piątek, 10 lipca 2020

Doprawdyż upiorne!

Opuszczony pałac w Liszkowie ma długą i bogatą historię… Jedną z najpopularniejszych opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenia, a dotyczących tego miejsca, jest ta o dwóch szlachciankach i służącej, które postanowiły nieco się rozerwać, używając do tego armaty po pradziaduniu… Następna okazała się już historią o trzech damskich duszyczkach straszących w okolicy…

Przed Lukrecją, Kornelią i Marcysią stanie wyzwanie – w ramach pokuty za grzechy muszą przez skromne kilkaset lat zadbać o majątek przodków. Podobnie jak James Bond, mają licencję na zabijanie, a w dodatku posiadają dosyć bujną wyobraźnię. Sprzymierzeńcy na ziemi również chętnie dopomogą w walce o zachowanie dóbr hrabiów Liszkowskich, a wrogów… no cóż, cytując pana Mulgaarda, „mnogo a mnogo”. Kolejne powstania, a potem szaleństwa XX wieku – II wojna światowa, ruskie, ustrój słusznie miniony… zajrzymy nawet w przyszłość!

Jak widać, duchów u mnie dostatek :D nawet takich z Bolesławca ;)

Bohaterkami Upiora w ruderze teoretycznie są owe trzy pokutujące duszyczki, ale po drodze zdążymy się zapoznać z kilkoma innymi osobami – Pawłem hrabią Liszkowskim i kapitanem Gryfem, oboma walczącymi w AKowskiej partyzantce, kamerdynerem Nepomucenem, konfidentem Piotrowskim, majorem Kabanowem, towarzyszem Kociubą, muzealnikiem Rosołem, a co najistotniejsze: nędznym złodziejaszkiem Kukułą. Ten ostatni będzie towarzyszyć nam przez całą lekturę i śmiem twierdzić, że jest to jeden z najlepiej pokazanych przykładów zakłamywania rzeczywistości przez powojenną propagandę, jaki czytałam. „Genialny” plan Scharführera Hansa Nockerla, zakładający rzeź nieistniejącej sowieckiej partyzantki pustoszącej okolicę, okazał się wodą na młyn powojennych władz… kolejne etapy kariery lejtanta Kukuły wywołują szczery, słowiański uśmiech na twarzy czytelnika, który powoli gaśnie, kiedy ten uświadomi sobie, że to wcale nie musiałaby być fikcja literacka…

Motyw Kukuły jest też absolutnie najlepszym, co ma do zaoferowania najnowsza książka Pilipiuka. Owszem, jest lekko i zabawnie, ale lekkość wydaje się wynikać z tego, że głębi w niej z georadarem szukać, a zabawnie, bo… Bo to te wszystkie stare ugrane motywy naszego Wielkiego Grafomana, obliczone na wywołanie tego jakubowego rechotu. Kolejne opowiadania są wyjątkowo schematyczne, dobrzy są dobrzy i szlachetni, źli do swojego zła dorzucają absolutną tępotę. Straszące dziewczyny pojawiają się tam, gdzie trzeba pomóc w stylu deus ex machina i tak naprawdę poza kilkoma naprawdę niezłymi motywami (rozbieranie się przed malarzem) po prostu nudzą, zwłaszcza podkreślanym nadmiernie „konfliktem klasowym między Kornelią i Lukrecją a Marcysią”.

Tak, wiem, ciężko zaliczyć większość twórczości Andrzeja do dzieł głębokich, przecież to twórca Jakuba Wędrowycza! Jednak nawet książki humorystyczne Pilipiuka trzymają niekiedy niezły poziom i aż się chce do nich wrócić. Problemem jest to, że tu materiału mogłoby starczyć na dłuższe opowiadanie (ot, choćby jak w Przyjacielu człowieka), a rozwleczona powieść i owszem, starcza na wieczór, nawet zabawny, ale potem… potem wszystko ulatuje z pamięci i w głowie zostaje tylko ogólny zarys akcji i poczucie, że no owszem, niby się uśmiechnęłam, ale tak naprawdę to książka o niczym. Bardzo urocza i sprawnie napisana, ale o niczym.

Powiedziałabym, że Upiór w ruderze może być niezłym wyborem na wakacje, ale z drugiej strony w księgarniach można znaleźć tyle innej, letniej, zdecydowanie ciekawszej literatury… To zdecydowanie książka dla zatwardziałych fanów Pilipiuka, nie mających najmniejszych zastrzeżeń do kolejnych odsłon Jakuba, biorących w ciemno wszystko, co spod pióra Wielkiego Grafomana wyszło. Mnie trochę przypomina drugą część Wampira z M3, kompletnie nie pamiętam, co tam się właściwie działo, a i tak jakoś mało tego rechotu było… po prostu upiornie słabo... Więc jeśli lubicie pewne dzieła Andrzeja, a inne przyprawiają Was o ból zębów… zostaliście ostrzeżeni…

Andrzej Pilipiuk, Upiór w ruderze, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.

sobota, 4 lipca 2020

W upalną letnią noc...


Któż z nas, uczęszczając do szkół różnych, nie twierdził, że to siedziba zła? Któż z nas nie podejrzewał, że niektórzy nauczyciele wybrali ten zawód, żeby po prostu znęcać się nad małoletnimi uczniami? Każdy miał chwilę zwątpienia, a niejednemu szkoła do dzisiaj kojarzy się ze straszliwym koszmarem. Nie da się ukryć, że podobnie jest w przypadku bohaterów Letniej nocy Dana Simmonsa.

Mamy rok 1960, w miasteczku Elm Haven zaczynają się właśnie wakacje... Jeszcze tylko zostało przetrwać nudny ostatni dzień, a potem hulaj dusza, piekła nie ma! Niektórzy już zresztą nie mogą wytrzymać w dusznej sali i pod odwiecznym pozorem odwiedzenia toalety idą szlajać się po szkole, w końcu to ostatnia szansa – w czasie letniej laby ma zacząć się jej rozbiórka! Jednak w pewnych przypadkach lepiej nie drążyć zbyt głęboko… bo potem rodzina może zacząć takiego delikwenta intensywnie poszukiwać… Dla grupki bohaterów naszej książki początkowo jest to jednak bez znaczenia, wreszcie można ruszyć na rower, eksplorować pobliskie zakątki czy wybrać się na seans kina przyjazdowego… Ciepło i beztroskę zaczynają jednak wkrótce zakłócać tajemnicze wydarzenia, już od samego początku wydające się niesamowicie złowrogie, a wszystko oscyluje wokół starej szkoły i jej personelu… Zagadki mają jednak to do siebie, że trzeba i można je rozwiązywać, a oczytany i zapalony detektyw może się tego podjąć niezależnie od wieku. Wiadomo także, że gdzie jeden sobie nie poradzi, pomoże grupa! Choć szukanie odpowiedzi jest śmiertelnie niebezpieczne, kolejne kawałki układanki powoli wskakują na miejsce…


Letnia noc jest reklamowana jako dzieło, które zainspirowało serial Stranger Things, jednak moim zdaniem mogą po prostu stanąć koło siebie na półce, w dziale Dziwne rzeczy w małym, amerykańskim miasteczku. Oczywiście, porównania z Kingiem i To nasuwają się same, tym bardziej że opowieść o diabolicznym klaunie jest o pięć lat wcześniejsza. Simmons pisze dobrze, nie do końca dorównuje jednak Kingowi i osobiście mam wrażenie, że It jest jednak nieco lepsze. Weźcie jednak pod uwagę słowo „nieco” i to, że zdecydowanie bardziej gustuję w źle tajemniczym, nienazwanym, pradawnym (dobra, niech będzie: bluźnierczym), a nakreślanie szerokiego historycznego tła z nutą niesamowitości zawsze mi dobrze robi. Owszem, takie elementy pojawiają się i w Letniej nocy, jednak mam wrażenie, że w tym przypadku wybór konkretnego punktu zaczepienia w przeszłości, zaplątanie tego w teorie spiskowe i mitologię egipską niekoniecznie zrobiło historii dobrze. Oczywiście, pomogło wzmocnić efekt „pradawnego zła”, jednak troszkę zachwiało moim zawieszeniem niewiary, a co więcej – nijak się nie miało do głównych adwersarzy.

Pamiętacie może, że w książkowym To Pennywise przybierał postać tego, czego ludzie bali się najbardziej? Ścigały ich własne koszmary, a przecież każdy się czegoś boi, choć nie każdy tego samego… U Simmonsa zło przejawia się w reanimowanych zmarłych oraz obrzydliwych, potwornych stworach, które jednak są… troszku nijakie… i w gruncie rzeczy nie nawiązują specjalnie do historii owego jądra ciemności. Ponadto, mimo że protagoniści nakreśleni są fenomenalnie i bardzo szczegółowo, cudownie wiarygodnie – nieraz można wręcz poczuć zapach panujący w ich domach, opisy są świetne! – to antagoniści stanowią szereg postaci nakreślonych dosyć grubą kreską, nie znamy ich motywacji, nie wiemy o nich zbyt wiele… a przecież także mieszkają w tym samym miasteczku, nierzadko od lat!

Nie przeszkadza to jednak w odbiorze książki – co więcej, uważam, że jeśli ktoś lubi takie nostalgiczne opowieści o małych amerykańskich miasteczkach, w których nagle COŚ zaczyna się wydarzać, powinien sięgnąć po Letnią noc choćby po to, by porównać ją z książką Kinga – warto! Simmons bardzo sprawnie operuje słowem, znakomicie opowiada historię, podchodzi do niej nieco inaczej… Poza tym zaczęły się całkiem upalne wakacje – w takim razie warto poczytać o wakacyjnych przygodach, które przydarzyły się dawno temu grupce świetnych, inteligentnych – choć niepozbawionych wad nastolatków… Polecam!

Dan Simmons, Letnia noc, tłum. A. Nakoniecznik, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Bardzo dziękuję Monice za polecajkę!

sobota, 20 czerwca 2020

Zdecydowanie dobre gliny!


Właściwie to powinna tu pojawić się recenzja kolejnego horroru, tym razem książkowego, który pochłonęłam dzięki koleżance Monice. Pewnie się pojawi, choć mam strasznie mieszane uczucia i ciężko mi się za nią zabrać. Zbliża się lato, czas cudownie przyjemnych i lekkich lektur, polecę Wam zatem serię, którą i mi polecono (tym razem była to pewna bogini książek :)) – polskie kryminały. Ja w ogóle bardzo lubię polskie kryminały, zwłaszcza peerelowskie, a jak jeszcze są dobrze napisane, to dlaczego nie?

Mowa o serii Małgorzaty Rogali, opowiadającej o przygodach dwojga policjantów: Agaty Górskiej i Sławka Tomczyka. Cykl liczy już 7 tomów i mam nadzieję, że szybko pojawią się kolejne! Agata i Sławek pracują w stołecznej komendzie policji, w wydziale zabójstw i na co dzień mają do czynienia z tą nieco paskudniejszą stroną teoretycznie cywilizowanego miasta. Oboje mają swoje wady i zalety, mają też przeszłość, żadne nie jest nieskalane niczym ta lelija, acz nadal pozostają tymi dobrymi glinami, dla których najważniejsza jest sprawiedliwość (bardzo widać to w finale Cichej nocy). Niestety, czasami sprawia to, że są potwornie wręcz przewidywalni… Wraz z Agatą i Sławkiem poznamy także ich współpracowników, rodziny i przyjaciół, nierzadko przysparzających nawet gorszych problemów niż najbardziej zatwardziali przestępcy. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodsze rodzeństwo! Perypetie siostry Sławka nierzadko okażą się dosyć kluczowe dla rozwiązania zagadki. To sprawia, że do każdego kolejnego tomu wracamy jak do znajomych, spragnieni informacji, co tam się w międzyczasie wydarzyło. Nie są te ploteczki nam niezbędne do życia, ale jakże przyjemnie ich wysłuchać… Choć przyznam nieśmiało, że już pragnę poszerzenia kręgu bohaterów… ale w gruncie rzeczy nic w tym dziwnego, że każdy zna każdego – w końcu podobnież między każdym człowiekiem na świecie jest tylko kilku znajomych.

Każda z książek poświęcona jest jednej sprawie (nie, nie znajdziecie tam spraw prostych w stylu dwóch facetów pobiło się nożem o konkubinę), jednak tworzą spójną całość i warto jednak czytać je w kolejności, bo czasem jedna zagadka wynika z drugiej. Nie, nic się tam nie snuje jak smród za
zaciężnym wojskiem, ale jeden telefon czy sugestia rzucona przypadkiem (albo wychodząca w toku śledztwa) ewoluuje w kolejne śledztwo – tak dzieje się zwłaszcza w przypadku pierwszych trzech tomów. To dobre rozwiązanie, bo zaciekawi stałych czytelników, ale jednocześnie nie doprowadzi do szewskiej pasji tych, którzy już wiedzą, że nie sięgną po kolejną pozycję, ale i tak są ciekawi, kto zabił.

Bardzo podoba mi się w cyklu widoczna na każdym kroku współczesność – to Warszawa naszych czasów, z barkami kawowymi, korpo, smyczami, komórkami, barkami lunchowymi, internetami, Fejsbukami i różnymi problemami trapiącymi ludzi właśnie w takich, a nie innych okolicznościach przyrody. Moją najulubieńszą częścią pozostaje Dobra matka, podejmująca kwestię dosyć istotną, zwłaszcza w dobie social mediów, mianowicie prywatności użytkowników rozmaitych portali i co istotne – prywatności członków ich rodziny. Bardzo interesujące podejście do tematu, a przy okazji ciekawa zagadka kryminalna. W jakiś sposób bawi się tym również Zastrzyk śmierci, gdzie pojawiają się z kolei inne portale. W ogóle współczesna technologia, nierzadkie ślepe w nią zapatrzenie, programy typu reality show potraktowane są przez Rogalę jako element rzeczywistości i bardzo słusznie. W dodatku autorka naprawdę bardzo umiejętnie to pokazuje!

Wspominałam, że nieczęsto pojawia się u niej taka zwykła, bezrefleksyjna przemoc, ataki czystej brutalności – nie, bohaterowie i antybohaterowie Rogali mają do czynienia z problemami takimi jak wielu bohaterów reportaży obyczajowych. Zaskakująco wiele obraca się wokół seksu, począwszy od tajemnicy w przeszłości Agaty i bywa to już czasem męczące, bo praktycznie motyw ten pojawia się w każdej książce, na szczęście jednak nie dominuje całkowicie całego przekazu i można przezwyciężyć chwilową irytację.

Czasami jednak autorka wpada w pułapkę schematyczności i to jest już duży grzech. Szczególnie odczułam to w tomie Grzech zaniechania, gdzie w sprawie, nazwijmy to drugorzędnie kryminalnej, a pierwszorzędnie istotnej dla Górskiej i Tomczyka, wszystko przedstawiono czarno-biało. Nie ma tam miejsca na szarość, domysły czy niejednoznaczność… Wredna pani prokurator, nieprzygotowany sędzia, głupi i prymitywny policjant, a na deser kompletnie przewidywalne rozwikłanie morderstwa przyprawiły mnie o zgrzytanie zębów i chęć rzucenia książką do celu przez okno do stojącego na podwórzu kosza na papier. Ale to nie była moja książka i chyba tylko to ją uratowało… A szkoda, bo pierwszorzędna kryminalna sprawa naprawdę mnie zaciekawiła i bardzo dobrze zdołała przedstawić znany ostatnimi czasy problem trapiący wielu pedagogów i psychologów…

W Ważce jednym z istotnych tropów prowadzących do rozwiązania zagadki okazuje się odkrycie tożsamości i płci autora pewnej pojawiającej się tam książki – „Tego nie mógł napisać facet, tu wyraźnie widać sposób myślenia kobiety!”, oznajmia Górska i to samo możemy w gruncie rzeczy powiedzieć również o całości cyklu. Nie jest to – brońcie bogi – wada, ale ktoś, kto spodziewa się
silnego męskiego kryminału, musi poszukać półki z Mrozem (podobno, ja przeczytałam jego jedną powieść i NIGDY WIĘCEJ). Wyraźnie widać, że Rogali łatwiej opisać psychikę i zachowania kobiet (nic dziwnego), dlatego też są one bardzo wyrazistymi postaciami. Na wiele spraw, także damsko-męskich, spogląda właśnie z kobiecej perspektywy i nie drażni to, kiedy czytamy o rzeczach przedstawianych z punktu widzenia Agaty. Jednak gdy tak samo zaczyna zachowywać się Tomczyk, trochę mnie to drażni, bo zwraca uwagę na rzeczy, które są właściwe dla kobiet i w ogóle sposób opisywania tej postaci jest taki właśnie… bardzo kobiecy. Nie przeszkadza to w lekturze książek i czerpaniu przyjemności z rozwiązywania zagadek kryminalnych, ale przy 5 czy 6 tomie sprawia, że Sławek zaczyna nieco irytować właśnie tą sprzecznością – jest w pewien sposób bardzo kobiecy, a jednocześnie opisywany jako twardy męski glina…

Jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego cyklu, który prezentuje interesujące zagadki kryminalne bardzo mocno osadzone we współczesności, nie musicie szukać dalej. Małgorzata Rogala to doskonały wybór, również na wakacje – polecam zacząć od wzięcia jednego lub dwóch tomów. Ostrzegam, że wciąga!

Małgorzata Rogala, Zapłata, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.
Małgorzata Rogala, Dobra matka, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.
Małgorzata Rogala, Ważka, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.
Małgorzata Rogala, Zastrzyk śmierci, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.
Małgorzata Rogala, Grzech zaniechania, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018.
Małgorzata Rogala, Punkt widzenia, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2019.
Małgorzata Rogala, Cicha noc, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2019.

czwartek, 11 czerwca 2020

Kropla grozy zawsze lepsza niż morze krwi


W każdym porządnym gotyckim horrorze musi znaleźć się upiorna rezydencja. Tak będzie i w przypadku The Lodgers. Przeklęci – tym razem zamieszkują ją bliźnięta Rachel i Edward. Nie, bliźnięta nie są upiorne, zamieszkują tam od urodzenia, właśnie obchodzą 18 urodziny. Wszystko wskazuje na to, że dorastając, musiały się stosować do reguł niesamowitych opiekunów (nadzorców?), a jedną z nich poznajemy już na samym początku filmu – „Bądź w łóżku przed północą”. Brzmi jak całkiem rozsądna zasada, jednak nic nie tłumaczy absolutnej paniki Edwarda, kiedy Rachel zasiedziała się nad jeziorem i wbiega do pokoju dopiero z wybiciem dwunastej… Do czasu. Inna reguła przestrzega przed wpuszczaniem obcych za próg tego wielkiego domiszcza, a kolejna, by rodzeństwo zawsze się wspierało i nie opuszczało… Znowu: nic nie wskazuje na to, by ustalał je jakiś szaleniec… Niemniej kiedy zdamy sobie sprawę z tego, że rodzeństwo prawie nie widuje innych ludzi (zaledwie wyprawiając się po zapasy), a przyjazd prawnika zajmującego się opłakanymi finansami rodziny przebiega w „nieco” dziwnej atmosferze, doskonale zdamy sobie sprawę z tego, że coś tu nie gra. Do czego dążą opiekunowie i dlaczego każde kolejne pokolenie zamieszkujące w rezydencji to bliźnięta zrodzone z bliźniąt?

Jak już zdążyliście się mnóstwo razy zorientować, lubię horrory. Nie znaczy to oczywiście, że nie mam preferencji i doskonale mi obojętne, czy oglądam slasherek w stylu Oszukać przeznaczenie czy piękne kameralne dzieło w stylu Kobiety w czerni. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że u podstawy chęci bycia przerażoną od wieków leży nasze ludzkie upodobanie do makabry, jednak wolę, by ta krew nie lała się strumieniami na ekranie, bo czasami wystarczy zaledwie kropla, by poczuć ciarki na plecach. Tak jest także w przypadku The Lodgers – a rzeczona kropla to wcale nie przenośnia!


Rozpadający się stary dom, który niemal przez ekran emanuje zapachem i atmosferą rozkładu, ocieka wilgocią i tak naprawdę jest więzieniem, to niemalże klasyk. Pytanie jednak, czy to jedyne więzienie? Co sprawia, że więzień wypuszczony poza granice swojej celi karnie do niej wraca? Czy chodzi tu tylko o miłość rodzinną czy jeszcze o coś więcej? Film stawia przed nami piętrzące się pytania, jednak skąpi odpowiedzi, skąpi też jednoznacznego określenia zła czyhającego pod podłogą.

To sprawia, że ogląda się go z narastającą ciekawością, bo choć możemy podejrzewać, o co chodzi, powolne odkrywanie pewnych prawd jeszcze bardziej zaostrza apetyt. Oczywiście, wszystko dąży do dość zjawiskowej kulminacji, jednak wszystko rozstrzyga się trochę inaczej niż się tego spodziewamy, przyzwyczajeni do pewnych łatwych amerykańskich fabularnych rozwiązań. Mnie jednak zakończenie na swój sposób zaczarowało, na swój sposób zasmuciło, jak to zwykle w horrorze gotyckim… Jeśli lubicie te ciche ponure rezydencje i Tajemnice Rodzinne, The Lodgers zdecydowanie przypadnie Wam do gustu! Jeśli jednak powolne tempo nie dla Was, możecie się nieco wynudzić.

The Lodgers. Przeklęci, reż. B. O’Malley, wyk. C. Vega, B. Milner, D. Bradley i inni, Irlandia 2017.

wtorek, 2 czerwca 2020

Wot tajemnica - co to właściwie miało być?


Tragedia, która wydarzyła się w nocy z 1/2 lutego 1959 r. u stóp góry Chołatczachl na północnym Uralu niezmiennie pozostaje wodą na młyn wielbicieli teorii spiskowych. Dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy poniosło śmierć w niewyjaśnionych ostatecznie do dziś okolicznościach. Na cześć przywódcy wyprawy, Igora Diatłowa, przełęcz, gdzie doszło do tragedii, nazwano Przełęczą Diatłowa. Jako że ciała ofiar nosiły ślady różnych obrażeń, stało się to przyczyną nie zawsze ortodoksyjnych prób szukania odpowiedzi nie tylko przez rodziny, przekonane, iż władze sowieckie ukrywają prawdę, ale także przez wielu innych całe dziesięciolecia później.

Niedawno z tematem postanowiła zmierzyć się rosyjska pisarka, Anna Matwiejewa, jednak nie robiąc tego w sposób klasyczny, popularno-naukowy, wybierając formę powieści. Jej główną bohaterką jest Anna, również pisarka, zapewne alter ego autorki, która przypadkowo znajduje się w posiadaniu dokumentów (również sądowych) dotyczących zagadki diatłowowców. Choć specjalizuje się raczej w innym rodzaju literatury, postanawia zająć się tematem, jednocześnie odkrywając, że coś wymykającego się bezpośredniemu określeniu wydaje się sprzyjać jej decyzji. W tle poznajemy jej perypetie z byłym mężem, pijanym sąsiadem i namolnym wydawcą…


Zważywszy na to, że już na okładce przeczytamy, iż „Anna próbuje dociec prawdy”, czytelnik nastawia się na książkę detektywistyczną, a może nawet i sensacyjną. W końcu wystarczy przeczytać cztery strony w internecie, by poznać co najmniej dziesięć możliwych powodów śmierci grupki turystów, niektóre bardziej, niektóre mniej fantastyczne, a wszystkie bez wątpienia dość fascynujące. Tymczasem… tymczasem dostajemy kompletne niewiadomoco – bo ciężko nazwać Przełęcz Diatłowa nawet porządną powieścią obyczajową. Tak, tam gdzieś w tle przewija się codzienne życie Anny, były mąż, kot, zapoznana przypadkowo Swieta (niespodzianka, również interesująca się zagadką), ale to są po prostu takie „obrazki obyczajowe”, wklejone ot tak, bo życie Anny po prostu się toczy i żaden wątek nie ulegnie zakończeniu. Zważywszy, ze autorka urodziła się i mieszka w Jekaterynburgu (dawnym Swierdłowsku), jej bohaterka zawita również na cmentarz, na którym pochowano nieszczęsnych turystów, pojawi się nawet Jura Judin (mężczyzna odłączył się przed tragedią od reszty diatłowowców ze względów zdrowotnych, jako jedyny wrócił do domu), ale wbrew egzaltowanym słowom opisującym stan ducha Anny, u czytelnika nie wywołuje to żadnej emocji, ot znowu mamy po prostu naszkicowane jakieś tło. Przyznam, że w pewnym momencie spodziewałam się pewnego wątku sensacyjnego związanego z sąsiadem (naprawdę, prosiło się!), ale niestety, ten temat to po prostu tło codziennego życia naszej pisarki. Mam wrażenie, że Matwiejewa kompletnie nie wiedziała, co ma ze swoją powieścią w ogóle zrobić, bo pojawiają się gdzieniegdzie elementy - powiedzmy – nadnaturalne (i nie chodzi o samą próbę wyjaśnienia tajemnicy diatłowowców, bo przy wielu teoriach aż prosi się o foliową czapeczkę). Jest specjalistką od realizmu magicznego, uznała zapewne, że kilka niezwykłych elementów doskonale ubogaci fabułę. Tylko że nie.

Scenki z życia pisarki przeplatane są fragmentami akt dotyczących diatłowowców, przytoczonych toczka w toczkę, zajmujących zapewne co najmniej połowę książki. Pojawia się też próba podsumowania, przedstawienia teorii próbujących wyjaśnić zaginięcie turystów, jakby ściągnięte żywcem z internetu (chociaż przyznam, że tej o karłach telepatach nie znałam). Koniec końców autorka podaje nam też „swoje” wyjaśnienie sprawy, choć zważywszy na sposób, w jaki to robi, nie mam wrażenia, że się z tym specjalnie zgadza, po prostu wszystko trzeba było jakoś podsumować.

W efekcie czytelnik dostaje pozycję wyjątkowo chaotyczną, jakby nabazgrane w pośpiechu scenki rodzajowe i przeklejone dokumenty. Jeśli liczy na jakiekolwiek SENSOWNE podsumowanie albo i chociaż rozwiązanie akcji fabularnej, rozczaruje się bardzo. Jeśli jesteście zainteresowani samym tematem, lepiej sięgnąć po niektóre internetowe podcasty, wgryzające się w sprawę bardziej szczegółowo i prezentujące wyjaśnienia najbardziej prawdopodobne (tak zdecydowanie popieram teorię podcięcia pokrywy śnieżno-lodowej) – gorąco polecam Z Arpiwum X (filmik poniżej). Książka Matwiejewej jest po prostu straszliwie mierna, zarówno pod względem literackim, jak i sposobu prezentacji faktów. Czujcie się ostrzeżeni!

Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga, tłum. M. Dolińska-Rydzek, wyd. Kobiece, Białystok 2020.

wtorek, 26 maja 2020

Kocie żywoty


Tekst zawiera pewne spoilery (z samego początku książki).

Damian Kot wydaje się człowiekiem, któremu życie układa się całkiem nieźle: ma cudowną dziewczynę Julię, dobry zawód, talent artystyczny i niespokojną duszę, nie pozwalającą mu spocząć na laurach. Ma też niesamowite szczęście, wychodzi cało z wypadków, wydawałoby się, nie dających najmniejszych szans na przeżycie – ewidentnie jest kotem nie tylko z nazwiska. Jak to jednak zwykle bywa, nie czuje się tym do końca ukontentowany, wręcz przeciwnie, czasem złości się na siebie, że może wybrać tylko jedną drogę, pozostałe traktując co najwyżej jako hobby.

Jednak los bywa przewrotny… tuż przed śmiercią dziadek ujawnia mu klucz do wielkiej tajemnicy rodzinnej. Damian rzuca wszystko i „jedzie w Bieszczady”, choć tylko na kilka dni. Tam spotyka dziadkowego sobowtóra i dowiaduje się, że to szczęście ma swoje wytłumaczenie: przeżywa po prostu kolejne przeznaczone mu życia. Jednak ten niesamowity dar można wykorzystać jeszcze w jeden sposób, a dowód na to stoi mu przed oczami. Nieoczekiwanie odkryty członek rodziny tłumaczy to prosto: „Dwa ciała. Dwa umysły. Dwa zestawy wspomnień. Lustrzane odbicia. (…) Dwie takie same osoby.” A ich liczba zależy tylko od tego, ile żyć danemu Kotu pozostało… Nietrudno zatem się dziwić, że Damian pragnie skorzystać z okazji i przeżyć życie w trzech osobach, idealnie, w końcu przecież chciałby żyć na trzy różne sposoby!

Wbrew pozorom, pudełko po pizzy jako tło ma swój sens ;)

Magiczna historia Damiana Kota to jednak nie baśń, tylko opowieść o ludziach: ich pragnieniach, słabości, dobrych i złych stronach. O nietypowym eksperymencie, w wyniku którego można pokusić się o odpowiedź na pytania nękające niejednego naukowca… Co nas kształtuje? Genetyka czy wspomnienia? Czy bliźnięta rozdzielone po okresie dzieciństwa będą miały identyczne życie? Co wpływa na nasze wybory? Otoczenie? Dusza? Talenty? Czy potrafimy oddzielić jedno od drugiego?
Perypetie Kotów nie prowadzą jednak do rozwiązania przyjemnego. Do prostych, zdawałoby się, zagadnień, zawsze dochodzą czynniki nieoczekiwane – miłość, nienawiść, tęsknota… Emocje – najbardziej wpływające na nas samych, na to, jakimi ludźmi jesteśmy. Nie są to zawsze doznania dobre, w końcu od zawsze ścierają się w nas dwie różne strony, dwie różne tendencje, a w dodatku wybór czyjegoś dobra, wcale nie czyni owego wyboru dobrym.

Historia Damiana podkreśla również znaczenie jeszcze jednego czynnika: rodziny i to nie tylko w znaczeniu dziedzictwa – czy to niezwykłego, czy materialnego. Pozwala uświadomić nam coś, co wiedzieli nasi przodkowie, a co w obecnych czasach się rozmywa: nie bez przyczyny starsi uważani byli onegdaj za źródło mądrości. Ich przeżycia, wspomnienia, doświadczenia naprawdę mogą pomóc młodszym pokoleniom, a więzy rodzinne sprawiają, że mogą zrozumieć znacznie więcej niż to się młodziakom wydaje. Mogą pomóc, choć czasami w sposób kompletnie odmienny od tego, jakiego się spodziewamy.

Wreszcie, opowieść o Kotach to swojego rodzaju ostrzeżenie. Każdy nasz wybór, każda próba spełnienia marzeń kieruje nas w pewną stronę. Jednak kiedy próbujemy dokonać tego za wszelką cenę, nagle może okazać się, że odkryjemy coś, co nam się bardzo nie spodoba. Może zatem lepiej prowadzić życie zwykłe, acz urozmaicone tym, co umiemy, co nas fascynuje, co odróżnia nas tak bardzo od innych?

Każdy musi znaleźć swoją odpowiedź. Ja znam swoją i gorąco radzę, byście również spróbowali sprecyzować, która droga Wam najbardziej odpowiada. Zapoznanie się z perypetiami Damiana Kota bez wątpienia postawi pytania, które mogą się okazać w tym bardzo pomocne.

Krzysztof Matkowski, Trzecia część człowieka, wydawnictwo Alegoria, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

wtorek, 19 maja 2020

I znowu mrocznie i bluźnierczo...


Jakoś lovecraftowo mi się ostatnimi czasy zrobiło… Po pierwsze, za sprawą recenzowanego ostatnio Koloru z przestworzy, który skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po mój ulubiony tomik Samotnika, a teraz za sprawą bardzo przyjemnej publikacji zatytułowanej Kto szepce w ciemności. Na klimatycznej okładce przedstawiającej mroczne, przesiąknięte pleśnią i mchem domiszcze widnieje także numer 1, zakładam więc, że jest to zaledwie pierwsza odsłona bluźnierczego fanzinu.


Cóż znajdziemy w środku? Dużo ciekawego materiału: zarówno graficznego, jak i literackiego. Wbrew okładce, zawartość bywa, ale nie zawsze jest tematycznie powiązana z Cthulhu i jego przeklętymi braćmi. Oczywiście ze względu na niewielką objętość, teksty oraz komiksy nie są najdłuższe, ale kto powiedział, że do dobrej zabawy potrzebne są gabaryty Przeminęło z wiatrem? Wśród autorów publikujących w zinie znajdziemy nazwiska znane, takie jak Aneta Jadowska, Maciej Lewandowski czy Bartek Biedrzycki. Ich teksty są cudnie przewrotne, mimo iż nie nawiązują wprost do mitologii Cthulhu. Nie szkodzi, to doskonale napisane opowiadania grozy, nierzadko czającej się gdzieś pod cieniutką warstewką codzienności. To chyba zawsze przeraża najbardziej… Osobiście najbardziej ze względu na miejsce akcji i znajome klimaty podszedł mi tekst Jesienna muzyka Lewandowskiego, również najdłuższy w całym magazynie. Chyba w końcu muszę sięgnąć po Cienie Nowego Orleanu, leżące już od dłuższego czasu na mojej kupce wstydu... Jednak uznani autorzy to nie wszystko – w środku znalazło się także miejsce dla debiutantów. Są to teksty całkiem ciekawe, do gustu przypadł mi zwłaszcza kompletnie zakręcony Spadek Adama Loraja, jednak, jak można się spodziewać, także dosyć nierówne. Przyznam bez bicia, że w połowie zrezygnowałam z lektury Der unbekannter Kult Marka Nadybała z powodu wyjątkowo prozaicznego – rozliczne błędy ortograficzne i interpunkcyjne są zapewne elementem stylistycznym tekstu, ale bardzo utrudniają lekturę. Dzieła dopełniły koszmarne literówki, przez które nie mogłam się nijak skupić na tym, co w tekście (ale ilustracja do niego już fenomenalna!). Nigdy nie byłam specjalnym grammar Nazi, wiem, że polska język trudna język, ale najwyraźniej istnieją granice mojej wytrzymałości…

Opowiadania to jednak nie jedyne, co możemy znaleźć na kartach publikacji. Ucieszą się erpegowcy, a zwłaszcza Badacze, bo wraz z magazynem dostaną także scenariusz do ukochanej gry, zatytułowany Kres Opatrzności. Jednak last but not least, na kartach Kto szepcze w ciemności swoje miejsce znalazły również komiksy (co zważywszy na wydawcę, dziwić nie powinno) w formie najrozmaitszej – od krótkich pasków po kilkustronnicowe historie, z których, zapewne ze względu na popkulturowe konotacje, najbardziej rozbawiło mnie Frutti Di KoszMare. Tomik zamykają ilustracje przedstawiające Przedwiecznego – i poważniejsze, i te bardziej zabawne. Strona graficzna to w ogóle mocna cecha tego wydawnictwa.

Nie ukrywam, że mam wielką nadzieję na kolejną odsłonę Kto szepcze w ciemności. Przyjemny w odbiorze horror bez zadęcia to przecież bardzo miła rozrywka, a konia z rzędem temu, kto nie pragnie jej w obecnej zwariowanej rzeczywistości. Co więcej, kupując fanzin przyczyniamy się do dobrego dzieła – rehabilitacji małej superbohaterskiej Amelki. Zdecydowanie warto!

Kto szepcze w ciemności 1, różni autorzy, wyd. Fabryka Komiksów, Warszawa 2020.