wtorek, 19 grudnia 2023

Nic się tak naprawdę nie kończy, prawda?

Kiedy kończą się ferie zimowe i trzeba odrobić zapomniane zadania z matematyki, wydaje się, że już nie może być gorzej. A jednak! Do zapomnianej tabliczki mnożenia dołącza równie przeoczony sprawdzian, co więcej, najlepsi przyjaciele najwyraźniej odpłynęli do swojego własnego świata. Zmyłka i Tomek istnieją tylko dla siebie, Witek jest wyjątkowo markotny, niedługo przyjdzie rozstać się i z Melą, Konrad nie dostrzega pąków na drzewie Puk, a w dodatku mama przebąkuje coś o... wyprowadzce? Ale jakże tak? Mieszkać bez aniołów stróżów, macek przygotowujących pyszności, upiorów z Wermachtu, krasnoludków i wielu innych magicznych stworów, bez których życie wydawałoby się co najmniej nudne? Skąd ten natłok katastrof i nieoczekiwanych zwrotów akcji? Czyżby po prostu każdego dopadało życie, czy też kryje się za tym coś innego?

Kilka lat temu, kiedy rozpoczynaliśmy naszą przygodę z serią Małe Licho, liczyliśmy na to, że będzie trwała w nieskończoność, zapominając, że rozwój bohaterów idzie w parze z ich dorastaniem – bo przecież Bożek, pół-chłopiec pół-glut, rósł na naszych oczach, przechodząc z klasy do klasy i z jednego wymiaru do drugiego. I choć dawni mieszkańcy Lichotki to ulubieńcy wszystkich, niezależnie od wieku, gdzieś jednak należy postawić kropkę i pozostawić resztę wyobraźni.

Bez wątpienia był to jeden z powodów, dla których tak późno sięgnęłam po Krok w nieznane, choć przecież książkę kupiłam niemalże od razu. Wiedziałam, że to koniec tej opowieści i tak bardzo nie chciałam, by nastąpił! „Zakończenia są trudne”, jak napisał Chuck w jednym z najlepszych zakończeń, finałowym odcinku 5. sezonu Supernaturala. Są trudne, ale jak widać właśnie po samym Supernaturalu, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. I Marta Kisiel doskonale o tym wie. Krok w nieznane to zakończenie dobre – zakończenie, w którym wszyscy dowiadują się czegoś o sobie i przechodzą przemiany – na dobre, choćby najpierw wydawało się inaczej. W końcu jeśli Tsadkiel potrafi sercem pojąć kwestię miłości i poświęcenia, wszystko jest możliwe. Bo pewne końce są nam potrzebne do tego, by dorosnąć, w każdy możliwy sposób.

To przecież jednak nie koniec dla docelowego czytelnika Małego Licha – przed nim jeszcze to, od czego wszystko się zaczęło, cała seria Dożywocie, odkrycie, od którego my zaczynaliśmy. Bo tak, zakończenia są trudne. Ale „nic się tak naprawdę nie kończy, prawda?”. Alleluja!

Nietypowa ta recenzja, wiem. Z tej nostalgii zapomniałam wspomnieć chociażby o przecudnej szacie graficznej książki. Ale ona też wzmaga to poczucie przemijania... na swój sposób... w końcu...

Marta Kisiel, Małe Licho i krok w nieznane, il. Marcin Minor, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

czwartek, 14 grudnia 2023

Od przedszkola do...?

Pamiętacie Agatę, pomoc przedszkolną, która nieoczekiwanie zaplątała się w sprawy mocno nadprzyrodzone? Wiecie, potwory przyzywane przez dzieci, półdemony ukrywające swoją naturę za ciemnymi okularami, matka w związku małżeńskim ze słowiańskim bogiem, niesłychanie potężna przyrodnia siostra? Tak, dokładnie tę Agatę z trylogii Między światami. Niedawno pojawiło się jej domknięcie – Z magią jej do twarzy.

Minęło już trochę czasu od wydarzeń zamykających poprzedni tom. Pozbawiona mocy Angela nie jest w stanie zajmować się małą Martą, więc ciężar tej opieki spada na Agatę i Bartka. Tak, tak, nasze gołąbeczki są razem, zamierzają się pobrać i potworne przedślubne perypetie również stają się udziałem Agaty – ach, te urocze próby fryzur, przymiarki i spotkania z przyszłą rodziną, która w dodatku absolutnie nie powinna się dowiedzieć o tym, co ciąży przyszłej pannie młodej. A przecież jak się chrzani, to już na dobre, i Agata zostaje wciągnięta w przedziwne machinacje Dawida. Choć wizyta na Lazurowym Wybrzeżu może się wydawać spełnieniem marzeń, trochę inaczej jest w przypadku, gdy trafiasz w łapy demonów, pragnących cię wykorzystać – w ten czy inny sposób. A to dopiero początek całego cyrku, czyhającego na Agatę za każdym rogiem.

Dzieje się! Choć na samym początku gościmy w (niezbyt) cichej i (nie)spokojnej bibliotece, wygląda na to, że jeśli gdzieś pojawia się Agata, kłopoty ciągną do niej niczym ćmy do światła. Zmieniamy kraje, strony, a kolejne zwroty akcji okazują się jeszcze bardziej zaskakujące niż w poprzednich tomach. Szaleńczo podoba mi się koncept istot wyrastających wpierw na głównych antagonistów, a potem... A potem się chyba zobaczy, bo końcówka trzeciej części wcale nie wydaje mi się zwieńczeniem cyklu, wręcz przeciwnie.

To chyba nieoczekiwanie stało się dla mnie największą wadą Z magią jej do twarzy. Po trzecim tomie trylogii spodziewam się zawsze pewnego domknięcia, oczywiście, zawsze pozostaje miejsce na kolejne przygody, ale jak już pisałam w poprzedniej recenzji, To nie jest kraj dla starych magów już takim domknięciem się wydawał. Pod koniec Z magią... ewidentnie czuć ten zawieszony w powietrzu ciąg dalszy, ba, on powinien nastąpić, bo pomysł już tam jest i wręcz się prosi o naturalne rozwinięcie. Przyznam, że w pewnym momencie sprawdzałam nawet, czy trylogia nie zamieniła się w cykl, ale nie. Pamiętam, że miałam dosyć podobne uczucie przy ostatnim tomie heksalogii Dory Wilk, ale Aneta rozwija Thornverse w kolejnych opowieściach i zbiorach opowiadań.

Byłaby to dobra i naturalna kolej rzeczy dla świata Kasi Wierzbickiej, bo ile tam historii, których jeszcze nie poznaliśmy! Ilu bohaterów, którzy przycupnęli w kąciku, tworząc tło dla Agaty i Dawida. Iskrowe uniwersum to miejsce, gdzie może czekać na nas jeszcze wiele przygód, i mam nadzieję, że tak się właśnie stanie, bo autorka pisze lekko, pomysły ma naprawdę fajne (myszka!) i nawet jeśli w tej chwili odczuwam przesyt pewnych idiotycznych posunięć Dawida i Agaty, to z przyjemnością zanurzę się kiedyś ponownie w tym świecie.

Tylko Bartek został potwornie skrzywdzony. Żądam sprawiedliwości dla Bartka!

Katarzyna Wierzbicka, Z magią jej do twarzy, wyd. Spisek Pisarzy, Kraków 2023.

A na koniec pozwolę sobie wrzucić zdjęcie z autorką z Warszawskich Targów Fantastyki. Wiecie, zła królowa też lubi reniferki!


niedziela, 3 grudnia 2023

Co pachnie cynamonem?

Dominika postanowiła podjąć istotną decyzję – odejść z toksycznego korpo... znaczy może nie do końca złożyć wypowiedzenie, co powiedzieć swojej szefowej, co o niej sądzi. Fatalny ruch, nie? Tak oto z dnia na dzień zostaje bez pracy, ale nie bez wsparcia – ukochanej babci i najlepszej przyjaciółki. Jednak zazwyczaj w życiu bywa tak, że jak się coś chrzani, to od razu zbiorowo i oto na progu mieszkania staje mamusia, od lat robiąca karierę za wielką wodą, a która porzuciła Dominikę jeszcze za niemowlaka. To może w takim razie podążyć za marzeniem i w końcu je spełnić – dziewczyna lubi pisać, a pojawia się szansa, by to upodobanie przekuć w coś bardziej konkretnego... Ale przecież nic nie może być tak proste w tym właśnie momencie...

Cynamon silnie kojarzy się z jedną konkretną porą roku – umilając to, co właśnie mamy za oknem. Pamiętam moje zaskoczenie, gdy okazało się, że Cynamonowe gwiazdy nie mają nic wspólnego z zimą i Bożym Narodzeniem. Wręcz przeciwnie – kartki książki przepełniona są duszną, letnią atmosferą, łapaniem oddechu w upalne dni. Nawet padają w niej słowa: „To nieprawda, że cynamon stał się zapachem roziskrzonego tysiącami światełek Bożego Narodzenia, to Boże Narodzenie pożyczyło swój zapach od gwiazd”. A kim są gwiazdy? Ano właśnie bohaterki tej opowieści – Dominika, jej mama, jej babcia... Każda zupełnie inna, mająca za sobą kompletnie inne przeżycia, wszystkie ludzkie i kobiecie, wszystkie niejednokrotnie biorąca na siebie ciężar nie tylko swoich trosk, ale i trosk innych – czasami odreagowując tylko poprzez pieczenie cynamonowych gwiazd...

Jeden z okładkowych blurbów zachęca do przeczytania książki hasłem „Kocham komedie”. Rzadko kiedy mam do czynienia z czymś tak mylącym – bo ta powieść absolutnie komedią nie jest. Owszem, zdarzają się momenty zabawne, które sprawiają, że człowiek chichocze jak pijana hiena, zwłaszcza przy wywodach Moniki dotyczących sposobów, w jaki początkujący pisarz może zrobić karierę, a czasami tylko dostać szansę na wydanie książki. To po prostu klasyczna powieść obyczajowa. Koncentrujemy się na losach bohaterek, na tym, co im się przydarza, co już się stało, co się im jeszcze stanie. Nierzadko nawet wyklinając ich głupotę, bo za niemal każdą z decyzji Dominiki waliłabym ją w łeb, aby wbić jej tam odrobinę rozumu. W niektórych momentach odnosiłam wręcz wrażenie, że powieść jest też lekko inspirowana baśnią – co zaskakująco przeszkadza mi w przypadku zakończenia, bardziej słodkiego niż gorzkiego (te durne decyzje głównej bohaterki, grrr!). To także powieść wciągająca, dobrze napisana i naprawdę dobrze się ją czyta – więc może (choć nie jest bożonarodzeniowa) warto po nią sięgnąć w tym najciemniejszym okresie roku? Zrobić sobie przy tym herbatkę z cynamonem – w końcu to nim pachną Święta...

Małgorzata Starosta, Cynamonowe gwiazdy, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

środa, 22 listopada 2023

Tajemnice przeszłości...

Na opowiadania Andrzeja Pilipiuka zawsze czekam z niecierpliwością – już nie na te wędrowyczowskie, bo czegoś im w pewnym momencie zabrało (choć zdecydowanie dobrze zrobiły im odstępy czasowe). Jednak kolejne zbiory wydawane przez Fabrykę Słów zawsze oznaczają dla mnie kilka godzin przyjemnej i fascynującej lektury – jak choćby dzisiaj w nocy, gdy siedziałam do drugiej nad ranem, bo tak mnie wciągnęło (wiem, dla niektórych to normalna pora, ale dla mnie dosyć późno). Choć już kilkakrotnie narzekałam tutaj na pewne stałe elementy Andrzejowej twórczości, nie da się ukryć, że autor to niesamowity gawędziarz i opowieści snuje wyjątkowo umiejętnie. No i nie czarujmy się – tworzy znakomitych bohaterów!

I do nich właśnie w tym zbiorze powrócimy. Na pięć opowiadań, cztery dotyczą naszych starych znajomych: Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego, z olbrzymią przewagą tego pierwszego. Mam wrażenie, że Andrzej wziął sobie do serca pewną krytykę Roberta, który z młodego człowieka mentalnie zamienił się w zgrzybiałego, nudnego starca – a jeśli nie przejmował się gadaniem i zrobił to czysto instynktownie, tym lepiej. Czytając przygody Storma, nadal czujemy tę nostalgiczną tęsknotę za przeszłością, nie przepełnia ona jednak już całego tekstu do tego stopnia, że człowiek mimowolnie wpada w depresję. Do egzaltowanej panienki mi daleko (o dobre dwadzieścia lat z okładem), więc znacznie bardziej odpowiada mi taki ton opowiadań. A Robert ponownie doświadcza niesamowitego. Jedzie m.in. do Werony, by uczestniczyć w wykopaliskach archeologicznych na zaproszenie profesora Cattaniego, który odkrył bardzo nietypowy artefakt w warstwie, gdzie go absolutnie być nie powinno. Czy chodzi o zwykłe zanieczyszczenia stanowiska czy o coś kompletnie innego? 

W drugim tekście, Antykwariacie, po raz kolejny odwiedzimy zapomniane, zakazane zaułki warszawskiej Woli i usłyszymy legendę o małym sklepiku, pojawiającym się i znikającym w ponure, dżdżyste noce. Ponownie spotkamy jednego z kompanów Roberta, Arka, poznamy też nowe bohaterki i przeżyjemy coś, co bardzo ciężko wyjaśnić. Przyznam, że choć domyślałam się, dokąd to wszystko zmierza, lektura sprawiła mi olbrzymią przyjemność – kocham te warszawskie klimaty, tak umiejętnie odmalowywane przez Andrzeja! A kiedy mowa o opuszczonych kamienicach, niezależnie czy praskich, czy wolskich, przed oczami staje mi kamienica na Próżnej (skrzywdzę Was i Wam ją pokaże – tak właśnie wygląda). Nadal wygląda, mimo iż sąsiadka z naprzeciwka została po prostu przecudnie odnowiona. 

Ale wracając... do meritumu (odpowiednie określenie w odpowiednim momencie – nie śmiejcie się). Trzeci tekst poświęcony Stormowi zabierze nas do Krakowa, ale także na daleką północ – do Norwegii. Wędrując meandrami zagadek historycznych, malarskich i kryminalnych dotrzemy do naprawdę odległych czasów i tego, co powinno na zawsze pozostać ukryte, a co ludzka ignorancja odkrywa ku własnej zgubie.

Jeśli chodzi o doktora Skórzewskiego, we wcześniejszych tomach osiągnął już wiek dosyć zaawansowany, nic dziwnego zatem, że od poprzedniego zbioru wracamy do jego młodości. Tym razem staniemy się świadkami jednej z jego przygód studenckich, konkretnie tego, czego doświadczył w carskiej twierdzy, przerobionej na więzienie. Jest to chyba najsłabszy tekst w książce, bo samej akcji tam niewiele, została potraktowana czysto pretekstowo, by po prostu napisać o Skórzewskim – czego nie potępiam, ale porównując Pokusę uśmiechu do innych przeżyć doktora, odczuwam potężne rozczarowanie.

Ostatnim i najdłuższym opowiadaniem jest tytułowe Zło ze wschodu. Kolejny raz w twórczości Pilipiuka cofajmy się do II wojny światowej, do lasów na wschodzie. Zbierający chrust Sławek przypadkowo wpada w łapy Niemców, ale – może mówić o niesamowitym szczęściu – po niezbyt intensywnym śledztwie zostaje wysłany na przymusowe roboty do Prus Wschodnich. Choć jego codzienność jest ciężka i wypełniona harówką, żyje, jest dobrze karmiony i ma szansę na doczekanie końca zmagań – o ile pewien sfiksowany esesman nie odstrzeli go dla kaprysu. Jednak chłopak nie ma pojęcia, jakie zło mimowolnie ze sobą przywiózł.... i jakim koszmarom przyjdzie mu stawić czoła.

Odkładając ten tom opowiadań Andrzeja, miałam wrażenie, że wróciłam z dalekiej podróży. Gawędziarski talent Pilipiuka sprawia, że (niemal) każda przedstawiana przez niego historia wydaje się prawdziwa i aż chciałoby się poszukać źródeł, by dogrzebać się do dalszych losów bohaterów. Jak pisałam wcześniej, brak tutaj tej straszliwej beznadziei, przepełniającej kilka poprzednich tomów, a to sprawia, że Zło ze wschodu czyta się bardzo dobrze. Dodatkową zaletą książki są klimatyczne ilustracje niezawodnego Pawła Zaręby.

I wiecie co? Żałuję, że nie zostawiłam sobie choć jednego opowiadania na dzisiaj... ale przecież nie mogłam się od nich oderwać!

Andrzej Pilipiuk, Zło ze wschodu, il. P. Zaręba, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2023.

czwartek, 16 listopada 2023

W sam raz na listopad!

Jaki kolor zazwyczaj kojarzy nam się z nekromancją? Oczywiście - mrok, zło, szatan, wszystkie odcienie czerni. Ale my – wierni fani Thornverse – doskonale wiemy, że bywa inaczej. Wszak już na samym początku naszej przygody z Dorą Wilk poznaliśmy Katię Kornatowską – wyjątkowo stylową nekromantkę, która nawet kaloszki ma pod kolor roboczego odzienia. Dotychczas Katia pozostawała w cieniu swojej przyjaciółki Dory, wiernie ją jednak wspierając w każdym szalonym przedsięwzięciu, wszak w pracy Namiestniczki nekromantka bywa więcej niż przydatna. Oczywiście, nie możemy zapomnieć też o Witkacu, z którym Katia pozostawała przez pewien czas w związku. Choć nie do końca im wyszło, pozostali w przyjaźni, bo uczciwi ludzie / uczciwe istoty z Thornu powinny się trzymać razem.

Nadszedł jednak czas na solową przygodę Katii. Jak to u Hitchcocka, zaczyna się pierdolnięciem, a potem jest już tylko ciekawiej. W końcu co może pójść nie tak, jeśli nagle do twojego domu (którego adres powinien pozostać absolutnie nieznany!) wparowuje niezadowolona klientka z bronią w ręku? Katia nie ma za bardzo wyboru, musi udać się wraz z nią na cmentarz, bo zrozpaczona matka twierdzi, że jej córeczka zniknęła ze swojego grobu. Rzeczywiście – ale gdy się wydaje, że już gorzej być nie może... Ciał wykradziono znaczenie więcej, a jako że kilka z nich zabezpieczała właśnie Katia, zawodowa duma nakazuje jej podjąć trop. Zawodowa duma, sumienie... ale i ktoś jeszcze.

Cmentarz w Thornie jest bowiem silnie powiązany z ważną dla nekromantów boginią – Matką Ziemią. To ona odczuwa taki w....w, że Katia nie ma innego wyboru, jak odnaleźć winnego i go ukarać. Szczęśliwie mimo tego, że coraz bardziej dotykają ją polityczne rozgrywki Thornu, dziewczyna ma wielu przyjaciół i pomocników, a może przy okazji w końcu znajdzie sensownego partnera i nie wystraszą go jej cmentarne konotacje?

W Katii spotkamy nie tylko naszych starych znajomych, ale również nowych bohaterów, dopełniających tę część Thornu, o którą dotychczas raptem zahaczaliśmy. Moim absolutnym faworytem stał się Kowal, dozorca cmentarny, skrywający niejedną tajemnicę i władający bardzo niezwykłą magią – naprawdę chciałabym zobaczyć jego meleksa na własne oczy, bo moja wyobraźnia nie potrafi go dobrze oddać. Jak zwykle też w historię miesza się świat bogów i to nie tylko z tych najbliższych nam panteonów.

Powrót do Thornu to wizyta u starych przyjaciół, gdzie czeka kakao, dobre żarcie i świetne, choć niekiedy straszne opowieści – ale to przecież opowieści z dobrym zakończeniem, bo gdy do akcji wkraczają przyjaciele Dory Wilk, wszystko musi się dobrze skończyć. Aż czasem mnie to denerwuje, bo chciałoby się jakiegoś plot twistu, w którym sympatyczny pomocnik okazuje się wynaturzonym mordercą. Ale to nie tutaj. Tutaj Aneta serwuje nam solidną porcję przygód może przewidywalnych, ale wciągających i robiących człowiekowi dobrze na serduszku. A przecież o to chodzi – zwłaszcza w listopadzie, gdy za oknem szaro i ponuro. Tematyka cmentarna chyba nigdy nie wchodziła tak dobrze, jak w tym konkretnym miesiącu. A choć różowa okładka wydaje się nie pasować do tematyki, to tylko przy pierwszym rzucie oka – jest bardzo katiowa i też robi duszy dobrze. W końcu to dzieło Magdy Babińskiej, podobnie jak ilustracje w środku, a przecież nikt nie potrafi oddać bohaterów Anety równie dobrze jak Magda!

Aneta Jadowska, Katia. Cmentarne love story, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2023.

To jeszcze lans pt. Cathia, Katia i autorka.


czwartek, 9 listopada 2023

Survival i warsztaty

Minęło już trochę czasu od mrożących krew w żyłach wydarzeń, które wstrząsnęły wydawnictwem JaMas. Niestety, przyszłość nie maluje się w najjaśniejszych barwach, bo oto okazuje się, że zasada „nieważne jak mówią, ważne, by mówili” nie sprawdza się, jeśli w tle pojawia się trup współpracownika, a ojciec dyrektor przedłożył rozkosze cielesne nad los firmy i pracowników. W tym wypadku i bestsellery siostry Apostazji mogą oddalić się w bliżej niesprecyzowanym kierunku! Należy zatem wymyślić ostatnią deskę ratunku, coś, co sprawi, że spragniony fabuły lud rzuci się na książki JaMasu! A co sprzedaje się najlepiej? Ofkors, że pornosy i kryminały!

Jednakowoż pierwszy gatunek wydaje się stać nieco w sprzeczności z tym, co dotychczas sygnowano marką wydawnictwa, zatem należy sięgnąć po zwłoki, tym bardziej że jakoś się już z JaMasem kojarzą. Może w tym przypadku te skojarzenia okażą się błogosławieństwem? Pada więc zbawienny pomysł: warsztaty literackie, koncentrujące się na licznie padającym trupie i zajęciach nieco survivalowych, bo koszty są w tym przypadku dosyć istotne, najtaniej zaś wychodzi wynajęcie ośrodka, który lepsze czasy widział za PRLu, a znajduje się na takim wygwizdowie, że psy tam wiecie czym szczekają, a wrony zawracają. W dodatku pizga złem. Wystarczy dobrać grono autorów, znaleźć chętnego do pracy za grosze PRowca, zatrudnić fachowca od denatów i już można zacząć działać! W końcu co może pójść nie tak, jeśli nad przedsięwzięciem czuwać będzie Sztywny kierownik, wraz z nim do dzieła ruszy krasnoludzka sekretarka w postaci Areczka Krawczyka, a tym wszystkim leniwym autorskim bułom w prokrastynacji przeszkodzi brak zasięgu? I tylko biedny ekspert ma niezmiennie złe przeczucia...

W poprzednim tomie mieliśmy do czynienia z zagadką kryminalną, rozgrywającą się w siedzibie wydawnictwa i to jeszcze tuż przed deadline’em, co w połączeniu z obyciem Ałtorki zarówno w roli tejże, jak i pracownicy takowych przybytków szaleństwa, dawało wyjątkowo unikalną dla czytelnika okazję zajrzenia za kulisy tego, jak wygląda proces wydawania książki. Jak wielokrotnie wychodzi w rozmowach z wieloma osobami, jest to wiedza niemalże tajemna (pozdrawiam wszystkich uczestników prelekcji tłumaczeniowo-redakcyjnej na Kapitularzu!), naprawdę interesująca te istoty, które papierowe obiekty czci do rąk dostają. Połączenie ze zwariowanymi postaciami i szaloną intrygą dawało więc produkt zabawny i edukacyjny – wiecie, takie typowe oświeceniowe „uczyć, bawiąc”.

Trochę inaczej jest z Wtem denatem, którego najwyraźniej dotknęła klątwa drugiego tomu (trochę jak w przypadku Efektu pandy). Starzy bohaterowie nie zawodzą, niektórzy okazują się mieć drugie dno i skrywać pod sztywnym obliczem wrażliwą osobowość, jednak trochę słabiej wypadają nowi – autorzy zaproszeni na warsztaty wydają się bardzo stereotypowi i chociaż wywoływali u mnie uśmiech, był to uśmiech politowania, znikający tylko w przypadku przygotowanej na wszystko matko-autorki Margo Mesjasz. Akurat pewnie wynika to z moich osobistych preferencji, bo młodych gniewnych, wątłych lelij i cierpiących za miljony zdecydowanie nie trawię, ale jestem bardzo ciekawa Waszego odczucia. Sama intryga... no jest, a jakoby jej nie było, jak z tą Urszulką. Coś tam cały czas czai się w tle, ale że właściwie nawet u postaci brak jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, trudno, by odczuwał je czytelnik. A wielka szkoda, bo rozwiązanie zagadki jest bardzo zgrabne i ewidentnie dobrze przemyślane.

Żeby nie było, pochichotałam trochę przy Denacie, bo porównania Kiśla są niezmiennie cudowne, przydawki okrojone, a bohaterowie sympatyczni, nie był to jednak taki ryk śmiechu, jak w przypadku pierwszego tomu. To nie to, że książka jest zła, po prostu nie dorównuje pierwszej. Nie wątpię jednak, że zupełnie jak w przypadku przywołanej już tu Tereski, kolejna odsłona perypetii personelu wydawnictwa (kolejny tom zapowiedziany) będzie naprawdę zabawna. Czego sobie i Wam życzę.

Marta Kisiel, Wtem denat, wyd. Mięta, Warszawa 2023.

wtorek, 17 października 2023

Wojenna magia

Końcówka lat 30. Naziści mają Anneherbe, komuniści jednak nie zostają w tyle – w Zarządzie Nauk Tradycyjnych NKWD również pracuje się nad nie do końca konwencjonalnymi metodami na utrwalenie Nowego Ładu. Co na to alianci? Wielka Brytania dysponuje zbiorami Biblioteki, zakazaną wiedzą i niecodziennymi artefaktami. Nic dziwnego, że w chwili wybuchu wojny wszystkie trzy instytucje pilnie obserwują sytuację, niekiedy próbując wpłynąć na nią bardziej lub mniej aktywnie.

Jedna z szych angielskiej Biblioteki udaje się do zakładu dla obłąkanych i wyciąga stamtąd niejakiego Michaela Tayne’a byłego sierżanta królewskiej piechoty morskiej. Należy dodać, że dzieje się tak wbrew jego woli. Skąd jednak takie wariackie, nomen-omen, zagranie? Tylko Michael może bowiem pomóc Cedricowi de Woortowi wyciągnąć jego córkę Penelopę z zimowego piekła, jaką staje się Finlandia na początku wojny ze Związkiem Radzieckim. Penelopa odkrywa magiczne tajemnice Finów, ukrywane w sercu pradawnych lasów. Pech chce, iż podobną drogą podąża oficer NKWD, Siergiej Muchalew, dążący do odkrycia artefaktu dającego niesamowitą moc – tytułowego Pasa Ilmarinena.

Przeleżała mi ta książka trochę na półce. Jak już wielokrotnie wspominałam, lubię twórczość Mortki, ale ostatnio autor koncentruje się głównie na fantasy, a z tym mi nieco nie po drodze (a potem się zabiorę i już nie przerwę, póki nie skończę). W domu mamy jednak wszystkie pozycje opublikowane przez Marcina, bo mój ślubny z kolei uwielbia przygody Kociołka i ekipy. Jakoś tak się złożyło, że w przypadku Pasa rzuciłam tylko okiem na okładkę, bez specjalnego wczytywania się nawet w blurba, i stwierdziłam, że to powieść wojenna – a za tymi też zasadniczo nie przepadam. Kilka tygodni temu postanowiłam jednak sięgnąć po coś innego i postawiłam na Mortkę. Nie zawiodłam się.

Wojna to tło dla pokazania ludzkiej natury, jej dobrych i złych stron, a wiadomo, że zagrożenie wyzwala w każdym i to, i to. Każdy z naszych bohaterów: Cedric, Michael, Penelopa, Theo, Turner, a nawet Muchalew dokonują wyborów niekoniecznie moralnych, dla dobra ogółu, ale pragną wypełnić swój osobisty quest, niezależnie od jego dodatkowych konsekwencji. Świat nadnaturalny również nie jest tu odpowiedzią na wszystkie problemy, wręcz przeciwnie, magiczne przedmioty mogą okazać się bardziej problematyczne niż sam problem!

Barwne postaci, epicka walka państwa z państwem i dobra ze złem... a do tego świetne pióro Marcina Mortki – tak, zdecydowanie polecam tę pozycję!

Marcin Mortka, Pas Ilmarinena, wyd. SQN, Kraków 2023.

wtorek, 26 września 2023

Słowiańska... groza?

Niełatwo jest napisać dobry horror – trzymający w napięciu, nieprzesadzony, odpowiednio wyważony, by nie wyszła z tego opowieść gore. Jeszcze trudniej napisać dobre opowiadanie w tym klimacie – autor dysponuje wszak mniejszą liczbą znaków i trzeba talentu, by wszystko zaczęło się odpowiednio układać. Z ciekawością podeszłam zatem do Żertwy – antologii słowiańskiego horroru, piątej odsłony projektu pod tym samym tytułem. Tematyka słowiańska jest ostatnio bardzo popularna, pisałam tu choćby o zeszłorocznej Nawii, a wszystkie nasze pradawne stwory więcej niż zachęcają do potraktowania ich jako zagrożenia i źródła grozy.

W zbiorze znajdziemy szesnaście opowiadań, niektórzy autorzy zdecydowanie są znani polskim fanom fantastyki, o kilku jeszcze nie słyszałam, ale sądzę, że nieraz usłyszę – i bardzo dobrze (największym odkryciem są dla mnie Agnieszka Kwiatkowska i Jakub Bielawski). Każdy z nich podjął nieco inną tematykę, zahaczając w nieco odrębny sposób o tę naszą tytułową żertwę – ofiarę. I tak Anna Maria Wybraniec w Czerwonej grządce, białych kurczątkach wykorzystuje wątek przemiany, kobiet, chorób i wierzeń ludowych, ciekawie ubarwionych cytatami z Zagadek ludowych Glogera, nadających tekstowi swojskiego kolorytu. Jednak już Bartłomiej Fitas, choć także pozostający w obrębie zamkniętej, klaustrofobicznej społeczności, sięga po tropy bardziej uniwersalne, przywołując tak popularny w naszym kręgu kulturowym motyw Pani Śmierć, aczkolwiek w wydaniu słowiańskim. Lalunia Michała Stonawskiego rozgrywa się z kolei w Krakowie, a zatem wędrujemy do wielkiego miasta, z jego patologiami i sposobami na rozwiązywanie problemów. A także do ich przyczyn – czasami ukrytych pod wieloma wiekami nowej tradycji. Dawid Kain w swoim Monumencie odwołuje się do bardzo znanego motywu, osadzonego w bliskich nam dekoracjach międzyblokowych, ale Jakub Bielawski wraca do klimatów wiejskich, w dodatku nieco czasowo odległych (choć nie tak bardzo). Na zażar to typowa opowieść o przybyszu odkrywającym pewne rzeczy, które przyszły za ludźmi, i zastawiającym się, kto jest właściwie groźniejszy. Mam wrażenie, że Opętusy Tomasza Krzywika także nawiązują do podobnych wątków i stworzeń żywiących się ludzką energią, a wrażenie to potęguje fakt, że teksty są umieszczone tuż po sobie. Pani piękna jak księżyc Dagmary Adwentowskiej przenosi nas do odległej przeszłości, kiedy to chrześcijaństwo jest czymś nowym i bawi się odwiecznym motywem kobiecej zazdrości, ubarwionym nutą grozy. 

Do naszego stulecia powracamy w Panience z okienka Agnieszki Kwiatkowskiej, opowieści o osadzie zagubionej wśród lasu, gdzie trzeba się nauczyć żyć ze stale wiszącym nad głową zagrożeniem. Pielgrzym Radosława Jarosińskirgo przedstawia spotkanie z nieznanym w samym środku normalnej egzystencji, krótkiego, acz odmieniającego życie na zawsze. Prawdziwe powołanie Kazimierza Kyrcza Jra i Macieja Szymczaka to już jednak tekst o długotrwałym wpływie, o odwiecznej walce tradycji i konflikcie wiar. Maciej Kaźmierczak w swoim Świat się zmienia wspomina o prawdziwej żertwie w alternatywnej rzeczywistości i poświęceniu, nadającym wartość każdej ofierze. Tylko trzy noce Piotra Borowca to powrót do tych małych miejscowości, gdzie klątwy nadal mają znaczenie, a wyrządzone zło może zostać pomszczone zza grobu. Wojciech Gunia zajął się motywem odmienności. W dół rzeki nawiązuje do pewnych baśniowych motywów i jednocześnie do tego, jak bardzo ludzie boją się nieznanego. Zawżdy zwycięży Marka Zychli to blokowe urban fantasy z przywoływaniem pradawnych bogów i ofiarami (ze zwierzaków – trigger warning). Brnąc przez kosodrzewinę Artura Grzelaka przywołuje klimat fantasy, a Gdybym tylko mogła latać Mariusza Wojteczka stanowi bardzo zgrabną klamrę zamykającą tom, bo podobnie jak pierwszy tekst, dotyczy zmiany, kobiet i dawnych wierzeń, nadal żywych w małym środowisku wiejskim.

Po raz kolejny nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że niektóre opowiadania nie należą do najlepszych (choćby Pielgrzym), sprawiają wrażenie umieszczonych w zbiorze, bo zostały nadesłane i są w miarę na temat. Prawdziwą słowiańskość czuć w stosunkowo niewielu – ten klimat najbardziej zachwycił mnie w Pani pięknej jak księżyc czy Tylko trzech nocach lub Panience z okienka. Najbardziej rozczarowało mnie opowiadanie Michała Stonawskiego, autora chyba najbardziej mi znanego, które jest mocne – i owszem, ale moim zdaniem pewne brutalne sceny zostały tam umieszczone głównie ze względu na ich wartość szokującą, a cała słowiańskość została dodana akurat, by pasowała do tematyki tomu. Epilog wydaje się kompletnie z czterech liter i na siłę, a szkoda, bo to warsztatowo dobry tekst. Znacznie lepszy klimat czuć choćby w Kondukcie chorych dusz Fitasa, równie dobrym pod względem pisarskim.

Najbardziej drażni mnie jednak to, że część tekstów to bardziej fantastyka niż horror. Horror ma przecież wywołać uczucie grozy, niepokoju, ale też może szok czy obrzydzenie. I tu kompletnie nie pasuje mi chociaż Brnąc przez kosodrzewinę, będące raczej typowym fantasy, podobnie zresztą jak W dół rzeki czy Pani piękna jak księżyc. Wspomniana już przeze mnie Laleczka to bardziej urban fantasy, identyczne wrażenie mam przy Zawżdy zwycięży (choć to dość płynna granica). Prawdziwą grozę czuję tylko przy kilku opowiadaniach – i tutaj właśnie pojawiaja się po raz kolejny Panienka z okienka i Tylko trzy noce czy Na zażar. Oczywiście, to kwestia bardzo indywidualna, ale gdyby na okładce widniał podtytuł Antologia słowiańskiej fantastyki, nie miałabym tutaj uwag.

Myślę jednak, że mimo wszystko warto zajrzeć do tej pozycji, bo są tam teksty, które zostają z czytelnikiem na dłużej, niezłe pomysły i ciekawe nazwiska. A kto wie, może następna część będzie już bardziej przerażająca?

Żertwa. Antologia polskiego horroru, Wydawnictwo IX, Kraków 2021.

środa, 20 września 2023

U magicznego weta

Przyznam, że nieco ostrożnie podchodziłam do tej książki, zwłaszcza po przeczytaniu wstępu - słusznie ostrzegającego przed przedstawianą w niej rzeczywistością weterynaryjną. Każdy, kto kiedykolwiek miał jakieś zwierzątko, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że praca weta to nie tylko głaskanie kociąt i króliczków, ale przede wszystkim wykonywanie zabiegów od uciążliwych do niebezpiecznych i dla pacjenta, i dla człowieka (kiedyś pobieranie krwi u mojego naprawdę spokojnego dotychczas w gabinecie kota zakończyło się rozległymi ranami szarpanymi). Wiadomo też, że zwierzęta cierpią, przydarzają im się rozmaite rzeczy, a jeśli mam jakikolwiek trigger, jest nim właśnie krzywdzenie naszych braci najmniejszych. Za to likwidowałabym bez wyroku. No i właśnie w związku z tym zastanawiałam się, czy to aby pozycja dla mnie.

Tym bardziej, że Necrovet już w tytule ma Usługi weterynaryjno-nekromantyczne, a gabinet prowadzi nieumarła Iza. Do grona jej pracowników dołączają technicy Florka Kuna i faun Sebastian, dawniej specjalizujący się w IT. Niemal od razu okazuje się, że łatwo nie będzie, bo pierwszy przypadek Florki, wolpertinger, ptako-zając z imponującym porożem, jest wyjątkowo niechętny rozmaitym zabiegom, co kończy się poważnymi obrażeniami – i to nie u niego! Dalej będzie już tylko bardziej interesująco – mantykora z bólem zębów, podtrute wróżkowym pyłem psiaki, obcinanie pazurków, a w dodatku w okolicy działa konkurencja – może niekoniecznie nieuczciwa (choć właściwie...), ale na pewno bezdennie głupia i bardzo wrogo nastawiona. Biedna Florka, ofiara mobbingu w poprzedniej pracy, doprawdy nie ma pewności, czy na pewno sobie poradzi – w końcu codzienne szaleństwo niemal zapiera dech w piersiach, i to nawet w lecznicy weterynaryjnej! Ale w końcu od czego wspierający przyjaciele i rodzina? W takim przypadku nawet idioci, duchy, no i ta cała magia niestraszne!

Wbrew moim obawom, Necrovet czyta się po prostu rewelacyjnie. Autorka, sama będąca technikiem weterynarii, doskonale zna realia tej pracy (i jak na dłoni widać, że ją uwielbia), a w dodatku ma cudownie lekkie pióro i nawet sytuacje (nazwijmy je) triggerujące, choć bolesne, zostały tak umiejętnie napisane, że nie budzą u kogoś takiego jak ja chęci natychmiastowego zamknięcia książki. Postaci, choć scharakteryzowane głównie przez akcję i dialogi, nie są płaskie, jednowymiarowe, a w pełni oddane tak, by wywołać u nas wrażenie, że zajrzeliśmy do znajomych. Choć książka wydaje się zbiorem opowiadań, tworzy spójną całość, w której przewijają się fascynujące motywy przewodnie i jeśli czuję coś negatywnego, jest tym czymś niedosyt. Chcę więcej.

Chcę się dowiedzieć, dlaczego Iza jest tym, kim jest, chcę poznać inne magiczne istoty, jakie pojawiły się w tym świecie za sprawą nieudanego eksperymentu ekscentrycznego milionera, chcę jeszcze zobaczyć Bździągwę, chcę dowiedzieć się o innych akcjach fundacji Tomka, chcę, żeby Lipowska została ukarana! Chcę, aby nowy tom miał tak cudowne ilustracje, jak ta na okładce, dzieło Piotra Sokołowskeigo. Po prostu chcę WIĘCEJ!

Joanna W. Gajzler, Necrovet. Usługi weterynaryjno-nekromantyczne, wyd. SQN, Kraków 2023.

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Ramki na zdjęcia, sabaty czarownic i inne takie

Lubię cykle Masterona, moim absolutnym faworytem jest ten o Jimie Rooku (choć z jakością to tak trochę pół na pół), ucieszyłam się zatem, gdy w księgarni pojawił się Sabat czarownic, ciąg dalszy Szkarłatnej wdowy, o której tu jakiś czas temu pisałam. Co się wydarzyło od momentu, kiedy rozstaliśmy się z główną bohaterką? Owdowiała Beatrice zostaje zmuszona do powrotu do Londynu, a tam dostaje pracę (bardziej schronienie, zważywszy na realia epoki, ale o nich jeszcze napiszę) w zakładzie dla upadłych dziewcząt, ufundowanym przez właściciela manufaktury tytoniowej, niejakiego George’a Hazzarda. Kierująca przybytkiem Ida wydaje się wyjątkowo zadowolona takim sponsorem, tym bardziej, że co poniektóre pensjonariuszki znajdują zatrudnienie w jego fabryczce. Wprawdzie wybiera te ładniejsze, ale w końcu kto bogatemu zabroni? Beatrice zaprzyjaźnia się z jedną z nich i pragnie odwiedzić dziewczynę w nowym miejscu pracy. Tam jednak okazuje się, że dziewcząt już nie ma – uciekły, rzucając odpowiednie zaklęcia, tworząc ów tytułowy sabat. Jednak coś w opowieści pana Hazzarda wydaje się nie pasować do tego, co odkrywa nasza wdowa, a że polubiła te nieszczęśnice, postanawia zbadać sprawę...

Podobnie jak w przypadku poprzedniej części, zagadka skonstruowana została tak, że odpowiedź na fundamentalne w przypadku kryminałów pytanie KTO? wydaje się dosyć oczywiste od niemal samego początku – to kwestie tego JAK? oraz W JAKIM CELU? będą tymi, które zastanowią czytelnika i sprawią, że ten z fascynacją zagłębia się w kolejne perypetie Beatrice Scarlet. Z przykrością stwierdzam jednak, że w tym tomie cała sprawa wydaje się nieco za bardzo schematyczna i wprawiony odbiorca bez wątpienia szybko dotrze do jej sedna. Sabat czarownic sprawdza się na poziomie prostego czytadła kryminalnego i w tej funkcji mogę go polecić.

Jednak całą przyjemność z lektury odbierała mi warstwa obyczajowa. Książka reklamowana jest jako „horror, thriller i powieść detektywistyczna w wersji kostiumowej z fabułą osadzoną w realiach osiemnastowiecznej Anglii”. Tylko że to bzdura. Od razu zastrzegam – nie jestem historyczką, a już tym bardziej nie specjalizuję się w tym okresie, ale nawet z całkiem podstawową wiedzą można zauważyć niektóre idiotyzmy. Już na samym początku powieści Beatrice idzie z prośbą o wróżbę do znanej z poprzedniej części wdowy Belknap – wcześniej uważanej przez lokalną społeczność za wiedźmę. Okay, zaprzyjaźniły się, Clara Belknap postanowiła zaufać sąsiadce, w końcu także odznaczającej się niecodziennymi talentami. Miałoby to jednak sens, gdyby Clara wróżyła z ręki, fusów czy czegoś podobnego, a nie z talii kart, specjalnie wykonanej w tym celu (rozumiem, że mowa o czymś w rodzaju tarota). Co więcej, została jej ona przysłana przez kuzynkę z Londynu... najnowszy krzyk mody, można by rzec... Jednak mowa o społeczeństwie mocno purytańskim, w dodatku tuż po Salem! Oczywiście, bez problemu sama wymyślę ze cztery teorie wyjaśniające ten wątek, ale usprawiedliwianie bzdur w powieści to chyba nie rola czytelnika. Kolejna rzecz – kiedy jeszcze nie wyszłam z osłupienia, w salonie pojawiają się ramki na zdjęcia! Możliwe, że tu mamy do czynienia z błędem w przekładzie, ale ze stopki wynika, że książka miała polskiego redaktora. Chyba że wydawnictwo przyoszczędziło i chodzi po prostu o ładniej określoną korektę... Dalej pojawiają się kwiatki w stylu chodzenia z ledwie co poznanym mężczyzną na kolację do tawerny i inne rzeczy, mające sens w powieści współczesnej, ale już niekoniecznie w „osadzonej w realiach osiemnastowiecznej Anglii”. Straszliwie mi to przeszkadzało!

Czy zatem mogę tę książkę jako całość polecić z czystym sumieniem? Chyba tylko fanom Mastertona, którym nie przeszkadzają absurdalne pomysły i braki w researchu. Jako druga część Szkarłatnej wdowy mnie osobiście bardzo zawiodła i jeśli pojawi się kolejna odsłona przygód Beatrice, to pewnie po prostu wypożyczę ją z biblioteki – szkoda pieniędzy.

Graham Masterton, Sabat czarownic, tłum. A. Erden-Tempska, wyd. Albatros, Warszawa 2022.

wtorek, 25 lipca 2023

Magiczny rok

Wiecie, że do antologii mam stosunek mocno mieszany, jednak kiedy za pisanie zabiera się czwórka moich ulubionych autorek, jestem więcej niż gotowa dać jej szansę. W Czterech porach magii znajdziemy teksty Anety Jadowskiej, Marty Kisiel, Magdaleny Kubasiewicz i Mileny Wójtowicz. Jak sugeruje tytuł, każda napisała jedno opowiadanie, a każde z nich poświęcone zostało innej porze roku.

Książkę otwiera Cicha woda Mileny Wójtowicz, osadzona w świecie Sabinki i Piotrusia, ale tym razem dotyczące zabójczo skutecznej przyjaciółki naszej strzygi, Ewci Ewent. Co tym razem ogarnia Ewunia? Ano ślub – i tak, ma być perfekcyjny, chociaż jest właśnie środek obrzydliwego marca, a jeden z członków rodziny pana młodego usiłował właśnie ukatrupić pannę młodą! Pomoc Sabinki okaże się jednak absolutnie niezbędna, jako że specjalistka od BHP wie, jak się chronić przed rozmaitymi zagrożeniami, ale ta wiedza wynika z tego, że ma świadomość, jak zaszkodzić. Będzie krwawo!

Żar i wicher Magdy Kubasiewicz przywołuje letni upał, zapach zboża, gotowego do zżęcia, ten bezruch gorącego dnia, gdy wszyscy uciekają z pola w cień... Wędrująca czarownica Sara znajduje w pszenicy ofiarę zabójczych temperatur, choć już wkrótce okazuje się, że to niekoniecznie one zaszkodziły młodemu rolnikowi. Czy będzie w stanie pomóc mieszkańcom wioski, którzy ewidentnie starają się coś przed nią ukryć? Co więcej – czy, dochodząc w końcu do sedna sprawy – zechce im pomóc? Ta historia osadzona jest w świecie Polanii, więc – podobnie jak w przypadku pozostałych tekstów z tego uniwersum – nic nie będzie tak proste i oczywiste, jak by mogło się wydawać. Ale sprawiedliwości stanie się zadość.

Jesienne opowiadanie zostało, rzecz jasna, napisane przez Anetę Jadowską. Bohaterką Listopadowych dzieci jest Dora Wilk, namiestniczka Thornu, która niespodziewanie dostaje wezwanie... na cmentarz, gdzie awanturuje się facet ze strzelbą, zarzucający komuś porwanie i morderstwo... i to nie jednego, ale kilku małych chłopców! Do Dory należy ustalenie, gdzie kryje się prawda, a to będzie wymagało olbrzymiego wysiłku, również emocjonalnego...

Zimowy tekst Marty Kisiel – Jak długo trawi lew – to dla odmiany urocza i zabawna opowieść o trzech przyjaciółkach z nieoczywistą przeszłością. Jedna z nich musi pozbyć się swojego małżonka, acz analiza sytuacji jasno udowadnia, że kobietki powinny uśmiercić właśnie ją samą! Ale jak to zrobić, żeby nie rzucić podejrzeń na ślubnego, a ten idiota sam się wepchnął na potencjalnie zabójczą imprezę sylwestrową?! I czy na pewno tak niewinnie szukał informacji, ile czasu dużemu kotu zajmuje strawienie zdobyczy?

Jeśli wszystkie antologie wyglądałyby w ten sposób, zapewne całkowicie wyzbyłabym się swojego bardzo nieufnego podejścia. Oczywiście, jeśli opowiadania zawarte w zbiorze wyszły spod pióra (klawiszy) ulubionych autorek, nietrudno bawić się przy nich naprawdę dobrze, ale przecież każdemu zdarzają się teksty słabsze. Nie w tym przypadku, choć zaskakująco, najbardziej podoba mi się historia Magdy Kubasiewicz, nie tylko znacznie bardziej poważna od pozostałych, ale także przywołująca atmosferę letnich, lepkich od upału dni tak dobrze, że człowiek odruchowo leci po szklankę zimnej wody i kryje się w cieniu. Jednak jako całość Cztery pory magii są cudownie zbalansowane i stanowią po prostu kawał dobrej literatury – przy której można się pośmiać, ale też i zatrzymać, pomyśleć...

Cztery pory magii, wyd. SQN, Kraków 2023.

niedziela, 16 lipca 2023

Bo nudzić to trzeba umieć!

Pierwszy tom Płomienia i krzyża zapowiadał coś nowego, rozszerzał świat uniwersum Mordimera Madderdina o nowe postaci i wydarzenia, ale jednocześnie w interesujący sposób – z perspektywy narratora innego niż dotychczasowy – zapoznawał czytelnika z pewnymi szczegółami z jego życia, jak choćby niesławną bitwą pod Schengen. Napisany dokładnie w tym samym stylu, co główny cykl (dla jednych wada, dla innych zaleta – ja akurat należę do tej drugiej grupy), z ciekawym nowym bohaterem i tajemnicą jego pochodzenia, do której powoli, powoli się wraz z nim dokopywaliśmy. Arnold Löwefell był dojrzalszy od Mordimera, a z jego przeszłością wydawało się oczywiste, że będzie nam dane zajrzeć do tajemniczego Wewnętrznego Kręgu Świętego Officjum – ot tak, by zaledwie uchylić rąbka tajemnicy. Nie tylko ja nie mogłam się doczekać kolejnego tomu przygód Löwefella, wydawał się, niestety, dzielić los Necrosis, bo autor postanowił się skupić na młodości Mordimera – ma do tego święte prawo, tyle że wszyscy wiemy, jak to wyszło w praktyce.

I w końcu, po dekadzie, pośrodku zalewu książek o młodym, naiwnym i nudnym jak flaki z olejem Mordimerze wyszedł tom II, poświęcony już Wewnętrznemu Kręgowi i istotom z nim współpracującym. Odkryto niektóre sekrety znanych nam już z głównego cyklu postaci (choćby Enya), zbudowano pewną podstawę pod kolejne... bo tom III pojawił się całkiem szybko i był związany z tą przeklętą trylogią ruską, na którą tutaj wyklinałam. Przyznam, że niczego z niego już nie pamiętam, oprócz tego, że był równie nijaki co ostatnie przygody Mordimera.

Teraz z kolei ukazał się tom IV. Choć ostatnio za każdym razem srodze cierpiałam przy cyklu inkwizytorskim, tak miałam cichą nadzieję, że może Arnold i Wewnętrzny Krąg zapewnią mi odrobinę rozrywki lub chociaż dostarczą jakiejś treściwej lektury. W końcu w książce zawarte są aż cztery teksty!

Pierwszy, Wiedźmy, koncentruje się na przesłuchaniu księżniczki Nontle dotyczącym wydarzeń z tej cholernej trylogii ruskiej. Czy dowiadujemy się czegoś nowego? Kompletnie nie, oprócz nieustannego podkreślania, jakiż to niezwykły kowen los postawił na drodze Madderdina. Przez ponad 160 stron postaci streszczają nam wydarzenia tamtych trzech książek (może słusznie zakładając, że nikt nie był w stanie tego zmęczyć), podają trochę informacji dotyczących wiedźm i to właściwie wszystko. Również kolejne opowiadanie, Esencja ducha i życia, wiąże się z wydarzeniami na Rusi, a także wcześniejszych tomów, ale nie wnosi do świata nic poza ciekawą interpretacją tego, jak Islandia stała się tak niegościnnym miejscem. Kilkanaście stron Klasztoru to dywagacje na temat natury Amszilas, bez których spokojnie moglibyśmy się obejść. I wreszcie Czarny Wiatr – historia ukazująca kulisy wydarzeń z Łowców dusz, ale ponownie – niewiele wnosząca do tamtej opowieści.

Jak pokrótce określić tę książkę? NIEPOTRZEBNA i PRZEGADANA. Na ponad 300 stronach nie dzieje się absolutnie nic, wszyscy przechadzają się i dywagują, a wspomniane perełki czytelnik wygrzebuje spomiędzy nudnej sraczki słownej. Zastanawiałam się, dlaczego niewiele pamiętam z tomów II i III, ale chyba już się domyślam, tam też niewiele się działo, choć bohaterowie przynajmniej gdzieś podróżowali i coś robili. Tutaj? Zapomnijcie! W pewnym momencie nawet pomyliły mi się dwie postaci o podobnych imionach – bo jedna była świetnie przedstawiona w tomie I i ją doskonale pamiętam, a o drugiej, z tomu II, już kompletnie zapomniałam. Nie wiem, co skłoniło autora do założenia, że kogokolwiek interesują moralne rozkminy Wewnętrznego Kręgu, które tak – mogłyby rzeczywiście okazać się ciekawe, gdyby nie fakt, iż od kilkunastu lat znamy ich rezultat!

Szczerze uważam, że tom IV Płomienia i krzyża to nędzny skok na kasę tych niedobitków, którzy jeszcze się łudzą, że Piekara wróci do formy, bo nawet w Dzienniku czasu zarazy coś się działo. Nie była to pozycja specjalnie wciągająca, ale istniała jakaś fabuła. Tutaj mamy jedynie snucie się od komnaty do komnaty, wykłady i streszczenia wydarzeń z poprzednich książek, próbę udawania, że coś się w końcu zadzieje. Czy jest w tej książce cokolwiek dobrego? Tak – ilustracje Pawła Zaręby, cudownie klimatyczne i niepokojące, chętnie widziałabym je na gadżetach – kupiłabym! Jednak jako że tomem tym Piekara żegna się z Fabryką Słów, możliwe, iż to ostatni raz, kiedy widzieliśmy te cudeńka. No cóż, nie wiem, czy życzyć autorowi powodzenia na nowej drodze życia... może z jakimś nowym cyklem, bo ten niech już może lepiej skończy...

Jacek Piekara, Płomień i krzyż tom IV, il. Paweł Zaręba, Fabryka Słów, Lublin 2023.

niedziela, 9 lipca 2023

Prawdziwe pożegnania

Nieczęsto zdarza się, żebym zamieszczała tutaj recenzję filmu – tym razem jednak po prostu muszę. Rzadko kiedy dany tytuł wywołuje aż takie kontrowersje, a jednocześnie tak bardzo chcę go obejrzeć. Nie ukrywajmy, w końcu Han Solo i Indiana Jones to ikony Kina Nowej Przygody, a moje pokolenie – chociaż przecież z pewnym opóźnieniem – w jakiś sposób się na nim wychowało. Opowieści rodzące się w głowie George’a Lucasa stworzyły niesamowite zjawisko popkulturowe, ukształtowały też nasze oczekiwania wobec rozrywki i tego, co kinematografia może zaoferować.

Nie liczyłam specjalnie na nic po koszmarnym Królestwie kryształowej czaszki. To już nie chodziło o kosmitów, ale całość tego filmu wydawała się stworzona „bez serc, bez ducha” – ot, próba osadzenia Indy’ego w nowym settingu, próba przekazania pałeczki młodszemu pokoleniu. Coś gdzieś jednak nie wypaliło – podobnie jak w przypadku Ostatniego Jedi – widziałam tę odsłonę przygód doktora Jonesa zaledwie dwa razy. I nie – nie pierwszy i ostatni. Uczciwie dałam mu kolejną szansę – no po prostu nie zażarło.

Wokół Artefaktu przeznaczenia jeszcze przed premierą toczyło się już wiele dyskusji, a ja – szczerze mówiąc – nie miałam żadnych oczekiwań. Wiedziałam, że powrócą naziści, będą podróże w czasie – tu zaczęłam się trochę bać. Na wielu kanałach recenzenckich na YT bito na alarm: będzie wtopa, Kathleen Kennedy chce zastąpić Indy’ego kobietą! Nie lubię Kathleen Kennedy i jej tendencja do feminizowania SW bez głębszego zrozumienia fenomenu oryginału wku...rza mnie nieziemsko, przyznam więc, że poczułam lekkie zaniepokojenie. Nie ukrywajmy, LFL nie uczy się na swoich błędach i serio, fanów nie obchodzi, czy Rey jest kobietą, mężczyzną czy exogorthem (to ten ślimak z kosmosu, jakby ktoś nie wiedział), niech tylko będzie dobrze napisaną postacią – a nie jest. Co zatem należy zrobić? Zapowiedzieć kolejny film z tą bohaterką i nazwać zawiedzionych fanów mizoginami. Nie, Kathleen kompletnie nie rozumie pewnych zasad opowiadania historii i to jest powód, dla którego szczerze obawiałam się nowego Indiany Jonesa.

Krótkie streszczenie (mam nadzieję, że obejdzie się bez spoilerów, postaram się!) dla tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli i wciąż się wahają. Przechodzącego na emeryturę doktora Jonesa odwiedza jego córka chrzestna, Helena Shaw, i prosi o pokazanie jej fragmentu mechanizmu z Antykithiry, który Indy i jej ojciec wyrwali kiedyś z łapsk nazistów. Basil Shaw dostał świra na jego punkcie, twierdząc, iż jest to artefakt bardzo niebezpieczny, chciał go zniszczyć, a Indy – rzecz jasna – włączył go do zbiorów muzealnych, dla potomności. Motywacje Heleny nie są jednak tak niewinne, a jej wizyta rozpętuje piekło w życiu steranego wiekiem (i kilometrami!) archeologa – najpierw pojawia się w nim CIA i płatni zabójcy, a potem... znowu naziści! O co tu, do diaska, chodzi? I dlaczego Archimedes, któremu w filmie przypisuje się stworzenie mechanizmu, podzielił urządzenie i je ukrył (ale zostawił wskazówki, jak do niego dotrzeć, niemal tak, jak było z mapą prowadzącą do kryjówki Skywalkera)?

Śpieszę uspokoić wszystkich: jest dobrze! Jest nawet bardzo dobrze, choć początkowo miałam swoje obawy. Otwierającą film sekwencję przedstawiającą perypetie Indy’ego i Basila starających się odzyskać jeden artefakt, a kończących z drugim, zrobiono naprawdę świetnie, choć od czasu do czasu odmłodzona twarz Forda wydaje się równie plastikowa jak topiąca się facjata herr Tohta. Klimat Nowego Jorku, euforia związana z lądowaniem na Księżycu... To wszystko żre jak diabli, a ukazywany w trailerach konny pościg w metrze bawi do łez. Gdy Indy wyrusza na swoją kolejną, wielką przygodę, tak, wyraźnie widzimy, że się mocno postarzał i odczuwa zmęczenie życiem i sytuacją rodzinną, ale absolutnie nie zabiło to w nim ducha przygody i jego sprytu. Przyznam, że w pewnym momencie obawiałam się, czy ten motyw nie stanie się karykaturalny i nie posłuży do ośmieszenia postaci, ale nie! Paradoksalnie działa to w drugą stronę – to zadufani w sobie młodzi dostają po nosie, odsyłając Indianę Jonesa na przedwczesną emeryturę!

Jak w tym wszystkim prezentuje się owa nieszczęsna Helena Shaw? Ano dokładnie tak, jak wszystkie inne kobiety w filmach o Indianie! Podobnie jak Marion Ravenwood ma wiedzę i doskonałe pomysły, nie jest damą w opałach, irytuje na równi z Willie Scott i bywa antypatyczna niczym Elsa Schneider. Stanowi interesujące połączenie dotychczasowych towarzyszek Indiany i jeśli ktoś uważa, że wsadzono ją do filmu jako ikonę feministek, to – moim skromnym zdaniem – wielce się myli. Chyba że rzeczone feministki myślą o sobie jako o wkurzających, karykaturalnych babkach, które może i chcą udowodnić, iż są silne i niezależne, ale tak nie do końca im to wychodzi. Helena i Indy stanowią świetny duet, wspaniale się uzupełniają, mają ten vibe z poprzednich filmów. Bardzo dobrze napisana i zagrana postać!

Trochę więcej problemów mam z czarnym charakterem, Jürgenem Vollerem, czyli postacią Madsa Mikkelsena. Jak w pozostałych przypadkach indianowych nazistów to naukowiec, ślepo zapatrzony w ideologię i możliwości otwierające się przed nią dzięki jego odkryciu. Jednak w pewnym momencie wydaje się dość mocno przerysowany w sposób, którego nie pamiętam aż tak bardzo w przypadku Donovana czy Belloqa. Gdzieś mi coś tam zgrzytało i nie do końca potrafiłam sobie z tym wrażeniem poradzić. Wydaje się zbyt przeszarżowany. Swoją drogą, ciekawe, ilu młodszych Amerykanów uzna wątek współpracy ich rządu z byłymi nazistami za wydumany? Serio się nad tym zastanawiam, bo kilkakrotnie słyszałam ciekawe opinie ze strony tej nacji dotyczące pewnych wydarzeń II wojny światowej (choć moim hitem pozostanie już na zawsze facet, który po wyjściu z obozu Auschwitz nadal twierdził, że to wszystko ściema, bo niektóre opowieści nie trzymają się kupy. Autentyk. Bycie pilotem wycieczek wymaga olbrzymich zasobów tolerancji na debili).

Czy zatem jest idealnie? Nie do końca, bo kilka rzeczy bym pewnie zmieniła, jak choćby długość ostatniego aktu historii, ale jest na tyle dobrze, że na myśl o seansie do głowy przychodzą mi głównie jego plusy (cudowna wymiana zdań o tym, kto gdzie powinien pozostać, śmieszy do teraz). Bawiłam się naprawdę świetnie, jak za starych czasów, dostałam kolejny klasyczny film o Indianie, a końcówka sprawiła, że się popłakałam – ze wzruszenia. Po prostu. To naprawdę godne pożegnanie kultowego bohatera, świetne kino i doskonała rozrywka. I nawet jeśli czasami zdarzają się głupotki na miarę legendarnej już podróży na kadłubie łodzi podwodnej przez Morze Śródziemne, to są po prostu elementem konwencji. Jestem dziwnie przekonana, że ten czwarty Indiana Jones zostanie ze mną na długo. Że niby piąty? Eeee, przecież między Ostatnią krucjatą a Artefaktem przeznaczenia niczego nie było.

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia, reż. J. Mangold, wyst. H. Ford, M. Mikkelsen, P. Waller-Bridge, A. Banderas, J. Rhys-Davies i inni, USA 2023.

poniedziałek, 3 lipca 2023

Opowieści z magicznego akademika

Pamiętacie może jeszcze Spalić wiedźmę i Wiedźmę Jego Królewskiej Mości, które ukazały się kilka lat temu? Pierwsze powieści Magdaleny Kubasiewicz rozgrywały się w państwie zwanym Polanią, w nieco zmodyfikowanej wersji naszej własnej rzeczywistości, jako że nadal rządzi tam król (z siedzibą na Wawelu), a technologii towarzyszy również magia w przeróżnych odsłonach. Parający się nią specjaliści są nie tylko powszechnie szanowani, ale i również bardzo poszukiwani – tworzą też specjalną Radę, a stanowisko Pierwszego/Pierwszej przy samym władcy jest zawsze bardzo prestiżowe. W Czarodziejce z ulicy Reymonta wracamy właśnie do tego uniwersum, nie poznamy jednak dalszych losów zaginionej Sary Sokalskiej, a przyjrzymy się niejakiej Lady i jej przyjaciołom z Wydziału Magii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W książce znajdziemy trzy opowiadania. Pierwsze, Odłamki szkła, opowiada o przygodach studentów, wysłanych na straszliwe zadupie wraz z bardzo pragnącym się wsławić w magicznym świecie profesorem. Nie do końca dobrana ekipa, na którą składają się Natasza „Lady” Ladowska, znienawidzona przez nią Miss Perfect Agniesia, czarownik Dobromir (znany szerzej jako Złomir), piękny Grześ i Alek mają wesprzeć mentora w odnalezieniu źródła niesprecyzowanej magii, niespodziewanie odkrytej w wiosze o nazwie Sławieńcza, gdzie psy wiecie czym szczekają, a ptaki zawracają. Problem polega na tym, że miejscowość jest rzeczywiście słabo wyposażona w dość podstawowe udogodnienia cywilizacyjne, a w dodatku mamy późną jesień, więc o radosnych imprezach w plenerze można zapomnieć. Jakby tego wszystkiego było mało, w kałużach nagle coś łypie okiem na młodych magików, a we wsi chodzą ploty o rozmaitych zaginięciach. Co okaże się ważniejsze – odkrycie czy zdrowy rozsądek i zdrowie wszystkich zainteresowanych?

Odbicia w odbiciach, drugi tekst w zbiorze, poświęcony jest przede wszystkim Dobromirowi, który nieoczekiwanie odziedziczył po swoim dziadku nie dość, że posiadłość (a mówimy o rodzie Czartoryskich!), to jeszcze zbiory biblioteczne. Jak łatwo się domyślić, tak zaangażowany czarownik jak Dobromir nie może się oprzeć pokusie wypróbowania co najmniej jednego zaklęcia, choćby wydawało się trochę zbyt skomplikowane dla jednego studenta, nawet takiego całkiem potężnego. I niby nic się nie zmienia...

Życzenie czarodziejki rozgrywa się już po ukończeniu studiów przez naszych bohaterów... no dobrze, prawie. Muszą jeszcze odbyć praktyki i choć powinna je zapewnić uczelnia, to jednak lepiej załatwić je sobie na własną rękę. Nic dziwnego, że piękne plany Lady i Agniesi obejmują wypasioną firmę jubilerską, bo nie tylko oferuje niezłą forsę, ale i szansę na późniejsze zatrudnienie. Jednak uniwerek ma dla Lady nieco inną propozycję – może zarobi mniej, ale za to będzie terminować u jednego z najznakomitszych mistrzów artefaktów, wprawdzie nieco ekscentrycznego, ale kto by się przejmował drobiazgami? Lady udaje się zatem do Chęcin, gdzie przy okazji poznaje głowę lokalnego sabatu, Sabinę, wyjątkowo wyrozumiałą i sensowną kobietkę, mogącą okazać się miłą odmianą od upierdliwego i szowinistycznego mistrza Hieronima. Ale jako że kłopoty to specjalność Nataszy, i tutaj nic nie będzie tak oczywiste, jak się wydaje.


Czarodziejka z ulicy Reymonta to zbiór opowiadań traktujących o paczce przyjaciół, ale jedną z największych jego zalet jest ukazanie, jak ta więź jest powoli budowana, jak poszczególne osoby postanawiają sobie wreszcie zaufać – czy to w warunkach imprezy studenckiej czy walki o życie. Nasi bohaterowie nie są też idealni, o nie, bo nawet Agusi czegoś (kluczowego) brakuje. Lady, dziewczyna, która wyrwała się z zapyziałej wioski, z wrednej rodziny, też nie marzy o ratowaniu świata, tylko szacunku innych i dobrych zarobkach. Cała ekipa nie zna się na wszystkim, popełnia błędy, daje sobą manipulować i to ponownie bardzo miła odmiana UF (tu sprawdza się też to, co pisałam przy okazji cyklu Między światami). Jeśli o mnie chodzi, to odmiana bardzo potrzebna. Plus, nie ukrywajmy, kto z nas nie tęskni za czasami studenckimi (a przynajmniej niektórymi ich elementami?), a wycieczka do świata magicznego akademika i zwariowanych wykładowców ten powrót nam zapewni.

Śmieję się nieraz, że Marcin Mortka i Magda Kubasiewicz to ludzie, którzy nie sypiają, bo piszą. Nie dość, że ich kolejne pozycje pojawiają się na rynku niezwykle szybko, to jeszcze bardzo dobrze się je czyta, ilość zdecydowanie nie szkodzi jakości. Czy tak jest i w przypadku Czarodziejki? Raczej tak, w dodatku przyznam, że szczerze liczę na to, iż jeszcze kiedyś zawitamy w świecie Lady, Agniesi i Złomira, bo choć ten tom może być potraktowany jako zamknięta całość, to zdecydowanie zostało jeszcze bardzo wiele do powiedzenia i wykorzystania. Oby!

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Reymonta, wyd. SQN, Kraków 2023.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Beztroskie lata... z odrobiną magii

Lata 60. w małym miasteczku w południowej Alabamie nie wydają się czymś, o czym warto czytać i pisać. Cóż ciekawego może się dziać w miejscu, które liczy sobie półtora tysiąca mieszkańców, znajduje się cała jedna kawiarnia i aż cztery kościoły? W dodatku duchy przeszłości nie zdołały całkowicie opuścić Zephyr, gdzie czarnoskórzy wciąż mieszkają na oddzielonym terenie, a nie wszyscy traktują ich jeszcze z szacunkiem?

A jednak! Dla młodych, nastoletnich chłopców, do których należy Cory Mackenson i jego przyjaciele, to kraina magiczna, pełna cieni, szeleszczących duchów i niesamowitości, przepełniającej ją na każdym kroku. Nie wszędzie przecież żyje potwór rzeczny, grasuje Lucyfer, a koloryt lokalnym wydarzeniom nadaje Dama, murzyńska staruszka, bez wątpienia mając kontrakt z innym światem i to jeszcze po tej stronie, a pewnych rzeczy „należy po prostu przestrzegać na wypadek gdyby wyroki Boże okazały się bardziej nieodgadnione niż my, chrześcijanie, zdolni jesteśmy pojąć”.

Jednak jeden rok ma się zapisać w świadomości Cory’ego szczególnie mocno, gdyż już na wiosnę wraz z ojcem staje się nieoczekiwanie świadkiem tragicznego wypadku, w którym życie traci mężczyzna, uwięziony w tonącym samochodzie. Czy jednak aby na pewno jest to wypadek? Cory znajduje pewien trop, wskazujący na fakt, że za tym wszystkim może ktoś stać. Jego tata także przeżywa to, że nie mógł komuś pomóc, bo może jest i zwykłym mleczarzem, ale również (a raczej przede wszystkim) dobrym człowiekiem, wychowującym syna na kogoś odważnie stawiającego czoła kolejnym wyzwaniom życia, nawet jeśli będzie to bardzo niekonwencjonalne użycie miotły, które zaskarbi mu szacunek Damy i zagwarantuje dar, pozwalający przetrwać potyczki i starcia. I kiedy przychodzi lato, na Cory’ego czeka niejedna pułapka – od tych zwykłych, spowodowanych szemranymi interesami sąsiadów, po te, które wydają się kompletnie nie na miejscu w południowej Alabamie lat 60.

Magiczne lata, jak przyznaje autor, to książka autobiograficzna, ale myliłby się ten, kto dostrzeże w głównym bohaterze Roberta McCammona. Jego osoba pojawia się gdzie indziej, wśród wielu prawdziwie i doskonale sportretowanych mieszkańców Zephyr. Bo opowieść o Corym, jego rodzinie, sąsiadach i znajomych nie wydaje się tak oczywista, jak chcieliby tego czytelnicy lekko kategoryzujący kolejne lektury – jest po części obyczajowa, po części sensacyjna, na dodatek okraszona nutką niesamowitości, fantastyki i horroru. Nade wszystko jest jednak znakomita, świetnie napisana i wciągająca, nawet bardziej niż To Kinga lub Letnia noc Dana Simmonsa, do których się ją często porównuje. Atmosfera tego dusznego, małego miasteczka została wręcz wyczarowana na kolejnych kartach książki i życzę Wam serdecznie, byście się dali nią omotać.

Robert McCammon, Magiczne lata, tłum. Maria Grabska-Ryńska, wyd. Vesper, Czerwonak 2022.

poniedziałek, 19 czerwca 2023

Bohaterka... mimo woli

Urban fantasy często kojarzy się czytelnikowi nie tylko z magicznymi okolicznościami przyrody w naszych codziennych realiach, ale także z wymiatającymi, dzielnymi bohaterami, którzy z wdziękiem i urokiem kopią tyłki i ratują świat albo swoje miasto – przynajmniej raz na tom. Niektórym wręcz blisko do klasycznych Mary Sue bądź Garych Stu, ale to także element tego, co czyni UF tak charakterystycznym. Co zatem powiecie na serię, gdzie bohaterka zasadniczo nie ma żadnych mocy, a co więcej – jest sprzątaczką w przedszkolu?

Agatę Filipiak poznajemy, gdy przyjmuje tę wymagającą stalowych nerwów pracę. Wprawdzie ma być tymczasowa, w końcu trzeba się gdzieś zaczepić, żeby mieć na życie po tym, jak rzuciła robotę w wydawnictwie ze względu na romans z uznanym pisarzem (pewną rolę w wydarzeniach odegrała również zainteresowana skrzatka domowa). Przedszkole okazuje się dosyć wymagającym miejscem – nie tylko ze względu na szalone pomysły dzieciarni, ale jakąś klątwę, która wydaje się nad nim ciążyć. A to ktoś sfajda się bardziej niż zazwyczaj, a to ukaże się duch dawnej nauczycielki, poległej na placu boju, a to inne dzieciątko stanie w płomieniach podczas zabawy na podwórku... Niektóre maluchy wydają się także takie trochę nie z tego świata. Co więcej, mamą jednego dziewczątka okazuje się również... mama Agaty.

Ta sama, która odeszła od swojej rodziny z kochankiem. Ta sama, która zostawiła męża z małym dzieckiem. Ta sama, od której Agata dostała nietypowy wisiorek ze smokiem, zawsze noszony przez nią na szyi. Spotkanie po latach okazuje się traumatyczne tylko dla córki – matka ma ważniejsze sprawy na głowie, a są to sprawy związane z żyjącą w ukryciu społecznością osób o niesamowitych talentach... mogących się okazać bardzo przydatnymi, jeśli ktoś marzy o nowym porządku świata!

W serii Między światami dotychczas ukazały się dwa tomy: Tajne przez magiczne i To nie jest kraj dla słabych magów. Pierwszy daje nam szansę bardzo spokojnego zapoznania się ze światem wykreowanym przez autorkę, co więcej, robi to z punktu widzenia przeciętnego człowieka, a to sprawia, że nieco łatwiej nam zrozumieć zagubienie bohaterki, odkrywającej nową rzeczywistość. Fakt, iż akcja rozgrywa się w większości w przedszkolu, czasami dodaje pewnego „elementu szokującego”, bo pewne rzeczy dziejące się w tym miejscu zdecydowanie tam akurat wydarzyć się nie powinny – tam albo w jakiejkolwiek placówce mającej do czynienia z mniej lub bardziej nieletnimi. Ale hej – niejedno urban fantasy przyzwyczaiło nas do tego, że uwikłani w magiczne wydarzenia lekko nie mają!

To nie jest kraj dla słabych magów umożliwia nam z kolei jeszcze głębsze zanurzenie się w rzeczywistości stworzonej przez Katarzynę Wierzbicką, a poświęcony jest szeroko zakrojonemu planowi Angeli, matki Agaty, i jej małżonka. Poznajemy między innymi kulisy magicznej polityki, dowiadujemy się więcej na temat pozornie bezpiecznej bańki naszej bohaterki, a i nierzadko władujemy się w krwawą kabałę. Jednocześnie przyznam, że druga część wydaje mi się bardzo zgrabnie zamykać całość, i teraz, gdy wiem, że w przygotowaniu jest kolejny tom, zżera mnie ciekawość, co tam jeszcze się wydarzy i czemu stawią czoła Agata, jej kompan Dawid i jego przydupas wampir-zakapior.

A zatem jakie wrażenie? Bardzo pozytywne! Szczególnie podoba mi się perspektywa Agaty, zwykłej śmiertelniczki, a także możliwość zajrzenia za przedszkolne kulisy. Pamiętam głównie własne lata w tym przybytku, więc to taka nieoczekiwana podróż do przeszłości, w dodatku opisana przez kogoś, kto to wszystko zna od podszewki – Kasia jest wszak nauczycielką przedszkolną! Jeśli zatem szukacie UF, w którym obok motywów standardowych (wampiry i inne takie) pojawiają się elementy mniej typowe, choć ostatnio zyskujące na popularności (mitologia słowiańska), a bohaterka nie niszczy wrogów jednym ruchem brwi – gorąco zachęcam!

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, wyd. Spisek Pisarzy, Kraków 2021.

Katarzyna Wierzbicka, To nie jest kraj dla słabych magów, wyd. Spisek Pisarzy, Kraków 2022.

wtorek, 6 czerwca 2023

No zawsze coś!

Przywykliśmy już do Tereski Trawnej i jej nieziemskiego pecha, ale już już wydawało się, że codzienność wróciła do normy (w końcu teściowa i matka w domu). Jednak życie upomina się o swoje ofiary, do Tereski dociera zatem zaproszenie na urodziny babuni Sławy. Niewinne, prawda? W końcu co może pójść nie tak, ukochana staruszka, rodzinka może jakby mniej, ale kilka godzin obecności na rodzinnym sabacie nie zaszkodzi najbardziej niestabilnemu umysłowi, a co dopiero Teresce wspartej kilogramami kasztanków? Prawda?

Nawet my wyczuwamy już podstęp jak stąd na Hel, choć nikt nie mógłby się domyślić tego, że gdy Trawna wraz z Maciejką stanie pod drzwiami z kwieciem, najlepszymi życzeniami i olbrzymimi nadziejami na przepyszny tort, ciotka zatrzaśnie jej owe dźwierza pod nosem z najwyższym oburzeniem – w końcu głupie dowcipy też mają swoje granice! Jak bowiem można gromko oznajmić „Sto lat”, kiedy mieszkańcy rodzinnej siedziby Jędrzejczyków (czyli rodziny naszej bojowej księgowej po mieczu) wybierają się właśnie na pogrzeb niedoszłej (a może w sumie doszłej?) solenizantki? Tak tak, oto ślepe szczęście Tereski – przybyła na urodziny, trafiła na pogrzeb.

No dobrze, po stypie teoretycznie też można się wymiksować z uroczego towarzystwa i wrócić do spokojnego domu i towarzystwa człowieka-labradora... Pamiętacie „pech” – słowo-klucz? Właśnie, właśnie, klucz to sedno sprawy, bowiem po pogrzebie, gdy kochająca (lub nie) rodzinka staje zmarznięta na progu, okazuje się, że nikt z obecnych nie dysponuje kluczami ani nawet wytrychami, jednak pamiętające szczenięce lata kuzynostwo przypomina sobie, iż przecież można wejść przez okno na półpiętrze... Na ochotnika do dokonania tego karkołomnego wyczynu zgłasza się Tereska, zaprawiona w bojach, boksie, ale już niekoniecznie wspinaczce. I jakkolwiek przez okno wleźć da rady... tak zejście ze schodów stanowi pewien problem, bohaterka nasza zlatuje zatem na mo... znaczy się na łeb na szyję i w efekcie kończy z unieruchomioną kostką. A to oznacza, że musi zostać na kilka dni w gronie kochającej rodziny, Maciejka nie dysponuje bowiem prawem jazdy, a małżonek cierpi na dolegliwości związane z pęcherzem. I może nie byłoby w tym wszystkim nic strasznego, gdyby nie fakt, że za kilka dni Boże Narodzenie, stan osobowy najdroższych krewnych nie ulegnie zmianie, obecna głowa rodziny nie uznaje wymówek, jeśli chodzi o udział w przygotowaniach do czczenia, a na dodatek zapewnia nieszczęsnej poszkodowanej atrakcje w postaci gaci po babce. Znaczy czystych, acz lekko pożółkłych, bo pochodzących z żelaznego zapasu doświadczonej PRLem cioteczki.

Brzmi koszmarnie? A to dopiero początek, bo już wkrótce na scenę wkracza trup... znaczy notariusz, który szybko zejdzie z tego świata w okolicznościach z lekka podejrzanych. Między niejasnymi podejrzeniami, porządkami świątecznymi, które najtwardszego by złamały, rozwalającymi się elementami rodzinnej siedziby, na światło dzienne wychodzą pewne skomplikowane fakty rodzinne, o których nikt nie wiedział... ale czy na pewno? Dlaczego nagle wieszanie firanek okazuje się bardziej karkołomne niż zazwyczaj, a wyrzucane gazety powinno się solidnie przejrzeć? Tak, tak, nie spodziewajcie się łatwych Świąt, jeśli chodzi o Tereskę i jej nieco zbzikowaną rodzinę...

Dawno nie zdarzyło mi się czytać książki okołoświątecznej w szalonym, czerwcowym rozkwicie wiosny, ale okazuje się, że przy dobrej lekturze nawet lekki dysonans pór roku nie przeszkadza. Przygody Tereski jak zwykle wciągają i bawią do łez, nie tylko szalonymi, nieoczekiwanymi zwrotami akcji i barwnymi bohaterami, ale także dzięki absolutnie cudownemu językowi Ałtorki! Porównania, zwróćcie uwagę na porównania, bo ja przy połowie płakałam łzami niczym niezmąconej, olbrzymiej radości. Generalnie jest zabawnie, szaleńczo, ale jednocześnie poważnie i niekiedy przypomina się, że z rodziną to czasem na zdjęciu, ale i to najlepiej w środku, bo z boku człowieka wytną. Dobra rozrywka? Jak najbardziej, w dodatku od czasu do czasu skłaniającej do przemyśleń. Żądam więcej Tereski, która po lekkim obniżeniu formy w Efekcie pandy, teraz już do niej zdecydowanie wróciła!

Marta Kisiel, Zawsze coś, wyd. Mięta, Warszawa 2023.

niedziela, 28 maja 2023

Człowiek... czy diabeł?

Graham Masterton jest w naszym kraju znany przede wszystkim ze swoich horrorów (i poradników seksualnych) jednak szeroki krąg jego fanów orientuje się również, iż jest on autorem powieści historycznych (albo przynajmniej osadzonych w historycznych dekoracjach). Nie ukrywam, że sama należę do tego grona, więc mimo iż ostatnie powieści autora mocno mnie rozczarowały (lub straszliwie zniesmaczyły, a zważywszy na specyfikę jego twórczości, jest to mocno zaskakujące), po kolejną książkę sięgnęłam bez większego wahania.

Akcja Szkarłatnej wdowy rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku, a jej bohaterką jest Beatrice Scarlet – kobieta, jak na tamte czasy, bardzo nietypowa. Od dzieciństwa kształcona przede wszystkim w trudnej i wymagającej sztuce aptekarskiej przez swego ojca, po jego śmierci zostaje zmuszona do porzucenia badań w laboratorium i udania się do ciotki, jedynej krewnej, mogącej się nią zaopiekować, a następnie wychodzi za mąż za pastora i wyjeżdża wraz z nim do Ameryki. Beatrice okazuje się być bardzo szczęśliwa w tym związku, a gdy mijają kolejne lata, na świat przychodzi synek państwa Scarlet i wszystko wydaje się układać jak najlepiej. Do czasu.

Oto w osadzie, w której mieszkają, zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, choć z początku nic nie wskazuje na działanie sił nadprzyrodzonych – ot, padają świnie, koń, dzieci chorują, jednak kiedy na scenę wkracza tajemniczy pan Shooks, problemy małej społeczności stają się coraz bardziej skomplikowane i dziwnie zalatują siarką. Czy rzeczywiście pragnie on tylko pomóc, a wysoka cena, której żąda, jest odpowiednią opłatą za utrzymanie złowrogich demonów na wodzy? A może mamy do czynienia z wiedźmami, w końcu wszyscy są świadomi tego, co wydarzyło się nie tak dawno w Salem, a pod ręką znajduje się idealna potencjalna winowajczyni? Jedynie Beatrice, kobieta o niespotykanej wiedzy i otwartym umyśle, może dojść do sedna sprawy i ustalić, czy za wszystkimi tymi wydarzeniami kryje się człowiek... czy diabeł?

Szkarłatna wdowa nie jest może dziełem wybitnym, ale czuć w niej wprawną rękę rzemieślnika, potrafiącego uknuć intrygę i poprowadzić ją tak, by czytelnik – choć domyślający się już rozwiązania – do końca powieści pochłaniał kolejne rozdziały z zapartym tchem. Jak to u Mastertona, postaci nie są może wspaniale napisane, niejednoznaczne czy wyjątkowe, nakreślono je jednak tak, że bez wahania kibicujemy tym walczącym o prawdę i dobro. I choć w książce nie brakuje opisów mocno graficznych, nie stanowią one jej sedna, są ilustracją, nie powodem, dla którego powstała. To powieść nie tylko dla miłośników horrorów, ale także procedurali czy kryminałów. Zdecydowanie polecam!

Graham Masterton, Szkarłatna wdowa, tłum. W. Marcysiak, wyd. Albatros, Warszawa 2022.