niedziela, 22 kwietnia 2018

Duszne wojny (Ghost Wars)


Kiedy przyglądam się netflixowym serialom, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że obecnie stały się bardzo modne dwa tematy: zjawiska nadnaturalne oraz opowieści o odizolowanej w dowolny sposób społeczności danego miasteczka/wioski/okolicy. Realizuje się te dwa tematy ze zdumiewającą wręcz częstotliwością i czasem wychodzi z tego coś niestrawnego, czasem źle nie jest.


Oczywiście, czasem bywa, że oba te tematy są łączone. I tak natknęłam się ostatnio przypadkowo na serial Ghost Wars (Blacklist mi się chwilowo skończył), a potrzebowałam czegoś do „lecenia w tle”. Historyjka jest prosta jak konstrukcja cepa – mieszkańców Port Moore, małego miasteczka na Alasce zaczynają prześladować duchy. Jak łatwo się jednak domyślić, nie są to przyjazne Kacperki, a byty poważnie wpływające na losy i życie mieszkańców. Jako że nie jest to Supernatural, przyczyna pojawiania się upiornych gości nie zostanie wyjaśniona w jednym odcinku, Winchesterowie nie wyrżną kogo trzeba i nie udadzą się w stronę zachodzącego słońca, tutaj będzie nieco bardziej skomplikowanie. Przede wszystkim – poprzez oddziaływanie halucynogenne, a czasami nieco poltergeistowate, duchy poważnie przyczyniają się do zredukowania populacji miasteczka. Jak wspomniałam wcześniej, istotnym elementem takiej opowieści jest również izolacja miejsca dotkniętego katastrofą – czasem bywa to kopuła obcego pochodzenia, a czasem dosłownie nie ma się jak z niego wydostać, bo jedyna sensowna droga – most łączący nowo powstałe więzienie naszych bohaterów ze stałym lądem, zostaje za sprawą duchów odcięta. Oczywiście, mieszkańcy posiadają i łodzie, ale poirytowane duchy nie zamierzają pozwolić nikomu się wydostać tak czy siak. Opcją byłby helikopter, ale ten posiada jedynie Zua i Eksperymentująca Korporacja, dla której cała sytuacja jest wymarzonym poletkiem do eksperymentów.

Lubię głównych bohaterów tego serialu, bo są… ludzcy. Taki jest przede wszystkim Roman Mercer, obdarzony talentem tudzież przekleństwem możliwości widzenia duchów i mogący się z nimi komunikować. Zresztą, z tego też powodu zamierza opuścić Port Moore, ale nie będzie mu to dane. Staje się kluczową postacią dla ocalenia mieszkańców, ale wcale nie oznacza to, że przez nich kochaną. Wręcz przeciwnie, na samym początku serialu grozi mu niemalże lincz. Romanowi towarzyszy całkiem sensowna duszyca, Maggie, ale na równorzędną mu postać wyrasta tak naprawdę pracownica korporacji, Dr Landis (grana przez Kandyse McClure, do której mam słabość od czasów Battlestar Galactica), domyślająca się, że eksperymenty z akceleratorem posiadanym przez Lambdę przyczyniły się jakoś do zaistniałej sytuacji. Poza tym mamy bohaterów drugoplanowych, z których większość jest naprawdę dobrze napisana i zagrana: pastor z kryzysem wiary i pewnym poważnym Sekretem (koniecznie przez duże S), zrozpaczona matka małego dziecka, opętanego przez duchy, zdesperowany ojciec Maggie, lokalna barmanka uwikłana bardzo mocno w to, czego chce Nienazwane czy wreszcie świetnie zagrany szeryf, próbujący ocalić coś, co dla niego pozostaje w jakiś sposób ludzkie.


I jakkolwiek postaci te brzmią mocno archetypicznie – musimy mieć tego, tego i tego, by opowieść trzymała się kupy i wywoływała jakiekolwiek emocje, tak w tym przypadku sprawdza się całkiem nieźle. Scenarzyści są w stanie rozegrać tę historię w sposób wciągający, aż szkoda, że dorzucili do koktajlu nienazwanego, odizolowania i złej korporacji również wątek przedziwnej roślinoistoty, właściwie bogowie tylko wiedzą czego chcącej. Tutaj mam wrażenie, że nadmiernie zainspirowali się Pod kopułą. O ten jeden grzyb w barszczu za dużo – sama korporacja ze swoimi eksperymentami wystarczyłaby aż nadto, zwłaszcza że w pewnym momencie sytuacja bardzo mocno przypomina mi jeden z moich najukochańszych seriali, Flash Forward. Tym bardziej, że motywacja szefowej korporacji zdecydowanie trzyma się kupy i całość składa się w naprawdę ciekawą układankę.

Dotychczas wypuszczono raptem pierwszy sezon, ogląda się go szybko, bo ma zaledwie 13 odcinków. Zakończenie jest dosyć otwarte (i zaskakuje!), drugi sezon jak najbardziej miałby rację bytu i chyba chcę, by go nakręcono, ale tylko, jeśli coś zacznie się wyjaśniać. W pewnym momencie spiętrzenie tajemnic naprawdę zaczyna przeszkadzać. Podoba mi się jednak to, że nie dysponując specjalnie dużymi środkami, jak to zwykle bywa w przypadku produkcji Syfy, postawiono raczej na relacje międzyludzkie i tego naprawdę powinno się trzymać. Jednym słowem – warto. Nie jest to serial w jakikolwiek sposób odkrywczy, ale też nie do końca wtórny, bawiący się pewnymi motywami, przetwarzając je w przystępny sposób.

Ghost Wars, twórca: Simon Barry, w rolach głównych: Avan Jogia, Kim Coates, Luvia Petersen, Kandyse McClure, Meat Loaf, Kristin Lehman i inni, Syfy 2017.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bestie i autorzy


Jacek Piekara to pisarz zdecydowanie kontrowersyjny, ostatnio złej sławy przysporzył mu też spór z Dorotą Wellman. Nie należę jednak do osób, które postrzegają książki przez pryzmat autora, dosyć łatwo mi to rozdzielić, o ile – rzecz jasna – sam autor nie przemyca do swoich dzieł tych samych poglądów i nie robi tego w sposób mało subtelny. Jasne, można powiedzieć, że wtedy się po prostu nie czyta, ale w gruncie rzeczy znam wiele osób, które drażnią mnie jako osoby prywatne, a książki uwielbiam, nawet jeśli coś tam czasami można wyłapać.

Wiele osób nie może znieść twórczości Piekary właśnie ze względu na jego podejście do kobiet, dosyć szowinistyczne, trzeba przyznać, choć zdarzają mu się teksty, w których tak bardzo tego nie widać. W niektórych zdołał po prostu wykreować świat, gdzie takie podejście jest elementem codzienności i nie zaskakuje tudzież nie oburza – tak po prostu jest, jak chociażby w przypadku cyklu o Inkwizytorze. Ba, kiedy w kiepskawych raczej prequelach nasz Mordimer zakochuje się jeszcze jak uczniak i w stosunku do kobiet zachowuje się znacznie poprawniej niż później (wcześniej), coś czytelnikowi nie pasuje.

Nie jestem osobą specjalnie uczuloną na takie sytuacje, wiem, co robię, kiedy sięgam po kolejną pozycję z dorobku Piekary, jeśli by mi to nie pasowało, po prostu bym sobie odpuściła – tak robię zazwyczaj. Na ogół podoba mi się jego styl, pomysły też ma całkiem niezłe, ucieszyłam się więc, kiedy w księgarni zobaczyłam zbiór opowiadań, Bestie i ludzie.

Potwory czają się bliżej niż myślisz!
Zbiór 10 opowiadań, w których znajdziecie czysty, pierwotny lęk. Grozę wywołaną świadomością, że największy koszmar czka na nas tuż obok. Przychodzi w postaci uśmiechniętego sąsiada albo dziewczyny zaczepionej w barze. Czasem w osobie kogoś, kogo znamy od wielu lat.
Najbardziej przerażające jest to, że o otaczającym nas świecie nie wiemy wszystkiego. A dokładniej – nie wiemy prawie nic.



Brzmi nieźle, prawda? Zwłaszcza jeśli lubi się powieści grozy w stylu kingowskim, gdzie zło jest przyczajone, zgoła niewidoczne, a człowiek i jego żądze potrafią doprowadzić do dużo gorszych sytuacji niż niejeden potwór z piekła rodem. I tak, te dziesięć opowieści traktują o czymś teoretycznie codziennym, a jednocześnie przerażającym, nienazwanym. Pomysły również są naprawdę świetne. Chyba najbardziej spodobali mi się Dobrzy sąsiedzi, tekst otwierający ten zbiór – traktujący o ludziach żyjących w świecie zapewne dotkniętym zimą postnuklearną, a jednocześnie współegzystujący z mroźnymi postaciami jakby żywcem wyjętymi z baśni. Zarazem mam również wrażenie, że to opowiadanie jest najbardziej oryginalne, inne są w większości osadzone w rzeczywistości typowej dla powieści urban fantasy, co tak naprawdę sprawia, że nie trzeba nakreślić zbyt wyraźnie tła – w końcu znamy to wszystko. Jeśli lubi się ten gatunek, można się naprawdę ucieszyć, w końcu pewien realizm i magia stanowią naprawdę fantastyczne połączenie i dają rewelacyjny podkład pod rozmaite, czasami wyjątkowo oryginalne pomysły. Wśród nich najprzyjemniej czytało mi się Klub wyjątkowych dżentelmenów, nawiązujący oczywiście do Ligi…, choć w inny, mniej oczywisty sposób. Nakreślone tam realia i możliwości wyjątkowo przypadły mi do gustu, sam tekst również stanowi bardzo dobry wstęp do dłuższej opowieści, jeśli autor miałby na to ochotę – ciekawe pole do eksperymentów. Ciekawe spojrzenie na magię i rzeczy niedostrzegalne dla śmiertelnika oferuje również Pan Wierszokleta i magiczny świat elfów – nie do końca oczywista. Interesujące są Kwiatki i czekoladki, poruszające tak popularny ostatnio temat zombie, ale z ludzkiego punktu widzenia, stawiającego pytanie, kto tutaj tak naprawdę jest bestią – ten tekst daje do myślenia. Pewnym rozczarowaniem jest natomiast Strzeżcie się Marsjan, nawet gdy przynoszą dary – sam pomysł świetny, choć inspirowany innymi tekstami fantastycznymi… przylatują obcy i podarowują populacji miasteczka indywidualnie dobrane prezenty… Jednak tak naprawdę to zaledwie pretekst do zasadniczej części opowiadania.

I właśnie z nią mam największe problemy w tym zbiorze. Część tekstów traktuje motyw przewodni dosyć metaforycznie, odkrywczo, w części chodzi po prostu o faceta wykorzystującego kobiety w sposób wręcz oczywiście, dosłownie obrzydliwy. Gwałty, porwania, uwięzienie, zabójstwa… Nie miałabym nic przeciwko jednemu takiemu opowiadaniu, bo doskonale pasuje do tematu, w dodatku mógłby być świetnie połączony z innymi w kontekście Bestii i ludzi. Takie chociażby Trzymaj mnie za rękę, kochanie… jest ciekawym tekstem fantastycznym, opowiadającym o prawdziwym potworze i jedno dobrze wpisuje się w całość narracji. Niemniej motyw znęcania się nad kobietami mamy też we wspomnianym już Strzeżcie się Marsjan… oraz Pannie chlupce i piesełku, i to już zakrawa na nadmierne epatowanie tematyką, wręcz rozkoszowanie się opisami i motywem. Pomijając już wszystko inne, wyjątkowo kiepsko wpływa to na samą fabułę opowiadania, bo już od początku niemal oczywistym jest, jak wszystko się skończy. Naprawdę mam wrażenie, że nawet w zbiorze Świat jest pełen chętnych suk nie było tak przewidywalnie i wręcz obrzydliwie.

A szkoda, bo Piekara naprawdę potrafi wymyśleć coś oryginalnego i napisać to w wyjątkowo żywy, przystępny każdemu sposób. Część tekstów w Bestiach i ludziach to naprawdę solidny kawałek fantastyki i mogłabym bez problemu polecić ten zbiór każdemu, komu oczywiście odpowiada specyficzna narracja autora. Niemniej lektura całości pozostawiła mi pewien… niesmak.

Jacek Piekara, Bestie i ludzie, wyd. Fabryka Słów, Lublin-Warszawa 2018

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Lekturki marcowe


Ha, w marcu poszło mi jakby lepiej! Do czytania pozostaje mi jednak raptem kwiecień, bo maj zaczyna mi się już wyjazdowy – strasznie ciężko przysiąść nad książką, jeśli jesteś po całym dniu trasy. Zawsze jest jednak Kindle, który od lat ratuje mi życie, choć ostatnio zaczął szwankować. Ale będę się o to martwiła nieco później – teraz czas na polecanki (lub niepolecanki)!

Większy kawałek świata – Joanna Chmielewska
Próbuję właśnie uzupełnić biblioteczkę chmielewską, przede wszystkim o te starsze pozycje i niezmienną radochę sprawia mi wypatrzenie którejś pozycji za grosze a to w sklepie internetowym, a to na jakiejś przecenie. Tym razem wzbogaciłam się o jedną z części cyklu o Teresce i Okrętce, dwóch niesamowitych nastolatkach z manią historyczną (jakże mi bliską). Tym razem dziewczyny wyruszają na wakacje w stronę mazurskich jezior, licząc na spokojny wypoczynek bez przygód. Nie ma tak pięknie – nieoczekiwanie zostają wplątane w aferę, w której udział bierze Obłąkany Hrabia i Niszczyciel Porządnie Ułożonych Kamieni Na Kuchnię. Rewelacja.


Leia, Princess of Alderaan – Claudia Gray
Nowy kanon Star Wars to dotychczas całkiem niezłe książki, a niezmiennie zaskakuje mnie fakt, że pozycje young adult są naprawdę niejednokrotnie lepsze niż te dla czytelnika w pełni dorosłego. Moja absolutna faworytka Claudia Gray rewelacyjnie czuje zwłaszcza księżniczkę Leię i po fenomenalnych Więzach krwi ponownie wzięła na warsztat tę postać, tym razem jednak w czasach mocno nastoletnich. Szesnastoletnia Leia jest wprawdzie dobrze wychowaną następczynią tronu, jednak to również typowa nastolatka, której nie po drodze z rodzicami. W efekcie nasza księżniczka buntuje się… przeciw buntownikom. Polecam bardzo gorąco, bo lekturka nie dotyczy jedynie paskudnego Imperium i dzielnych rebeliantów, zagadnienia w niej poruszane są nieco głębsze i zdecydowanie dają do myślenia. Jedynym niestrawnym elelementem książki pozostaje nastoletni romans, ale przy rewelacyjnej całości i jego daje się przełknąć.

Dom nad klifem – Maeve Binchy
Słowo daję, zawsze wydawało mi się, iż czytałam już dokładnie wszystko, co wyszło spod pióra utalentowanej Irlandki, a jednak ostatnio okazało się, że wcale nie. Dom nad klifem to typowa powieść Maeve, historia opowiedziana przez sceny z życia głównych bohaterów, mówiące sporo o ich teraźniejszości i przeszłości, zazwyczaj skupiona wokół osoby lub miejsca. Jak łatwo się domyślić po tytule, tym motywem będzie tym razem owo domiszcze, zakupione przez Chickie, kobietę z przeszłością, by uczynić z niego hotel dla osób spragnionych wakacji nader spokojnych. Jak to u Binchy, mnóstwo ciepła, życiowych dylematów i przekonania, że nie wszystko da się załatwić uśmiechem i dobrym słowem.

Alfabetyczny morderca – Jerzy Edigey
Lubicie peerelowskie kryminały? Ja uwielbiam, nawet te o dzielnym sierżancie MO walczącym na zadupiu ze spekulantami z lokalnego GeeSu. Są lepsze i gorsze, ja czerpię z nich niezmiennie wielką radość. Wśród autorów pojawiają się jednak nazwiska znakomite i zaliczam do nich właśnie Jerzego Edigeya, każda jego powieść to istna perełka. Alfabetyczny morderca traktuje o nietypowej sprawie czterech zabójstw dokonanych w małym miasteczku, nazwisko każdej ofiary rozpoczyna się na kolejną literę alfabetu. Zabójca to wariat? Maniak? Wyrafinowany zbrodniarz, który ma wszystko zaplanowane? Przybyła z Częstochowy młoda milicjantka Barbara musi poradzić sobie nie tylko ze sprawą, ale także z niechęcia swojego przełożonego, bo jakże to – baba będzie prowadziła śledztwo? Pozycja ewidentnie inspirowana Agatką, ale przez dodanie mnóstwa ciekawych szczegółów broni się nawet mimo upływu lat.

Zwierciadło piekieł – Graham Masterton
Lubię Mastertona. Wprawdzie jego horror to nadmierne epatowanie okrucieństwem, kiedyś zdarzyło mi się wręcz odłożyć zbiór opowiadań, gdzie znalazł się tekst wyjątkowo obrzydliwy, ale czasem człowiekowi wręcz chce się takiego mało wyrafinowanego dzieła. Zwierciadło to klasyk, wariacja na temat tego, co znajduje się po drugiej stronie lustra i dlaczego pewne życzenia nigdy nie powinny się spełnić. W roli głównej psychopatyczne dziecko, więc jeśli ktoś lubi te wszystkie elementy, powinien sięgnąć po tę pozycję.



Rook – Graham Masterton
Jak widać, nabrało mnie na te horrory dosyć konkretnie. Rook otwiera jeden z kilku cykli autora, ten poświęcony jest tytułowemu nauczycielowi angielskiego, posiadającemu bardzo nietypowe umiejętności – otóż przez to, iż kiedyś o mało nie umarł, widzi obecnie zjawy i duchy, co – jak łatwo się domyślić – nie sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Pierwszy tom opowiada o zmaganiach Jima z czarownikiem woodoo i jest chyba najsłabszą pozycją cyklu. A ponieważ można te powieści czytać również pojedynczo, tom tylko dla naprawdę zainteresowanych.


Demon zimna – Graham Masterton
Kolejna pozycja poświęcona Rookowi, znacznie lepsza niż poprzednia. Tym razem Jim musi stawić czoła tytułowemu koszmarowi, który przybył z Alaski, by zabrać duszę jednego z uczniów nauczanej przez Jima klasy specjalnej. Dość nietypowo jak na ten cykl, akcja rozgrywa się nie tylko w Los Angeles, ale również na dalekiej północy i niech mnie, ta druga część tak bardzo pobudza wyobraźnię… Dobre.



Ciemnia – Graham Masterton
Mój absolutny faworyt cyklu o Rooku. Masterton bawi się tym razem koncepcją fotografii jako medium więżącego dusze, a przynajmniej ich część. Podobnie jak w przypadku Demona zimna, tak i Ciemnia oprócz warstwy stricte horrorowej, posiada również tę, która zmusza do zastanowienia się nad postępowaniem człowieka w sytuacjach ekstremalnych. I tak, zdecydowanie wolę Jima Rooka od Lorda Jima. Tak, wiem, jestem barbarzyńcą.

Plus/Minus – Olga Gromyko, Andriej Ułanow
Recenzję znajdziecie tutaj.

Wars i Sawa – Adam Podlewski
Recenzję znajdziecie tutaj.

Ciotka Zgryzotka – Małgorzata Musierowicz
Recenzję znajdziecie tutaj.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Ida i Demon


Lubię urban fantasy w znajomych realiach, nic zatem dziwnego, że na drugą część Szamanki od umarlaków czekałam z dużą niecierpliwością. Poprzedni tom przygód Idy Brzezińskiej pozostawił ją w dosyć przełomowym momencie – poprzez niebacznie złożoną przysięgę, szamanka musi uratować duszę Jednookiego Kanibala, jej nemezis, i dostarczyć ją w Zaświaty… Inaczej rozpłynie się w niebycie.

Cóż w tym trudnego, zapytacie? Ano wszystko – dusza, którą musi uratować, została uwięziona w świecie luster Kusiciela, a wejście w tenże świat jest, jak wiemy niemalże od początku poprzedniej książki, wyjątkowo niebezpieczne i może zakończyć się w sposób wysoce nieprzyjemny dla osoby, która tam utknie. Mimo to szamanka władająca dosyć specyficzną magią oraz posiadając wsparcie ze strony Wydziału Opętań i Nawiedzeń nie powinna mieć najmniejszego problemu z przeprowadzeniem tej operacji. Nie powinna, ale…  o czym w takim razie byłby Demon luster?

Szamanka… stanowiła swoiste origin story dla Idy, nic zatem dziwnego, że dużą część książki zajmował opis jej szkolenia, a sam antagonista – Mikołaj, Jednooki Kanibal – kreowany był na tego głównego złego. W Demonie… sprawy się jednak zdecydowanie skomplikują, bo okaże się, że Mikołaj również stał się ofiarą, a by dorwać prawdziwego złoczyńcę, należy pogrążyć się w żmudnej detektywistycznej robocie i czekaniu. A czasu Ida nie ma – wszak złożona przysięga na każdym kroku daje o sobie znać. Tym razem jednak zagadka będzie nieco bardziej skomplikowana niż to, co działo się poprzednio. Należy dojść do tego, kto naprawdę stoi nie tylko za szaleństwem Mikołaja, ale także za dawnymi morderstwami i go unieszkodliwić. Jak się domyślacie, nie będzie to specjalnie proste.



Na szczęście pojawiają się sprzymierzeńcy. Najważniejszym staje się oczywiście poznany w poprzednim tomie Kruchy, poznamy przy okazji odrobinę jego historii i muszę przyznać, że przy tym, jak kreowani są pozostali bohaterowie, ten wątek dał mi nadzieję na pewien twist. Także ciotka Tekla znowu wspomoże swoją niezdyscyplinowaną podopieczną. Cennym nabytkiem okaże się pracownica archiwów Firmy, Kornelia. Problem polega na tym, że oni wszyscy są jakoś tacy… jedną kreską napisani, żadnych wątpliwości, żadnego drugiego dna, bo ten spodziewany twist z Kruchym nigdy nie nastąpił (no dobrze, Tekla nadal mówi o rozmówcy w trzeciej osobie). Dobry zawsze dobrym pozostaje i po lekturze większości powieści pozostaje to w nas tak bardzo ugruntowane, że gdy wydarza się coś, co powinno poddać w wątpliwość zamiary jednej z postaci, domyślamy się, że to ściema. Identycznie jest zresztą z tymi, którzy pragną wyrządzić naszym bohaterom krzywdę, co najbardziej widoczne jest u pewnego złośliwca z WONu. W pewnym momencie stało się to troszkę męczące, nie wytworzyło napięcia, które pewnie powinno. Sytuację zdecydowanie ratuje kreacja naszego Kusiciela i tego, co doprowadziło go do popełniania zbrodni. Tu już nie jest jednoznacznie i bardzo mnie to cieszy. Pomysł stary jak świat, wszak dobrymi chęciami piekło wybrukowano, ale bardzo ładnie napisany.

Największy atut książki stanowi jednak klimat. Niejednokrotnie podczas lektury człowiekowi przebiega po karku dreszcz, a wszystko nakreślono tak plastycznie, że czuje się to zmęczenie i desperację Idy, której życie wyraźnie wisi na włosku. Demoniczna posiadłość, stanowiąca część zagadki, bagienko i uschłe rośliny stanowią wprawdzie klasykę gatunku, ale nijak nie przeszkadza to temu, że widzimy to… i cholernie się boimy. Polecam zwłaszcza scenę z kanarkiem, mistrzostwo! Lustrzane zaświaty zaś, zwłaszcza po ich rozbiciu, mrożą krew w żyłach. To nie tanie horrorzysko (nie żebym ich nie lubiła), gdzie uczucie grozy wywoływane jest przez opisy krwi i flaków, tutaj nastrój kreowany jest wyjątkowo umiejętnie przez słowa.

Demon luster, podobnie jak Szamanka od umarlaków, to bardzo umiejętnie napisana książka. Jednak, choć akcja jest poprowadzona bardzo sprawnie, a tempo pozostawia chwilę na oddech, zdumiewająco łatwo się od Demona… oderwać, nie tylko dlatego, że pada się na twarz i oczy same się kleją. Mimo to – jeśli ktoś szuka porządnego czytadła, bardzo gorąco polecam.

Martyna Raduchowska, Demon luster, Uroboros, Warszawa 2018.

czwartek, 29 marca 2018

Ciotka Zgryzotka, czyli jak NIE PISAĆ powieści dla nastolatek


Jestem człowiekiem wielkiej wiary, zwłaszcza jeśli chodzi o autorów, których kiedyś naprawdę uwielbiałam. Będę złorzeczyć, rzucać książką, tak bardzo nie spełniającą moich oczekiwań, ale koniec końców i tak kupię następną. I będę tego żałować. Tak, tak, moi kochani, porozmawiamy sobie dzisiaj o Ciotce Zgryzotce Małgorzaty Musierowicz. Między innymi.

 
Musierowicz towarzyszyła moim latom licealnym, niezmiennie bawiąc i podnosząc na duchu. Bo skoro Cesia, mająca rumiane pycho i za grube łydki, miała swojego wielbiciela w postaci Jurka, to może i kiedyś na mnie ktoś spojrzy? Bo skoro nawet wśród problemów różnych i rozmaitych zawsze znajdują się mądrzy i ciepli ludzie, to przecież i ja na takich się natknę? Pierwsze tomy Jeżycjady nieodmiennie wprawiają mnie w dobry humor, a taką Szóstą klepkę znam już na pamięć. Naprawdę, kiedyś były to książki prawdziwie „miłe i ciepłe”, ale – co najważniejsze – mądre. Bawiąc, uczyły. To se ne vrati. Moja ukochana uśmiechnięta pani Małgosia zmieniła się w zgorzkniałą panią Małgorzatę, pragnącą za pośrednictwem swoich książek przedstawić katastrofalne wizje dotyczące ludzkości. Oczywiście, pomijając ludzkość spod znaku Borejków.

Część mojej książkowej kolekcji autografowej z czasów, kiedy pani Małgorzata nie pisała tylko
o "miłych i dzielnych" gabrysioklonach.

Najbardziej ujmowały mnie w Jeżycjadzie bohaterki – każda z nich stanowiła indywidualność, miała swój charakterek, różniły się od siebie i nie pochodziły li tylko z rodu Borejków. Tęsknię za Cesią i Julią, zwariowaną Anielą, mądrą Kreską, Geniusią, a nawet Gabrysią ubraną w suknię z zasłon. Za „kolorami ziemi, które ma się w nosie.” Za pisankami z Hitlerem. Za serwisem Nowakowskiego. Za Robin Chódem. Mrocznym Baltoną, w garniturku lepiącym pierogi na Wigilię. Tęsknię za wszystkimi sytuacjami, które choć niewesołe, prowadziły do pozytywnych wniosków, a już mistrzostwem w tym są dla mnie Opium w rosole i Dziecko piątku. Tęsknię wreszcie za Eksperymentalnymi Sygnałami Dobra, które staram się wysyłać przez całe życie, a o których kompletnie zapomniała już Musierowicz.

Strasznie mi żal tej kobiety. Gdzieś po drodze zgubiła swój optymizm i lekkie pióro, dar obserwowania rzeczywistości, zastępując to wszystko czarnowidztwem, wydawaniem opinii na podstawie ubioru lub wyglądu i potępianiem w czambuł wszystkiego, co nie jest związane z poezją i inteligencją – no chyba, że tym kimś jest Józef Pałys. Zapomniała, że udane życie jest powodem, by przejść do porządku dziennego nad tym, co nas kiedyś zabolało, zwłaszcza jeśli wydarzyło się to już dawno temu, a od tamtego czasu spotykają nas rzeczy raczej dobre. Zapomniała, że dzieci i młodzież patrzą na świat zupełnie inaczej i bliżej im do eksperymentowania z banknotami niż krytycznego nastawienia do sylwestrowych filmów z paniami wyposażonymi w pióra w odwłoku.

W efekcie dostajemy historie, w których główni bohaterowie są zaledwie pretekstem do przedstawienia dziejów ostatnich sprawiedliwych: cholernych Borejkozaurów, stworów pradawnych i archaicznych, nastawionych do bliźnich wyjątkowo… potwornie. Gorzej, oni się mnożą – pączkują chyba albo klonują, bo nie mogę znaleźć innego wyjaśnienia na ten borejczy klan, poza tym, że tworzą go Reptilianie.


Nie, na ilustracji nie znajdują się Pulpecja i Ida, a ich córki - Ania i Łucja. Oczywiście cholernie przemądrzała Łusia musi być otoczona książkami, a córka Pulpy musi malować sobie paznokcie, to przecież oczywiste. 

Miałam złudzenia co do Ciotki Zgryzotki, bo przeczytałam jedną z recenzji, mówiącą, że nie jest tak bardzo źle. Wysoce cenię sobie autorkę rzeczonej recenzji i stwierdziłam Zaryzykuję!, choć z każdej strony internetu dochodziły mnie słuchy, że jest bardzo źle. Tak, po fragmentach zamieszczanych na Facebooku można było się tego spodziewać, ale jeszcze łudziłam się, że są może wyrwane z kontekstu. No nie, nie były. Naprawdę, jestem człowiekiem zbyt wielkiej wiary.

Bohaterką tego tomu jest bowiem córka Patrycji, Nora Górska (taaaaak, ale Kopiec Esmeralda to śmieszne nazwisko, w sam raz dla plebsu) i chociaż to mogło dać nam nadzieję, że będzie lepiej – w końcu Pulpa zdołała się oderwać od klanu, choć nie na długo. Licealistka, indywidualistka, w dodatku otwierająca powieść wylegując się, więc można mieć jeszcze nadzieję… próżną, dodajmy. Już wkrótce na scenę wkracza przeklęta Ida Pałys, Rudy Kościotrup, którego szczerze nienawidzę od czasu McDusi. Dlaczego? Ponieważ w jej usta pani MM wkłada słowa, jakie w żaden sposób nie powinny się znaleźć w książce dla młodych dziewczyn (ale z drugiej strony kogo ja oszukuję? Jeżycjady na pewno nie czytają już młode dziewczyny, bo nic tam dla siebie nie znajdą) – nadmierną krytykę jedzenia innego niż suchy chlebek chrupki, nabiał czy warzywa. Jeśli jesz chipsy, jesteś spasioną konsumpcjonistką! Oczywiście, Rudy Kościotrup jak zwykle wygłasza mowę przypominającą naszej bohaterce, że jest za gruba, a potem… Nie, musicie to sami przeczytać, bo ja nie dam rady tego streścić…

„A zumba to jest co? Ach, prawda. Nowa zbiorowa iluzja. A zawsze mówię, uważajcie, co jecie! To nie, nikt mnie nie słucha. Kobiety najpierw opychają się chałwą, zagryzają tłustą kiełbasą, zapijają likierem, a dopiero potem myślą. W efekcie muszą sporo zapłacić, żeby wolno im było się publicznie rozebrać, wymachiwać rękami i trząść tym wszystkim na komendę, skacząc w takt ogłuszającej…”

Czy jest Wam właśnie równie niedobrze jak mnie? Jestem gruba, wiem o tym, niemniej na myśl o piciu likieru i wcinaniu chałwy żołądek podchodzi mi do gardła. Pływam, chodzę na aqua aerobic… I stresuję się jak jasna cholera, jak będą się na mnie ludzie patrzeć. Bo to przecież takie dziwo, gruba baba w kostiumie kąpielowym, normalnie wieloryb, należy takiego ratować, co by nie zdechł na brzegu. Słyszałam takie historie, zawsze jednak traktując je jako legendę miejską. No ale chyba nie jest to legenda miejska, skoro takie cudeńka można przeczytać w książce popularnej autorki, piszącej „miłe” powieści dla dziewcząt. Ja mam prawie czterdzieści lat, a i tak boli. Nie chcę wiedzieć, co pomyślałaby czytająca te słowa nastolatka…

Co gorsza, wszyscy tę manię Idusi traktują jako nieszkodliwe dziwactwo, ot, taka kobitka, co to powie słowa prawdy prosto w oczy, szczera prostolinijna. No w końcu jest z Borejków, nie? Tam chamstwo członków klanu jest uznawane za szczerość i odwagę…

To jeszcze w kwestii tuszy - postaci przy kości są obrzydliwe, fałszywe i nie kochają poezji, chyba że pochodzą z Borejków, jak Patrycja. Na obrazku widzimy przeuroczą panią z dołeczkami, co niekoniecznie pasuje do wizji roztaczanej przez MM, jako to z latami Pulpa zmieniała tylko pogodnie rozmiary... Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Patrycję i zawsze zastanawiam się, jak ona znajduje czas na pieczenie i gotowanie, posiadając gospodarstwo ze stadniną itp., ale niekonsekwencja kłuje tu wręcz w oczy...

No dobrze, ale co z Norą, zapytacie, w końcu to główna bohaterka. Zasadniczo niewiele. Siedzi u Idusi, odjeżdża od Idusi, spotyka kolegów ze szkoły, a ponieważ to Jeżycjada, można spodziewać się, że w jednym z nich się zakocha. I nie, nie ma między nimi specjalnie skomplikowanych interakcji ani żadnych elementów wskazujących na to, że będą parą – poza imperatywem narracyjnym. Bo przecież porządna dziewczyna w świecie Borejków powinna wyjść za mąż i rodzić dzieci, przecież nie ma nic innego godnego uwagi na tym bożym świecie. I niestety, dostajemy tego przerażające potwierdzenie pod koniec książki, gdy na świat przychodzi kolejne dzieciątko – pokażcie mi nastolatkę, która na widok niemowlaka powie, że to „nawiązanie bezpośredniej miłości z Bogiem.” Co za kompletna bzdura, oderwana od życia?

Specjalnie dla Was Nora - wyjątkowo paskudna ilustracja, ale to akurat nic nowego.

Niestety, niejedna. Jak wspominałam, Nora to zaledwie pretekst do opisywania ciągu dalszego sagi rodu Borejków, tak więc dowiadujemy się właściwie, co u wszystkich. Chwalić bogów, że wieści te docierają do nas za pośrednictwem e-maili wymienianych przez cztery siostry, bo w ten sposób mogę przełknąć ten koszmarny język, którymi się posługują. W skrócie: Józek żeni się z Dorotką, Ignacy Grzegorz wraz z Agnieszką spodziewają się dziecka, a biedna Róża musi przyjechać z dziećmi do Poznania, bo zły Fryderyk wyjechał do Stanów. No dobrze, jak MM nie umie już pisać o codziennych sprawach, to niech się koncentruje na wydarzeniach przełomowych… tylko że nie.

Zacznijmy od tego nieszczęsnego Fryderyka. Sposób, w jaki potraktowano go od samego początku epopei ciążowo-różowej prosił o pomstę do nieba, a tutaj nie jest dużo lepiej. Oczywiście jak zwykle zapoznamy się jedynie z punktem widzenia Mafii, tfu, rodziny borejczej, więc Schoppe odsądzany jest od czci i wiary, zarzuca mu się porzucenie Różyczki z dziećmi… Znając Różyczkę, sama oznajmiła mu spod dzielnej grzywki (jak Gabusia), iż ona sobie da z dziećmi radę, a że Fryderyk zna ten swój niewieści bluszcz, zasugerował, by jednak pojechała do Poznania, bo sama sobie nie poradzi. Nie ma szans. Jestem bardzo ciekawa, jak to zostanie rozwiązane w kolejnych tomach, bo mnie tutaj dosyć wyraźnie zapachniało Pyziakiem i myślę, że dostaniemy powtórkę z rozrywki.

Ślub Józka i Doroty… Pamiętacie Gabunię przychodzącą do Laury na sześć dni przed jej ślubem i strzelającą focha, że córka już ogarnęła wesele bez pomocy mamuni? Tu mamy prawie że powtórkę z rozrywki. Babcie Dorotki zamierzają ogarnąć wesele własnymi siłami – ta kobitka piecze pasztety, ta chleby… no iluż tych gości w końcu może przyjść? No jak się okazuje… całkiem sporo. I nagle mamy problem, który oczywiście rozwikła w kilka dni superman – mama Dorotki, świeżo przybyła z Norwegii, doskonale orientująca się w okolicy, cenach i tym podobnych komplikacjach. A dlaczego gości zaproszono całkiem sporo? Ponieważ na uczcie weselnej pojawiają się krewni i przyjaciele Borejków, kompletnie nie mający nic wspólnego z parą młodą – Żeromscy, Hajdukowie (dobra, Jerzy przyjaźni się z Grzesiem, ale to nie syn Grzesia się żeni), Maciek i Kreska, Aurelia Bittner i – uwaga – Bebe!!! Jestem absolutnie przekonana, że wszystkie te osoby zostały wymienione tylko po to, by krytyczni czytelnicy zamknęli wreszcie paszcze na temat nieobecności dawnych znajomych. Chcieliście, to macie! Skumbrie w tomacie! Niestety, Elki nadal nie stwierdzono, MM najwyraźniej dawno już zapomniała, że to także członek rodziny Świętej Gabrieli Jeżyckiej.

Ja się nie chcę czepiać, ale na tej ilustracji to Agnieszka wygląda na nastolatkę i przekartkowując książkę tak się można zacząć zastanawiać - a nuż tym razem będzie o młodzieży z problemami?

Ciąża Agnieszki przyprawia mnie naprawdę o solidny facepalm. Dziewczę radośnie bowiem nie chodzi do lekarza, jako że były jakieś komplikacje i czuła się źle, kiedy straszyli ją możliwymi powikłaniami. Rozumiecie? Gdzie jest cholerny Ignacy Grzegorz? Gdzie jest cholerna rodzinka? Święta Gabriela Pyziakiem Umęczona? Ach, przepraszam, ona nie chce być wredną teściową i się wtrącać… A rozmowę ze swoim synem Grzegorz Małżonek przeprowadza niemalże pod sam koniec ciąży… Dziecko oczywiście rodzi się przez cesarkę, bo problemy były, ale wszystko oczywiście jest ok, dzieciątko dyszka, mamusia też kwitnąca, kto by się przejmował brakiem kontroli lekarskiej? Woła to tak bardzo o pomstę do niebios, że jedynie fakt, iż znajdowałam się w pociągu, uratował książkę od pirzgnięcia w ścianę. Ale jest lepiej, poczekajcie. Agnieszka i Ignacy Grzegorz przywożą dziecko do Patrycji, gdzie teraz znajduje się niewzruszone centrum wszechświata (Poznań stał się wcieleniem zła, tylko wieś spokojna i wesoła może nas zbawić – to tak na wypadek, gdybyście nie wiedzieli), mieszkają i dziadki borejcze, i Gabriela z Małżonkiem się sprowadza (bo Florian wybudował pawilonik całoroczny, rozumiecie). Wszystkie kobiety na widok dziecięcia dostają małpiego rozumu (dzieje się to nawet z paskudną feministką matką Agnieszki) i padają słowa, od których znowu mi się coś poprzewracało.

„To takie proste. Wychowuj ją tak, jak malujesz. (…) Intuicja ci podpowie. Wyłącz strach, włącz miłość.”

Drogie panie z depresją poporodową, jeśli nie potraficie pokochać swojego dziecka, to go nie kochacie. Li i jedynie. Zamilknę w kwestii intuicji, bo sama dziecka nie posiadam, ale wydaje mi się, że od zbyt wielu koleżanek słyszałam, że muszą się kogoś poradzić w wielu kwestiach – choćby tych najprostszych, przy pierwszym dziecku. Nie bez powodu pielęgniarka przychodzi pokazać rodzicom np. jak kąpać maleństwo. Ale nie w świecie MM. Nie potrafisz zająć się dzieckiem intuicyjnie – jesteś złą matką. Idealna rzecz do napisania w książce dla dziewcząt.

Wiecie, co jest najgorsze? Że ja naprawdę chciałam, żeby ta książka okazała się dobra! Tymczasem ani treść, ani ilustracje nie nadają się do czegokolwiek. Żal mi potwornie, zwłaszcza że na odtrutkę przeczytałam sobie Noelkę – MM naprawdę kiedyś umiała pisać! I to jak! A teraz… a teraz są to Cierpienia starej Małgorzaty, nieudolnie udające powieść młodzieżową.

Małgorzata Musierowicz, Ciotka Zgryzotka, Akapit Press, Łódź 2018.

czwartek, 22 marca 2018

Bazyliszek w Warszawie i inne pomysły


Jak pewnie wiecie, jestem przewodnikiem warszawskim i Warszawa to mój taki kolejny mały świr. Niewiele osób tak naprawdę rozumie zachwyt tym miastem, a przecież ma ono całe mnóstwo pięknych i unikalnych zakątków, które przetrwały walki II wojny światowej. Każdy z nich posiada swój niecodzienny klimat czy legendy – i nie mówię tu tylko o najbardziej turystycznie eksploatowanym Starym Mieście! Nic zatem dziwnego, że kiedy tylko mam okazję połączyć moje trzy pasje – fantastykę, książki i Warszawę – jestem szczęśliwa jak przysłowiowa świnka w deszczu. A wbrew pozorom, takiej lektury nie brakuje – zaczynając chociażby od Dziecka ciemności, na Dziewczynie z dzielnicy cudów kończąc.

Tym razem wybór mój padł na zbiór opowiadań Adama Podlewskiego, Wars i Sawa, poświęcony przygodom bardzo niestandardowych detektywów, świadczących usługi mocno paranormalne, Agnieszki i Zygmunta wraz z przyległościami.

Czy są takie dni, kiedy nie masz ochoty użerać się z praktykującym okultyzm sąsiadem? Masz dość duchów, hałasujących w piwnicy bloku lub magicznej klątwy martwego akumulatora na osiedlowym parkingu? Masz kłopot z żywiołakiem ziemi w metrze? Żona cię zdradza i czci pogańskie demony? A może twój sklep osiedlowy jest nawiedzony? Pomożemy, tanio i dyskretnie.

Nie da się ukryć, że po przeczytaniu takiej notki na okładce spodziewamy się treści mocno niesamowitych! I dostajemy, bo pomysły są naprawdę fenomenalne. Co powiecie na bazyliszka, którego wzrok przefiltrowany przez elektroniczny kanał komunikacji sprawi, że poczujecie się jak na ostrym haju? Niejednego zaskoczy również eremita w nadwiślańskich krzakach, w „poprzednim życiu” będący korpoludkiem, a obecnie walczący z pogańskim barachłem, rozpleniającym się na łasze rzecznej. Najbardziej jednak rozbawił mnie mhroczny plan wskrzeszenia III Rzeszy hrabiego Essen Und Trinken przy pomocy odpowiednio zmodyfikowanych krasnali ogrodowych… I nie zapominajmy tutaj również o ostatnich chwilach smoka Friednira!


Niestety, pomysłom zdecydowanie nie dorównuje wykonanie. Postaci są raczej lekko zarysowane, bo po przeczytaniu książki mogę je określić zaledwie kilkoma słowami, więcej po prostu czytelnikowi nie zostaje. Oczywiście Agnieszka jest studentką prawa, to zostało powtórzone chyba w każdym opowiadaniu, a na dodatek Czującą, czyli osobą wrażliwą na Nienazwane. Koncepcja sama w sobie ciekawa, bo świetnie czyta się o takich niezwykłych bohaterach, jeśli tylko nie są przesadzone – idealnym tego przykładem są dla mnie dwa pierwsze tomy Kuzynek Pilipiuka. No niestety, Agnieszka jest przesadzona. Nie sprecyzowano jej możliwości, w związku z czym interweniuje niemal w każdej paranormalnej sytuacji i w pewnym momencie zaczyna to być już po prostu męczące. O jej partnerze, Zygmuncie, mogę powiedzieć raptem trzy rzeczy – jest kompletną pierdołą, nadal wzdycha do swojej byłej dziewczyny, a na końcu książki wiąże się z nieśmiertelną egipską księżniczką. W sumie niewiele jak na jedną z dwóch pierwszoplanowych postaci tomu liczącego sobie ponad 300 stron. Dużo lepiej nakreślono wspomnianą egipską księżniczkę czy paranormalnego Chucka Norrisa a.k.a. Jurka „Smoka” Wawelskiego, który szczerze mnie bawi swoim prostym podejściem do życia – należy wszystko po prostu rozpirzyć w strzępy. Choć w przypadku tego drugiego co za dużo, to niezdrowo.

Męczyłam się jednak z tą książką również z innych powodów. Rozkręca się bardzo wolno, jeśli można tak powiedzieć o zbiorze opowiadań. Olbrzymią wadą pierwszych tekstów jest ich, nazwijmy to, skrótowość: zarysowanie akcji, początek akcji, szybki finał i właściwie nie do końca wiadomo, co się właściwie stało. Troszeczkę tak, jakby autor po prostu miał sam pomysł na temat przewodni opowiadania, gorzej z tym, jak przeprowadzić wszystko od początku do końca. Dopiero od połowy wszystko zaczyna mieć mniej więcej ręce i nogi, choć wtedy z kolei wszystko zaczyna mi przypominać Pilipiuka (zwłaszcza to włamanie do Muzeum Narodowego i przypadkowa naparzanka z bandziorami) – a przecież nie musiałoby, bo Podlewskiemu wyobraźni naprawdę nie brakuje.

Olbrzymim mankamentem Warsa i Sawy jest również korekta, a raczej jej brak. W stopce wprawdzie widnieje osoba za to odpowiedzialna, natomiast błędy się pojawiają i to takie, które zaznaczy każda wersja Worda. Mało tego, są i zdania ewidentnie niedokończone i to świadczy już po prostu o niechlujstwie. Nie wiem również, dlaczego ktoś uparł się przy używaniu słowa „detektywka”, bo jest ono wyjątkowo nieudane, przywodzące na myśl raczej czapkę niż kobietę-detektywa. Tak, to jedno z tych słów. Poniżej znajdziecie zresztą kilku moich faworytów i zrozumiecie, dlaczego w pewnych momentach naprawdę miałam ochotę rzucić tą książką o ścianę.






A przecież wcale nie musiałoby być źle. Pomysły są naprawdę wyborne i aż chciałoby się ich więcej, tylko że… podanych w odpowiedni sposób, rozbudowany, a nie tylko zarysowany. Osobiście odradzam też nagłą zmianę narracji z trzecioosobowej na pierwszoosobową, zwłaszcza jeśli bohater snujący opowieść nie pojawiał się specjalnie często w tekście. Takie niedopracowanie po prostu męczy, a wielka szkoda, bo historia agencji Agnieszki i Zygmunta mogłaby być naprawdę ciekawa od pierwszej strony i naprawdę nie trzeba do tego wielotomowej powieści, bo fantastycznie czyta się chociażby krótki bonus track, gdzie wszystko zamyka się na kilku stronach. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowanego w części książki potencjału.

Adam Podlewski, Wars i Sawa, wyd. Fantom, Warszawa 2017.

sobota, 10 marca 2018

Lekturki lutowe


Luty minął mi zdecydowanie lepiej pod względem czytelniczym, ale nadal nie jest to „nałogowy ciąg”, któremu czasami ulegam. Netflix wpływa na mnie, niestety, bardzo źle – siedzę i oglądam zamiast czytać. Dodatkowo, nie wpisuję tutaj odświeżenia jednego z najbardziej ukochanych cykli mojego dzieciństwa – Ani z Zielonego Wzgórza. Bogini moja, jak to się cudownie czyta! Nadal, po tych wszystkich latach! Tyle, że zmienił mi się środek ciężkości, ukochaną częścią stał się obecnie Wymarzony dom Ani. Teraz dopiero, jako osoba dorosła, mogę docenić wiele smaczków ukrytych między wierszami powieści, jakby nie było, dla dziewcząt. Jeśli lubiliście Anię w dzieciństwie, naprawdę warto do niej teraz wrócić i skonfrontować wrażenia wtedy i obecnie.

A co poza tym przewinęło mi się przez łapki?

Damy polskiego imperium. Kobiety, które zbudowały mocarstwo – Kamil Janicki

Uwielbiam historię, dzięki pierwszej nauczycielce z podstawówki jest dla mnie po prostu cudowną opowieścią, w której wszystko pięknie wynika jedno z drugiego, a niektóre wątki po prostu zapierają dech w piersiach. Nie wiem, jak Wy, ale mam też swoje ulubione postaci historyczne, a jedną z nich jest Jadwiga Andegaweńska – taki skutek wielokrotnej lektury ukochanej powieści dla młodzieży Jadwiga i Jagienka, poświęconej młodej królowej. Także i w pozycji Kamila Janickiego możemy poczytać o losach jej oraz dwóch innych wielkich kobiet walczących o utrzymanie swojej pozycji i nierzadko państwa w tym okresie – Jadwigi Kaliskiej oraz Elżbiety Łokietkówny. Autor snuje swoją opowieść naprawdę zajmująco, jest ona również okraszona ilustracjami z różnych epok, z niektórymi zresztą zetknęłam się po raz pierwszy. Jeśli lubicie historię, gorąco polecam! Jeśli nie, warto i tak spróbować, czyta się jak wciągającą sagę rodzinną.

Pierwszy śnieg - Jo Nesbø 
Przyznam szczerze, że to moje pierwsze zetknięcie się z powieściami tego autora, jakoś od pewnego czasu nie podchodzą mi kryminały skandynawskie, zwłaszcza te, gdzie co drugi rozdział pisany jest z punktu widzenia niezrozumianego przez świat i skrzywdzonego w dzieciństwie mordercy. Tradycjonalistka ze mnie. Książkę kupiłam sobie po prostu do pociągu i przyznam, że jako lektura podróżna sprawdziła się świetnie. Historyjka z założenia dosyć banalna - komisarz Harry Hole prowadzi śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, którego ofiarami są zamężne kobiety. Autor podrzuca kilka mylnych tropów i choć w pewnym momencie udało mi się trafnie wytypować zbrodniarza, nie zepsuło mi to dalszej lektury, a to nie zdarza się tak bardzo często. Zdecydowanie sięgnę po jeszcze coś tego autora.

From a Drood to a Kill – Simon R. Green
Absolutnie polecam wszystko, co wyszło spod ręki tego autora, bo za cokolwiek by się nie zabrał, wychodzi znakomicie. Miał wprawdzie pecha do polskich tłumaczeń, a może raczej do promocji w Fabryce Słów, bo ani seria o Nightside, ani Secret History nie są już w Polsce wydawane, ale jeśli władacie językiem Szekspira, łapcie cokolwiek, co znajdziecie. From a Drood to a Kill to dziewiąta część cyklu poświęcona potajemnie sprawującej kontrolę nad bezpieczeństwem świata rodzinie Droodów, a konkretnie jednemu jej przedstawicielowi – Eddiemu, znanemu również pod pseudonimem Shaman Bond. Tak, Green lekko nabija się z filmów bondowskich, wielokrotnie do nich nawiązuje, chociażby arsenałem naszego bohatera. Przygody Eddiego i jego ukochanej Molly zawsze zapierają dech w piersiach, choć ten tom wydaje się bardziej kameralny niż poprzednie, a już na pewno bardziej sentymentalny, bo nawet przedstawiciele rodziny Droodów nie są nieśmiertelni.

Pierścień Bolesława – Zbigniew Wojtyś
Są rzeczy, których nie należy dotykać pod żadnym pozorem i, niestety, należy do nich właśnie ta pozycja (podobno zresztą drugi tom przygód głównego bohatera). Muszę tutaj oddać przyjaciołom, od których książkę pożyczyłam, ostrzegali mnie, acz nie sądziłam, że będzie aż tak źle. Poza tym, ja lubię złe filmy i złe książki, które są tak złe, że aż dobre. Nie ta. Na bogów, nie ta! Nasz bohater zostaje uwikłany w niecodzienny spisek, mający na celu odkrycie przez niego prawdy o wykreślonym z kart historii władcy Polski, Bolesławie, tylko chciałoby się zapytać – dlaczego on? Widać ewidentnie, że Wojtyś chciał z siebie zrobić polskiego Dana Browna, ale Langdon to przynajmniej ma odpowiednie wykształcenie – Alexander Casey (tak, ojciec Irlandczyk, bo Jan Nowak byłby zbyt plebejski dla autora) to taki wolny strzelec – dziennikarz z Bożej łaski, nieudacznik życiowy, autor bloga. W intrydze prowadzony jest jak po sznurku, w konia robią go nawet dzieci, nie wspominając już o rudej piękności, oczywiście marzącej o wskoczeniu mu do łóżka. Czytelnik czyni fejspalm za fejspalmem, choć zdarzają się i zabawne momenty – ot choćby wykład o założeniu królestwa polskiego przez Normanów, gdzieś tam jeszcze pojawiają się okultyści nazistowscy oraz – oczywiście – słowiańscy neopoganie. Bardzo złe. Czytać jedynie w razie pozostania na weekend z jedną pozycją, choć, na bogów, nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, by była to ta właśnie książka.

Historia Ziemi i dryf kontynentów - Tjeerd H. van Andel
Ciąg dalszy styczniowej obsesji. Świetnie napisany podręcznik, który w dodatku nie zakłada pewnej podstawowej wiedzy u czytelnika, a tłumaczy wszystko jak krowie na miedzy. Choć posiadam jakieś wiadomości w temacie, tak jednak kilka zjawisk udało mi się porządnie pojąć dopiero za sprawą tej pozycji. Oczywiście, książka wydana jakiś czas temu, więc ciężko o kolorowe ilustracje, pewnie niekoniecznie przyciągnie zatem obecnych studentów, ale jak dla mnie absolutne mistrzostwo.




Trup na plaży – Aneta Jadowska
Recenzję znajdziecie tutaj.