dzieje się tak nie tylko w przypadku książek, ale również i opowiadań. Jeśli mieliście zatem wcześniej do czynienia z „Hardymi baśniami”, na pewno pamiętacie „Sen nocy miejskiej”, w której po raz pierwszy pojawiła się Jagoda Wilczek, specjalistka od klątw. Wiedźma o fatalnej reputacji od razu zyskała sobie grono fanów, niemogących się doczekać jej kolejnych przygód. I oto jest – Wilcza Jagoda powróciła w „Kołysance dla czarownicy”.

Ponownie mamy do czynienia z klątwą Śpiącej Królewny, tym razem jednak rzuconą na nieznaną czarodziejkę, zamkniętą w grobowcu znajdującym się w magicznej części warszawskich Powązek. Dziewczę wydaje się w nim spoczywać od wielu, wielu lat, co sprawia, że w związku z jej odkryciem specjaliści od spraw dziwnych zaczynają zadawać wiele, wiele pytań. A potem przypadkiem tym zaczynają interesować się również fachowcy od Mrocznej Magii - okazuje się, że kobieta tajemniczo znika niemal natychmiast po otwarciu oczu.

Jagoda, specjalistka od klątw, zostaje wezwana jako konsultantka do tego dosyć niecodziennego przypadku. W końcu jak często można odkrywać ofiary tej konkretnej klątwy? Dość szybko okazuje się, że cała sprawa ma więcej wspólnego z Wilczkami, niż się to na pierwszy rzut oka wydawało. Tajemnicze zamachy na członków rodziny oraz unoszący się nad wszystkim duch prababki sprawia, że Wilcza Jagoda będzie musiała rozgryźć wiele tajemnic, do tej pory uważanych jedynie za „opowieści dziwnej treści”, powtarzane jedynie po to, by wzmocnić mroczną legendę otaczającą nestorkę rodu. Ale czy Jagoda zdoła sprostać wyzwaniu i będzie w stanie nie tylko powstrzymać tajemniczego zabójcę, ale również pogodzić rozmaite wilczkowe zależności oraz zaopiekować się spragnioną wiedzy młodą adeptką szlachetnej sztuki rzucania klątw? Och, zdecydowanie żyje w ciekawych czasach...

„Kołysankę dla czarownicy” czyta się, jak i pozostałe teksty Magdy Kubasiewicz, naprawdę znakomicie! Lekkość pióra autorki nie przesłania jednak tego, co w tekście najważniejsze i na pewno nie przegapimy rzeczy, które dostrzec trzeba. Książka bawi, ale i skłania do przemyśleń nad mocą, odpowiedzialnością i tym, jak rodzą się potwory...

Magdalena Kubasiewicz, „Kołysanka dla czarownicy”, wyd. SQN, Kraków 2022.

środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

piątek, 4 lutego 2022

Nowy rok szkolny... i nowe wyzwania!

Pamiętacie ostatnie wakacje Bożka? Bardzo ważne wakacje, bo przecież czekała na niego JUŻ czwarta klasa, a przecież w czwartej klasie to człowiek jest praktycznie dorosły. Normalne przedmioty, inni nauczyciele od wszystkiego, same ważne zmiany w życiu każdego chłopca, nie tylko pół-gluta. Wakacje minęły, a Bożek wraz Witkiem i Tomkiem rozpoczynają nowy rok szkolny.

Początki są trudne, gdyż nowemu wychowawcy daleko do poprzedniej wyrozumiałej, miłej i zaprzyjaźnionej nauczycielki. Jest mrukliwy, nieprzyjemny, nalega na wyjście z bąbelka komfortu, a co gorsza... uczy matmy! Gorszy od tego mógł być tylko język niemiecki. Jednak to nie największy problem Bożka i ekipy – nowy matematyk (o swojskiej ksywie Cebulon) oddziaływuje na tę nadnaturalną część natury chłopca, co wcale nie sprawia, że na lekcje Bożek rusza z wielką radością...

Choć nie wszystko wydaje się tam takie złe. W trakcie roku szkolnego do klasy dołącza Zmyłka, Zuzanna Myłka, która przez Cebulona zostaje posadzona dokładnie koło Bożka! Mało matmy, mało glutowatości, to jeszcze teraz do kompletu dziewczyna-z-którą-trzeba-siedzieć-w-ławce! Po prostu dramat. Okazuje się jednak, że Zmyłka nie dość, że odznacza się dużą bystrością, to jeszcze szybko adaptuje się do dziwnych rzeczy wydających się otaczać nowych znajomych... A ktoś taki będzie im bardzo potrzebny, bo w szkole powoli zaczyna coś się czaić... ale co? I na kogo?

Powrót do przeuroczego świata Licha i Bożka wydaje się tak naprawdę wizytą u starych przyjaciół, za którymi się bardzo już stęskniliśmy. Nie inaczej jest i tym razem – cieszy każda znajoma twarz (nawet Tsadkiel zaczyna w końcu mówić ludzkim głosem i czuje się doceniany), a kolejne nowe znajomości zawieramy z wielką ochotą i radością, jak zawsze ciekawi, kto tym razem znajdzie schronienie pod Konradowym dachem i zdecydowanie się nie zawiedziemy – w końcu pewne istoty nie tylko pod grzybami mają budki, a wsparciem są zdecydowanie wspaniałym, choć zazwyczaj mocno niedocenianym.

Małe Licho i babskie sprawki sięga tym razem do problematyki nieobcej dzieciom nieco starszym, do tych pierwszych szkolnych zmian, do tych pierwszych sukcesów i rozczarowań, które najczęściej się wtedy nasilają, a także tych najbardziej drażniących spraw – damsko-męskich. Wprawdzie wbrew tytułowi nie jest to (przynajmniej dla mnie) główny temat książki, ale już powoli się rysuje. Widać tę nieporadność, widać tę pewną rozczulającą (nas – dorosłych!) nieśmiałość przeradzającą się w niechęć, powoli nasila się też potrzeba całkowitej prywatności, którą czasem pomylić można z czymś innym. Jednak dużą część książki zajmują problemy dopiero teraz bardziej namacalne, a będące wielkim problemem, szczególnie ostatnio – wyobcowanie, problemy psychiczne i wszystko, co z tym związane. Jak zwykle u Marty Kisiel, nie mamy gotowego rozwiązania problemu, ale dostajemy sugestię, co z tym zrobić należy, jak żyć, jak zachowywać się właściwie. I przypominajkę, że nawet w najczarniejszej chwili pomóc może kakałko.

Czwarta odsłona przygód Bożka i Małego Licha (trochę zepchniętego na margines) wydaje się nieco słabsza od części poprzednich, ale nie znaczy to wcale, że jest gorsza czy też zła. Bożek robi się coraz starszy, powoli dojrzewa, ale nie zabraknie mu okazji do wykazania się w przypadkach doprawdyż nadnaturalnych, choć wydawałoby się, że wiek może sprawić, iż ciężko będzie mu pogodzić swoją nietypową naturę i codzienność. Jednak codzienność pod dachem wuja Konrada jest tak magiczna, że nie mamy co się martwić - ta magia się nie ulotni. Wszak przed tym chroni Licho, Krakers, zachwyceni nad-realnością przyjaciele i wreszcie romantyczny glut ojciec, pojawiający się od czasu do czasu w najmniej spodziewanych momentach.

Marta Kisiel, Małe Licho i babskie sprawki, il. Paulina Wyrt, wyd. Wilga, Warszawa 2021.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Silna... w gębie?

Antologie potrafią być wspaniałe, potrafią być absolutnie nierówne, potrafią być kompletnie nijakie. Z tego powodu zazwyczaj miewam co do nich bardzo mieszane uczucia, a takie nastawienie potrafi nie tylko oszczędzić rozczarowań, ale też prowadzi do sympatycznych niespodzianek. Ostatnio wpadła w moje łapki Silna, wydana przez Zieloną Sowę, będąca zbiorem opowiadań koncentrującym się na dziewczętach w sytuacjach różnych.

Sześć tekstów napisanych przez sześć autorek podejmuje temat problemów, z jakimi mierzą się nastolatki. Przyznam, że wcześniej znałam jedynie Anetę Jadowską i Katarzynę Berenikę Miszczuk, z ciekawością zatem sięgnęłam po lekturę, bo zawsze miło poznać nowe nazwiska, po które pewnie człowiek raczej przypadkowo w księgarni by nie sięgnął. Każda z autorek zajmuje się nieco inną literaturą, nic zatem dziwnego, że otrzymujemy ciekawy misz-masz gatunkowy, każde opowiadanie jest kompletnie inne, podchodzi do zagadnienia owej tytułowej Silnej zupełnie inaczej. Zresztą, ów motyw przewodni antologii jest pretekstem chyba nawet bardziej niż zwykle, bo wyciągnąć z enigmatycznego przymiotnika można bardzo wiele. Jaki pomysł zatem miały autorki?

Miła już byłam Anny Cieplak to opowieść o codzienności studentki, harcerki, opiekunki na obozie, która mierzy się nie tylko z problemami swoich wychowanków, ale także własnymi. To tekst o takim zwykłym, normalnym życiu, o tym, co niejeden z nas również przeżywał/przeżywa. Brakuje mu może jakiegoś mocnego zamknięcia, ale w kontekście opisywanych normalnych, zwykłych dni to nawet pasuje, bo przecież takim zakończeniem może być tylko śmierć. A to nie Agatha Christie.

Natalia Fiedorczuk proponuje nam Silną, tekst o problemach szkolnych nie tylko bohaterki, ale i jej brata. I chociaż podobnie jak w przypadku Miłej mamy do czynienia z codziennością, tu wydaje się ona żywcem wyjęta z nastoletnich opowieści o tej strasznej szkole. Tu nie ma sprawiedliwych, tu nie ma postaci pozytywnych (a przynajmniej ja sobie ich po dwóch dniach od lektury nie przypominam), ostatnia prawa ostaje się zaledwie Dorota, a to jest, niestety, piekielnie nudne. Co więcej, brak konkretnego zakończenia nie wpasowuje się tak dobrze w treść jak u Cieplak, wydaje się, że autorka po prostu wyczerpała limit znaków i postanowiła postawić ostatnią kropkę kompletnie bez pomysłu.

Na Anetę Jadowską można liczyć zawsze, bo to rzemieślniczka doskonała, zatem po fiasku Silnej bardzo cieszyłam się, że kolejny w antologii jest Duch w szafie, a jego bohaterką znana fanom Anety Kurczaczek, córka Witkaca. Tym razem to ona bierze sprawy w swoje ręce, kiedy przyjaciela zaczyna nawiedzać wyjątkowo nieprzyjemny i złośliwy duch. To opowieść o nietolerancji, o tym, jak niewiele trzeba, by człowiek się załamał. Proste, choć dobrze napisane opowiadanie, które skłania do przemyśleń.

Kolejna znana mi autorka to, jak wspominałam wcześniej, Katarzyna Miszczuk. Kilkakrotnie już na tym blogu pisałam, że mam do jej twórczości mieszane uczucia, ale potrafi mnie cały czas zaskakiwać (jak choćby wspominaną niedawno Drugą szansą). Somnia to tekst o niepełnosprawności, oparty na banalnym pomyśle, klasycznej zabawie koncepcją snu, w którym odbijają się nasze problemy. To lekkie do czytania opowiadanie, choć ogólnie dosyć słabe.

Czerwona sukienka Agnieszki Płoszaj to z kolei bardziej sensacyjne podejście do tematu przewodniego antologii. Główna bohaterka to policjantka ze smutną przeszłością, posiadająca niezwykły dar, który pozwala jej wprawdzie na odnoszenie sukcesów w pracy, ale sprawia również, że codzienność może być prawdziwą klątwą. To chyba drugi mój ulubiony tekst w Silnej i myślę, że z przyjemnością sięgnę po inne pozycje tej autorki, bo choć miejscami przeszkadzają mi w Sukience pewne stereotypy, tak ogólnie to niezłe opowiadanie.

Mam problem z Dziewczynami, które boją się ciemności Dominiki Słowik, bo gdzieś już ten tekst czytałam. W ubiegłym roku przerobiłam całkiem sporo antologii, część była również pożyczana, więc ciężko mi teraz je przeszukać. Pamiętam jednak, że wrażenie miałam po tej lekturze podobne: bardzo wolno się rozkręca, a końcówka jest kompletnie z czterech liter. Klimatycznie postapo, chętnie przeczytałabym coś więcej o tym świecie, zrozumiała jego reguły, bo jesteśmy wrzuceni w sam środek opowieści, nie wiemy, o co chodzi, i już, niestety, się nie dowiemy. To dekoracje do... bogowie wiedzą czego, bo tekst jest słabiutki i właściwie o niczym.

No i wychodzi na to, że mam problem z tą książką. W założeniu antologia miała opowiadać o problemach nastolatek, pokazywać, jakie są silne, trudne do stłamszenia, jednak tej siły tam za bardzo nie widać. Dwa teksty są po prostu dobrze napisane, ale reszta generalnie wydaje się kompletnie przypadkowa, napisana (nomen omen) na siłę, ot tak, by można było coś oddać (albo i oddać tekst wcześniej publikowany). Natknęłam się gdzieś na hasło reklamowe: „Jesteśmy silne, nie ma w nas zgody!”, ale nie widzę tego kompletnie w samych opowiadaniach, poza tymi dwoma dobrymi. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka została wydana po prostu na fali Strajku Kobiet i tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to szczerze Wam radzę: nie warto. Jest tyle dobrych innych książek o silnych dziewczynach!

Silna, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2021.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Łowcy czarownic i banda (nie tylko) amerykańskich nastolatków

Pamiętacie Danny’ego Moona i jego ekipę przyjaciół? W życiu chłopaka niewiele się zmieniło: laba w polskim gimnazjum dobiegła końca, wrócił do rodziców i teraz szlaja się od Kairu po Saharę. Polska przygoda zapewniła mu jednak koniec z wszędobylskimi guwernantkami, a także przyjaciół, z którymi może się podzielić niedolą życia w obozie paleontologicznym. Przyjaciół i dziewczynę, bo o ile sobie przypominacie, Danny i licząca sobie ponad tysiąc lat Dobromira wyjątkowo przypadli sobie do gustu. Szczęśliwie dla obojga, stała się już nieco bardziej materialna, a i kwestie finansowe nie spędzają jej snu z powiek. Gdzie jednak nadal tkwi problem? Ano w tym, że Danny siedzi na pustyni, Mira tkwi w Londynie, a Aneta zakuwa w Warszawie. Szczęśliwie jednak rodzice Danny’ego dostrzegli dobry wpływ, jaki miała na niego socjalizacja i zaproponowali mu interesujące wakacje. Niestety, interesujące zapewne tylko z ich punktu widzenia, bo przecież jaki nastolatek chciałby pojechać na obóz letni w Stanach Zjednoczonych, gdzie wprawdzie znajdzie się i kilku równolatków, ale w większości będą to smarkacze niegodni zaszczycenia choćby spojrzeniem. Dobra, dobra, nie pchać mi się tutaj! Danny w każdym razie jechać nie chce, dopóki nie dociera do niego, że przy odrobinie kombinowania może ściągnąć na miejsce i Mirę, a rodzice zapewnili mu dodatkowe, bardzo pożądane towarzystwo. No i zapewne istnieje szansa, że na miejscu też znajdzie się ktoś sensowny.

Oczywiście okazuje się, że sam obóz da się przeżyć, przy odrobinie wysiłku i dobrej woli można obejść najbardziej upierdliwe punkty regulaminu, a szlachetną akcję łamania przepisów uwieńczyć nocną wycieczką do opuszczonego domu po drugiej stronie jeziora. Jednak lekkomyślne śpiewanie oldschoolowych szlagierów okazuje się nie najlepiej kończyć dla osób, które mają powiązania ze światem paranormalnym... i nie tylko.

Przyznam, że bardzo miło było powrócić do świata Danny’ego Moona i jego przyjaciół, choć oczywiście sam główny bohater nie przestaje irytować czytelnika swoją zajebistością, a w Bandzie szalonych obozowiczów dzielnie sekunduje mu Mira, której chciałoby się wielokrotnie albo przywalić, albo po prostu nogę podłożyć. Jak jednak wspominałam już poprzednim razem, może to mieć wiele wspólnego z faktem, że nie jestem grupą docelową i cool młodzież nieco mnie irytuje. Szczęśliwie poza Mirą i Dannym są też inni bohaterowie i niezmiennie podoba mi się Aneta, która – choć nieco mniej przebojowa niż kuzyn i jego duszna dziewczyna – również została przedstawiona bardzo ciekawie i pozytywnie. Świetnie wyszedł również Spencer i inne dzieciaki z obozu – odmalowane bardzo wiernie i realistycznie. Szkoda tylko, że świat dorosłych wydaje się dziwnie czarno-biały, na zasadzie „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Ale taka już poetyka niektórych powieści dla młodzieży, podobnie zresztą jak pewien marysuizm głównych bohaterów i to, że większość rzeczy przychodzi im dziwnie łatwo (np. Mira, duch urodzony w piastowskiej Polsce, bez problemu znajdujący składniki swych średniowiecznych mikstur na innym kontynencie). Jednak jeśli przymknąć oko na takie drobiazgi, książkę czyta się bardzo przyjemnie i jednym tchem, nawet w wieku nieco starszym od tego zamierzonego odbiorcy. Jeśli zatem podobała Wam się Banda niematerialnych szaleńców, to i Obozowiczami się nie zawiedziecie. Dobre!

Maria Krasowska, Banda szalonych obozowiczów, wyd. SQN, Kraków 2021.

sobota, 8 stycznia 2022

Szansa... ale na co?

Julia budzi się w dziwnym ośrodku. Straciła pamięć, nie rozpoznaje własnego imienia, a nawet twarzy w lustrze. Od przypominającej dozorczynię więzienną psycholożki dowiaduje się, że jej rodzice zginęli w pożarze, a ona sama będzie przebywała w tym miejscu do chwili, kiedy nauczy się na nowo funkcjonować, zaakceptuje rzeczywistość. W końca ocalała, dostała od losu „drugą szansę”. Taką nazwę nosi również ów ośrodek, w którym oprócz Julii znajdują się i inni pacjenci, wszyscy starający się nauczyć żyć normalnie, bez znajomości swojej przeszłości. Muszą tylko zaakceptować ową nową, drugą tożsamość, wszystko, co mówią im opiekunowie. Nie jest to łatwe, bo serce i dusza podpowiadają rekonwalescentom, że coś tutaj nie gra.

Dlaczego nie można skontaktować się z kimkolwiek, kto już opuścił ośrodek? Dlaczego jedna z pacjentek zapewnia, że wszyscy zginą? Dlaczego Julia widuje dziwną rudowłosą dziewczynkę? Dlaczego wydaje jej się, że ktoś zwraca się do niej dziwnym przecież imieniem „Karolina”? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wcale się nie pojawiają. Zofia Morulska, terapeutka ośrodka, wręcz zniechęca do ich zadawania, utrzymując, że utrudniają proces dochodzenia do formy. Co jednak się stanie, kiedy Julia i jej kolega Adam postanowią poprowadzić swoje własne śledztwo?

Odpowiedź zaskakuje. Przyznam się szczerze, że dotychczasowe przeczytane przeze mnie powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk traktowałam jako romansidła albo takie pozycje „na raz” (jak w przypadku cyklu o Wiktorii). Po Drugiej szansie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ot, z opisu wyglądało to na czytadełko Young Adult (nie, żeby było w tym jako takim coś złego, niedawno wpadło mi w ręce świetne YA). Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem zgrabnie wykreowała tę ciasną, klaustrofobiczną atmosferę grozy oraz to nieuchwytne poczucie niewiadomego zagrożenia, czyhającego na Julię i jej przyjaciół. Miszczuk podsuwa tropy, na które my – nauczeni wieloma lekturami czytelnicy – rzucamy się z zapamiętaniem, przekonani, że doskonale wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. A jednak nie do końca.

Druga szansa to pozycja zaskakująco mroczna i jeśli ktoś nie chciał po nią sięgnąć, bo był przekonany, że ma do czynienia ze standardową pozycją i bohaterką Katarzyny Miszczuk, straci okazję na poznanie nieco innej odsłony autorki. Wygląda jednak na to, że osób, które poznały perypetie Julii, jest sporo, bo wydanie Uroborosa jest już trzecie z kolei. Co więcej, tą powieścią zainspirował się Netflix i efekt można znaleźć na platformie pod tytułem Otwórz oczy. Kiedy wreszcie uda mi się ogarnąć trochę wolnego czasu, na pewno obejrzę, bo jestem ciekawa, jak też wykorzystano interesujący materiał źródłowy. Czy polecam Drugą szansę? Zdecydowanie tak!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.