niedziela, 14 października 2018

Polskie duchy


Cóż może zrobić człowiek zajmujący się niejako zawodowo tematyką polskich zabytków, uwielbiający opowieści o duchach, a który na półce w księgarni natknie się na pozycję zatytułowaną Duchy w polskich zabytkach? Solidnie, starannie wydane przez Muzę tomiszcze po prostu prosiło, by je kupić. Szybki rzut oka do środka przekonał mnie – to jest pozycją, jaką zdecydowanie chcę umieścić w swoim księgozbiorze.

Duchy… składają się z 62 rozdziałów, poświęconych w większości polskim zamkom, co mnie na dłuższą metę nieco rozczarowało, bo tytuł jednak obiecuje co innego. Szczęśliwie, znalazło się tam miejsce dla kilku innych nawiedzonych miejsc (kościoły i klasztory, np. ten w Zagórzu). Zaletą jest również to, że niektóre opisywane obiekty nie są specjalnie znane lub popularne – czasami pozostały z nich już tylko ruiny. To spory plus, jako że gdy zazwyczaj poszukuje się informacji o duchach polskich zamczysk, najczęściej znajduje się Ogrodzieniec, Niedzicę, Kórnik lub Wenecję. Tymczasem warto też zapoznać się z opowieściami o miejscach takich jak Toszek, Olsztyn k. Częstochowy czy Międzyrzecz… Bardzo miła i przydatna odmiana…


Solidnie rozczaruje się jednak ten, kto spodziewa się sążnistych i przerażających opowieści o tytułowych duchach. Jerzy Sobczak, autor książki, nie jest wprawdzie historykiem z wykształcenia, natomiast jego pasję do tej dziedziny widać na każdym kroku – dostajemy całe mnóstwo faktów dotyczących każdego z miejsc, co może być bardzo użyteczne dla osoby poszukującej takich informacji, na dłuższą jednak metę staje się nużące i sprawia, że pozycji tej nie przeczytamy „jednym tchem”, a przyznam, że miałam taką nadzieję. To świetne kompendium, ale zdecydowanie nie nazwałabym go porywającą lekturą. Niemal identyczna struktura każdego rozdziału po pewnym czasie po prostu nudzi i sprawia, że człowiek zaczyna tomiszcze po prostu kartkować, w nadziei, że natknie się wreszcie na jakiś interesujący kąsek.

Jak przystało na Muzę, książka została wydana po prostu fantastycznie – twarda oprawa, kredowy papier, przepięknie opracowana graficznie… Każde z omawianych miejsc zostało bogato zilustrowane, zarówno zdjęciami współczesnymi, jak i starymi rycinami czy pocztówkami. Dodatkowo przy każdym umieszczono liczne informacje dotyczące funkcji każdego z zabytków, a gdybyśmy chcieli je zweryfikować, podano również dane teleadresowe. Niby łatwo je odnaleźć w internecie, ale zdecydowanie jest to miły ukłon w stronę czytelników.

Cóż mogę rzec? Polecam Duchy…, jeśli poszukujecie pięknego prezentu lub jesteście zainteresowani nie tylko opowieściami o zjawach, ale także o miejscach i ludziach. Jeśli jednak wolicie coś lżejszego, może jednak warto sięgnąć po inną pozycję.

Jerzy Sobczak, Duchy polskich zabytków, wyd. Muza, Warszawa 2011

czwartek, 4 października 2018

Nie tylko dla małych...


Nie wiem, jak Wy, ale ja tam nie przyjęłam do wiadomości faktu, że jestem dorosła. Znaczy, oczywiście, ułatwia mi to życie, nie wspominając o zakupie napojów procentowych, ale jednocześnie powoduje jakieś dziwne oczekiwania otoczenia – że przestanie się robić „głupoty” przypisywane na ogół nieco młodszej grupie wiekowej. Nie chcę! Pamiętam zdziwienie, że czytam książki dla dzieci i młodzieży, co już w ogóle wywołuje we mnie głęboki wewnętrzny sprzeciw, bo nierzadko są to jedne z najpiękniejszych i najmądrzejszych rzeczy w mojej biblioteczce. Szczęśliwie, czasem ukazują się pozycje, które pozwalają mi z godnością odeprzeć argumenty w stylu „Jakież to infantylne!”, połączone ze spojrzeniem pełnym politowania.

Tak się składa, że recenzuję tutaj drugą książkę Marty Kisiel pod rząd. Tym razem Ałtorka wraca do ukochanego towarzystwa Licha, Konrada, Turu i zjaw germańskich oprawców, ale koncentrując się na postaci wprowadzonej do naszego ulubionego świata dopiero w Sile niższej, a i tak nie mającej zbyt dużego pola do popisu ze względu na swój wiek. Nasz bohater jednak nieco podrósł, akurat w sam raz, by stać się bohaterem książeczki dla dzieci (no dobra, i nie tylko). Siłą napędową Małego Licha i tajemnicy Niebożątka jest właśnie Bożek, syn upiornego (nie)Szczęsnego i straszliwej agentki literackiej Konrada.

Nie jest to najpiękniejsze zdjęcie okładki, ale zrobiłam je na trasie, po tym jak napadłam panią
w Empiku i zażądałam wydania Dobra!!!

Siła to doprawdyż czasem destrukcyjna, choć pilnuje jej malutkie Licho, szczęśliwe z posiadania człowieka do stróżowania. Bożek jest jednak (w miarę) normalnym chłopcem, zachowującym się dokładnie jak my w odpowiednim wieku. Oczywiście, nasze potwory spod łóżka nie były specjalnie przyjazne i nie brały z nami kąpieli, a co istotniejsze – nie przygotowywały nam kakao i innych przysmaków, alleluja, ale były równie realne! I któż z nas nie budował pojazdu międzygwiezdnego na podłodze salonu! I kto z nas nie chciał pójść do szkoły tylko po to, by dwa tygodnie później walczyć już o każdy dzień i minutę spędzoną w domu!

Przygody i problemy nietypowego Bożka są typowe dla większości dzieci – dostosowanie się, potrzeba przyjaźni i akceptacji, nie tylko przez najbliższych. I właśnie jego droga, okraszona zresztą typowym dla Marty humorem, sprawia, że na pewno podaruję tę pozycję swoim siostrzeńcom. Idealnie pokazuje ona, że nikt nie jest sam w walce o bycie częścią tłumu, że wszyscy przez to w jakiś sposób przechodzą. Że inność nie oznacza gorszości (lekcja, która również przydaje się w wieku znacznie bardziej dojrzałym). Że nigdy tak naprawdę nie jesteśmy sami, a pomoc może przyjść ze strony, z której się najmniej jej spodziewamy. Wszystko to niby tak bardzo oczywiste, ale tak bardzo cenne. Dodatkowo, podane w formie absolutnie cudnego humoru, zabawy językowej i pięknej polszczyzny. Szczególnie ujęło mnie tak cudowne wykorzystanie w fabule mojego ukochanego Króla olch – jak nie znoszę poezji, tak ten jeden poemat mogę czytać bez końca. Jest piękny. I równie pięknie został spożytkowany w Małym Lichu… Nie wiedziałam, że końcowe wersy mogą okazać się tak bardzo emocjonujące.

Olbrzymim atutem Licha są też prześliczne ilustracje, bo nie ukrywajmy, książki dla dzieci bardzo ich potrzebują! Zwłaszcza, jeśli tak pięknie dopasowano je klimatem do atmosfery książki! Są tak samo ciepłe, okrąglutkie i … dobre, jak słowa tworzące tę opowieść. W całości – cudowna pozycja, która powinna znaleźć się na każdej półce, nie tylko w pokoiku dziecięcym. Bo jeśli w wieku ciut bardziej dorosłym też kochamy magię, miejmy okazję sięgnąć po nią za każdym razem, kiedy zabraknie jej nam na co dzień.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, ilustrowała Paulina Wyrt, wydawnictwo Wilga, Warszawa 2018.

wtorek, 18 września 2018

Tonąc w...?


Dotychczas kiedy sięgałam po książki Marty Kisiel, spodziewałam się doskonałej rozrywki, radosnych kwików śmiechu i ogólnie lepszego „uczucia w duszy”. Takie są przecież i Dożywocie, i Siła niższa, choć przecież lektura Nomen omen powinna przygotować mnie na coś innego. Tamta historia, choć okraszona różnymi radującymi serducho odniesieniami nie tylko do WoWa, ale i do urozmaicających życie każdego polonisty wydań Biblioteki Narodowej, już nie była taka zabawna. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że dwie pierwsze pozycje to tylko rozrywka, bo i z nich można się wiele nauczyć (to się nazywa doskonała literatura, uczyć bawiąc, Krasicki byłby z Ałtorki szalenie dumny), ale mają nieco inny ciężar gatunkowy. Historia sióstr Bolesnych, Salomei i Niedasia zahaczała już o ciężki okres w historii Wrocławia oraz bardzo mroczne aspekty duszy człowieka i prowokowała czytelnika do przemyślenia kilku rzeczy.

Nie inaczej jest w przypadku Toni. Bohaterki, kobiety z rodziny Sternów, Klara i jej dwie bratanice: Eleonora i Dżusi (znana też jako Justyna) mają nie dość że dosyć napiętą sytuację rodzinną, to jeszcze całkiem sporo problemów na co dzień. Posiadają też specyficzny dar, mogą przeprowadzić zwykłych śmiertelników poprzez rzekę czasu w przeszłość. Brzmi nieźle, prawda? Te wszystkie odkrycia, których można w ten sposób dokonać… Białe plamy w historii, które można nagle wypełnić… Naiwna jestem, nie? Bo oczywiście kolejną opcją są te wszystkie kosztowności, które można odnaleźć. Dar można bowiem wykorzystać i w taki sposób i, jak łatwo się domyślić, tak się staje. Rodzice Eleonory i Dżusi postanawiają zarobić na życie, cofając się w przeszłość i odkrywając, gdzie znajdują się co lepsze kąski pochowane przez uciekających Niemców. Złoto Wrocławia wszak tylko czeka na tych, którzy je odnajdą.


I sobie jeszcze poczeka, bo nic nie jest takie proste, a w drodze po skarb można spodziewać się i konkurentów, i uważających, że mają władzę nad życiem lub śmiercią. Oprócz odkrycia, kto i dlaczego pozostawił Sternów w przeszłości, kobiety muszą dojść do tego, kto sobie rości prawa do tajemnicy prowadzącej do bogactwa. Nie będą jednak same, w sukurs przyjdzie im nietypowy zegarmistrz Gerd, tajemniczy Ramzes, a także nasze stare znajome, siostry Bolesne: Matylda i Jadwiga.

Tylko że podróż w przeszłość i zarazem teraźniejszość to bagno, w którym bardzo łatwo utonąć. Nie mówię tu jednak o „naturalnych” konsekwencjach nieudanej podróży w czasie, utknięcia w przeszłości, zatracenia duszy i zniknięcia ciała. Nie, istnieje gorsza toń – chciwość. Nie zawsze dotyczy ona jedynie złota, obrazów (Sandro cholernego Botticellego) i innych kosztowności… Czasami chodzi o sam fakt, że można. Czasami chodzi o zazdrość. A co gorsza, ta toń jest w nas, tylko czasami sobie nie zdajemy z tego sprawy… aż do momentu, kiedy utoniemy.

Wiecie, co mi się najbardziej w tej książce podoba? To że nie jest na siłę optymistyczna, nie jest też taka lekka, zaskakujące, biorąc pod uwagę wspomniane już pozycje Ałtorki. W pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę określiłby w tym konkretnym przypadku jako happy end i czy taki jest w ogóle możliwy. Odpowiedzi, których sobie udzieli, czasami zaskakują, czasami przerażają.

Czy polecam? Jak najbardziej! Nie będzie to jednak li i tylko rozrywka, ale lektura skłaniająca do rozmyślań. Dłuższych i nie zawsze optymistycznych.

Marta Kisiel, Toń, wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2018.

czwartek, 13 września 2018

Pierniczki, sól himalajska i oczyszczanie aury!


Bardzo Was przepraszam, ale jeśli książka zaczyna się od pytania, czy da się rozliczyć faktury za Supernaturala i że księgowa pracująca nawet po śmierci jest „team Dean”, to ja już wiem, że będę się dobrze bawić. Dodajmy, że autorka ma w swoim dorobku pozycje przyprawiające mnie o ataki radosnych ryków śmiechu i wszystko stanie się jasne. Jeśli nie zetknęliście się jeszcze z Mileną Wójtowicz, to naprawdę czas to nadrobić.

Tym, którzy czytali już chociażby Podatek czy Załatwiaczkę, Mileny przedstawiać zdecydowanie nie trzeba. Wójtowicz dostarcza lekkie, zabawne pozycje urban fantasy, bawiące się stereotypami i popkulturą, a jednocześnie pozostające w pamięci i przyjemne nawet przy kolejnym czytaniu. Post Scriptum również należy do takich książek, zresztą, czego innego się spodziewać po pierwszym zdaniu?


Bohaterowie to „nienormatywni” Sabina Piechota i Piotr Strzelecki, właściciele agencji consultingowej. Sabinka, stworzenie (nie będę Wam tutaj zdradzać jej tajemnicy) obdarzone metabolizmem budzącym zazdrość w każdej czytelniczce kochającej czekoladę i odnajdujące się jak ryba w wodzie w skomplikowanym świecie ponadnaturalnego BHP (kursy dla okultystów!), jest chyba jednym z najbardziej rozczulających potworów, jakie ostatnio miałam okazję czytać. Piotruś – coach, psycholog i doradca pośmiertny, pachnący lawendą anorektyk z zaburzeniami odżywiania (znowu nie powiem Wam, kim jest, czytajcie sami!), dzielnie rywalizuje z nią o tytuł najbardziej sympatycznego potwora. Wokół tej dwójki orbituje cała masa innych niecodziennych postaci, na czele z Ewką Ewent (ekspansywną przyjaciółką Sabinki), jej siostrą Agnieszką i wyjącym czasami do księżyca aspirantem Wilczkiem.

Oczywiście, sami bohaterowie nie czynią książki, potrzebna jest akcja. Tej nie zabraknie! Nasi bohaterowie muszą zająć się wykryciem zwyrodnialca, samozwańczego Winchestera i Buffy w jednym, dybiącego na życie i zdrowie nienormatywnych mieszkańców podwrocławskiego Brzegu. A zadanie jest wybitnie ryzykowne, bo ten lata z osinowym kołkiem i nie zawaha się go użyć! Konsekwencje tego mogą być doprawdy przerażające, na czele z oczyszczaniem aury podczas ceremonii witania słońca przeprowadzanej przez przedsiębiorczą mamusię Piotrusia, wykorzystującą fundusze unijne do stworzenia ośrodka relaksacyjnego dla policjantów.


Brzmi lekko i przyjemnie? I właśnie tak jest. Olbrzymim atutem książek Mileny jest poczucie humoru, a także niekończące się odwołania do tak bliskiej nam popkultury (bliskiej zwłaszcza osobie piszącej i osobom czytającym tego bloga). Pamiętacie pytanie o faktury? To teraz dodajcie sobie jeszcze Buffy i kilka innych dzieł, a na okrasę pomyślcie o naszym dniu powszednim… Fejsbuczek i słit focie? Nasi bohaterowie też tam zaglądają, sprawdzając też zresztą tym samym alibi tudzież lokalizację przestępców. Weekendowy wypad do Ikei, połączony z obowiązkową konsumpcją klopsików i ciasteczek? Acha, dokładnie tak.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Jeśli macie doła, wolny wieczór, ochotę na coś dobrego (niepotrzebne skreślić), gorąco polecam Post Scriptum. Tylko pamiętajcie, ostrożnie z piciem! Bo można zniszczyć książkę, ubrudzić ścianę albo jeszcze, nie dajcie bogowie, jeszcze się zadławić! Ale poza tym bawcie się dobrze!

Milena Wójtowicz, Post Scriptum, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018.

niedziela, 3 czerwca 2018

Słów kilka o solówie w kinie...

Nie miałam specjalnych oczekiwań w stosunku do tego filmu, w związku z tym nawet mnie specjalnie nie bolało to, że obejrzę go grubo po premierze. Reakcje facebookowe były mi obojętne, od jakiegoś czasu widzę bowiem, że gust mam z lekka rozbieżny z większością znajomych. Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do kina, usiadłam po prostu w fotelu i...


Wstałam te dwie godziny później zachwycona. Han Solo jako film zawiera bowiem klimat wszystkich powieści o młodym szmuglerze, zarówno tych A.C. Crispin, jak i Briana Daleya. Spin-off nie rości sobie pretensji do bycia częścią starwarsowego monomitu, to po prostu kino rozrywkowe i to w starym dobrym stylu Kina Nowej Przygody. Mamy pościgi, napady, knowania mniejsze i większe. Dostajemy także fantastycznych bohaterów, i tak, niespodziewanie okazało się, że Hanem Solo może być dla mnie również ktoś inny niż Harrison Ford, choć wydawało się to wcześniej niemożliwe. Solo stanowi bowiem opowieść o postaciach i one są jego najsilniejszą stroną, niezależnie od tego, kto je gra. I bardzo dobrze, bo choć jako postać Qi’ra sprawdza się po prostu znakomicie, tak Emilia Clarke po raz kolejny udowadnia, że aktorką jest w najlepszym razie przeciętną. A postaci nakreślone są rewelacyjnie – ba, na ich tle Solo wypada dosyć przeciętnie. Tobias Beckett to cudownie wręcz napisany i zagrany najemnik, Vos stanowi śmiercionośną niezrównoważoną zagadkę, a Lando... Lando kradnie każdą scenę – jest tak fantastyczny i uwodzicielski jak Billy Dee Williams. Przyznam Wam się też w tajemnicy, że jakkolwiek mam dość sceptyczne podejście do postaci kobiecych pod rządami Kennedy i Disneya, tak tutaj kupuję wszystkie, bez wyjątku – są wyjątkowo wiarygodne, każda na swój sposób.

 Wcielenie uroku osobistego. Nie ma lepiej odmłodzonej postaci w ostatnich latach.

Nie obyło się, rzecz jasna, i bez wpadek. Do takich zaliczam pojawienie się Maula – dla mnie w ogóle jego przeżycie upadku w Mrocznym widmie mija się z celem. I jeszcze ten miecz świetlny... jakby ktoś go nie poznał. Jest to dla mnie spory problem już od czasu Wojen klonów, ponieważ przeżycie tego Sitha naprawdę mija się z kanonem – Zawsze jest ich dwóch, pamiętacie? Czyżby Palpatine był na tyle słaby w Mocy, by nie wyczuć obecności swojego ucznia? Jasne, już wcześniej zakładałam że Dooku został skuszony przez Sidiousa znacznie przed wydarzeniami Epizodu I, ale może niekoniecznie był prowadzony równolegle z Maulem. Czy nie moglibyśmy dać tej postaci już odpocząć? Tak, wiem, sprzedała sporo stuffu przy Epizodzie I (przy okazji stanowiąc jeden z największych spoilerów dla tego filmu – kwestia podwójnego miecza świetlnego), więc może sprawdzi się i teraz? Ale nie, poczekajcie, przecież to miała być niespodzianka na sam koniec historii... To po co? Nie mogłaby to być zamaskowana postać? Żeby człowiek sobie dośpiewywał resztę? Pobawił się w zgadywanie? Nie, wrzućmy tutaj jak najwięcej charakterystycznych starwarsowych postaci, będzie fun. No i przecież żaden film SW nie może obyć się bez miecza świetlnego... A ja głupia narzekałam na Artoo i Threepio w Rogue One...

 Spin-offom udaje się pokazać kino bardziej dla dorosłych. I to jest właśnie to, na co czeka ten starszy fan, dostający na widok wszechobecnych porgów po prostu spazmów. Tak, wiem, to inny target. Ergo - nie jestem targetem sequeli. Zgadza się.

Największym jednak problemem pozostaje dla mnie kwestia nazwiska Hana... Zostało... wymyślone przez imperialnego urzędasa? Ale... dlaczego? Przecież Han miał ojca, więc...? Pozostaje mi tylko tłumaczyć scenarzystów i założyć, że może było to nazwisko osoby poszukiwanej... a może chłopak sobie rodzinę po prostu wymyślił? Wydaje mi się to wyjątkowo słabe.

Cieszą mnie smaczki – te duże i te maleńkie. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się przecież „YT-1300”, mamy też wreszcie sabacca. I choć ta historyczna już partyjka sabacca, w wyniku której „Sokół Millenium” zmienił swojego właściciela, nie do końca przebiegała tak, jakbym chciała (Lando naprawdę nie musiał być oszustem), miło wreszcie ją zobaczyć. Jeśli zajrzy się do jednego z wydawnictw albumowych towarzyszących premierze, można również odnaleźć kolejny element starego świata SW wprowadzonego do nowego kanonu – Exara Kuna. Gwarantuję Wam, że niewiele jest osób równie szczęśliwych z tego powodu jak ja. 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że spin-offy oddają starwarsowego ducha znacznie lepiej niż kiedykolwiek zrobią to kolejne epizody. Eksplorują stary ukochany przez fanów świat, sięgając po przebogate uniwersum Legend i eksperymentują! Sięgają po nowe dla SW formy, tak jak Rogue One, są czymś nowym, nie tylko odgrzewaniem starego dania. Będę więc czekała na kolejne z niecierpliwością znacznie większą niż na następne Epizody.

Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. reż. R. Howard, wyst. A. Ehrenreich, D. Glover, W. Harrelson, E. Clarke i inni. USA 2018.

Tekst jest rozbudowaną wersją opinii napisanej na potrzeby portalu Star Wars Extreme

sobota, 2 czerwca 2018

Monotematycznie: podróżowanie, latanie i jetlag


Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jaka jest wada podróżowania na inny kontynent, spieszę z odpowiedzią – lot i jetlag. Oczywiście, to rzecz mocno indywidualna, ale po ośmiu ponad 10-godzinnych lotach z przesunięciem czasu o 7 godzin mogę stwierdzić z całą stanowczością: boli.

Uwielbiam latać, sprawia mi to żywą przyjemność, nawet jeśli jedną z moich ulubionych rozrywek pozostaje oglądanie filmów dokumentalnych o katastrofach lotniczych. Uwielbiam moment, kiedy samolot rozpędza się na pasie startowym, a potem podrywa się do startu. Po osiągnięciu prędkości przelotowej robi się wprawdzie nudno, ale na lotach europejskich zazwyczaj po prostu przysypiam. Pamiętam, że była święcie przekonana, że na lotach międzykontynentalnych będzie tak samo. Nie mogłam mylić się bardziej.


Lubię widok skrzydła, zwłaszcza podczas zachodu słońca.

Lot do Japonii zazwyczaj składa się z kilku stałych etapów – około pół godziny wznoszenia na wysokość przelotową, potem ok. 1,5 godziny roznoszenia posiłku i sprzątania po nim, a potem następuje zaciemnienie kabiny i ma się kilka godzin na sen. W teorii cudo. W praktyce jest to na polski czas godzina 20:00, a jeśli regularnie chodzi się spać około północy, nie ma takiej ludzkiej siły, która zmusiłaby kogokolwiek do zaśnięcia. Pozostają filmy, muzyka, ewentualnie melatonina i tabletki nasenne. Przyjaciółka polega na tych ostatnich, ja się czasem ratuję melatoniną – choć nie zawsze działa. Człowiek podsypia więc, budząc się co pół godziny, by w końcu machnąć na to ręką. Najgorsze, że gdzieś tam w tyle głowy czai się schiza, podpowiadająca, że po wylądowaniu nie pośpisz, bo nasza 1 w nocy to 8 rano. Czyli w momencie, kiedy człowiek poszedłby spać, musi wstać. Zdecydowanie lepiej jest bowiem przechodzić cały dzień i paść spać wieczorem niż od razu – wtedy bywa jeszcze gorzej.

Bezsenne momenty umila Bond. James Bond.

Nie mam pojęcia, co takiego jest w tych długich lotach – może ilość ludzi, może szum silnika, może ekscytacja… Wiem jedno – jak samo latanie pozostaje nadal czystą przyjemnością, to ten czas… Ciekawe, że w drugą stronę, kiedy doba jest o 7 godzin dłuższa, nie czuć tego aż tak. No, do momentu, kiedy człowiekowi zachce się spać, gdy czeka na lotnisku na lot do Warszawy… Fakt, że wtedy wraca w ciągu dnia, do którego rytmu już się przystosować. A co z jetlagiem? Na mnie działa tylko po powrocie. Owszem, miewam problemy z zaśnięciem i snem w Japonii, ale to tylko przedłużenie problemów polskich. Tymczasem po powrocie budzę się zazwyczaj o 5 czy 6 rano i nie mam już szans na sen. Ten stan trwa u mnie około tygodnia i sprawia, że w pełni doceniam sportowców, latających w tę i nazad, w dodatku odnoszących sukcesy.


A czasem na obudzenie się serwują hamburgera "Do it yourself" :D

Jednak warto się przemęczyć? Dlaczego? A, o tym już niedługo.

poniedziałek, 14 maja 2018

Mieszane uczucia, czyli albo mikser, albo "Infinity War"


Uwaga: spoilery!

Uwielbiam uniwersum Marvela od momentu, kiedy wydawnictwo TM-Semic wydało pierwszy numer Spider-Mana. Mieliśmy z bratem spore kolekcje, dzisiaj już rozproszone po galaktyce, ale umiłowanie do superbohaterów w trykotach pozostało mi do dzisiaj. MCU to dla mnie zatem prawdziwa przyjemność, zwłaszcza że zaskakująco, konkretne filmy odpowiadają moim superbohaterskim preferencjom również wykonaniem i tak jak nigdy nie mogłam się przekonać do takiego Kapitana Ameryki jako postaci, tak również Chris Evans z tarczą mnie nie powala, choć przyznaję, jest na kim oko zawiesić. W tej chwili uwielbieniem darzę zwłaszcza Doctora Strange (pan doktor jest obok X-Menów oraz Sersi z Inhumans moją najulubieńsza postacią Marvela od lat 90. i cieszę się, że filmu nie zepsuto) oraz Czarną panterę, choć i pierwsi Avengersi bawią mnie jako film czysto popcornowy. Z drugiej strony, Czas Ultrona to ewidentnie film na raz.


Tym, co mnie zwłaszcza zachwyca w MCU, jest spójność wewnętrzna wszystkich opowieści, dodatkowo tworzona przez sławetne sceny po napisach. Z jednej strony wszystko łączy się w jedną całość, prowadzącą do ekranizacji tego lub tamtego crossovera, z drugiej jednak jeśli opuścisz jedną z premier, właściwie nie przeszkadza ci to tak bardzo w zorientowaniu się w sytuacji. Przyznaję, przegapiłam Ant-Mana i jakoś mi się nie śpieszy, by to nadrobić, mam też dziwne wrażenie, że nigdy nie zmusiłam się do obejrzenia Winter Soldier. Teraz, od momentu wprowadzenia Kamieni Nieskończoności w Strażnikach galaktyki, wszystkie opowieści prowadziły do kolejnego wielkiego storyarca marvelowego świata: Infinity War.

Ostrzyłam sobie na ten film zęby już od dawna, tym bardziej klęłam w żywy kamień, że premiera miała miejsce podczas mojego wyjazdu i modliłam się, żeby nikt mi mniej lub bardziej filmu nie zespoilerował. Jasne, człowiek mniej więcej wie, czego się spodziewać, ale to wszystko, co po drodze, też sprawia przyjemność. Dotarłam zatem w końcu do kina i… mam mieszane uczucia.

Zetknięcie się Pajączka z Doktorem Dziwago to jeden z najfajniejszych momentów filmu.

Przede wszystkim cała fabuła jest kompletnie przewidywalna, a najbardziej widać to, kiedy Thanos staje przed swoją próbą zdobycia Kamienia Duszy. Moment, w którym powiedziane zostaje, że musi zabić tego, kogo kocha, człowiek kwituje wzruszeniem ramion, bo już dawno domyślił się, kto nim się okaże. Przyznaję, że zastanawia mnie teraz jedynie, czy prośba Gamory skierowana do Star Lorda, dotyczyła właśnie tego (jeśli znała mapę prowadzącą do tego świata, mogła też co nieco o próbie usłyszeć), czy też będzie coś jeszcze (patrząc na kolejne sceny, liczę na to drugie). Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że pozostałe odsłony MCU były wyjątkowo oryginalne i zaskakiwały rozwiązaniami, ale łapka w górę, kto spodziewał się grootowego poświęcenia w Strażnikach galaktyki. To nie chodzi o zakończenie, ale o sposób, w jaki do niego się dochodzi. Tutaj sytuacja z Gamorą stanowi tylko początek, identycznie jest w momencie, gdy Mantiss odczytuje uczucia Thanosa i już wiadomo, że cały genialny plan w piz….u. Albo i nie, ale o tym za chwilę.

Co za czasy nastały! Strażnicy galaktyki mnie nie ruszają!

Przewidywalność psuje też, niestety, chwile, mające pewien potencjał na wzruszające, jak choćby w przypadku Visiona i Scarlet Witch. Wanda musząca zniszczyć swojego ukochanego, by uratować wszechświat to ten dylemat, który fani lubią najbardziej – bo w gruncie rzeczy tutaj najłatwiej zasiać nutkę niepewności – będzie w stanie czy nie? Zwłaszcza jeśli chodzi o postać taką jak Scarlet Witch, w pewnych odsłonach marvelowego świata będącą najbardziej niebezpieczną żyjącą istotą (i tak, nie mogę odżałować tego, że tutaj nie jest w żaden sposób spokrewniona z Magneto, ale wiadomo, prawa licencyjne…). Tak więc mamy wielkie bum, Wanda poświęca swoje uczucia dla ocalenia świata, publika oddycha z ulgą, bo w ten sposób Thanos nie zdobędzie kompletu, ale… No właśnie, osoba pamiętająca, że przecież chwilę wcześniej otrzymał od Strange’a Kamień Czasu, doskonale wie, co się wydarzy.

No jest to jedna z moich ulubionych marvelowskich par.

Pamiętam, jak mówiono, że w Infinity War odbędzie się prawdziwa rzeź superbohaterów i patrząc na sam początek, kiedy łomot dostaje Thor, a Loki… sami wiecie, człowiek spodziewa się porządnej dawki niszczenia psychiki. Tymczasem pomijając owo wprowadzenie i wspomnianą Gamorę, tych ofiar jakoś tak niewiele jest, superbohaterowie potrafią się obronić, choć czasami wymaga to sporego wysiłku, jak choćby w przypadku Strange’a, Iron Mana i Spideya w kosmosie. Przyznam, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy okazało się, że Drax i Mantiss po zetknięciu się z Thanosem u Kolekcjonera jednak żyją. Gdzie ten brutalny zbrodzień? Odrobinę wysiłku widać już w tej końcowej bitwie i ma się nadzieję, że kogoś zaraz diabli wezmą, tymczasem… Tymczasem poza Visionem wszyscy mają plot armor gruby jak biceps Colossusa i trzeba samej końcówki, tego mitycznego pstryknięcia palcami przez Thanosa, by ta rzeź się wreszcie dokonała. Nie wiem, może ja nienormalna jestem (choć mój psychiatra tego nie potwierdza), ale naprawdę wolałabym, żeby te wszystkie śmierci były tymi w walce, żebyśmy mieli choćby odrobinę czasu na żałobę – a nie obserwowali kolejne postaci zmieniające się w pył, kwitując to wzruszeniem ramion, bo teraz człowieka zaledwie ciekawi, kto jeszcze.

W dodatku, jeśli się dobrze zastanowić, coś podpowiada, że jest to kompletnie tymczasowe. Pamiętacie, jak Doctor Strange wspomniał, że jest tylko jedna opcja, w której wygrywają? Myślicie, że nie zwróciłby uwagi na możliwy wyskok Star Lorda? Oczywiście, że nie. A zatem oddanie Kamienia Czasu Thanosowi i ocalenie Tony’ego Starka było kluczowe, zwłaszcza jeśli pamięta się słowa o tym, że Stephen poświęci każdego, by ratować wszechświat. Czyli wszechświat jest do uratowania i wszyscy mają szansę powrócić. Nie wiem, mnie to kompletnie odbiera szansę na przejęcie się takim, a nie innym zakończeniem Infinity War.

Zaczynam powoli mieć dość sugestii, jaki to Kapitan Ameryka wspaniały... a to młot Thora,
a to rękawica Thanosa...

Zawiodło mnie też to, co jest siłą pojedynczych części – tak jak chociaż humor Star Lorda. Ja wiem, że Quill rzeczywiście na początku zachowywał się jak napalony nastolatek, zwłaszcza w towarzystwie Gamory, ale ta przepychanka z Thorem jakoś mnie nie śmieszyła, raczej drażniła. Dotychczas wydawało mi się, że ta postać potrafi jakoś balansować między śmiesznością zabawną a groteskową, a tutaj… No nie. Po prostu nie. Chwalić bogów, Thor jest raczej rodem z Ragnaroku i jego teksty rzeczywiście bawią (ach, nazywanie Rocketa królikiem!). Chyba próbowano do tej opowieści zmieścić za dużo motywów o kompletnie innej stylistyce, próbując ją utrzymać niemal na siłę, nie zwracając uwagi na to, że pewne tematy wymagają innego typu narracji.

Żeby jednak nie wyszło, że tylko marudzę – szaleńczo podobają mi się drobiazgi, zwłaszcza te, gdzie humor został dobrze wykorzystany. Płaczę ze śmiechu na wspomnienie Petera Parkera błagającego, by Mantiss nie złożyła w nim jaj. Zrobił na mnie wrażenie Ebony Maw – jeden ze sług Thanosa, ten z beznamiętnym głosem i talentami telekinetycznymi. Naprawdę, dużo bym dała, by pozostał na scenie do finału filmu, bo w przeciwieństwie do pozostałych błaznów, został świetnie zagrany i napisany. Efekty są świetne, choć to akurat norma w MCU, zastanawiam się tylko, czy zestarzeją się kiedyś tak, jak choćby te w prequelach Gwiezdnych wojen.

Ogólnie mówiąc, Infinity War to nie jest film zły, raczej film przeciętny. Są chwile, kiedy widz bawi się znakomicie, a są takie, w których zaczyna po prostu ziewać – tak, przytrafiło mi się to kilka razy. Nie wyobrażam sobie jednak obejrzenia go ponownie, chyba że będzie gdzieś tam sobie leciał „w tle”. Ot, przeciętniak SF z kilkoma postaciami, które lubię.

Avengers: Infinity War, reż. Anthony i Joe Russo, wyk. C. Evans, R. Downey Jr., C. Hemsworth, Z. Saldana, S. Johansson, B. Cumberbatch i inni, USA 2018.