piątek, 21 kwietnia 2017

Pyrkon 2017 a sprawa cathiowa - post informacyjny

Pyrkon już za tydzień, ja właśnie żyję w szale dorabiania towaru na stoisko i wymyślania ostatniej prelekcji, a w międzyczasie jeszcze próbuję nadrabiać zaległości towarzysko-serialowe (no dobrze, łżę jak Dean Winchester, te pierwsze nadrobię w Poznaniu). Jakby ktoś chciał mnie jednak posłuchać i zobaczyć w ten piękny weekend prawie-że-majowy, to poniżej znajdziecie malutką rozpiskę.

Tak wyglądała kolejka na prelkę w zeszłym roku... Co poniektórzy kazali mi w niej stać :D


Co Ty wiesz o Winchesterach? – piątek 28 kwietnia, godz. 20:00, sala konkursowa 2
Czy pamiętacie już, czego zapomnieliście w zeszłym roku? Tym razem znowu czekają na Was cytaty, zdjęcia, filmiki, a także mordercze pytania okołoserialowe. Znacie numer rejestracyjny Impali? Na pewno. Pamiętacie datę urodzenia Deana? Nie wierzę, że nie. Wymienicie co najmniej piętnastu łowców pojawiających się w serialu? Świetnie! Przychodźcie na konkurs.

Zeszłoroczny końkurs. Fotę dostałam od Chomika, ale jest przekazana i nie wiem, kto ją popełnił :(

Jak utrzymać władzę nad Galaktyką? Tego nie rób! – sobota 29 kwietnia, godz. 12:00, sala filmowo-serialowa – prelka we współpracy z Ithilnar
Imperium niepodzielnie panuje nad Galaktyką. Dysponuje wspaniale wyszkoloną kadrą oficerską, najlepszym sprzętem i flotą. Jednak nawet w tak wielkiej machinie znajdzie się jakiś wadliwy element, który może zepsuć wszystko. Jeśli chcesz utrzymać władzę nad Galaktyką, powiemy ci, czego NIE robić. Ithilnar i Cathia zapraszają na wstępne szkolenie dla tych, którzy chcieliby podążyć śladami Imperatora Palpatine’a. Wszystkich sympatyków Imperium gorąco zapraszamy! Rebeliantów – w ostateczności – będziemy tolerować. Albo przedstawiać na nich co ciekawsze pomysły scenarzystów i autorów zarówno starego, jak i nowego kanonu.

Ale jaja! Easter eggi w serialu Supernatural – niedziela 30 kwietnia, godz. 10:00, sala filmowo-serialowa
Twórcy SPNa puszczają do nas oczko niemal w każdym odcinku - a to aluzją w dialogu, a to małym elementem scenografii... Które jajeczka wielkanocne mają coś wspólnego z fanami? Które nawiązują do życia prywatnego aktorów? Które są po prostu naprawdę dobrym dowcipem? Przyjdźcie i pośmiejcie się razem z Cathią, podziwiając kreatywność serialowej ekipy.

No cóż, jestem dziwnie przekonana, że na prelkę niedzielną dotrą tylko najwytrwalsi albo ci, którzy nie będą chcieli posłuchać Sebastiana Roche, bo go dano równocześnie, zapewne w ramach sabotażu :D

I prelka zeszłoroczna. Ja i Kain - to brzmi dumnie.
Fotka autorstwa Joli :)

Przy okazji – będę również cały czas na stoisku (mapka poniżej) wraz z Beatą i jej Biżuterią Tematyczną, więc zapraszam na pogaduchy i zakupy :)



czwartek, 20 kwietnia 2017

A może by tak wstrząs zamiast tęczy i jednorożców?

Nadrabiam powoli zaległości, nie mam jednak czasu na pisanie bardzo długich notek, więc z góry przepraszam za krótsze opinie na temat ostatnich odcinków. Może i to w sumie lepiej, że nie będą zbyt długie, bo właśnie trafił mnie… no dobra, nie szlag. Lekki piorunik podszyty pewną goryczą.

Historia w Ladies Drink Free na pewno nie była wybitna, więc próbowano nam ją urozmaicić na dwa sposoby, niestety, takie, które mi wyjątkowo nie leżą. Pierwszy – Claire Novak. Drugi – Mick Davies, czyli facet pt. A już myślałam, że niczyja twarz mnie tak nie wkurza jak Castiela. Możliwe też, że jestem okrutna, bo po prostu nie lubię wilkołaków, ale przecież da się z nimi napisać dobre odcinki, jak chociażby Heart czy Sharp Teeth.

Jak sprawić, by Cathia bardzo chciała końca odcinka...

Nie kupuję zupełnie tego, że chłopcy nadal współpracują z Mickiem po tym, co wydarzyło się w szpitalu, że w ogóle dają mu drugą szansę. Jasne, jego wiedza pomogła ocalić Claire (o tym za chwilę), ale postępowanie Anglika to kwintesencja tego, co w tym serialu dotychczas serwują nam brytyjscy Ludzie Pisma: kłamiemy na potęgę i wmawiamy wam, że to dla waszego dobra. No niespecjalnie. Przykra krótkowzroczność w wydaniu chłopaków, bo jeśli raz skłamał w takiej sprawie, w jakiej skłamie później?

Zdenerwuję się nieco, jeśli Mick nagle przeżyje duchowe oświecenie w towarzystwie Winchesterów i nagle porzuci zdrożne drogi Ludzi Pisma i stanie się wzorowym pomocnikiem łowców, a może jeszcze zamieszka w Bunkrze? Wierzcie mi lub nie, bardzo liczyłam na to, że mikstura podana Claire będzie tak naprawdę trucizną – przecież wiadomym było, iż może nie zadziałać. Zbrodnia idealna. I dla mnie Davies powinien właśnie tak postąpić… Chyba naprawdę zaczynam tęsknić za postacią naprawdę złą i wyrachowaną, skoro odebrano mi takiego Crowleya, a Lucyfer po początkowej rozkrętce siedzi u stóp obecnego Króla Piekła… Jedyną szansę upatruję w tym, że ze strony Micka może być to zaledwie gra. Oby!

Marna to jednak pociecha, jako że serial zdecydowanie odszedł od swoich pierwotnych założeń, które mówiły, iż każdy może w nim umrzeć, w końcu zeszło się nawet wielokrotnie bohaterom. Sprawiały, iż widz wcale nie był pewien, co się tak naprawdę stanie w tym lub innym odcinku i do dzisiaj pamiętam, jak zdenerwowana byłam przed obejrzeniem The Sacrifice, bo na tym etapie wszyscy ginęli – nawet Bobby i Rufus, chlip chlip. Oczywiście, postaci nadal giną, ale te główne nagle otrzymały coś, co bardzo boli – Tarczę Fabuły spreparowaną przez Imperatyw Narracyjny. I choć przez chwilę miałam nadzieję na zejście Claire, to jednak nie. Już nie. Może sobie odjechać w nieznane, wyposażona do łowieckiego życia jak trzeba – w końcu ma już koszulę w kratę i szrot ze złomowiska, podstawy bycia pogromcą potworów. Jasne, nigdy jej nie lubiłam, odetchnę z ulgą, kiedy nam wreszcie zejdzie z ekranu, ale myślę, że nie tylko ja odczułam rozczarowanie, kiedy wątek skończył się tęczą i szczeniaczkami.

Kupowałam polowania w wykonaniu Jo... Claire... już nie bardzo.

Było w tym odcinku kilka dobrych momentów – chociażby odwołanie do Hogwartu czy Downton Abbey, ale ogólnie oglądałam go bez większych wzruszeń. Szkoda. Zobaczymy, co dalej… Może do niedzieli nadrobię…


Supernatural 12x16 Ladies Drink Free, scen. M. Glynn, reż. A. Kaderali, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, A. Fergus, K. Newton i inni.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Żyję!

Najmocniej przepraszam za chwilową ciszę w eterze, mam zaległości w oglądaniu ostatnich odcinków, a rzeczywistość skrzeczy mi po wyjeździe i muszę ogarniać... 

Postaram się nadrobić w wolnej chwili, dajcie bogowie, przedpyrkonowo. Na pewno niedługo wrzucę posta informacyjnego, bo mam dwa punkty programu na Pyrze.

Ściskam Was mocno i wesołych zajęcy :) a w bonusie urocze jajeczka z Disneylandu :)




niedziela, 12 marca 2017

Komediodramat z ogarami

Kolejny odcinek, który znajduję odrobinę… problematycznym. Z jednej strony historia fajna, czerpiąca garściami z poprzednich lat, pełna dobrych odniesień do mitologii, z drugiej… No właśnie, miałam jakiś dziwny kłopot z klimatem i fanservice’em. Ale do tego zaraz dojdziemy.

Uwielbiam te wszystkie Easter Eggi... Pała Negana mnie rozwaliła na dobre.

Dużym problemem stają się montaże na początku odcinka, teoretycznie przypominające dawne rzeczy związane z tym, czemu chłopcy stawią czoła tym razem, a w praktyce zdradzające już zdecydowanie za dużo. Na pewno miałabym lepszą zabawę przypominając sobie na własną rękę, co właściwie patrzyło na świat w taki a nie inny sposób, a potem piałabym z zachwytu na widok odciskanych w błocie łap, a tak… A tak podano mi to na talerzu, bez najmniejszego napięcia. Jakoś zaczyna mi to trochę przeszkadzać.



Och, te odciśnięte łapy... Cudeńko...

Wspominałam o tym czerpaniu z poprzednich sezonów i to mnie strasznie cieszy. Nie wiem, czy scenarzyści mają jakąś wielką bazę danych z pomysłami i kriczami z dawnych lat, ale oczywistym jest, że ostatnimi czasy zaczęli do tego sięgać jakby częściej i w dodatku naprawdę do edycji z ery Kripkego (chociażby ten przepis Bobby’ego na kule do Kolta z poprzedniego odcinka). Tu mieliśmy trochę nieco młodszych pomysłów, jak choćby cudowny przepis na okulary umożliwiające zobaczenie ogara piekielnego, ale i tak duszyczka mi się raduje i to jak!

Nowe uzupełnienie mitologii to oczywiście stworzenie ogara i tu mam już problem, niczym pan w dresie z trzema paskami pod Żabką w sąsiednim bloku. Panbócek za tym stał? No to się raczej kupy nie trzyma… Ja wiem, że Bóg w Supernaturalu nie jest doskonały, ale dotychczas ogary istniały jako stworzenia asystujące w finalizowaniu kontraktów i zdecydowanie kojarzyły się li i jedynie z Piekłem. Tak, wiem, że Bóg stworzył też lewiatany, ale… no właśnie, kiedy lewiatany wymknęły się spod kontroli, zamknął je w Czyśćcu, a nie wymordował wszystko jak leci. Fakt, że szczenną sukę uratował właśnie Lucyfer oczywiście wyjaśnia te powiązania, ale dla mnie to i tak strasznie na siłę. Plus nie do końca podoba mi się, że ogar poszedł na osobę, która nijak nie powinna stać się jego ofiarą, ale to akurat kładę na karb wyjątkowości Ramsey. Przy okazji, tak się zastanawiam, czy to przypadkiem nie jest jakaś aluzja do niejakiego pana Boltona? :)

Jest to jedno z najładniejszych ujęć, jakie widziałam w tym sezonie - tak ładnie to wszystko widać przez okulary...

Jakby nie było, to daje chłopcom okazję na ponowne zjednoczenie sił z Królem Piekła i… jest dziwnie. Z jednej strony Crowley ogara powinien ogarnąć od ręki, zawołać, gwizdnąć, nie wiem, zrobić cokolwiek, bo nadal nominalnie jest chyba Królem Piekła (choć ja się już ostatnimi czasy nieco gubię). Tak, pamiętam, nie kontrolował wszystkich zwierzątek za czasów chociażby The Devil You Know, ale wtedy nie był władcą. I wtedy nie był również chwilowo Królem Rozdroży, bo go Lucuś z pozycji zapewne usunął po numerze z Koltem. Rozumiem zatem, że musiał użyć Growleya. Tutaj… nie wiem, powinien mieć jeśli nie władzę, to przynajmniej wyczucie… Ta współpraca z chłopakami była jakaś taka wymuszona, bez sensu – niby dlaczego Crowley miałby się w ogóle wzruszyć tym, że się ogar wymknął spod kontroli i morduje? Dlaczego Crowley miałby się przejmować ludzkimi życiami? Aaaa, przepraszam, zapomniałam, że on taka dżedajowa kaczuszka jak ja ostatnimi czasy. Mam wrażenie, że to wszystko było po prostu po to, żeby Winchesterowie mogli mu wreszcie podziękować (a fani domagali się tego już od jakiegoś czasu) i żeby panienka mogła o nim powiedzieć, że jest miły… To naprawdę oglądało się jak kiepską operę mydlaną.


Och, dzięki, Crowley, jesteś przeuroczy...
Och, dzięki, Dean... Nareszcie...


Ooo, mam problem. Duży problem.

Plus, znowu mam problem. Chyba muszę iść na kozetkę. Motyw z Lucyferem spętanym w jego naczyniu jest po prostu genialny, ale… JAK? No jak, do cholery? Już te łańcuchy były problematyczne, nie kupuję odtworzenia boskiego wynalazku, a już teraz naznaczenie każdej komórki ciała Nicka… No nie widzę tego. Aczkolwiek nie powiem, motyw przepiękny i jestem zachwycona. Crowley zawsze przed przeciwnikiem? No chciałabym – ale na razie słowa, słowa, słowa… Jeśli robił to wszystko w tle, jednocześnie siedząc na tronie i pijąc whisky, szlochając za Deanem lub Amarą, no niby ok… ale to takie dopisywanie rzeczy po fakcie i nie do końca mi się podoba.


Och, ta mina Marka Pellegrino. 

Przy okazji – cała ta scena z demonami przed uwolnieniem Lucyfera… Strasznie to było nieklimatyczne, utrudniło mi to odbiór całego momentu. Zresztą, trochę tak mam z całym tym odcinkiem, bo ogólnie był sympatyczny nawet, ale te humorystyczne wstawki znajdowały się w miejscach co najmniej niewłaściwych. Poza epizodem z miłośnikiem teorii spiskowych - to było coś pięknego.

Myślę, że w najnowszej edycji GISHWHES bedzie jakieś zadanie z reptilianami i Królową.

No tak, w Piekle burdel, co zatem w Niebie? Wreszcie mamy pierwsze informacje o tym, że Niebo zaczyna się organizować, przede wszystkim wobec problemu nefilima i nie wiem, czy się cieszyć, bo dotychczas wszystkie próby ogarnięcia anielskiego wątku były spektakularną porażką. Tym razem jednak do gry wraca Joszua – i mam nadzieję, że jest to właściwy Ogrodnik, którego w sumie trochę osób utożsamia z Chrystusem. No, przyznam, że jestem ciekawa, jak to zostanie rozegrane. Nie spieprzcie tego, proszę!

Ten plac zabaw jest strasznie fajnym pomysłem.

Co do wątku Ludzi Pisma, to nie chce mi się nawet o tym myśleć. Nie widzę Deana, który tak ładnie kupuje wszystko, z drugiej może jednak strony, docenił szczerość Sama. Dla mnie to też był bardzo fajny motyw i cieszę się, że standardowo nie ukrywają wszystkiego przed sobą nawzajem, żeby tajemnica ugryzła ich w zad pod koniec sezonu. Zobaczymy, co tutaj się będzie działo…

Frodo, Hobbici... Ludzie Pisma mają fetysz.

Nie jest źle. Problem leży w klimacie, nierównym bardzo. Uwielbiam komediowe odcinki, ale komediowe odcinki niech będą takie w całości albo niech będą lekkim akcentem humorystycznym, a nie pojawiają się wyciągnięte z odwłoka. Poza tym – ładnie.


Supernatural 12x15 Somewhere Between Heaven and Hell, scen. D. Perez, reż. N. Lopez-Corrado, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, M. Collins i inni.

niedziela, 5 marca 2017

Siakoś tak nijako...

Kurczaki, nie lubię wampirów. Nie wiem, co z krwiopijcami jest nie tak, ale mam do nich jakiś uraz i to jeszcze sprzed czasów zmierzchowych, oj, na grubo przed nimi. W ostateczności toleruję klasycznego Draculę w wykonaniu sir Christophera Lee, ale to koniec mojej wytrzymałości. Wampirów supernaturalowych też nie lubię – poza jednym wyjątkiem – więc podejrzewam, że będę się w tej recenzji skupiać głównie na tym, co dotyczy Winchesterów. Wybaczcie.

What is this bullshit?

Podobało mi się kontynuowanie dokładnie w miejscu, gdzie zakończyliśmy poprzedni odcinek. Zdecydowanie wolałam widzieć to wszystko zagrane i powiedziane, a nie tylko wspomniane przez braci. Całkowicie kupuję ich urazę i żal do matki, która oszukała ich po prostu koncertowo, nie biorąc pod uwagę tego, że synowie naprawdę mają dobry powód, by nie ufać Brytolom (ona w sumie też – kobieto, torturowali ci syna!). Zraniony Dean był jednym z lepszych Deanów, których widziałam w tym sezonie. Strasznie żałuję, że tak nie zostało.

Owszem, podejrzewałam, że chłopcy, kiedy już ochłoną i przemyślą, co trzeba, spróbują zażegnać ten konflikt i pierwszym, który wyciągnie rękę, będzie Sam. To było dokładnie do przewidzenia. Niemniej jednak zupełnie nie rozumiem tego, że młodszy Winchester tak po prostu postanowi przyłączyć się do Ludzi Pisma, bo…? Bo co? Bo mają wyposażenie? Bo mają zajebiaszczą zbrojownię? Bo są pierdołami życiowymi i jeśli nie ma w pobliżu pana Ketcha lub innych wynajętych łowców, to zginą marnie? Przyznam, że już najbardziej przemawia do mnie ten ostatni argument… To brzmi jak Sammy. Poszło to zdecydowanie za szybko, po prostu za szybko. Choć z drugiej strony Sam jest gadżeciarzem i może po prostu chce się pobawić… A Ludzie Pisma mają dużo fajnych zabaweczek… Ach, przy okazji młodszy Winchester zyskał coś do ukrywania przed bratem – taaaak, bardzo dawno nie mieliśmy tego wątku… A tak się cieszyłam, że chłopcy wreszcie zaczęli się porządnie dogadywać i niczego przed sobą nie chowają… Ja, naiwna Cathia. W ostateczności dopuszczam możliwość, że robi to specjalnie, by stać się szpiegiem w obozie wroga. Jeśli tak się nie stanie, strzelam focha.


Ja też czasem piję. Wino. I chcę kogoś pozabijać... Często. Nadaję się do klubu?

Zastanawiam się, jak na to wszystko zareaguje Dean, kiedy się wyda. Bo wydać się musi… Zaskakujące, że to właśnie on, choć teoretycznie powinien się w jakiś sposób dogadać z Ketchem, nadal nie ma przekonania do Anglików. Nie podobają mu się ich metody, to na pewno, plus im nie ufa. Bardzo słusznie chłopie, bo przy tych wszystkich możliwościach mogliby zapewne powstrzymać Apokalipsę, tylko im się nie chciało. Mnie z kolei trochę zirytowało to, jak pokazano, że Dean się jednak od brytyjskiego siepacza jednak różni. Z jednej strony siedzą i radośnie rozpijają przyniesioną przez Angola flaszkę i widać, że w gruncie rzeczy obu cieszy zabijanie potworów. Natomiast potem mamy scenę, w której Ketch próbuje wytłuc informacje z wampirzycy, a Dean po prostu dostaje wszystko na talerzu, bo obiecał jej szybki i bezbolesny koniec. Pomijam już fakt, że ta wąpierzyca powinna nimi podłogę zamieść – w końcu nie każdy może mieć odpowiednie przygotowanie, ale strasznie to łopatologicznie wyszło.

Do umiejętności pana Ketcha należy dorzucić jasnowidzenie...
Swoją drogą, ciężko było nalać te następne kolejki...

Ludzie Pisma denerwują mnie coraz bardziej. Znienacka są w stanie postawić ośrodek z wypasionymi zabezpieczeniami, a wystarczy banda wampirów, by im wykasować jednego (słownie JEDNEGO) strażnika i wbić im się do tej bazy… Jak na to, że mają TAKIE możliwości, są po prostu rozczulający. Rozumiem, mają problem z rekrutacją łowców, ale od czego są w takim razie najemnicy, którymi spokojnie mógłby zapewne dowodzić pan Ketch… Nie wierzę, że nikt się jeszcze na świecie, poza łowcami, nie skapnął, co kryje się w mroku. Blah. Coraz mniej mi się to podoba.


Mamy taaaaakie środki finansowe... Nie potrafimy zatrudnić najemników.

Szczerze pisząc, jedyna rzecz, która mnie w tym odcinku wzruszyła, to był Alfa Wampirów. Alfa, który podobnie jak większość złych bohaterów w tym serialu zaliczył po drodze lobotomię. Ten zimny sukinkot, tak ładnie wyrywający się z więzienia, jakie przygotowali dla niego Campbellowie, nieoczekiwany sojusznik Winchesterów w walce z lewiatanami, nagle oszalał i postanowił osobiście pójść do walki z ludźmi, którzy powoli wytłukują mu podwładnych? Rozumiem, władca feudalny i inne takie, ale w momencie, kiedy pojawił się na scenie Kolt, powinien dać nogę. Tak, blef blefem, ale on zdecydowanie nie był jednym z 5 stworzeń, których Kolt nie może zabić. I raczej o tym wiedział. Ponadto, jeśli widz przejrzał sztuczkę Micka i Sama jeszcze zanim pokazano to tym, którzy myślą nieco wolniej, to nie widzę starego jak świat Alfy, który tego nie zrobi… Szkoda tej postaci… Straszne dorzynki się nam ostatnio zrobiły i trochę się boję tego, że kiedy wprowadzeni zostaną nowi źli, będzie to albo na chwilę, albo będą znacznie słabsi…


Będę tęsknić...

Nie wiem, ten odcinek jakoś nie wywołał u mnie żadnych emocji. Jak mówię – nie lubię wampirów, więc to może być jeden z powodów, drugi to ta łopatologia i wrażenie, że wszystko było jakieś takie… sztuczne… i nijakie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale szczerze mówiąc – akurat tego wątku nie jestem zupełnie ciekawa.


Supernatural 12x14 The Raid, scen. R. Berens, reż. J. MacCarthy, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, S. Smith, D. Haydn-Jones i inni.

niedziela, 26 lutego 2017

Rodzina to także rozczarowania…

Ze względu na finał poprzedniego odcinka, całe mnóstwo ludu obgryzało paznokcie przed tym – oczywiście, każdy liczył na rozwiązanie zagadki uwięzionego w sali tronowej Lucyfera…! Jak wiecie, nawet mnie zaczęło to naprawdę intrygować, choć też i w pewien negatywny sposób (i do tego dzisiaj też jeszcze nawiążę). Nieoczekiwanie jednak okazało się, że Family Feud będzie tak naprawdę koncentrował się wokół czegoś zupełnie innego… Wokół czegoś, co stanowiło i stanowi esencję Supernaturala, tym razem jednak w innym ujęciu. Rodziny.

Nietypowa narada rodzinna...

Zasadnicza opowieść dotyczy potwora tygodnia, tym razem żądnego zemsty ducha, a sceny przed kartą tytułową zabierają nas do odległego na standardy serialu okresu: pół roku wcześniej. Jednak nasza duszyczka nie zrezygnowała z mordowania i teraz wkraczają Winchesterowie. Bardzo podobało mi się, że nagle oś akcji zawiązała się wokół statku, na którym to onegdaj Gavin MacLeod próbował dostać się do Ameryki. Bardzo mi się podobało, że nagle znowu wypłynęła jego postać. Nieco mniej mi się podobało to, że nie wiem, jakim cudem Winchesterowie mieli na niego namiary, ale dobrze, niech ta będzie… Niekoniecznie też byłam zachwycona faktem, że duszyca okazała się być ukochaną Gavina, no ale znowu – wszystko nam zostaje w rodzinie. Musi, by finał odcinka był taki, nie inny.

Gavin wywołujący ducha ukochanej przypomniał mi scenę z mojego ukochanego odcinka - Weekend at Bobby's - kiedy to Bobby Singer wywoływał jego ducha. Nareszcie ma to z powrotem sens.

W tym przypadku wszystko zostaje w rodzinie MacLeodów, którą dotychczas znamy jako zdrowo patologiczną. Z przyjemnością stwierdzam, że Gavin się zdecydowanie wyrodził. Jego ciepło, jego dobro i wyrozumiałość, a także miłość były tak bardzo wiarygodne, tak pełne prawdziwego zrozumienia, że aż nie mogłam uwierzyć, że mamy do czynienia z synem Crowleya i wnukiem Roweny. Tego, czego im zawsze brakowało i chyba nadal brakuje, Gavin otrzymał z naddatkiem. Rzadko kiedy na tym etapie serialu zdarza mi się naprawdę żałować postaci i łezkę nad nią uronić. Gavin bierze na siebie odpowiedzialność za to, co przydarzyło się jego ukochanej Fionie, a przydarzyło jej się chyba najgorsze, co może się kobiecie zdarzyć. Nie waha się oddać za nią życia – to jest właśnie ta miłość, której nasi pozostali bohaterowie jednak nie znają, bo nawet jeśli mieli okazję jej posmakować, jak Sam w przypadku Jess, zostało im to odebrane. To jest w gruncie rzeczy zaskakująco historia ze szczęśliwym zakończeniem. Szczęśliwym dla Gavina i Fiony, w ten bardzo przewrotny sposób.


Bo absolutnie nie dla Crowleya. W wyniku wiadomego uzależnienia ocalił chłopcu życie, był przy okazji na tyle rozsądny, by go nie wplątywać w żadne swoje gierki, po prostu zostawił w spokoju. Najlepsze, co mógł zrobić, choć nie wiem, jak w takim razie jego syn się z nim później skontaktował… Mniejsza o większość. Jednak gdzieś tam w głębi tego, czego Crowley mieć nie powinien, w głębi serca, tkwiła ta miłość rodzicielska. Miłość, która właśnie zadała mu największy cios – jego dziecko dobrowolnie zgodziło się na odejście, by tylko uratować kobietę, którą kochał. Ironiczne jest to, że w tym samym odcinku Crowley wrzeszczy na Winchesterów, by zabrali się do roboty i pozbyli się lucyferowego nasienia (damn, jak to zabrzmiało!)… I najchętniej postąpiłby nawet wbrew woli swego syna, by tylko go uratować, nawet przed nim samym… 

Po raz kolejny Crowley ma w oczach łzy...

Tu jednak na scenę wkracza Rowena. I nie z powodu, o którym pomyślałam przede wszystkim, nie dlatego, że ona szanuje wolę i decyzję swojego wnuka… no dobrze, to trochę też. Rowena jednak nie zapomina nigdy i niczego. Mogą sobie mieć z Crowleyem pakt o nieagresji, ale w niej nadal siedzi żal za to, że została zmuszona do zabicia Oscara (przyznam, że ja nawet o tym nie pamiętałam, nie obejrzałam tego badziewnego odcinka po raz drugi, nie ma na świecie tyle wódki…)… Ich rozmowa na dworcu naprawdę w pewien sposób złamała mi serce i nie wierzę, że to mówię, w jakiś sposób rozumiem rudą. Coraz bardziej w tym sezonie rozumiem wszystko, co ją ukształtowało i zaczynam jej serdecznie współczuć. Jeśli w następnym ją polubię, proszę, odstrzelcie mnie profilaktycznie.


Dwie absolutnie przepięknie wizualnie sceny...

Jest jednak i kolejna osoba, która nieoczekiwanie zawodzi swoją rodzinę – Mary Winchester. Wprawdzie postanawia w końcu przyznać się do współpracy z brytyjskim oddziałem Ludzi Pisma, robi to jednak trochę na zasadzie „Nie no, jasne, kłamałam, o mało nas nie zabiłam, ale wszystko OK, nie?” Bardzo jestem ciekawa, w którą stronę ten wątek teraz pójdzie, bo jeśli Winchesterowie łykną to jak młode pelikany, to ja strzelam focha. Jak stąd na Coruscant. Bo rodzina to nie tylko miłość i odpowiedzialność, ale i to gorsze – zdrada i zemsta, większa i mniejsza.



Trzy twarze Winchesterów...

Zaskakujące, że na tym tle to demony okazują się być najbardziej lojalne. Oczywiście, mówimy tu o Elicie Elit, Książętach Piekła, ale to Dagon będzie robiła wszystko, byleby tylko ocalić dziecko swego Pana, a siłą rzeczy i jego matkę. Jasne, spodziewamy się, że kiedy będzie miała sposobność, nasza supernaturalowa Rosemary zaliczy spektakularny zgon, ale póki co Dagon bawi się w T-800 i ma dużą szansę na to, by i dziecko, i matkę chwilowo uratować… W imię lojalności do Ojca, swego Stwórcy.


Demons are dicks... and the angels? They are even bigger dicks..

Który, jak się okazuje, jest jak najbardziej prawdziwy i w swoim najlepszym naczyniu, jakie dotychczas opanował. Dla mnie również Mark Pellegrino jest jedynym słusznym Lucyferem… Wyjaśnienie dotyczące Nicka nie do końca mnie jednak zadowala, bo dotychczas przyjmowałam, że jego vessel się po prostu rozpadł, zważywszy na stopień rozkładu i fakt, ile demoniej krwi musiał wypić. Nie do końca kupuję fakt, że Crowley od razu przechwycił ciało – jeśli coś tam jeszcze zostało, wyłącznie „na wszelki wypadek” – jeśli już coś, to do sekcji chyba – pamiętamy jeszcze te czasy, kiedy demony chciały badać naczynia, by sprawić, co sprawia, że się na gospodarzy dla Łask anielskich nadają… Przed chwileczką spojrzałam na Swan Song, Nicka wśród ciał na podłodze domu w Detroit nie widać… No ale cóż… Natomiast Crowley… Crowley zachowuje się z jednej strony jak głupiec, z drugiej strony, jak zresztą podpowiada nam piosenka grana na zakończenie – igra z ogniem. Lucyfer nie da się długo więzić, zwłaszcza jeśli na wolności są i działają jego wierni Książęta. Jeśli miał możliwość odesłania Lampki do Klatki, powinien z niej skorzystać, bo przeciwnik jest zbyt potężny, by z nim pogrywać, nawet w imię słusznej zemsty… Kolejna rzecz, którą nie do końca kupuję, to skopiowanie materiału tworzącego Klatkę przez demony… poważnie? Tamta była stworzona przez Boga, nie widzę możliwości zreplikowania czegoś takiego… Plot hole. Drugim jest to, o czym wspominałam tydzień temu – Ludzie Pisma dysponujący artefaktem zdolnym uwięzić Szatana… i nie robiący nic podczas Apokalipsy? Jakoś się nie sprawdzają jako obrońcy ludzkości przed nienazwanym, no chyba że Apokalipsa miała odbyć się tylko na terenie Stanów Zjednoczonych, a oni uznali to za sprawiedliwość dziejową i wyrównanie rachunków za herbatkę w Bostonie… wszystko możliwe…


Powiem tak – to był naprawdę niezły odcinek, co mnie dziwi, patrząc na scenarzystów. Nie miałabym nic przeciwko kilku kolejnym w tym klimacie…


Supernatural 12x13 Family Feud, scen. B. Buckner i E. Ross-Leming, reż. P. J. Pesce, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, Ruth Connell i inni.

niedziela, 19 lutego 2017

Do teściowej, samochodu i przepaści dorzucam kota!

Podejrzewam nieśmiało, że będzie to najcięższa do napisania recenzja w historii tego bloga. Nawet w dziesiątym sezonie nie żywiłam bowiem tak bardzo mieszanych uczuć odnośnie odcinka jak od wczoraj. Nadal zresztą jestem wściekła i nadal mam duży problem, nie tylko z kwestią Crowleya. To jest pan pikuś, jak mawiali starożytni Rzymianie. Jednocześnie jednak tak bardzo dobrze żarł i tak bardzo mi się podobał, bo znowu sięgnął do mitologii jak za najlepszych czasów Kripkego. Normalnie teściowa-samochód-rzeka-i twoje-ulubione-zwierzątko na dodatek.


Jakie to dobre było... Klasyczny western, Tarantino... Dajcie mi więcej!

Pod względem technicznym ten odcinek był niemalże doskonały. Montaż, karty tytułowe dla poszczególnych sekwencji nie bez powodu przywołują na myśl Wściekłe psy Tarantino i jest to bardzo w dodatku zgrabnie zrobiony hołd dla tego klasycznego już filmu. Olbrzymią przyjemnością jest też odgadywanie źródeł popkulturowych tychże kart i sprawiło mi to niesamowitą radość. Wychodzi na to, że Richard Speight Jr. oprócz bycia niezłym aktorem i duszą towarzystwa, jest naprawdę bardzo sprawnym reżyserem, bo taki odcinek mimo wszystko łatwo położyć. Jestem pełna uznania.

Podoba mi się w tym odcinku, jak ładnie balansuje między tematem ciężkim a lekkim sympatycznym wstępem w jadłodajni, gdzie całe towarzystwo zachowuje się po prostu „po swojemu”, wychodząc na przekrzykującą się bandę chłopców, których uspakajać musi matka. Zresztą tutaj znowu kłania się Tarantino. Jest to chyba najbardziej przyjemny wstęp do trudnej opowieści, jaki ostatnio w naszym serialu pamiętam.

Ta piękna chwila, kiedy brytyjscy Ludzie Pisma wpisani są do komórki Mary jako "Hobbici"...

A pan Ketch popija herbatkę w przydrożnym barze.

Bo łatwo nie będzie. W jednym odcinku mamy kilka motywów: brytyjscy Ludzie Pisma, powrót najpiękniejszego rewolweru świata, nowe uzupełnienie SPNowej mitologii w postaci Książąt Piekieł oraz spieprzenie tego, co zostało już ustalone w poprzednich sezonach. Wybaczcie mój klatchiański. Zacznę może od pierwszego punktu – Ludzie Pisma. Z jednej strony robią dokładnie to, co obiecali, przyczyniając się do wyrzynania istot ponadnaturalnych w Ameryce, z drugiej jednak widać, że łowcy – tak jak było sugerowane na początku sezonu – są dla nich zaledwie środkami do osiągnięcia celu. Nieodpowiedzianym pozostaje pytanie, czy Ketch rzeczywiście nie wiedział, czym jest Ramiel czy było mu to zasadniczo obojętne, bo jeśli Mary Winchester zginie, ktoś inny przejmie pałeczkę i może uda się bezcenny skarb zdobyć. Właśnie właśnie, Kolt! Jeżeli Ludzie Pisma wiedzieli o Kolcie, to dlaczego dopiero teraz po niego sięgnęli? Oczywiście, do momentu, kiedy John Winchester zdobył go jedenaście lat temu (plus dwa lata, o których twórcy zapominają), Kolt był jedną wielką zagadką, później jednak, z ich kontaktami, musieli jego drogę jakoś odtworzyć – skoro wiedzieli, gdzie się obecnie znajduje. Nikt mi nie wmówi, że woleli się w Ameryce nie pokazywać, nikt mi nie wmówi, że nie chcieli wchodzić w paradę amerykańskiemu oddziałowi, bo ten już nie istniał. Trochę to takie sięganie po artefakt od czapy, ale niech będzie. Nie do końca tylko wiem, kogo oni zamierzają tym rewolwerem ustrzelić, skoro Lucyfera nie zabije, ale może o tym nie wiedzą… Yeah, right. A może… a może jest w stanie zabić nefilima? Z drugiej strony, w ósmym sezonie wystarczyło do tego anielskie ostrze. No cóż, może to tylko kwestia dołączenia tego do kolekcji, okaże się. Bardziej się zastanawiam, skąd ten złoty poblask ze skrzyni… Ale może była po prostu wyłożona złotem, podświetlanym jak lodówka, kiedy tylko ktoś ją otworzy…

Pisnęłam jak klasyczna fangirl na ten widok!

Zaciekawiła mnie Mary – kiedy stała się tak albo bezwzględna, albo wręcz głupia? Oczywiście, nie miała pojęcia, na co właściwie napuścili ją Ludzie Pisma, ale jeśli już nawet nie wspomnimy tutaj o paskudnym wykorzystaniu Wally’ego, przychodzi mi natychmiast na myśl scena w szopie, gdy Ramiel daje im trzydzieści sekund na zwrot skradzionego artefaktu. Mary wie, czego on chce, wie też, jak bardzo ryzykuje – życiem swoim i swoich chłopców (taaa, Cas został zaadoptowany, niech sobie przypomni los Adama i nadmiernie się nie cieszy). Jest to posunięcie… co najmniej dziwne. O ile pamiętam, Winchesterowie nigdy przy niej nie wyrazili się specjalnie negatywnie o brytyjskim oddziale Ludzi Pisma, poza, rzecz jasna, ich bezwzględnością i faktem, że mają naprawdę dobry powód, by Angolom nie ufać. Jakby mnie ktoś torturował, też bym mu nie ufała. A Mary w to wchodzi i trzyma w sekrecie, bo…? Wie, że źle robi? To na cholerę?

Ja się pytam, co tam tak świeciło... Ja się grzecznie pytam...

Jestem absolutnie i bezwarunkowo zachwycona pojawieniem się Książąt Piekieł – pierwsze demony stworzone zaraz po Lilith, arystokracja jak w paszczę strzelił… Co ciekawe – dzielący tak charakterystyczny, unikalny dotąd, zarezerwowany dla Azazela kolor oczu. Nie działa na nich żadna ze standardowych broni, co jest bardzo miłym urozmaiceniem, bo jakże zabić takiego – no chyba że ktoś użyłby Kolta – stąd może przywołanie naszej ulubionej bron. Azazel zszedł, jak pamiętamy, po prostu spektakularnie, zapewne i w tym przypadku nie byłoby specjalnego problemu. Mam cichą nadzieję, że Asmodeusza, Gorgonę i Dagona (zwłaszcza tego ostatniego z przyczyn wiadomych <3) na ekranie zobaczymy, bo nie wprowadza się takich postaci do scenariusza, jeśli nie chce się ich wykorzystać… Tak wiem, jestem naiwna jak diabli. Mogą być trudnymi przeciwnikami, jak jednak wpasują się w aktualny układ sił? Mam wrażenie, że bez problemu i oczywiście jest to związane z tym, na co będę za chwilę narzekać. Dalej – Włócznia Michała. Taka piękna broń i już jej nie ma! Jestem zrozpaczona, tym bardziej, że chodziło tu zaledwie o uśmiercenie Castiela – tak, wiem, nie bijcie mnie. Ja po prostu nie mogę na niego patrzeć, pomijając już to, że na tym etapie „zatrucia” włócznią obrażenia wewnętrzne powinny go wykończyć. No ale dobrze, to anioły i magia, więc właściwie nie ma sensu się czepiać za bardzo. Efekt materializowania się włóczni będzie za to niezmiennie jednym z moich ulubionych w Supernaturalu.


Excuse me while I'm fangirling... again...

Przy okazji – Ramiel był absolutnie uroczy, aczkolwiek, niestety, trochę w klimacie Kaina. Rozumiem, że chcemy stworzyć demony nietypowe, siedzące sobie w małej chatce na prowincji, znudzone światem, znajdujące przyjemność w rzeczach codziennych, drobnych, ale tutaj podobieństwo jest, moim zdaniem, zbyt duże. Również fizyczne – bardzo podobny typ urody, sposób mówienia… Rozumiem, że popadamy tutaj nieco w rutynę? Tak czy siak, Książę Piekieł wracający z łowienia ryb, gwiżdżący La donna è mobile pewnie zostanie ze mną na długo. Plus, miał facet charyzmę, trzeba mu to przyznać. Jakby jeszcze nauczył się, że wroga od razu trzeba pchnąć ostrym końcem broni jak ma się szansę, byłoby znacznie lepiej… Bo to parowanie Lancy łopatą wywołało u mnie ból zębów.


No dobra, dochodzimy do moich problemów, w tym jednego zaznaczonego w przedwczorajszej notce. Już porzucałam nieco mięsem na ten temat, ostrzegam, że napięcie mi nie zelżało, dalej ciężka cholera mnie trafia na to, że z Crowleya zrobiono mi tutaj po prostu tchórzliwego oportunistę, przez przypadek trafiającego na piekielny tron. Nie, po prostu tego nie kupuję. Nie, nie i jeszcze raz nie. Rozumiem, że scenarzyści obecnie złapią się wszystkiego, co da im jakikolwiek pomysł na plot twist, ale na bogów, Ludwiku Dornie i Sabo, nie idźcie tą drogą! Częścią tego, co tworzyło Crowleya jako niesamowity i nieprzeciętny czarny charakter, był właśnie jego spryt, talent i odwaga, by zawsze podjąć ryzyko i uciec się do działań niekonwencjonalnych – jak choćby w toku sezonu szóstego, kiedy współpracował z Castielem. Jest w jakimś stopniu administratorem, ale do moment ostatniej próby był też Wielkim Manipulatorem, który robił, co chciał ze wszystkimi dookoła. To się nagle nie pojawiło. Nie kupuję mianowania go przez Ramiela przez totalny przypadek. Nie i tyle. Nie przyjmuję tego do wiadomości. Idźcie sobie, scenarzyści, do końca upupiać Castiela. I udławcie się.
Tym bardziej, że gdy Crowley podjął negocjacje z Ramielem, jego argumenty wcale nie były idiotyczne. Były to argumenty bardzo sensownego i myślącego władcy, a zważywszy na to, co dzieje się w Piekle od kilku sezonów, wiemy, że raczej wtedy się tego wszystkiego nie nauczył. Odmawiam zatem zaakceptowania niektórych faktów z tego odcinka.

A tak w ogóle to Crowley znowu ratuje wszystkim cztery litery, rezygnując tym samym z posiadania broni naprawdę unikalnej.

Piękna ta lanca... Amerykańska...

Drugim moim problemem jest samo zakończenie. Oczywiście, wrzasnęłam radośnie, jak tylko rozpoznałam głos osoby towarzyszącej Crowleyowi w jego sali tronowej, ale niemal natychmiast zaczęłam główkować – czy to jest prawdziwy Lucyfer? Czy jest to może jakaś projekcja? Czy może urojenia Króla Piekła? Bardzo chciałabym usłyszeć odpowiedzi na te pytania, bo jeśli to rzeczywiście esencja Lucyfera uwięziona w jakiś sposób w budzie, którą miał okazję zamieszkiwać poprzednio Crowley, to chcę się dowiedzieć JAK TO DO CHOLERY MOŻLIWE. I proszę bogów tylko o to, żeby się nie okazało, że jest to Klatka, ot, taka a nie inna jej manifestacja w świecie fizycznym. Bo – o ile pamiętam poprzedni sezon (a próbuję go jednak intensywnie zapomnieć) – ten konkretny „pałac” Crowleya jest zawieszony gdzieś pomiędzy światem realnym a zaświatami, przecież Winchesterowie weszli tam jak do siebie, próbując zabić Amarę w Our Little World. Chciałabym zatem usłyszeć sensowne wytłumaczenie tego, co tam się dzieje, bo inaczej strzelę focha. Pamiętacie może jeszcze, co było potrzebne, by w sezonie piątym wtrącić Lucyfera znowu do Klatki? Ja pamiętam, długo płakałam przy Swan Song. Jeśli brytyjscy Ludzie Pisma mieliby gadżet potrzebny do uwięzienia Lampki, a radośnie pozwolili mu robić Apokalipsę, to przestają być jakkolwiek wiarygodni. I tak, wiem, na tym etapie nikt nie myślał o czymkolwiek w tym stylu, jednak fajnie byłoby kontynuować serial, nie robiąc tak cholernych błędów logicznych.


Kurczę, naprawdę chciałabym napisać samo dobre o tym odcinku, ale nie mogę. Dawno nic mnie tak zarazem nie zachwyciło i nie zirytowało. Może i mitologizuję Króla Piekieł, jak mi to zarzuciła Dorota, ale razem ze mną w tym piekielnym kotle jest jeszcze naprawdę całkiem sporo ludzi. Tego się nie robi.

A na koniec pozwolę sobie jeszcze na facepalm taktyczny związany z rewelacyjnie dobranym miejscem na zaczajenie się na wroga przez Sama. Ramiel otwiera mocniej drzwi i Winchester leci na pysk.. Ło jeżu kolczasty...


Supernatural 12x12 Stuck in the Middle (With You), scen. D. Perez, reż. R. Speight Jr., wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M. Sheppard i inni.