wtorek, 5 lutego 2019

Magia i policja londyńska...


Komisarz Henderson ogłasza otwarcie z dawna oczekiwanego Podwydziału Spraw Magicznych Londyńskiej Policji Metropolitalnej. Nasze źródło donosi, iż na jego czele stanie John Dobson, uprzednio porucznik Artylerii Jej Królewskiej Mości. Nowo powstała jednostka będzie działać jako część wydziału detektywistycznego. W zakres jej działań wejdą zarówno dochodzenia, jak i bezpośrednie interwencje w przypadku, gdy pojawi się zagrożenie związane z magią.

Wiktoriański Londyn i Scotland Yard już same z siebie kojarzą się z interesującymi zagadkami kryminalnymi. Jeśli dodamy do tego jeszcze magię, będzie już fantastycznie. Otóż wyobraźmy sobie alternatywny świat, w którym magia nie jest czymś tajemniczym i wstydliwym, ukrywanym przed nie-magicznymi (Harry Potter to kompletnie inna bajka), a czymś w powszechnym użyciu. W każdym zawodzie można spotkać maga, istnieją nawet specjalne szkoły dla dobrze urodzonych osób z magicznym potencjałem. Magia nie jest też jednorodna, mamy kilka specjalizacji: piromancję, kinemancję, iluzję, magię poszukiwawczą czy chociażby nekromancję. Oczywiście, są specjalności lepsze i gorsze, jak zawsze…

Jak łatwo się domyślić, wiele osób kiepsko postrzega nekromantów. Tak, paskudnie się kojarzą, pewnie tworzą zombie i gadają z nieumarłymi. I tak, i nie. Owszem, nekromanci (przynajmniej co poniektórzy) z wielką przyjemnością potrafią uciąć sobie pogawędkę z duchami, którym nigdzie się nie spieszy, a na ziemi całkiem im się podoba, jednak niewiele mają wspólnego z tworzeniem paskudnych potworów prześladujących żywych. Nawet ghule w tym świecie powstają bez udziału złej woli takiego maga. Chociaż dowiemy się o kilku naprawdę paskudnych zaklęciach, którymi może parać się nekromanta, czary nekromanckie przydatne są chociażby do leczenia. Wystarczy tylko chcieć.


Takim „chcącym” nekromantą jest tytułowy bohater książki, Clovis LaFay, potomek potężnej, owianej złą sławą rodziny, której tradycje sięgają wielu wieków wstecz. Clovis to jednak dosyć nietypowy egzemplarz, wrażliwy, dystansujący się od swoich krewnych, zresztą nie bez powodu. Ojca nie życzyłabym najgorszemu wrogowi, brat nienawidzi go od momentu urodzenia, a bratanek niemal od zawsze stanowi zakałę jego egzystencji. Dziedziczący po ojcu ten niecodzienny rodzaj magii Clovis pragnie użyć jej do czynienia dobra. A gdzie można być bardziej użytecznym niż w służbie publicznej? Los stawia na drodze Clovisa jego dawnego znajomego i wybawcę, Johna Dobsona wraz z siostrą, Annę, również parających się magią. Dobson, policjant, z niewielkim wsparciem próbuje ogarnąć świat niezwyczajnych przestępstw, egzorcyzmów i opętań, LaFay stanowi dla niego odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie obywateli Londynu (i żywych, i umarłych). Jako konsultant policyjny, a tym bardziej jako nekromanta ma, nazwijmy to, naturalne predyspozycje do pewnych konkretnych przestępstw. Clovis okaże się również wysoce istotny dla jego siostry, studiującej pielęgniarstwo, jako że chociaż w tym zawodzie może spróbować się realizować magicznie. Magia to jednak nie jest zajęcie dla damy. Clovis postanawia więc na przekór obyczajom zająć się jej edukacją.

Kryminalne sprawy Scotland Yardu stanowią oś powieści, łącząc się w pewnym momencie i doprowadzając do finału. Świetnie zarysowane tło obyczajowe, stanowiące umiejętne splecenie obyczajowości świata naszego i alternatywnego pomaga wyobrazić sobie ten inny Londyn i niejeden raz wywołał u mnie uśmiech pełen sympatii. Zrozumienie bohaterów, ich postępowania i przekonań ułatwiają retrospekcje, z których dowiemy się, jak John i Clovis się poznali i dlaczego młody LaFay tak bardzo nienawidzi swego bratanka (nie ukrywajmy, ma za co, facet to kawał świni). Dzięki nim czytelnik w pewnym momencie może próbować odgadnąć, co tu się naprawdę dzieje – moje podejrzenia okazały się całkiem uzasadnione, acz w niczym nie zepsuło mi to przyjemności z lektury. Przeszkadzało mi jednak co innego – główny bohater.

Nie lubię ideałów, zawsze wydawały się dosyć sztuczne i mało realne. Tymczasem jeśli chodzi o rodzinę LaFayów, sytuacja jest mocno biało-czarna. Clovis nie dość, że jest nienagannym pod względem moralnym magiem nekromantą, dodatkowo zacięcie walczy z bratem o sprawiedliwość społeczną. Oczywiście, z naszego punktu widzenia to jedyne słuszne rozwiązanie, jednak tutaj wydało mi się wciśnięte nieco na siłę, tak, by jeszcze bardziej podkreślić kontrast między braćmi: Frederickiem i Clovisem. Nie możemy bowiem nawet na chwilę zapomnieć o tym, że cała reszta rodziny jest po prostu obrzydliwa i nieszczęśliwa. Horatio, jak wspomniałam, kawał świni i barbarzyńcy. Frederick, choć wydaje się całkiem sensownie patrzeć czasami na świat, rzuci wszystko i popełni każde draństwo, by tylko chronić swojego syna. Jego żona, nuworyszka. Letitia, córka, stłamszona przez ojca i brata, niknie w oczach, powinna budzić współczucie, ale sposób, w jaki ją opisano, powoduje, że czujemy do niej już tylko zniecierpliwienie. Kontrast jest jednak ciut zbyt wielki i bardzo mi to przeszkadzało. A szkoda, bo na początku Clovis wydawał mi się naprawdę interesujący. Z czasem zaczęłam go określać innym słowem na „i”.

Jest to jednak moje jedyne zastrzeżenie. Wprawdzie akcja rozkręca się dosyć powoli, ale w pewnym momencie bardzo wciąga. Choć specyficzny język, jakim posługuje się autorka, dla wielu osób może stanowić wadę, dla mnie stanowił bardzo przyjemne urozmaicenie lektury. Jeśli zatem weźmiemy pod uwagę fakt, że Magiczne akta Scotland Yardu to debiut pisarki występującej pod pseudonimem Anna Lange, wszystkim życzyłabym, by pierwsza książka była tak udana. Zdecydowanie polecam!

Anna Lange, Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, wyd. SQN, Kraków 2016.


środa, 30 stycznia 2019

Chcecie zajrzeć do otwartego domu?


UWAGA – SPOILERY!

Uwielbiam horrory. Coś jest w tym oglądaniu lub czytaniu o zagrożeniach, zwłaszcza tych paranormalnych, czyhających na biednych niczego nieświadomych bohaterów. Ciekawe, że nie bawią mnie raczej filmy w stylu „grupka nastolatków nad jeziorem/w lesie, gdzie ktośtam ileśtam lat temu coś zrobił”, choć właściwie nie wiem, dlaczego, bo literacko-filmowy popcorn bardzo mi leży. Owszem, jest to dobre na raz, ale po jakimś czasie schematy nudzą, bo są straszliwie powtarzalne. Wkurzają mnie też kolejne odsłony ZŁA (koniecznie wielką literą), wolę pojedyncze filmy. Ostatnio siedzę dość sporo na Netflixie, więc w ramach koniecznego odmóżdżania się sięgnęłam po wyszukiwarkę i oczom mym ukazał się film The Open House, własna produkcja Netflixa. Co by nie mówić, Netflix naprawdę ma świetne rzeczy, więc zatarłam ręce i zaczęłam oglądać.


Zapowiada się obiecująco. Po tragicznej śmierci ojca niejaki Logan i jego matka Naomi są zmuszeni opuścić rodzinny dom i tymczasowo udać się do domku w górach, należącego do rodziny. Miejsce rzeczywiście śliczne, ma tylko jedną jedyną wadę – jest na sprzedaż, a to oznacza, że w każdą niedzielę mogą oglądać go potencjalni klienci, staje się tym tytułowym „otwartym domem”. Oczywiście, Logan już od razu sugeruje, że w tym pomyśle jest coś dziwnego, bo obcy ludzie chodzą po domu, w którym żyjesz podczas twojej nieobecności… Wie, co mówi… Po pierwszej niedzieli zaczynają dziać się dziwne rzeczy – a to zgaśnie płomień gazowego ogrzewacza w piwnicy, a to zginie gdzieś komórka Logana… Zważywszy w dodatku, że po drodze w ciemności o mało nie zderzyli się z tajemniczo znikającym przechodniem, spodziewamy się ciekawego rozwiązania. Do mrocznej atmosfery przyczynia się jeszcze przedziwna sąsiadka, która ma ewidentne problemy, może sklerozę… a może coś innego? Znienacka pojawia się również kolejny chętny na dom… Mniam mniam. Do połowy filmu napięcie rośnie…

I niestety, na tym się kończy. W pewnym momencie stężenie standardowych horrorowych motywów staje się zdecydowanie zbyt duże i w dodatku do niczego nie prowadzi. Pamiętacie tajemniczego przechodnia? Początkowo utożsamiamy go w naszych podejrzliwych rozumkach z duchem ojca, co nasuwa się dosyć naturalnie, może też jakieś lokalne straszydło i czekamy na więcej. Na próżno. Ten wątek już się nigdy nie pojawi. Przemieszczające się miseczki z jedzeniem, okulary i zagubiony telefon… Nigdy nie doczekamy się wyjaśnienia tych fenomenów. Sceny w piwnicy, próby zapalenia gazowego palnika, z początku przyprawiające o ciarki, po kolejnym takim przypadku wywołują raptem wzruszenie ramionami. Telefon odbierany przez Naomi daje echo znane w przypadku dzwonienia z tego samego budynku… I co? I właściwie nie wiemy, co. Tylko soczewki zakładane przez Logana do biegania będą miały jakiekolwiek znaczenie i akurat tutaj muszę przyznać, że to zacny motyw.


Co więcej, bohaterowie są po prostu kompletnie głupi, wręcz stereotypowo horrorowo głupi. W sytuacji, w której się znajdują, kiedy zdarzają się takie niewyjaśnione sytuacje, oni ze sobą nie rozmawiają. Wyobraźcie sobie sytuację, w której słyszycie najpierw walenie w podłogę od spodu, w piwnicy, a potem słyszycie wrzask swojej matki... Lecicie do łazienki, dowiadujecie się, że zepsuł się ogrzewacz. Matka owinięta w ręcznik schodzi do piwnicy sprawdzić, co się dzieje. Nie zamierzacie w ogóle jej pomóc, wygodnie sobie siadacie. A kiedy matka wylatuje z wrzaskiem z piwnicy, bo ktoś zatrzasnął drzwi, dalej spokojnie sobie siedzicie, nie pamiętając kompletnie, co wydarzyło się trzy sceny wcześniej. Co więcej, rozgrywa się tutaj typowa, kiepska drama konfliktu pokoleń…

Przyznam, pod koniec oglądałam już tylko po to, by się dowiedzieć, co się dzieje i jak te wszystkie sugerowane rzeczy się łączą… Otwarty dom – może ktoś z gości nie wyszedł…? Zwariowana sąsiadka krążąca po nocy - może w ten sposób maskuje swoje niecne plany…? Przypadkowy gość – może ma ukryte zamiary…? Śmierć ojca w pierwszych scenach filmu – może to jego duch…? Nic z tego. Nigdy nie poznamy rozwiązania zagadki, a wszystkie tropy były po prostu błędne. Jest to największy grzech, jaki można popełnić przy pisaniu historii, porównywalny chyba tylko z wyrwaniem ostatnich stron w kryminale! Naprawdę nie wiem, jaki plan mieli scenarzyści – nawrzucać wszystkich typowych motywów i niech widzowie próbują odgadnąć, co się wydarzy? Macie pomysł? Ha! To my zrobimy coś innego! Tylko zasadniczo też nie wiemy, jak to wszystko rozplątać, to zrobimy to tak zagadkowo, żeby nikt z tego nic nie wiedział! Tego się nie spodziewaliście! Przysięgam, dawno nie żal mi tak było półtorej godziny zmarnowanego życia. Jako widz czuję się po prostu oszukana i zlekceważona. I to przez kogo? Przez Netlixa, który dotychczas nie zawodził… Gorąco i zdecydowanie nie polecam!

The Open House, reż. Matt Angel, Suzanne Coote, wyk. D. Minnette, P. Dalton i inni, USA 2018.

niedziela, 27 stycznia 2019

Fantasmagoria 2019 - rozpiska


Wrzucałam tutaj w zeszłym roku relację z Fantasmagorii, bardzo przyjemnego małego konwentu w Gnieźnie. W tym roku w dniach 8-10 lutego odbywać się będzie jego dziesiąta edycja, na którą gorąco zapraszam. 


Jak zwykle, kiedy Cathia udaje się na konwent, można spodziewać się kilku prelek, jakżeby inaczej. Tym razem będą trzy, współprowadzone z Magdaleną 'Ithilnar' Stawniak. Będziecie mogli nas również odwiedzić na stoisku… A jakim? Nie, tym razem nie moim karteczkowym, ale stoisku Polish Garrison, polskiego oddziału Legionu 501. Tak, od grudnia jestem członkiem, co zawsze było dla mnie pewnym marzeniem… Poniżej znajdziecie rozpiskę naszych punktów programu. Zapraszamy!

25 najbardziej irytujących postaci „Gwiezdnych wojen”
piątek, godz. 17:00, sala prelekcyjna

Oczywiście, że wszyscy wiemy, kto znajdzie się na czele rankingu! Kto jednak wypełni miejsca od 25 do 2? Nie, nie będą to klony Jar Jar Binksa. Obiecujemy kupę śmiechu i potworny subiektywizm!

Nie od razu Gwiazdę Śmierci zbudowano…
sobota, godz. 15:00, sala prelekcyjna

Największy projekt ery imperialnej miał dotychczas wyjątkowo kiepski PR (to ta rebeliancka propaganda). Chcemy Was jednak zapoznać ze szczególikami (nierzadko pikantnymi) dotyczącymi stacji bojowej i pracującej nad nią ludzi. Prawdopodobnie później będziemy musiały Was zabić, więc zastanówcie się dwa razy czy chcecie poznać sekrety imperialnej superbroni. Wielu Bothan zginęło...

Teorie spiskowe fanów „Star Wars”
sobota, godz. 19:00, sala prelekcyjna

Wszyscy wiemy, że Ziemia jest płaska, a niejaki Mark Z. to tak naprawdę Reptilianin (a nie?). Czy znacie jednak prawdy (niekoniecznie) objawione świata Star Wars? Czyją córką jest Rey? Dlaczego Snoke ma (przepraszamy, miał) na głowie wielką szramę? Na te i inne odpowiedzi odpowiemy na prelekcji. Pamiętajcie o przyniesieniu aluminiowych czapeczek, bo nas podsłuchają!

A tak było w zeszłym roku :)



czwartek, 17 stycznia 2019

Teksty... zaskakujące...


Co stanowi największą wadę i zarazem zaletę zbiorów opowiadań, o których wiemy, że nie są ze sobą powiązane? Odpowiedź jest prosta i dosyć oczywista: różnorodność. To sprawia, że za każdym razem, kiedy rozpoczynamy nowy tekst, mamy nadzieję na nowy świat, nowych bohaterów, nowe kłopoty i nowe doświadczenia. Błogosławieństwo i zarazem klątwa, bo kiedy kogoś pokochamy i chcemy poznać jego przygody, dostajemy coś nowego. Ruszamy na kolejną przygodę, tym bardziej, jeśli po zbiór nie sięgnęliśmy przypadkowo, a zachęciło nas do tego nazwisko autora. 

Dokładnie tak jest w przypadku Pierwszego słowa Marty Kisiel. Z racji zeszłorocznej nieobecności na Falkonie i późniejszego wyjazdu wakacyjnego, mogłam na nim położyć łapki z lekkim opóźnieniem, co napełniało mnie olbrzymim żalem. Dotychczasowe doświadczenie mola książkowego nauczyło mnie bowiem, że pochłonę wszystko, cokolwiek wyszło spod palców Ałtorki i jeszcze poproszę o więcej. Doskonały styl i zbliżone do mojego pokręcone poczucie humoru, cudowni – sympatyczni bądź nie – bohaterowie i przede wszystkim niesamowite, fantastyczne pomysły sprawiają, że każda wyprawa do jej świata to czysta przyjemność.

Nie wszystkie opowieści zawarte w zbiorze Pierwsze słowo są nowe. Blisko połowa została już wcześniej opublikowana, ale w niczym to nie przeszkadza, bo przyznam szczerze, że znałam może ze trzy. Umieszczenie ich w książce umożliwia zatem zapoznanie się nie tylko z nowymi tekstami, ale i tymi starszymi, sięgającymi do 2006 r. Pozwala to też w pewien sposób na docenienie sposobu, w jaki rozwijało się pisarstwo Marty. Niech mi będzie wolno powiedzieć, że w tym zbiorze nie ma słabych opowiadań – są lepsze i gorsze, ale na pewno nie słabe.


Podobnie jak różnorodne są motyle i liście ozdabiające czaszkę na okładce książki (zresztą absolutnie fantastycznej i przykuwającej oko), tak różnorodna jest tematyka tekstów. Wielbiciele lekkiego pióra Ałtorki znajdą tutaj miłe i zabawne opowiadanka, przy których można się po prostu dobrze pośmiać (Rozmowa dyskwalifikacyjna czy cudowne Nawiedziny). Pojawiają się i znani czytelnikom bohaterowie, bo podle i niecnie zamieszczono tutaj także Dożywocie (tak, to jest podstępnie doskonałe posunięcie marketingowe – nie da się tego przeczytać i dowiedziawszy się, że istnieje ciąg dalszy, nie iść grzecznie do księgarni i nie nabyć go drogą kupna), a także nawiązującą do niego Szaławiłę, za którą zresztą Marta otrzymała zeszłoroczną Nagrodę Zajdla. Są i opowiadania, które czasem określam po prostu jako „miła fabułka” (Jadeit, Miasto motyli i mgły), czasami cudownie nawiązujące wręcz do klasyki (W zamku tej nocy). Nie da się jednak określić Pierwszego słowa lekturą łatwą, lekką i przyjemną. O nie. Po przeczytaniu niektórych człowiek musi pomyśleć, zastanowić się, a najlepiej odłożyć książkę chwilowo na bok. Przeżycie Stanisława Kozika (swoją drogą, cudownie przewrotny tytuł!) może wydawać się zabawne, ale jeśli miało się kiedykolwiek styczność z pewną przerażającą kulturą pracy obowiązującą w korporacjach, śmieszne już nie jest. To już nie wyścig szczurów, to coś kompletnie innego, co pojawia się zresztą obecnie i w naszym codziennym życiu, niemal na każdym kroku. Cały świat Dawida napełnił mnie po prostu głębokim smutkiem – zaskakująco, jak wiele i niewiele potrzebujemy, by uszczęśliwić cały nasz mały „świat”, całe nasze otoczenie. Tonący chwyta się brzytwy, a my, małe szaraczki… wszystkiego, zapewne. A wszystko zaczyna się od maleńkiego kroczku. Ale tak naprawdę to tytułowe, choć zamieszczone na samym końcu zbioru Pierwsze słowo mnie po prostu zamurowało. Jest… piękne, okrutne i zmusza do refleksji i zadania pytania: czym właściwie jest miłość, czym jest miłość matczyna. Czasami nie spodziewamy się odpowiedzi. Czasami wręcz nie chcemy jej poznać, bo może się okazać przerażająca.

Przyznam, że nie spodziewałam się takiego tekstu w książce Marty Kisiel, która nawet o sprawach życia i śmierci potrafi pisać w swoisty „lekkawy” sposób. Po dłuższym zastanowieniu muszę jednak powiedzieć, że stanowi jego idealne uzupełnienie, idealne domknięcie zbioru opowiadań. Bo Pierwsze słowo jako całość jest zabawne, urozmaicone, ale także przerażające i bardzo prawdziwe. Pod pięknem świata, radosną lekkością przygód skrywa się to drugie dno, pod motylami i liśćmi skrywa się ludzka czaszka, śmierć, ciemna strona życia. Niewiele zbiorów opowiadań potrafi to pokazać w tak doskonały sposób.

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, wyd. Uroboros, Warszawa 2018.

niedziela, 6 stycznia 2019

Bohaterki...?


W ciągu ostatnich kilku tygodni desperacko potrzebowałam czegokolwiek na odmóżdżenie, zrelaksowanie, a czasem po prostu po to, by sobie leciało w tle, kiedy ja robię co innego. Sięgnęłam po produkcję polecaną przez kilka osób, zamkniętą całość z wieloma sezonami, żyć nie umierać. Gilmore Girls jest najczęściej określane jako przyjemny serial rodzinny, przedstawiający społeczność małego amerykańskiego miasteczka przez pryzmat codziennego życia matki i córki, Lorelai i Rory Gilmore. Brzmi znakomicie.


Rzeczywiście, pokochałam serial za miasteczko Stars Hollow oraz za jego mieszkańców. To oni tworzą cały klimat i to dzięki ich perypetiom chichotałam jak pijana hiena. Uwielbiam Kirka, Patty i Babette, stworzonych właśnie jako element komediowy i doskonale spełniających swoje zadanie. Nie są przy okazji postaciami z papieru - mają swoje zalety i wady sprawiające, że łatwo się z nimi utożsamić, w końcu kto z nas nie spotkał takich osób w swojej rodzinnej miejscowości. Nawet nadaktywny Taylor wydaje się w pewien sposób znajomy. Jeśli dodamy do tego całkiem uroczy plener, małe sklepiki i problemy dnia codziennego, robi się po prostu dziwnie swojsko.

Jednak serial miał zapewne swój określony target i jeśli przed telewizory planowano zaprosić panie w różnym wieku, wybór był idealny. Wszak, jak już wspominałam, głównym wątkiem jest relacja matka-córka i perypetie Lorelai i Rory. Chociaż po życiu w małym miasteczku spodziewamy się pewnych standardów, panie Gilmore standardowe nie są. Lorelai urodziła córkę w wieku lat 16, wychowując ją bez wsparcia bogatej rodziny, dochodząc do wszystkiego własnymi siłami. Też historia jak wiele innych. W przeciwieństwie jednak do części znanych nam tego typu opowieści z codziennego życia, tu udało się to znakomicie. Rory to inteligentna, mądra dziewczyna, prawdopodobnie dzięki niewielkiej różnicy wieku utrzymująca z matką stosunki bardziej przyjacielskie niż matczyno-córczyne. Z przyjemnością ogląda się ich wspólne wypady na zakupy, posiedzenia serialowe i filmowe czy rozmowy na tematy przeróżne, cudowne jest także wsparcie, jakie Lorelai okazuje dziecku na każdym niemal kroku. Takiej relacji szczerze zazdroszczę, bo w życiu wygląda to całkiem inaczej i rozbija się o rzeczywistość, mimo najszczerszych chęci obu stron.


Mój problem w przypadku Rory i Lorelai polega na czymś kompletnie innym – dawno nie widziałam tak niesympatycznych bohaterów. Choć nie, są bohaterowie mający właśnie być niesympatyczni, ale przecież panie Gilmore to przecież wzorzec relacji i co nie tylko. Tymczasem Rory jest może świetna i mądra, ale też kompletnie egoistyczna i przekonana o własnej wielkości i nieomylności. Znakomita szkoła Chilton, potem Yale, ba, dostała się na każdą z uczelni, na którą składała papiery. Tak lepsza od swoich przyjaciółek, bo ma wspierającą matkę i… pieniądze. Tak, pieniądze. Pamiętacie, jak wspominałam, że Lorelai wychowała dziecko samodzielnie, prawda? Sprzeciwiła się rodzinie, odcięła się od rodziców, ale z drugiej strony skorzystała z jej pomocy, jeśli chodziło o wykształcenie Rory. W pełni rozumiem. Pożyczka, okupiona straszliwymi piątkowymi obiadami u dziadków, ale zawsze olbrzymia szansa, której wiele osób nie miało. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dla Lorelai i Rory jest to bardzo oczywiste, a ich stosunek do starszych państwa Gilmore po prostu karygodny. Tak, Emily nie należy do najprzyjemniejszych osób, wścibskie babsko, podporządkowujące sobie wszystkich i wszystko, ale – mówiąc szczerze – córka i wnuczka niewiele od niej odstają. Szczerze mówiąc, tam wszyscy rozgrywają swoje gierki i naprawdę miejscami robi się wręcz niedobrze.


Panie Gilmore mają też tendencję do traktowania całego świata jako swojego poletka i wykorzystywania innych bez najmniejszych skrupułów. Zazwyczaj inni mają się do nich dostosować, pomagać bez względu na wszystko. Sąsiedzi, przyjaciele… Tak, niemal od początku widzimy, jak Lorelai i Luke dryfują w swoim kierunku, widzimy, dokąd wszystko zmierza, ale tam tak naprawdę jest ślepe oddanie Luke’a i radosna niefrasobliwość Lorelai, przekonanej, że wszystko jej się należy. Jej najlepsza przyjaciółka, Sookie, również pojawia się na każde skinienie, nawet wtedy, kiedy spodziewa się dziecka. Wszystko, co robi Rory i Lorelai, ukazano w raczej pozytywnym świetle i nawet to, że Rory idzie do łóżka ze swoją pierwszą miłością, Deanem, przechodzi praktycznie bez echa. W końcu to Dean jest tym złym, rzucił ją kilkanaście odcinków wcześniej, to on ma żonę… Nie mówię tutaj, brońcie bogowie, że zła Rory go uwiodła, bo do tanga trzeba dwojga, ale zawsze było mi żal w tym układzie żony Deana, przedstawianej jako głupiutką blondynkę, nieodpowiednią dla swojego męża, przez którą przerwał swoją edukację. Lorelai rzuci Jasona, znakomitego, uroczego faceta, ponieważ śmiał podać do sądu jej ojca za to, że go właściwie zrujnował. Bo śmiał podać do sądu jej rodzinę – nie szkodzi, że miał wszelkie prawo, słuszność, a przecież i sama Lorelai uważa rodziców za nadętych snobów. Bo tak właśnie jest w tym serialu – jeśli nie funkcjonujesz tak, jak chcą tego Gilmore’owie, robisz to źle. I najzabawniejsze, że niemal wprost wykłada się to widzowi jeśli chodzi o starszych państwa, a sugeruje, że Rory oraz Lorelai to już kompletnie inna bajka. One mogą. W końcu stanowią wzorzec relacji rodzinnych, nawet jeśli nastąpi w nich jakieś pogorszenie (wątek przerwanej nauki Rory uważam za najgłupszy w całym serialu, tak bardzo niezgodny z budowaną do tej pory postacią).


Ten układ kontrastuje z inną relacją matka-córka przedstawioną w Gilmore Girls. Pani Kim i Lane to tak bardzo typowy przykład konfliktu pokoleń. Matka będąca ortodoksyjną chrześcijanką, pragnąca wychować córkę „właściwie”, uważająca każdy przejaw jej niezależności i zainteresowań innych od jej własnych za śmiertelny grzech wydaje się absolutnym przekleństwem. Zgadza się, niejednokrotnie człowiek musiał walczyć o własne przekonania, muzykę, której słucha i wiele innych rzeczy, bo Lane w jakiś sposób stawia opór, czy to ukrywając ukochane płyty pod podłogą, czy to farbując pofarbowane włosy… Pani Kim jest jej przekleństwem, stanowiąc tak wyraźny kontrast z wyluzowaną Lorelai. Ale w przeciwieństwie do przedstawionych stosunków Rory i Lorelai relacje między panią Kim i Lane ewoluują, zmieniają się. Oczywiście, są burzliwe ze względu na upór ich obu, konsekwencję i chęć udowodnienia swoich racji. Jednak pani Kim wcale nie jest taka zła, jak sugerują scenarzyści i bardziej wierzę w tę powolną akceptację życiowych wyborów swojej córki (cudowna scena wizyty w nowym domu Lane i poznanie jej przyjaciół z zespołu) niż w święte Rory i Lorelai Gilmore.

Ciekawe podsumowanie siedmiu sezonów stanowi w tym kontekście miniseria A Year in a Life, wyprodukowana przez Netflixa. Oglądałam ją tuż po zakończeniu ostatniego odcinka, więc była dla mnie przedłużeniem serialu, nie miałam do niej takiego stosunku jak część wiernych fanów Stars Hollow i zaskakuje mnie, jak niewiele się zmieniło w podejściu scenarzystów. Powinno nam być żal Rory, bo jej kariera i życie osobiste są po prostu beznadziejne, tymczasem widać, że ona sama nijak się nie zmieniła. Osoba wychowana jako najmądrzejsza, najpiękniejsza i najdzielniejsza, dla której całe miasteczko robi imprezę (no dobra, to jest miłe i bardzo przyjemnie oglądało się to pod koniec sezonu siódmego), nadal uważa, że świat powinien się kręcić wokół niej. Jej wybory są jedynie słusznymi wyborami i do diabła ze wszystkimi kwestiami moralnymi. Lorelai jest małostkowa i – wybaczcie mój klatchiański – po prostu głupia, kompletnie nieumiejąca docenić tego, co ma. Tak, wiem, to akurat całkiem życiowe, ale drażni mnie w przypadku postaci pokazywanej jako wzór. Jej relacja z matką, kolejne oziębienie ich wzajemnych stosunków na skutek bardzo… niefajnego zachowania się Lorelai podczas pogrzebu ojca, jest przerażająca. Prawdziwa, ale przerażająca. I bardzo Was przepraszam, ale ten potajemny ślub przed właściwą ceremonią w nieobecności matki, w jakiś sposób bardzo nim uszczęśliwionej, był dla mnie potwierdzeniem, że nic do niej nie dotarło. I tak, zgadzam się, to życiowe, ale nie o to chyba chodzi w serialu, zwłaszcza w przypadku osoby stawianej za wzór?


Nie powiem, że zmarnowałam kilka tygodni życia, oglądając perypetie osób wkurzających mnie na każdym kroku, bo byłaby to nieprawda. Nie zmarnowałam – przede wszystkim ze względu na postaci drugoplanowe, które absolutnie uwielbiam. Cudowni Sookie, Jackson, Babette, Patty, Michel, Kirk, Liz… Wszyscy oni tworzą ten genialny mały światek, tak uwielbiany przez wielu fanów. A jakby piękny mógłby być, gdyby nie koszmarne i toksyczne Lorelai i Rory…

Gilmore Girls, twórca: Amy Sherman-Palladino, w rolach głównych: Lauren Graham, Alexis Bledel, Melissa McCarthy, Scott Patterson, Keiko Agena, Kelly Bishop, Edward Herrmann i inni, Warner Bros. Television i CW 2000-2007.
Gilmore Girls: A Year in a Life, twórca: Amy Sherman-Palladino, w rolach głównych: Lauren Graham, Alexis Bledel, Scott Patterson, Kelly Bishop i inni, Netflix 2016.

czwartek, 20 grudnia 2018

Świątecznie i nietypowo!


Lubicie opowiadania? Ja bardzo! Wprawdzie czasami mocno żałuję, że niektóre nie są powieścią na kilkaset stron, ale krótka forma zdecydowanie odpowiada wielu autorom, a i czytelnikowi łatwiej odłożyć książkę po ukończeniu jednego z opowiadań niż po skończeniu rozdziału.

Dynia i jemioła oferuje nam cudowną możliwość zanurzenia się w magicznym świecie wykreowanym przez Anetę Jadowską. Bardzo lubię wszystkie serie Anety (i nie tylko serie), a zbiór opowiadań pozwala mi na spotkanie wszystkich bohaterów w okolicznościach dosyć dla nich niecodziennych. Na kartach zbiorku pojawią się zatem Dora i Roman, Nikita i Robin, Witkac, Baal czy przeurocza rodzina Koźlaków, a także kilka innych, nieznanych nam dotychczas osób.


Jak widać po tytule, akcja wszystkich opowieści oscyluje wokół Bożego Narodzenia i Halloweenu, więc mamy sposobność zapoznania się z różnymi formami spędzania tego czasu przez magicznych. Pierniczki, słodycze, psikusy i cukierki, świeczki i choinki… Tak, wszystko znajdziemy na kartach tej książki, tyle że… nie zapominajmy, to świat Anety. Wszystko będzie zatem przewrotne i czasami niekoniecznie zakończone tak, jakbyśmy się spodziewali. A jak?

W Nocy potworów Nikita będzie musiała dać sobie radę z hordą napastujących ją w Halloween bezczelnych mniejszych lub większych stworów, pragnących wyrwać jej to, co ma w tę noc najdroższe – słodycze! Oczywiście, zabójczyni na usługach Zakonu nie powinna mieć najmniejszego problemu, tyle że… sytuacja nieco się skomplikuje. Nie będzie to jednak jedyne spotkania z najemniczką, gdyż Nieboszczyk, który się uśmiechał zabierze nas na ponowną wycieczkę do Warsa i Sawy, a przy okazji poznamy okoliczności, w jakich Karma i Nikita spotkały się po raz pierwszy. Jest to zdecydowanie bardziej poważne opowiadanie niż pierwsze, ale najcięższy ciężar gatunkowy ma chyba Ballada dla świętej Ruty – to już klasyczna historia rodem z thrillera, nie pozostawiająca, niestety, w sercu tego miłego rozbawienia. Nikita, czegoż innego się spodziewać? Podobny klimat ma Samhein w Wawie, ale mimo wszystko czyta się go jakby łatwiej niż Balladę.

Szczęśliwie dla osób spragnionych czegoś lżejszego, w zbiorku pojawiają się postaci, przy których nawet demoniczne porwania wychodzą… przeuroczo. Coś się skrada cichą nocą daje szansę na dokładniejsze poznanie Koźlaków – rodziny Maliny, poznanej w antologii Idiota skończony. Nie chcę nic mówić, ale patrząc, do czego zdolne są te młode i stare Koźlaczki, z niecierpliwością oczekuję na serię poświęconą tylko im (oraz koniecznie kawiarni Star Bunny!)). Lektura Powrotu wiedźmy bojowej tylko mnie w tym utwierdza. Chce-my Koź-la-ków!

Wspominałam również, że pojawi się i Witkac, choć jego ilość jest homeopatyczna (pamiętam kiedyś napis na jednej z powieści Pilipiuka o takowej zawartości Jakuba Wędrowycza, bardzo mnie ubawił). Duch, który stał się lisem to jednak chyba jedno z najbardziej świątecznych i ciepłych opowiadań w książce. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, a wiek nie zawsze oznacza mądrość – nie należy o tym zapominać niezależnie od stanu materialnego i dusznego.

Jeśli tęsknicie za pierwszą postacią wykreowaną przez Anetę, też znajdziecie coś dla siebie. Wampir, który ukradł Święta to oczywiście ulubieniec wielu czytelników (zwłaszcza czytelniczek): Roman. Jeśli jest Roman, w pobliżu można się spodziewać pewnej rudej i pyskatej namiestniczki Thornu oraz oczywiście zagadki do rozwiązania. Pamiętajcie, problemy z nieruchomościami zawsze wychodzą na jaw w najmniej spodziewanych momentach, a czasami mogą popsuć Święta. Jednak największą niespodziankę dla wszystkich oczekujących stanowi zapewne 50 twarzy Baala. Przyznajcie się, czekaliście! W dodatku z niecierpliwością! Tak, pojawia się Baal świadczący niecodziennie usługi, choć… niekoniecznie z własnej woli. Co, jak i dlaczego? Nie zamierzam nawet pisnąć, choć przygotujcie się na napalone kobiety, przysmaki i demoniczne intrygi. 10/10 za rewelacyjne wypełnienie oczekiwań spragnionego tematu tłumu!

Jeśli lubi się świat wykreowany przez Anetę Jadowską, nie da się oderwać od Dyni i jemioły. Opowiadania są dowcipne, czasem radosne, czasem poważne, ale niezmiennie pozostawiają nas z przekonaniem, że zło będzie ukarane, a dobro zatriumfuje, nawet jeśli wcale się tak na pierwszy rzut oka nie wydaje. Wszystkie opowiadania są dodatkowo pięknie zilustrowane przez Magdę Babińską, doskonale czującą klimat świata Anety i w dodatku chyba czytającą w myślach, bo większość bohaterów wygląda dokładnie tak, jak ich sobie wyobraziłam. Gorąco polecam, zwłaszcza w okresie świątecznym. I pamiętajcie – chcemy Koźlaków!

Aneta Jadowska, Dynia i jemioła, wyd. SQN, Kraków 2018.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Bardzo pechowa trzynastka, ale lepiej już chyba nie będzie…


Obiecałam kiedyś soczystą wypowiedź na temat 13. sezonu Supernaturala, który zdążyłam już nadrobić. Uwierzcie mi, zrobiłam to w mękach, w kilku podejściach i do dzisiaj uważam, że zmarnowałam sobie kilka dni wakacji. Ale cóż, prelekcję na Imladris trzeba było zrobić...

Jak wiecie, cholernie zniechęcił mnie pierwszy odcinek, Lost and Found. Winchesterowie mieli teoretycznie na dobre (taaa) stracić swojego wiernego sojusznika Castiela, wyprawiają mu pogrzeb łowcy, a ja… A ja kompletnie nic nie czuję. Wszystko jest dla mnie sztuczne niczym linoleum, tak, może po części dlatego, że już wiedziałam o powrocie anioła nieco później. Ach, gdzie te sezony, kiedy człowiek obgryzał paznokcie z nerwów, martwiąc się, jak coś zostanie rozwiązane, aż się przypomina taki Meet the New Boss, choć tak, sezon siódmy BYŁ słaby. Jack, nowo narodzony syn Szatana, również nie wzbudzał we mnie najmniejszych emocji, choć wydawał się sympatyczny. Niemniej słowo honoru skauta oszusta, Amara, nawet przy swoim mocno przyspieszonym dojrzewaniu a’la stargate’owa Adria, była znacznie ciekawsza.

Nie, jako postać jest miły i sympatyczny, ale to nie to.

Przez cały rok dochodziły do mnie kolejne informacje, ale osiągnęłam już ten poziom braku zainteresowania, przy którym spoilery stały się po prostu obojętne. I to jest naprawdę coś, co powinno dać do myślenia twórcom, bo przecież wiem, że nie jestem jedyna. Wiele osób ogląda „z przyzwyczajenia”, „co jeszcze wymyślą”, „żeby zobaczyć, jak nisko można jeszcze upaść”… Jasne, znam też kilka, które nadal serial kochają i zazdroszczę im niemal tak bardzo jak tym, którzy uwielbiają sequele starwarsowe. Nie potrafię. No po prostu nie potrafię.

Jak już kiedyś pisałam, Supernatural naprawdę domagał się albo powrotu do korzeni (co jest jednak niemożliwe ze względu na maksymalne wylevelowanie postaci), albo porządnej zmiany formuły. Pewnych gwałtownych cięć, które powinny zostać zrobione, by jeszcze cokolwiek uratować. Pod koniec sezonu 12. można było się łudzić, że będzie to odejście Castiela i Crowleya, teraz jednak wiemy, że nie do końca.

A możliwości przecież były! Nawet Donatello, prorok bez duszy, który poznał Słowo Boże, dające mu niesamowite wręcz umiejętności, tworzyłby naprawdę ciekawego przeciwnika. Przede wszystkim kompletnie nowatorskiego i kompletnie innego od wszystkiego, z czym bracia już walczyli. Ale nie. Stwórzmy bardzo interesujący problem, rozwiążmy go Castielem w jednym odcinku w sposób skrajnie idiotyczny. 

Kurczaki, w ogóle koncepcja tych bezdusznych ludzi jest taka zacna i daje tyle możliwości... ale nie...

No bo po co nam kompletnie odmienny wróg? Przecież mamy innych kandydatów na czarne charaktery, takie znakomite i oryginalne. Skoro na scenę ponownie wkroczyło Zło największe, Lucyfer, postrach pierwszych sezonów, otwierało to bardzo szerokie pole do popisu. Niestety, zamiast niego na początku dostaliśmy Asmodeusza, który miał być taki bardzo inny niż Crowley, że aż nosił biały garnitur zamiast czarnego. Asmodeusz był Crowleyem, ze wszystkimi jego wadami – łącznie z uzależnieniem, tyle że oczywiście musiało być inne, od łaski archanioła. Co tam plebejska ludzka krew. Tę postać też można było wykreować kompletnie inaczej, położyć nacisk na inne cechy, mieliśmy dotychczas już kilku potencjalnych przywódców Niebios i Piekieł, którzy przynajmniej wydawali się… interesujący. Asmodeusz… przyznam, że zastanawiałam się, kto mu poderżnie w końcu gardziołko. I jak prędko. Niestety, niewystarczająco.

Jestem zajebisty i cyniczny. Miałem potencjał. I na tym się skończyło.

Brak porządnego złego to duży problem 13. serii. Wspominałam wcześniej o Lucyferze i właśnie on jest jednym z dwóch powodów, dla których… nie dało się tego oglądać, a przynajmniej bolało potwornie. Wszystko wskazuje, że scenarzyści postanowili przeanalizować powody popularności Castiela i doszli do wniosków doprawdyż zastraszających – to jego dupowatość, szczeniaczkowość i ogólne nieogarnięcie! Ha, na pewno to! Zatem byt niezmiernie potężny, będący jednym z dwóch wielkich graczy Apokalipsy, ten, który przetrwał uwięzienie w Klatce w całkiem niezłym stanie psychicznym przez całe eony, nagle nie może znieść powtórnego odrzucenia przez ojca wybitnie zresztą wyrodnego i tego, że utracił wpływ na dziecię, zmienia się zatem w rozlazłą mameję i torturuje wszystkich swoją płaczliwością. Lucyfer staje się po prostu głupcem i nie mówcie mi, proszę, że taki był jego Plan. Koniecznie przez duże P. W efekcie postać wywołująca ciary jedną sceną (jak choćby w Abandon All Hope… czy The Swan Song) sprawia, że czoło boli mnie wręcz od headdesków, a kiedy ginie, z ust moich wyrywa się „No nareszcie, ileż można?”

Misha wygrywający taki wątek Casa był dobry. Scena z pralnią znajduje się bardzo wysoko na liście moich ulubionych. Mark Pellegrino jest naprawdę świetnym aktorem, ale tutaj... tutaj nie było co grać. To taki Lucyfer z wizji Sama w siódemce, w dodatku wkurzający na potęgę.

Ewidentnie jednak w tym sezonie postanowiono rozprawić się ze wszystkimi archaniołami. Pamiętacie, jak pisałam, że nie chcę powrotu Gabriela? Jego śmierć w Hammer of the Gods stanowiła doskonałe zwieńczenie historii najmłodszego syna rodziny, który już po prostu nie może znieść niekończącego się konfliktu i postanawia się po prostu dobrze bawić. W pewnym momencie jednak przyjął na klatę obowiązki i zapłacił najwyższą cenę. I było to absolutnie i bezwarunkowo DOSKONAŁE. Owszem, bawiono się dotychczas koncepcją powrotu Gabrysia choćby w Metafiction, ale chwalić bogów, tylko się bawiono. Niestety. W sezonie 13. przywrócono go do życia, pokazano jako niesamodzielnego chłopczyka (cholernie podobała mi się wizja archanioła jako Lokiego, zawsze cudownie mi się zakładało, że to on był tym stworzeniem mitologicznym, do tego stopnia doskonale się maskował, iż stworzył własną legendę). Tymczasem okazało się, że potężny archanioł jest małym misiem w porównaniu z kilkoma bóstwami. Że daje się zrobić jak dziecko. A jego wendetta była tak kretyńskim pomysłem (oczywiście, archanioła również muszą uratować Winchesterowie), że wszystko mi opadło. Dodatkowo scenarzystom naprawdę zabrakło pomysłu na rozwiązanie gabrysiowego wątku, więc po prostu zabili go w idiotycznym pojedynku, z góry skazanym na przegraną. Gabriel nigdy nie był altruistą. Ale kogo, do cholery, obchodzi teraz jakakolwiek ciągłość fabuły i spójność postaci, skoro bracia zachowują się, jakby sekrety przez kilka sezonów wcale namiętnie nie gryzły ich w tyłek, a każde boczenie się na siebie zawsze kończy się cholernie źle. Co tam spieprzenie Gabrysia! Dla mnie to oznaczało moment, po którym straciłam już wszelką chęć do kontynuowania znajomości z tym serialem.

Hello, bogowie się bali archaniołów, o ile dobrze pamiętam. Tutaj większym zagrożeniem dla wszystkiego, co żyje, są Winchesterowie.

A skoro jesteśmy już przy Niebiosach… Od kilku sezonów ten wątek zaliczał coraz większy zjazd, by osiągnąć poziom Rowu Mariańskiego. Co to, do cholery, miało być? Czy szanowni państwo scenarzyści oglądali kiedykolwiek ten serial? Wcześniejsze sezony? Taki szósty na przykład. Zostało wtedy dosyć jasno powiedziane, że siłą zasilającą Niebo są dusze tam trafiające i właśnie ich potęga stanowili o mocy aniołów. W momencie, kiedy zostało ich niewiele, powinny posiadać możliwości wręcz archanielskie! Ale nie, żeby było bardziej dramatycznie, wymyślmy tym razem, że to jednak chodzi o liczbę aniołów. I jak ich zabraknie, to wszystko się rozpadnie? No na litość, nomen omen, boską!!! Co tam w ogóle robi Naomi? Obiecali Amandzie cameo w zamian za wyreżyserowanie kilku odcinków? Stracili tylu fanów, że postanowili sięgnąć po tych, którym jednak podobała się Naomi? Nie rozumiem tej decyzji. Fakt, wspominam ją jako ostatnią w jakikolwiek sposób charyzmatyczną anielicę, ale to jest kwestia aktora i napisania postaci. Niestety, obawiam się, że tego drugiego nikt już nie potrafi…

Jak już jesteśmy przy faworytach fanów, ten sezon stanowi po prostu popis robienia dobrze twardzielom, którzy się jeszcze przy Supernaturalu ostali. Kiedy w poprzednim pojawiła się koncepcja świata równoległego, dało to olbrzymie możliwości fabularne, łącznie z powrotem do Apokalipsy (tak, wiem, płonne nadzieje). Niestety, koniec końców stało się wygodnym uzasadnieniem powrotów postaci, za którymi tęsknimy. Nie zrozumcie mnie źle, kocham Bobby’ego, jego odejście złamało mi serce, ale to było doskonałe posunięcie Sery – chłopcy musieli stracić mentora, po prostu musieli. Tak wygląda naturalna droga dojrzewania, a także archetypiczna droga bohatera. Ale mamy rzeczywistość alternatywną i – fanfary! – Bobby powraca. Koniecznie jako członek Ruchu Oporu, koniecznie taki sam, koniecznie na ślepo ufający Mary i Winchesterom. Niby dlaczego, ja się pytam? Czy nie ciekawszą opcją byłoby przypadkiem uczynienie go vesselem dowolnego anioła i danie braciom wreszcie porządnego powodu do Angstu? Z tego powodu podobał mi się alternatywny Kevin Tran. Widać było w nim jeszcze tego chłopca podobnego do „naszego” Kevina, jednak był jednocześnie kompletnie inny, bardziej złamany, dużo bardziej mroczny. Pojawia się też i Charlie i tu już mam duży kłopot. Jasne, Dean i Ketch ratują jej życie. Ale dlaczego ona zachowuje się dokładnie jak „nasza” Charlie, jakby miała jej wszystkie wspomnienia, konotacje, ha, zwłaszcza dotyczące braci? Mam wrażenie, że zmarnowano spory potencjał na wprowadzenie pewnej odmiany do serialu. Tak, wiem, lubi się piosenki, które się zna. Ale od czasu do czasu fajnie poznać coś nowego, naprawdę.

O, wiem, co mi się na tym zdjęciu podoba. Więź Mary i Jacka, to jest ładne.

Zdrażniły mnie też drobiazgi – ot, choćby obsadzenie Danneel w roli anielicy Jo. Naprawdę zabrakło już w Kanadzie aktorów? „Dorzućmy żonę Jensena, prosił, będzie mogła legitnie jeździć na konwenty i zarobić…” Szczerze, to jest moja jedyna reakcja na jej pojawienie się w serialu. Inną rzeczą, która mi się bardzo nie spodobała, to użycie frazy „Even when you win, you loose.” Jest aż nadto podobna do wyciętej ostatniej kwestii Crowleya, a którą Mark wykorzystał później w kampanii koszulkowej – „Even when I loose, I win.” Nieładnie, psze państwa. Wiem, że tam poszło na noże, ale to paskudne zagranie.

O tym właśnie mówię.

Sezon 13. Miewał swoje momenty, nieliczne wprawdzie, ale miewał. Kolejne uwzględnienie mitologii Cthulhu, crossover ze Scooby-Doo, ewentualny początek spin-offa również oglądało się całkiem przyjemnie, ale jako całość, absolutnie się nie broni. W żadnym wypadku. Zejdźcie już ze sceny, panowie. Ileż można? I tak, nadal uwielbiam pierwsze sezony. Wracam do nich. Do kilku ostatnich sezonów nie wrócę na pewno, przynajmniej nie jako do całości. A to o czymś świadczy, szkoda, że to coś jest bardzo smutne.