poniedziałek, 10 grudnia 2018

Bardzo pechowa trzynastka, ale lepiej już chyba nie będzie…


Obiecałam kiedyś soczystą wypowiedź na temat 13. sezonu Supernaturala, który zdążyłam już nadrobić. Uwierzcie mi, zrobiłam to w mękach, w kilku podejściach i do dzisiaj uważam, że zmarnowałam sobie kilka dni wakacji. Ale cóż, prelekcję na Imladris trzeba było zrobić...

Jak wiecie, cholernie zniechęcił mnie pierwszy odcinek, Lost and Found. Winchesterowie mieli teoretycznie na dobre (taaa) stracić swojego wiernego sojusznika Castiela, wyprawiają mu pogrzeb łowcy, a ja… A ja kompletnie nic nie czuję. Wszystko jest dla mnie sztuczne niczym linoleum, tak, może po części dlatego, że już wiedziałam o powrocie anioła nieco później. Ach, gdzie te sezony, kiedy człowiek obgryzał paznokcie z nerwów, martwiąc się, jak coś zostanie rozwiązane, aż się przypomina taki Meet the New Boss, choć tak, sezon siódmy BYŁ słaby. Jack, nowo narodzony syn Szatana, również nie wzbudzał we mnie najmniejszych emocji, choć wydawał się sympatyczny. Niemniej słowo honoru skauta oszusta, Amara, nawet przy swoim mocno przyspieszonym dojrzewaniu a’la stargate’owa Adria, była znacznie ciekawsza.

Nie, jako postać jest miły i sympatyczny, ale to nie to.

Przez cały rok dochodziły do mnie kolejne informacje, ale osiągnęłam już ten poziom braku zainteresowania, przy którym spoilery stały się po prostu obojętne. I to jest naprawdę coś, co powinno dać do myślenia twórcom, bo przecież wiem, że nie jestem jedyna. Wiele osób ogląda „z przyzwyczajenia”, „co jeszcze wymyślą”, „żeby zobaczyć, jak nisko można jeszcze upaść”… Jasne, znam też kilka, które nadal serial kochają i zazdroszczę im niemal tak bardzo jak tym, którzy uwielbiają sequele starwarsowe. Nie potrafię. No po prostu nie potrafię.

Jak już kiedyś pisałam, Supernatural naprawdę domagał się albo powrotu do korzeni (co jest jednak niemożliwe ze względu na maksymalne wylevelowanie postaci), albo porządnej zmiany formuły. Pewnych gwałtownych cięć, które powinny zostać zrobione, by jeszcze cokolwiek uratować. Pod koniec sezonu 12. można było się łudzić, że będzie to odejście Castiela i Crowleya, teraz jednak wiemy, że nie do końca.

A możliwości przecież były! Nawet Donatello, prorok bez duszy, który poznał Słowo Boże, dające mu niesamowite wręcz umiejętności, tworzyłby naprawdę ciekawego przeciwnika. Przede wszystkim kompletnie nowatorskiego i kompletnie innego od wszystkiego, z czym bracia już walczyli. Ale nie. Stwórzmy bardzo interesujący problem, rozwiążmy go Castielem w jednym odcinku w sposób skrajnie idiotyczny. 

Kurczaki, w ogóle koncepcja tych bezdusznych ludzi jest taka zacna i daje tyle możliwości... ale nie...

No bo po co nam kompletnie odmienny wróg? Przecież mamy innych kandydatów na czarne charaktery, takie znakomite i oryginalne. Skoro na scenę ponownie wkroczyło Zło największe, Lucyfer, postrach pierwszych sezonów, otwierało to bardzo szerokie pole do popisu. Niestety, zamiast niego na początku dostaliśmy Asmodeusza, który miał być taki bardzo inny niż Crowley, że aż nosił biały garnitur zamiast czarnego. Asmodeusz był Crowleyem, ze wszystkimi jego wadami – łącznie z uzależnieniem, tyle że oczywiście musiało być inne, od łaski archanioła. Co tam plebejska ludzka krew. Tę postać też można było wykreować kompletnie inaczej, położyć nacisk na inne cechy, mieliśmy dotychczas już kilku potencjalnych przywódców Niebios i Piekieł, którzy przynajmniej wydawali się… interesujący. Asmodeusz… przyznam, że zastanawiałam się, kto mu poderżnie w końcu gardziołko. I jak prędko. Niestety, niewystarczająco.

Jestem zajebisty i cyniczny. Miałem potencjał. I na tym się skończyło.

Brak porządnego złego to duży problem 13. serii. Wspominałam wcześniej o Lucyferze i właśnie on jest jednym z dwóch powodów, dla których… nie dało się tego oglądać, a przynajmniej bolało potwornie. Wszystko wskazuje, że scenarzyści postanowili przeanalizować powody popularności Castiela i doszli do wniosków doprawdyż zastraszających – to jego dupowatość, szczeniaczkowość i ogólne nieogarnięcie! Ha, na pewno to! Zatem byt niezmiernie potężny, będący jednym z dwóch wielkich graczy Apokalipsy, ten, który przetrwał uwięzienie w Klatce w całkiem niezłym stanie psychicznym przez całe eony, nagle nie może znieść powtórnego odrzucenia przez ojca wybitnie zresztą wyrodnego i tego, że utracił wpływ na dziecię, zmienia się zatem w rozlazłą mameję i torturuje wszystkich swoją płaczliwością. Lucyfer staje się po prostu głupcem i nie mówcie mi, proszę, że taki był jego Plan. Koniecznie przez duże P. W efekcie postać wywołująca ciary jedną sceną (jak choćby w Abandon All Hope… czy The Swan Song) sprawia, że czoło boli mnie wręcz od headdesków, a kiedy ginie, z ust moich wyrywa się „No nareszcie, ileż można?”

Misha wygrywający taki wątek Casa był dobry. Scena z pralnią znajduje się bardzo wysoko na liście moich ulubionych. Mark Pellegrino jest naprawdę świetnym aktorem, ale tutaj... tutaj nie było co grać. To taki Lucyfer z wizji Sama w siódemce, w dodatku wkurzający na potęgę.

Ewidentnie jednak w tym sezonie postanowiono rozprawić się ze wszystkimi archaniołami. Pamiętacie, jak pisałam, że nie chcę powrotu Gabriela? Jego śmierć w Hammer of the Gods stanowiła doskonałe zwieńczenie historii najmłodszego syna rodziny, który już po prostu nie może znieść niekończącego się konfliktu i postanawia się po prostu dobrze bawić. W pewnym momencie jednak przyjął na klatę obowiązki i zapłacił najwyższą cenę. I było to absolutnie i bezwarunkowo DOSKONAŁE. Owszem, bawiono się dotychczas koncepcją powrotu Gabrysia choćby w Metafiction, ale chwalić bogów, tylko się bawiono. Niestety. W sezonie 13. przywrócono go do życia, pokazano jako niesamodzielnego chłopczyka (cholernie podobała mi się wizja archanioła jako Lokiego, zawsze cudownie mi się zakładało, że to on był tym stworzeniem mitologicznym, do tego stopnia doskonale się maskował, iż stworzył własną legendę). Tymczasem okazało się, że potężny archanioł jest małym misiem w porównaniu z kilkoma bóstwami. Że daje się zrobić jak dziecko. A jego wendetta była tak kretyńskim pomysłem (oczywiście, archanioła również muszą uratować Winchesterowie), że wszystko mi opadło. Dodatkowo scenarzystom naprawdę zabrakło pomysłu na rozwiązanie gabrysiowego wątku, więc po prostu zabili go w idiotycznym pojedynku, z góry skazanym na przegraną. Gabriel nigdy nie był altruistą. Ale kogo, do cholery, obchodzi teraz jakakolwiek ciągłość fabuły i spójność postaci, skoro bracia zachowują się, jakby sekrety przez kilka sezonów wcale namiętnie nie gryzły ich w tyłek, a każde boczenie się na siebie zawsze kończy się cholernie źle. Co tam spieprzenie Gabrysia! Dla mnie to oznaczało moment, po którym straciłam już wszelką chęć do kontynuowania znajomości z tym serialem.

Hello, bogowie się bali archaniołów, o ile dobrze pamiętam. Tutaj większym zagrożeniem dla wszystkiego, co żyje, są Winchesterowie.

A skoro jesteśmy już przy Niebiosach… Od kilku sezonów ten wątek zaliczał coraz większy zjazd, by osiągnąć poziom Rowu Mariańskiego. Co to, do cholery, miało być? Czy szanowni państwo scenarzyści oglądali kiedykolwiek ten serial? Wcześniejsze sezony? Taki szósty na przykład. Zostało wtedy dosyć jasno powiedziane, że siłą zasilającą Niebo są dusze tam trafiające i właśnie ich potęga stanowili o mocy aniołów. W momencie, kiedy zostało ich niewiele, powinny posiadać możliwości wręcz archanielskie! Ale nie, żeby było bardziej dramatycznie, wymyślmy tym razem, że to jednak chodzi o liczbę aniołów. I jak ich zabraknie, to wszystko się rozpadnie? No na litość, nomen omen, boską!!! Co tam w ogóle robi Naomi? Obiecali Amandzie cameo w zamian za wyreżyserowanie kilku odcinków? Stracili tylu fanów, że postanowili sięgnąć po tych, którym jednak podobała się Naomi? Nie rozumiem tej decyzji. Fakt, wspominam ją jako ostatnią w jakikolwiek sposób charyzmatyczną anielicę, ale to jest kwestia aktora i napisania postaci. Niestety, obawiam się, że tego drugiego nikt już nie potrafi…

Jak już jesteśmy przy faworytach fanów, ten sezon stanowi po prostu popis robienia dobrze twardzielom, którzy się jeszcze przy Supernaturalu ostali. Kiedy w poprzednim pojawiła się koncepcja świata równoległego, dało to olbrzymie możliwości fabularne, łącznie z powrotem do Apokalipsy (tak, wiem, płonne nadzieje). Niestety, koniec końców stało się wygodnym uzasadnieniem powrotów postaci, za którymi tęsknimy. Nie zrozumcie mnie źle, kocham Bobby’ego, jego odejście złamało mi serce, ale to było doskonałe posunięcie Sery – chłopcy musieli stracić mentora, po prostu musieli. Tak wygląda naturalna droga dojrzewania, a także archetypiczna droga bohatera. Ale mamy rzeczywistość alternatywną i – fanfary! – Bobby powraca. Koniecznie jako członek Ruchu Oporu, koniecznie taki sam, koniecznie na ślepo ufający Mary i Winchesterom. Niby dlaczego, ja się pytam? Czy nie ciekawszą opcją byłoby przypadkiem uczynienie go vesselem dowolnego anioła i danie braciom wreszcie porządnego powodu do Angstu? Z tego powodu podobał mi się alternatywny Kevin Tran. Widać było w nim jeszcze tego chłopca podobnego do „naszego” Kevina, jednak był jednocześnie kompletnie inny, bardziej złamany, dużo bardziej mroczny. Pojawia się też i Charlie i tu już mam duży kłopot. Jasne, Dean i Ketch ratują jej życie. Ale dlaczego ona zachowuje się dokładnie jak „nasza” Charlie, jakby miała jej wszystkie wspomnienia, konotacje, ha, zwłaszcza dotyczące braci? Mam wrażenie, że zmarnowano spory potencjał na wprowadzenie pewnej odmiany do serialu. Tak, wiem, lubi się piosenki, które się zna. Ale od czasu do czasu fajnie poznać coś nowego, naprawdę.

O, wiem, co mi się na tym zdjęciu podoba. Więź Mary i Jacka, to jest ładne.

Zdrażniły mnie też drobiazgi – ot, choćby obsadzenie Danneel w roli anielicy Jo. Naprawdę zabrakło już w Kanadzie aktorów? „Dorzućmy żonę Jensena, prosił, będzie mogła legitnie jeździć na konwenty i zarobić…” Szczerze, to jest moja jedyna reakcja na jej pojawienie się w serialu. Inną rzeczą, która mi się bardzo nie spodobała, to użycie frazy „Even when you win, you loose.” Jest aż nadto podobna do wyciętej ostatniej kwestii Crowleya, a którą Mark wykorzystał później w kampanii koszulkowej – „Even when I loose, I win.” Nieładnie, psze państwa. Wiem, że tam poszło na noże, ale to paskudne zagranie.

O tym właśnie mówię.

Sezon 13. Miewał swoje momenty, nieliczne wprawdzie, ale miewał. Kolejne uwzględnienie mitologii Cthulhu, crossover ze Scooby-Doo, ewentualny początek spin-offa również oglądało się całkiem przyjemnie, ale jako całość, absolutnie się nie broni. W żadnym wypadku. Zejdźcie już ze sceny, panowie. Ileż można? I tak, nadal uwielbiam pierwsze sezony. Wracam do nich. Do kilku ostatnich sezonów nie wrócę na pewno, przynajmniej nie jako do całości. A to o czymś świadczy, szkoda, że to coś jest bardzo smutne.

piątek, 23 listopada 2018

Kleszcze i medycyna


Kupiłam przez przypadek książkę. Wystawiałam się na Targach Fantastyki i popełniłam błąd – obeszłam inne stoiska. Usprawiedliwiam się tym, że część nabytków to prezenty grudniowe, ale część jest moja, moja, moja… Jak zawsze, zaniosło mnie do stoiska z książkami, swoją ofertę prezentował między innymi Uroboros, a tam zamierzałam zrobić część świątecznych zakupów (wiecie, że oni mają genialne zniżki na takich eventach? nie, nie jest to wpis sponsorowany…). Tak się akurat złożyło, że kiedy już odłożyłam sobie mały stosik, podpisująca na stoisku autorka zaproponowała, żebym wzięła coś jej. No cóż, czego nie? Tak oto weszłam w posiadanie Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk. 

Zetknęłam się już kiedyś z prozą autorki, pożyczając bodajże Ja, diablicę. Czytało się całkiem przyjemnie, ale właściwie zapomniałam, o czym to było już w kilka dzionków później. Boleć jednak nie bolało tak, bym się na samą myśl otrząsała, więc… Poza tym pomysł naprawdę przesympatyczny, jako że w XXI w. „Polska wciąż jest królestwem rządzonym przez Piastów, Mieszko I jednak nie przyjął chrztu.” Lubię historie alternatywne, a jeszcze w rodzimych okolicznościach przyrody? Oczywiście, że tak! Przyznam jednak, że na samym początku lektury tomiszcze o mały włos nie wylądowało na ścianie, bo oto w pogańskim państwie pojawiają się Góry… Świętokrzyskie. Zrobiłam potężnego facepalma, ale stwierdziłam, że dam jeszcze szansę. I dobrze, bo nazwa jest później wyjaśniona w sposób zdecydowanie satysfakcjonujący.

Dobrze, mamy zatem XXI w. w pogańskiej Polsce. Co się zmienia oprócz systemu wierzeń? Zaskakująco niewiele, bo społeczeństwo znajduje się na tym samym poziomie zaawansowania cywilizacyjnego jak my, pojawiają się wszystkie zdobycze nowoczesnej techniki, a do odległych zakątków Polski docierają pekaesy. Główna bohaterka jest w dodatku z wykształcenia lekarką i wierzy w antybiotyki tak, jak ja w dyrektora Krennica. Rzeczywistość jest zatem niemal identyczna, bies tkwi w szczegółach. Oczywiście chodzi tutaj o system wierzeń – obecni są pogańscy bogowie, ale i ich kapłani, wróżbici oraz tytułowe szeptuchy. Najzabawniejsze, że jak czytam o szeptuchach, to zupełnie nie widzę tej historii alternatywnej, bo przecież na polskich wsiach nadal funkcjonują czasami „wiedzące baby”, a pewną wiedzę przekazuje się z babki na wnuczkę. Ale może dlatego brzmi to wszystko całkiem wiarygodnie.


Wspominałam już, że główna bohaterka, Gosia, jest lekarką, wysłaną na praktyki do takiej właśnie wiejskiej baby. Dostaje lekcję za lekcją, okazuje się, że pozory mylą, a antybiotyki i owszem, są skuteczne, ale ludzie chcą wierzyć w kompletnie inne rzeczy. Generalnie postać z niej wyjątkowo irytująca, a jej obsesja na punkcie kleszczy doprowadzała mnie do szewskiej pasji przez większość książki. Za dużo to jednak za dużo. Co zaskakujące, jej materialne podejście całkiem pasuje do ogólnego klimatu, ale i Tajemnicy (koniecznie przez duże T) z nią związanej. Tajemnicy, która wpłynie na całe życie Gosi… i nie tylko jej. Bo jakkolwiek Gosię ma ochotę rzucić pajęczakom na pożarcie, tak już szeptucha Jarogniewa (dla wszystkich Baba Jaga) czy główny love interest bohaterki, Mieszko, są konkretni, z krwi i kości. Już nie wspominam o przyjaciołach Gosi (Radek jest uroczy), bo urozmaicają całkiem sympatycznie narrację. Przyznam, że szczególną sympatią darzę właśnie Jagę i szczerze się zastanawiam, jak ta postać wpłynie na ciąg dalszy akcji…

Właśnie … Dochodzimy do tego, co mnie najbardziej (prócz fobii Gosi) zdenerwowało w Szeptusze. 400-stronicowe tomiszcze to zaledwie zawiązanie akcji... poznajemy bohaterów, dosyć szybko zresztą wychodzą na jaw ich skrywane sekrety (ciut za szybko w przypadku Mieszka), dowiadujemy się, co ma nastąpić… i koniec tomu I. No do jasnej cholery! Ja rozumiem, że to cykl, ale kończenie powieści w momencie kompletnie i absolutnie nijakim to nie jest najlepsza praktyka, jakiś wątek aż się prosi o rozwiązanie. Problem polega na tym, że w książce pojawia się zaledwie główny wątek i jakkolwiek nie przeszkadza to w samej lekturze, tak w momencie, kiedy powoduje niezbyt przyjemne uczucie niedosytu pod koniec, denerwuje. Bo to nie jest ten niedosyt spowodowany rozwiązaniem pewnej tajemnicy, poczuciem, że coś się skończyło, ale wiadomo, że chcielibyśmy czytać dalej… Nie. To sytuacja, w której zadajemy sobie pytanie „Ale jak to? I co? Tak w połowie akcji?” Oczywiście, można to postrzegać jako pewne posunięcie marketingowe, ale Szeptucha nie jest na tyle pasjonującą książką, bym leciała do sklepu, by nabyć kolejną część, chcąc koniecznie się dowiedzieć, co się później wydarzyło. Dowiem się przy okazji. Drażniące, ale nie w ten pobudzający apetyt mola książkowego sposób.

Nadal pozostaje to jednak całkiem sympatyczna, niewymagająca pozycja, po którą można sięgnąć, jeśli ma się ochotę na niezobowiązujące czytadełko. A ja przy okazji złapię kolejną część, ale pewnie jak sama zawędruje mi w łapki.

Katarzyna Berenika Miszczuk, Szeptucha, wyd. w.a.b., Warszawa 2016.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Grzech na N


15 lat temu wpadła w moje łapy stosunkowo niegruba książka zatytułowana Sługa Boży. Tak się składało, że wszystko wydane wówczas przez Fabrykę Słów łykałam jak młody pelikan, więc i za tę wzięłam się całkiem szybko. I wiecie co? I bardzo mi się spodobało.

Świat wykreowany przez Piekarę był reklamowany jako „bluźnierczy”, nic dziwnego, skoro Chrystus nie umarł na krzyżu, ale z niego zszedł, przynosząc prześladowcom ogień i zagładę. Europa przedstawiona na kartach książki przypominała nieco to, co pamiętamy z lekcji historii, jednak z Takim wydarzeniem leżącym u podstawy epoki nowożytnej, nic nie mogło być dokładnie tak jak dawniej. Tym bardziej, że nadano mu pewne cechy fantasy, a zatem magię. Doskonała baza do zajmującej opowieści.

Spodobał mi się również bohater. Mordimer Madderdin, Inkwizytor, narzędzie hartowane w ogniu wiary do walki z heretykami i wiedźmami. Niezwykły Madderdin, bo przecież główny bohater w takim świecie nie mógłby być zwykły. Dziwkarz, kombinator, oszust, postać obrzydliwa, jakiej nigdy nie chciałoby się tak naprawdę spotkać, jednak przedstawiona tak dobrze, że kochało się sukinsyna nienawidzić.

Oczywiście, w ślad za sukcesem pierwszego tomu, pojawiły się kolejne opowiadania, rozszerzające świat i otoczenie Inkwizytora. Coraz częściej sypały się aluzje dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości nie tylko bohatera, ale i wszystkiego, co go otacza. I tu, niestety, pojawił się pierwszy problem. Piekara się zakałapućkał. Nieeleganckie owo określenie oznacza w tym przypadku sytuację, w której autor tworzy wątki prowadzące do czegoś, na co nie ma pomysłu. W pewnym momencie hasło „kontynuacja Inkwizytora” stała się zresztą powodem do żartów jeszcze okrutniejszych niż następny tom sagi George’a R.R. Martina.

A tak wyglądają wszystkie pierwsze wydania cyklu. Niezły kawał historii, widać choćby ewolucję logo Fabryki Słów. Szkoda tylko, że w efekcie nic do siebie nie pasuje, a kolejne wydania cyklu niejednokrotnie wywoływały pełne pasji przekleństwa, bo nieuważni czytelnicy łapali za książkę z nową okładką, ale starą zawartością.

I tak zamiast dostać ciąg dalszy przygód Madderdina, dostaliśmy prequele. Oook, posunięcie dobre marketingowo, ale nie były to już te same książki. Przede wszystkim zmienił się bohater, zamiast cynicznego sukinsyna mieliśmy młodziutkiego, naiwnego i pełnego wzniosłych idei młodzieniaszka, i owszem, Inkwizytor, ale jakże nieopierzony. To nie do końca ta postać, której przygody chciałam poznawać. Zwłaszcza że i opowiadania, a także potem powieść, nie wywoływały specjalnego dreszczyka.

Razem z tym cyklem pojawił się również Płomień i krzyż, stanowiący niejako przyczynek do historii Mordimera, ale poświęcony kompletnie innej postaci – innemu Inkwizytorowi, Arnoldowi Löwefellowi, również skrywającemu pewną tajemnicę. Czytało mi się to świetnie, bo klimat tej odsłony opowieści przypominał najwcześniejsze książki inkwizytorskie. Brutalny, bezlitosny świat, opisany dosłownie, a wśród tego przeżywający rozmaite przygody Bohater ze Skazą, o jak najbardziej ze Skazą. Bohater z Przeszłością. I to jaką! W dodatku to tutaj coraz głębiej zanurzyliśmy się w tajemnicy Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, organizacji wewnątrz organizacji. Zaczęło się robić naprawdę ciekawie.

Niestety, na drugi tom przyszło nam czekać 10 długich lat. 10 lat, podczas których sporo się wydarzyło i zmieniło się nieco środowisko fanowskie i chyba sam autor. Wyczekiwany z dawien dawna nowy tom przygód inkwizytorskich w efekcie jest… po prostu nudny.


Siłę całego cyklu stanowiła zawsze akcja, kolejne pomysły, kolejne opowiadania, kolejne zmagania braci Inkwizytorów ze złem. Tymczasem w II tomie Płomienia i krzyża tego nie uświadczymy. Sam autor pisze, że jest on „w odróżnieniu od tomu pierwszego książką dużo silniej umocowaną w świecie magicznym i nieco mniej zajmuje się rzeczywistą obyczajowością historyczną.” Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla Jacka Piekary jest to zaleta tej powieści, tymczasem… Tymczasem dla osób, które pokochały cykl za tę właśnie obyczajowość będzie to wada. Opisy podróży do Nie-Świata ciekawiły mnie zawsze o tyle, że stanowiły pewną część przygód Inkwizytorów, tutaj jednak jest ich po prostu za dużo. Co gorsza, pomijając te wyprawy… mało co się dzieje. Nie sięgam po cykl inkwizytorski, kiedy chcę sobie poczytać pozycję, w której nic się nie dzieje. Pod koniec książki wiemy o tajemnicy bohatera i jego otoczenia dokładnie tyle, ile na początku, co sprawia, iż mamy wrażenie, że przebrnęliśmy przez sporo mało interesującego ględzenia, nie dostając nic w zamian. Kompletnie nic.

Nie mogłam znaleźć tutaj też jednej postaci, która by mnie w pełni zainteresowała. Główny bohater zdecydowanie się miota i traci znacznie w porównaniu z tomem I. Wyjątkowo u Piekary dostajemy całe mnóstwo kobiet silnych, odważnych i istotnych, ale… jednocześnie są one straszliwie płaskie. I tak, przeszkadza mi fakt, że są takie ważne dla akcji, tak potężne, ale znowu ni cholery nie wiemy, dlaczego.

Zresztą, to zaczyna być problem trapiący cały cykl inkwizytorski – nakreślone kiedyś zarysy i tajemnice domagają się kiedyś wyjaśnienia. Tak, dowiedzieliśmy się wreszcie po latach, czym jest wielki sekret Klasztoru Amszilas, ale zbyt wiele rzeczy należałoby wreszcie dookreślić. Bo bardzo Was proszę, jeśli mamy za sobą ponad 300 stron książki, a akcja niewiele idzie do przodu, bo wszystko jest zwyczajnie przegadane, to mamy do czynienia z największym grzechem literackim – Nudą.

Nigdy nie sądziłam, że napiszę takie słowa o cyklu inkwizytorskim. Szownistyczny, jasne. Epatujący okrucieństwem, czasem wręcz niepotrzebnym? Nie będę się kłócić. Nierówny? Oczywiście. Ale nudny? Dotychczas było to ostatnie słowo, którym mogłabym określić te powieści. Niestety. Po cichu liczę, że jeśli pojawi się następny tom, będzie raczej przypominał poprzedni niż ten… Cóż, jak mawiają, nadzieja matką głupich…

Jacek Piekara, Płomień i krzyż. Tom II, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2018.

niedziela, 4 listopada 2018

Imladris - cathiowy rozkład jazdy


Tak się złożyło, że nie było mi dane zawitać na tegorocznym Falkonie, zarówno programowo, jak i, jak się potem okazało, osobiście. Ale końcówka roku bez konwentu się nie liczy, więc koniec końców będę na krakowskim Imladrisie, który w dodatku przypada w moje urodziny, czyli w dniach 9-11 listopada. Same dobro. Obiecuję cukierki! Strasznie dawno nie byłam na Imladrisie, który zresztą miał sporą przerwę. Szczęśliwie został wskrzeszony.

O czym będziecie mogli posłuchać?

25 najciekawszych postaci nowych Gwiezdnych wojen
piątek, godz. 18:00, sala 13

Pokrótce o tych postaciach z nowego kanonu, które uważam za interesujące. Wybór czysto subiektywny, z przyjemnością się pokłócę.

Te momenty w Supernaturalu, o których chcemy zapomnieć
piątek, godz. 20:00, sala 14

Nadgoniłam sezon 13 (wkrótce pojawi się tutaj dłuuuuuga opinia na ten temat), czas rozprawić się z tym, co pojawiło się i tam, i nieco wcześniej. Znowu czysto subiektywnie, w dodatku z pełną rozpaczą…

Służby specjalne zawsze lojalne… w Star Wars też! - razem z Magdaleną "Ithilnar" Stawniak
sobota, godz. 20:00, sala 13

Białe mundurki są dosyć charakterystyczne, a to one są noszone w gwiezdnowojennym uniwersum przez służby specjalne (zapewne chłopaki mają świetne wybielacze!). Prelekcja opowiadająca o wywiadzie wojskowym i Biurze Bezpieczeństwa zarówno w starym, jak i nowym kanonie.

Nawiedzone zamki Polski
niedziela, godz. 10:00, sala 6

Kolejna odsłona cyklu do niedawna falkonowego, tym razem poświęcona zamkom.

Cóż dodać? Zapraszam!

niedziela, 14 października 2018

Polskie duchy


Cóż może zrobić człowiek zajmujący się niejako zawodowo tematyką polskich zabytków, uwielbiający opowieści o duchach, a który na półce w księgarni natknie się na pozycję zatytułowaną Duchy w polskich zabytkach? Solidnie, starannie wydane przez Muzę tomiszcze po prostu prosiło, by je kupić. Szybki rzut oka do środka przekonał mnie – to jest pozycją, jaką zdecydowanie chcę umieścić w swoim księgozbiorze.

Duchy… składają się z 62 rozdziałów, poświęconych w większości polskim zamkom, co mnie na dłuższą metę nieco rozczarowało, bo tytuł jednak obiecuje co innego. Szczęśliwie, znalazło się tam miejsce dla kilku innych nawiedzonych miejsc (kościoły i klasztory, np. ten w Zagórzu). Zaletą jest również to, że niektóre opisywane obiekty nie są specjalnie znane lub popularne – czasami pozostały z nich już tylko ruiny. To spory plus, jako że gdy zazwyczaj poszukuje się informacji o duchach polskich zamczysk, najczęściej znajduje się Ogrodzieniec, Niedzicę, Kórnik lub Wenecję. Tymczasem warto też zapoznać się z opowieściami o miejscach takich jak Toszek, Olsztyn k. Częstochowy czy Międzyrzecz… Bardzo miła i przydatna odmiana…


Solidnie rozczaruje się jednak ten, kto spodziewa się sążnistych i przerażających opowieści o tytułowych duchach. Jerzy Sobczak, autor książki, nie jest wprawdzie historykiem z wykształcenia, natomiast jego pasję do tej dziedziny widać na każdym kroku – dostajemy całe mnóstwo faktów dotyczących każdego z miejsc, co może być bardzo użyteczne dla osoby poszukującej takich informacji, na dłuższą jednak metę staje się nużące i sprawia, że pozycji tej nie przeczytamy „jednym tchem”, a przyznam, że miałam taką nadzieję. To świetne kompendium, ale zdecydowanie nie nazwałabym go porywającą lekturą. Niemal identyczna struktura każdego rozdziału po pewnym czasie po prostu nudzi i sprawia, że człowiek zaczyna tomiszcze po prostu kartkować, w nadziei, że natknie się wreszcie na jakiś interesujący kąsek.

Jak przystało na Muzę, książka została wydana po prostu fantastycznie – twarda oprawa, kredowy papier, przepięknie opracowana graficznie… Każde z omawianych miejsc zostało bogato zilustrowane, zarówno zdjęciami współczesnymi, jak i starymi rycinami czy pocztówkami. Dodatkowo przy każdym umieszczono liczne informacje dotyczące funkcji każdego z zabytków, a gdybyśmy chcieli je zweryfikować, podano również dane teleadresowe. Niby łatwo je odnaleźć w internecie, ale zdecydowanie jest to miły ukłon w stronę czytelników.

Cóż mogę rzec? Polecam Duchy…, jeśli poszukujecie pięknego prezentu lub jesteście zainteresowani nie tylko opowieściami o zjawach, ale także o miejscach i ludziach. Jeśli jednak wolicie coś lżejszego, może jednak warto sięgnąć po inną pozycję.

Jerzy Sobczak, Duchy polskich zabytków, wyd. Muza, Warszawa 2011

czwartek, 4 października 2018

Nie tylko dla małych...


Nie wiem, jak Wy, ale ja tam nie przyjęłam do wiadomości faktu, że jestem dorosła. Znaczy, oczywiście, ułatwia mi to życie, nie wspominając o zakupie napojów procentowych, ale jednocześnie powoduje jakieś dziwne oczekiwania otoczenia – że przestanie się robić „głupoty” przypisywane na ogół nieco młodszej grupie wiekowej. Nie chcę! Pamiętam zdziwienie, że czytam książki dla dzieci i młodzieży, co już w ogóle wywołuje we mnie głęboki wewnętrzny sprzeciw, bo nierzadko są to jedne z najpiękniejszych i najmądrzejszych rzeczy w mojej biblioteczce. Szczęśliwie, czasem ukazują się pozycje, które pozwalają mi z godnością odeprzeć argumenty w stylu „Jakież to infantylne!”, połączone ze spojrzeniem pełnym politowania.

Tak się składa, że recenzuję tutaj drugą książkę Marty Kisiel pod rząd. Tym razem Ałtorka wraca do ukochanego towarzystwa Licha, Konrada, Turu i zjaw germańskich oprawców, ale koncentrując się na postaci wprowadzonej do naszego ulubionego świata dopiero w Sile niższej, a i tak nie mającej zbyt dużego pola do popisu ze względu na swój wiek. Nasz bohater jednak nieco podrósł, akurat w sam raz, by stać się bohaterem książeczki dla dzieci (no dobra, i nie tylko). Siłą napędową Małego Licha i tajemnicy Niebożątka jest właśnie Bożek, syn upiornego (nie)Szczęsnego i straszliwej agentki literackiej Konrada.

Nie jest to najpiękniejsze zdjęcie okładki, ale zrobiłam je na trasie, po tym jak napadłam panią
w Empiku i zażądałam wydania Dobra!!!

Siła to doprawdyż czasem destrukcyjna, choć pilnuje jej malutkie Licho, szczęśliwe z posiadania człowieka do stróżowania. Bożek jest jednak (w miarę) normalnym chłopcem, zachowującym się dokładnie jak my w odpowiednim wieku. Oczywiście, nasze potwory spod łóżka nie były specjalnie przyjazne i nie brały z nami kąpieli, a co istotniejsze – nie przygotowywały nam kakao i innych przysmaków, alleluja, ale były równie realne! I któż z nas nie budował pojazdu międzygwiezdnego na podłodze salonu! I kto z nas nie chciał pójść do szkoły tylko po to, by dwa tygodnie później walczyć już o każdy dzień i minutę spędzoną w domu!

Przygody i problemy nietypowego Bożka są typowe dla większości dzieci – dostosowanie się, potrzeba przyjaźni i akceptacji, nie tylko przez najbliższych. I właśnie jego droga, okraszona zresztą typowym dla Marty humorem, sprawia, że na pewno podaruję tę pozycję swoim siostrzeńcom. Idealnie pokazuje ona, że nikt nie jest sam w walce o bycie częścią tłumu, że wszyscy przez to w jakiś sposób przechodzą. Że inność nie oznacza gorszości (lekcja, która również przydaje się w wieku znacznie bardziej dojrzałym). Że nigdy tak naprawdę nie jesteśmy sami, a pomoc może przyjść ze strony, z której się najmniej jej spodziewamy. Wszystko to niby tak bardzo oczywiste, ale tak bardzo cenne. Dodatkowo, podane w formie absolutnie cudnego humoru, zabawy językowej i pięknej polszczyzny. Szczególnie ujęło mnie tak cudowne wykorzystanie w fabule mojego ukochanego Króla olch – jak nie znoszę poezji, tak ten jeden poemat mogę czytać bez końca. Jest piękny. I równie pięknie został spożytkowany w Małym Lichu… Nie wiedziałam, że końcowe wersy mogą okazać się tak bardzo emocjonujące.

Olbrzymim atutem Licha są też prześliczne ilustracje, bo nie ukrywajmy, książki dla dzieci bardzo ich potrzebują! Zwłaszcza, jeśli tak pięknie dopasowano je klimatem do atmosfery książki! Są tak samo ciepłe, okrąglutkie i … dobre, jak słowa tworzące tę opowieść. W całości – cudowna pozycja, która powinna znaleźć się na każdej półce, nie tylko w pokoiku dziecięcym. Bo jeśli w wieku ciut bardziej dorosłym też kochamy magię, miejmy okazję sięgnąć po nią za każdym razem, kiedy zabraknie jej nam na co dzień.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, ilustrowała Paulina Wyrt, wydawnictwo Wilga, Warszawa 2018.

wtorek, 18 września 2018

Tonąc w...?


Dotychczas kiedy sięgałam po książki Marty Kisiel, spodziewałam się doskonałej rozrywki, radosnych kwików śmiechu i ogólnie lepszego „uczucia w duszy”. Takie są przecież i Dożywocie, i Siła niższa, choć przecież lektura Nomen omen powinna przygotować mnie na coś innego. Tamta historia, choć okraszona różnymi radującymi serducho odniesieniami nie tylko do WoWa, ale i do urozmaicających życie każdego polonisty wydań Biblioteki Narodowej, już nie była taka zabawna. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że dwie pierwsze pozycje to tylko rozrywka, bo i z nich można się wiele nauczyć (to się nazywa doskonała literatura, uczyć bawiąc, Krasicki byłby z Ałtorki szalenie dumny), ale mają nieco inny ciężar gatunkowy. Historia sióstr Bolesnych, Salomei i Niedasia zahaczała już o ciężki okres w historii Wrocławia oraz bardzo mroczne aspekty duszy człowieka i prowokowała czytelnika do przemyślenia kilku rzeczy.

Nie inaczej jest w przypadku Toni. Bohaterki, kobiety z rodziny Sternów, Klara i jej dwie bratanice: Eleonora i Dżusi (znana też jako Justyna) mają nie dość że dosyć napiętą sytuację rodzinną, to jeszcze całkiem sporo problemów na co dzień. Posiadają też specyficzny dar, mogą przeprowadzić zwykłych śmiertelników poprzez rzekę czasu w przeszłość. Brzmi nieźle, prawda? Te wszystkie odkrycia, których można w ten sposób dokonać… Białe plamy w historii, które można nagle wypełnić… Naiwna jestem, nie? Bo oczywiście kolejną opcją są te wszystkie kosztowności, które można odnaleźć. Dar można bowiem wykorzystać i w taki sposób i, jak łatwo się domyślić, tak się staje. Rodzice Eleonory i Dżusi postanawiają zarobić na życie, cofając się w przeszłość i odkrywając, gdzie znajdują się co lepsze kąski pochowane przez uciekających Niemców. Złoto Wrocławia wszak tylko czeka na tych, którzy je odnajdą.


I sobie jeszcze poczeka, bo nic nie jest takie proste, a w drodze po skarb można spodziewać się i konkurentów, i uważających, że mają władzę nad życiem lub śmiercią. Oprócz odkrycia, kto i dlaczego pozostawił Sternów w przeszłości, kobiety muszą dojść do tego, kto sobie rości prawa do tajemnicy prowadzącej do bogactwa. Nie będą jednak same, w sukurs przyjdzie im nietypowy zegarmistrz Gerd, tajemniczy Ramzes, a także nasze stare znajome, siostry Bolesne: Matylda i Jadwiga.

Tylko że podróż w przeszłość i zarazem teraźniejszość to bagno, w którym bardzo łatwo utonąć. Nie mówię tu jednak o „naturalnych” konsekwencjach nieudanej podróży w czasie, utknięcia w przeszłości, zatracenia duszy i zniknięcia ciała. Nie, istnieje gorsza toń – chciwość. Nie zawsze dotyczy ona jedynie złota, obrazów (Sandro cholernego Botticellego) i innych kosztowności… Czasami chodzi o sam fakt, że można. Czasami chodzi o zazdrość. A co gorsza, ta toń jest w nas, tylko czasami sobie nie zdajemy z tego sprawy… aż do momentu, kiedy utoniemy.

Wiecie, co mi się najbardziej w tej książce podoba? To że nie jest na siłę optymistyczna, nie jest też taka lekka, zaskakujące, biorąc pod uwagę wspomniane już pozycje Ałtorki. W pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę określiłby w tym konkretnym przypadku jako happy end i czy taki jest w ogóle możliwy. Odpowiedzi, których sobie udzieli, czasami zaskakują, czasami przerażają.

Czy polecam? Jak najbardziej! Nie będzie to jednak li i tylko rozrywka, ale lektura skłaniająca do rozmyślań. Dłuższych i nie zawsze optymistycznych.

Marta Kisiel, Toń, wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2018.