niedziela, 3 czerwca 2018

Słów kilka o solówie w kinie...

Nie miałam specjalnych oczekiwań w stosunku do tego filmu, w związku z tym nawet mnie specjalnie nie bolało to, że obejrzę go grubo po premierze. Reakcje facebookowe były mi obojętne, od jakiegoś czasu widzę bowiem, że gust mam z lekka rozbieżny z większością znajomych. Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do kina, usiadłam po prostu w fotelu i...


Wstałam te dwie godziny później zachwycona. Han Solo jako film zawiera bowiem klimat wszystkich powieści o młodym szmuglerze, zarówno tych A.C. Crispin, jak i Briana Daleya. Spin-off nie rości sobie pretensji do bycia częścią starwarsowego monomitu, to po prostu kino rozrywkowe i to w starym dobrym stylu Kina Nowej Przygody. Mamy pościgi, napady, knowania mniejsze i większe. Dostajemy także fantastycznych bohaterów, i tak, niespodziewanie okazało się, że Hanem Solo może być dla mnie również ktoś inny niż Harrison Ford, choć wydawało się to wcześniej niemożliwe. Solo stanowi bowiem opowieść o postaciach i one są jego najsilniejszą stroną, niezależnie od tego, kto je gra. I bardzo dobrze, bo choć jako postać Qi’ra sprawdza się po prostu znakomicie, tak Emilia Clarke po raz kolejny udowadnia, że aktorką jest w najlepszym razie przeciętną. A postaci nakreślone są rewelacyjnie – ba, na ich tle Solo wypada dosyć przeciętnie. Tobias Beckett to cudownie wręcz napisany i zagrany najemnik, Vos stanowi śmiercionośną niezrównoważoną zagadkę, a Lando... Lando kradnie każdą scenę – jest tak fantastyczny i uwodzicielski jak Billy Dee Williams. Przyznam Wam się też w tajemnicy, że jakkolwiek mam dość sceptyczne podejście do postaci kobiecych pod rządami Kennedy i Disneya, tak tutaj kupuję wszystkie, bez wyjątku – są wyjątkowo wiarygodne, każda na swój sposób.

 Wcielenie uroku osobistego. Nie ma lepiej odmłodzonej postaci w ostatnich latach.

Nie obyło się, rzecz jasna, i bez wpadek. Do takich zaliczam pojawienie się Maula – dla mnie w ogóle jego przeżycie upadku w Mrocznym widmie mija się z celem. I jeszcze ten miecz świetlny... jakby ktoś go nie poznał. Jest to dla mnie spory problem już od czasu Wojen klonów, ponieważ przeżycie tego Sitha naprawdę mija się z kanonem – Zawsze jest ich dwóch, pamiętacie? Czyżby Palpatine był na tyle słaby w Mocy, by nie wyczuć obecności swojego ucznia? Jasne, już wcześniej zakładałam że Dooku został skuszony przez Sidiousa znacznie przed wydarzeniami Epizodu I, ale może niekoniecznie był prowadzony równolegle z Maulem. Czy nie moglibyśmy dać tej postaci już odpocząć? Tak, wiem, sprzedała sporo stuffu przy Epizodzie I (przy okazji stanowiąc jeden z największych spoilerów dla tego filmu – kwestia podwójnego miecza świetlnego), więc może sprawdzi się i teraz? Ale nie, poczekajcie, przecież to miała być niespodzianka na sam koniec historii... To po co? Nie mogłaby to być zamaskowana postać? Żeby człowiek sobie dośpiewywał resztę? Pobawił się w zgadywanie? Nie, wrzućmy tutaj jak najwięcej charakterystycznych starwarsowych postaci, będzie fun. No i przecież żaden film SW nie może obyć się bez miecza świetlnego... A ja głupia narzekałam na Artoo i Threepio w Rogue One...

 Spin-offom udaje się pokazać kino bardziej dla dorosłych. I to jest właśnie to, na co czeka ten starszy fan, dostający na widok wszechobecnych porgów po prostu spazmów. Tak, wiem, to inny target. Ergo - nie jestem targetem sequeli. Zgadza się.

Największym jednak problemem pozostaje dla mnie kwestia nazwiska Hana... Zostało... wymyślone przez imperialnego urzędasa? Ale... dlaczego? Przecież Han miał ojca, więc...? Pozostaje mi tylko tłumaczyć scenarzystów i założyć, że może było to nazwisko osoby poszukiwanej... a może chłopak sobie rodzinę po prostu wymyślił? Wydaje mi się to wyjątkowo słabe.

Cieszą mnie smaczki – te duże i te maleńkie. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się przecież „YT-1300”, mamy też wreszcie sabacca. I choć ta historyczna już partyjka sabacca, w wyniku której „Sokół Millenium” zmienił swojego właściciela, nie do końca przebiegała tak, jakbym chciała (Lando naprawdę nie musiał być oszustem), miło wreszcie ją zobaczyć. Jeśli zajrzy się do jednego z wydawnictw albumowych towarzyszących premierze, można również odnaleźć kolejny element starego świata SW wprowadzonego do nowego kanonu – Exara Kuna. Gwarantuję Wam, że niewiele jest osób równie szczęśliwych z tego powodu jak ja. 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że spin-offy oddają starwarsowego ducha znacznie lepiej niż kiedykolwiek zrobią to kolejne epizody. Eksplorują stary ukochany przez fanów świat, sięgając po przebogate uniwersum Legend i eksperymentują! Sięgają po nowe dla SW formy, tak jak Rogue One, są czymś nowym, nie tylko odgrzewaniem starego dania. Będę więc czekała na kolejne z niecierpliwością znacznie większą niż na następne Epizody.

Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. reż. R. Howard, wyst. A. Ehrenreich, D. Glover, W. Harrelson, E. Clarke i inni. USA 2018.

Tekst jest rozbudowaną wersją opinii napisanej na potrzeby portalu Star Wars Extreme

sobota, 2 czerwca 2018

Monotematycznie: podróżowanie, latanie i jetlag


Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jaka jest wada podróżowania na inny kontynent, spieszę z odpowiedzią – lot i jetlag. Oczywiście, to rzecz mocno indywidualna, ale po ośmiu ponad 10-godzinnych lotach z przesunięciem czasu o 7 godzin mogę stwierdzić z całą stanowczością: boli.

Uwielbiam latać, sprawia mi to żywą przyjemność, nawet jeśli jedną z moich ulubionych rozrywek pozostaje oglądanie filmów dokumentalnych o katastrofach lotniczych. Uwielbiam moment, kiedy samolot rozpędza się na pasie startowym, a potem podrywa się do startu. Po osiągnięciu prędkości przelotowej robi się wprawdzie nudno, ale na lotach europejskich zazwyczaj po prostu przysypiam. Pamiętam, że była święcie przekonana, że na lotach międzykontynentalnych będzie tak samo. Nie mogłam mylić się bardziej.


Lubię widok skrzydła, zwłaszcza podczas zachodu słońca.

Lot do Japonii zazwyczaj składa się z kilku stałych etapów – około pół godziny wznoszenia na wysokość przelotową, potem ok. 1,5 godziny roznoszenia posiłku i sprzątania po nim, a potem następuje zaciemnienie kabiny i ma się kilka godzin na sen. W teorii cudo. W praktyce jest to na polski czas godzina 20:00, a jeśli regularnie chodzi się spać około północy, nie ma takiej ludzkiej siły, która zmusiłaby kogokolwiek do zaśnięcia. Pozostają filmy, muzyka, ewentualnie melatonina i tabletki nasenne. Przyjaciółka polega na tych ostatnich, ja się czasem ratuję melatoniną – choć nie zawsze działa. Człowiek podsypia więc, budząc się co pół godziny, by w końcu machnąć na to ręką. Najgorsze, że gdzieś tam w tyle głowy czai się schiza, podpowiadająca, że po wylądowaniu nie pośpisz, bo nasza 1 w nocy to 8 rano. Czyli w momencie, kiedy człowiek poszedłby spać, musi wstać. Zdecydowanie lepiej jest bowiem przechodzić cały dzień i paść spać wieczorem niż od razu – wtedy bywa jeszcze gorzej.

Bezsenne momenty umila Bond. James Bond.

Nie mam pojęcia, co takiego jest w tych długich lotach – może ilość ludzi, może szum silnika, może ekscytacja… Wiem jedno – jak samo latanie pozostaje nadal czystą przyjemnością, to ten czas… Ciekawe, że w drugą stronę, kiedy doba jest o 7 godzin dłuższa, nie czuć tego aż tak. No, do momentu, kiedy człowiekowi zachce się spać, gdy czeka na lotnisku na lot do Warszawy… Fakt, że wtedy wraca w ciągu dnia, do którego rytmu już się przystosować. A co z jetlagiem? Na mnie działa tylko po powrocie. Owszem, miewam problemy z zaśnięciem i snem w Japonii, ale to tylko przedłużenie problemów polskich. Tymczasem po powrocie budzę się zazwyczaj o 5 czy 6 rano i nie mam już szans na sen. Ten stan trwa u mnie około tygodnia i sprawia, że w pełni doceniam sportowców, latających w tę i nazad, w dodatku odnoszących sukcesy.


A czasem na obudzenie się serwują hamburgera "Do it yourself" :D

Jednak warto się przemęczyć? Dlaczego? A, o tym już niedługo.

poniedziałek, 14 maja 2018

Mieszane uczucia, czyli albo mikser, albo "Infinity War"


Uwaga: spoilery!

Uwielbiam uniwersum Marvela od momentu, kiedy wydawnictwo TM-Semic wydało pierwszy numer Spider-Mana. Mieliśmy z bratem spore kolekcje, dzisiaj już rozproszone po galaktyce, ale umiłowanie do superbohaterów w trykotach pozostało mi do dzisiaj. MCU to dla mnie zatem prawdziwa przyjemność, zwłaszcza że zaskakująco, konkretne filmy odpowiadają moim superbohaterskim preferencjom również wykonaniem i tak jak nigdy nie mogłam się przekonać do takiego Kapitana Ameryki jako postaci, tak również Chris Evans z tarczą mnie nie powala, choć przyznaję, jest na kim oko zawiesić. W tej chwili uwielbieniem darzę zwłaszcza Doctora Strange (pan doktor jest obok X-Menów oraz Sersi z Inhumans moją najulubieńsza postacią Marvela od lat 90. i cieszę się, że filmu nie zepsuto) oraz Czarną panterę, choć i pierwsi Avengersi bawią mnie jako film czysto popcornowy. Z drugiej strony, Czas Ultrona to ewidentnie film na raz.


Tym, co mnie zwłaszcza zachwyca w MCU, jest spójność wewnętrzna wszystkich opowieści, dodatkowo tworzona przez sławetne sceny po napisach. Z jednej strony wszystko łączy się w jedną całość, prowadzącą do ekranizacji tego lub tamtego crossovera, z drugiej jednak jeśli opuścisz jedną z premier, właściwie nie przeszkadza ci to tak bardzo w zorientowaniu się w sytuacji. Przyznaję, przegapiłam Ant-Mana i jakoś mi się nie śpieszy, by to nadrobić, mam też dziwne wrażenie, że nigdy nie zmusiłam się do obejrzenia Winter Soldier. Teraz, od momentu wprowadzenia Kamieni Nieskończoności w Strażnikach galaktyki, wszystkie opowieści prowadziły do kolejnego wielkiego storyarca marvelowego świata: Infinity War.

Ostrzyłam sobie na ten film zęby już od dawna, tym bardziej klęłam w żywy kamień, że premiera miała miejsce podczas mojego wyjazdu i modliłam się, żeby nikt mi mniej lub bardziej filmu nie zespoilerował. Jasne, człowiek mniej więcej wie, czego się spodziewać, ale to wszystko, co po drodze, też sprawia przyjemność. Dotarłam zatem w końcu do kina i… mam mieszane uczucia.

Zetknięcie się Pajączka z Doktorem Dziwago to jeden z najfajniejszych momentów filmu.

Przede wszystkim cała fabuła jest kompletnie przewidywalna, a najbardziej widać to, kiedy Thanos staje przed swoją próbą zdobycia Kamienia Duszy. Moment, w którym powiedziane zostaje, że musi zabić tego, kogo kocha, człowiek kwituje wzruszeniem ramion, bo już dawno domyślił się, kto nim się okaże. Przyznaję, że zastanawia mnie teraz jedynie, czy prośba Gamory skierowana do Star Lorda, dotyczyła właśnie tego (jeśli znała mapę prowadzącą do tego świata, mogła też co nieco o próbie usłyszeć), czy też będzie coś jeszcze (patrząc na kolejne sceny, liczę na to drugie). Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że pozostałe odsłony MCU były wyjątkowo oryginalne i zaskakiwały rozwiązaniami, ale łapka w górę, kto spodziewał się grootowego poświęcenia w Strażnikach galaktyki. To nie chodzi o zakończenie, ale o sposób, w jaki do niego się dochodzi. Tutaj sytuacja z Gamorą stanowi tylko początek, identycznie jest w momencie, gdy Mantiss odczytuje uczucia Thanosa i już wiadomo, że cały genialny plan w piz….u. Albo i nie, ale o tym za chwilę.

Co za czasy nastały! Strażnicy galaktyki mnie nie ruszają!

Przewidywalność psuje też, niestety, chwile, mające pewien potencjał na wzruszające, jak choćby w przypadku Visiona i Scarlet Witch. Wanda musząca zniszczyć swojego ukochanego, by uratować wszechświat to ten dylemat, który fani lubią najbardziej – bo w gruncie rzeczy tutaj najłatwiej zasiać nutkę niepewności – będzie w stanie czy nie? Zwłaszcza jeśli chodzi o postać taką jak Scarlet Witch, w pewnych odsłonach marvelowego świata będącą najbardziej niebezpieczną żyjącą istotą (i tak, nie mogę odżałować tego, że tutaj nie jest w żaden sposób spokrewniona z Magneto, ale wiadomo, prawa licencyjne…). Tak więc mamy wielkie bum, Wanda poświęca swoje uczucia dla ocalenia świata, publika oddycha z ulgą, bo w ten sposób Thanos nie zdobędzie kompletu, ale… No właśnie, osoba pamiętająca, że przecież chwilę wcześniej otrzymał od Strange’a Kamień Czasu, doskonale wie, co się wydarzy.

No jest to jedna z moich ulubionych marvelowskich par.

Pamiętam, jak mówiono, że w Infinity War odbędzie się prawdziwa rzeź superbohaterów i patrząc na sam początek, kiedy łomot dostaje Thor, a Loki… sami wiecie, człowiek spodziewa się porządnej dawki niszczenia psychiki. Tymczasem pomijając owo wprowadzenie i wspomnianą Gamorę, tych ofiar jakoś tak niewiele jest, superbohaterowie potrafią się obronić, choć czasami wymaga to sporego wysiłku, jak choćby w przypadku Strange’a, Iron Mana i Spideya w kosmosie. Przyznam, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy okazało się, że Drax i Mantiss po zetknięciu się z Thanosem u Kolekcjonera jednak żyją. Gdzie ten brutalny zbrodzień? Odrobinę wysiłku widać już w tej końcowej bitwie i ma się nadzieję, że kogoś zaraz diabli wezmą, tymczasem… Tymczasem poza Visionem wszyscy mają plot armor gruby jak biceps Colossusa i trzeba samej końcówki, tego mitycznego pstryknięcia palcami przez Thanosa, by ta rzeź się wreszcie dokonała. Nie wiem, może ja nienormalna jestem (choć mój psychiatra tego nie potwierdza), ale naprawdę wolałabym, żeby te wszystkie śmierci były tymi w walce, żebyśmy mieli choćby odrobinę czasu na żałobę – a nie obserwowali kolejne postaci zmieniające się w pył, kwitując to wzruszeniem ramion, bo teraz człowieka zaledwie ciekawi, kto jeszcze.

W dodatku, jeśli się dobrze zastanowić, coś podpowiada, że jest to kompletnie tymczasowe. Pamiętacie, jak Doctor Strange wspomniał, że jest tylko jedna opcja, w której wygrywają? Myślicie, że nie zwróciłby uwagi na możliwy wyskok Star Lorda? Oczywiście, że nie. A zatem oddanie Kamienia Czasu Thanosowi i ocalenie Tony’ego Starka było kluczowe, zwłaszcza jeśli pamięta się słowa o tym, że Stephen poświęci każdego, by ratować wszechświat. Czyli wszechświat jest do uratowania i wszyscy mają szansę powrócić. Nie wiem, mnie to kompletnie odbiera szansę na przejęcie się takim, a nie innym zakończeniem Infinity War.

Zaczynam powoli mieć dość sugestii, jaki to Kapitan Ameryka wspaniały... a to młot Thora,
a to rękawica Thanosa...

Zawiodło mnie też to, co jest siłą pojedynczych części – tak jak chociaż humor Star Lorda. Ja wiem, że Quill rzeczywiście na początku zachowywał się jak napalony nastolatek, zwłaszcza w towarzystwie Gamory, ale ta przepychanka z Thorem jakoś mnie nie śmieszyła, raczej drażniła. Dotychczas wydawało mi się, że ta postać potrafi jakoś balansować między śmiesznością zabawną a groteskową, a tutaj… No nie. Po prostu nie. Chwalić bogów, Thor jest raczej rodem z Ragnaroku i jego teksty rzeczywiście bawią (ach, nazywanie Rocketa królikiem!). Chyba próbowano do tej opowieści zmieścić za dużo motywów o kompletnie innej stylistyce, próbując ją utrzymać niemal na siłę, nie zwracając uwagi na to, że pewne tematy wymagają innego typu narracji.

Żeby jednak nie wyszło, że tylko marudzę – szaleńczo podobają mi się drobiazgi, zwłaszcza te, gdzie humor został dobrze wykorzystany. Płaczę ze śmiechu na wspomnienie Petera Parkera błagającego, by Mantiss nie złożyła w nim jaj. Zrobił na mnie wrażenie Ebony Maw – jeden ze sług Thanosa, ten z beznamiętnym głosem i talentami telekinetycznymi. Naprawdę, dużo bym dała, by pozostał na scenie do finału filmu, bo w przeciwieństwie do pozostałych błaznów, został świetnie zagrany i napisany. Efekty są świetne, choć to akurat norma w MCU, zastanawiam się tylko, czy zestarzeją się kiedyś tak, jak choćby te w prequelach Gwiezdnych wojen.

Ogólnie mówiąc, Infinity War to nie jest film zły, raczej film przeciętny. Są chwile, kiedy widz bawi się znakomicie, a są takie, w których zaczyna po prostu ziewać – tak, przytrafiło mi się to kilka razy. Nie wyobrażam sobie jednak obejrzenia go ponownie, chyba że będzie gdzieś tam sobie leciał „w tle”. Ot, przeciętniak SF z kilkoma postaciami, które lubię.

Avengers: Infinity War, reż. Anthony i Joe Russo, wyk. C. Evans, R. Downey Jr., C. Hemsworth, Z. Saldana, S. Johansson, B. Cumberbatch i inni, USA 2018.

sobota, 12 maja 2018

Cathiowo Pyrkonowo - edycja 2018


Wybaczcie mi przerwę, ale wojażowałam i pewnie postaram się napisać kilka słów o miejscach, które tym razem udało mi się odwiedzić w Kraju Kwitnącej Wiśni, a niektóre z nich były naprawdę fantastyczne! Znaczy bardziej niż inne!

Czas jednak leci nieubłaganie i zbliża się kolejny Pyrkon. Niestety, ze względu na termin nie jestem w stanie pozostać na całym, będę zaledwie w piątek, ale za to mam przyjęte dwie prelekcje (jak się zaprasza prelegenta, to się mu musi dać czas antenowy :P). Siłą rzeczy nie będę również miała stoiska, ale jeśli ktoś chce coś gotowego niech się odezwie, to się skrzykniemy przed/po prelekcji.

Będziecie w piątek i chcecie zajrzeć? Już podaję, co i jak.

Grzechy śmiertelne ostatnich sezonów Supernatural
piątek, godz. 14:30, sala konkursowo-filmowa
Weź dwóch znakomitych głównych bohaterów. Weź mnóstwo rewelacyjnych bohaterów drugoplanowych. Zaplanuj doskonale rozpisany główny wątek na wiele sezonów. Pisz świetne odcinki z Potworami Tygodnia. Powtarzaj to przez ponad dwanaście lat. Co może pójść nie tak? Niestety, wiele. Cathia zaprasza na subiektywny wybór najważniejszych powodów, dla których nawet zapalony fan serialu powoli może mieć już szczerze dość.

Ile starych Star Warsów w nowych?
piątek, godz. 17:00, sala konkursowo-filmowa
Stare Expanded Universe zostało teoretycznie skasowane, teraz to już legendy. Mnóstwo postaci i pomysłów jednak zostało w sercach nie tylko fanów, ale i nowych/starych twórców, a w rezultacie pojawiają się na nowo w kanonie... O kim mowa i czy operacja zakończyła się sukcesem? Podyskutujemy o tym na tej prelekcji.

Mam nadzieję, że do zobaczenia!


Pamiętajcie, jak będziecie w piątek i się nie zjawicie, Cathia Was dopadnie i przeciągnie na Ciemną Stronę :)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Duszne wojny (Ghost Wars)


Kiedy przyglądam się netflixowym serialom, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że obecnie stały się bardzo modne dwa tematy: zjawiska nadnaturalne oraz opowieści o odizolowanej w dowolny sposób społeczności danego miasteczka/wioski/okolicy. Realizuje się te dwa tematy ze zdumiewającą wręcz częstotliwością i czasem wychodzi z tego coś niestrawnego, czasem źle nie jest.


Oczywiście, czasem bywa, że oba te tematy są łączone. I tak natknęłam się ostatnio przypadkowo na serial Ghost Wars (Blacklist mi się chwilowo skończył), a potrzebowałam czegoś do „lecenia w tle”. Historyjka jest prosta jak konstrukcja cepa – mieszkańców Port Moore, małego miasteczka na Alasce zaczynają prześladować duchy. Jak łatwo się jednak domyślić, nie są to przyjazne Kacperki, a byty poważnie wpływające na losy i życie mieszkańców. Jako że nie jest to Supernatural, przyczyna pojawiania się upiornych gości nie zostanie wyjaśniona w jednym odcinku, Winchesterowie nie wyrżną kogo trzeba i nie udadzą się w stronę zachodzącego słońca, tutaj będzie nieco bardziej skomplikowanie. Przede wszystkim – poprzez oddziaływanie halucynogenne, a czasami nieco poltergeistowate, duchy poważnie przyczyniają się do zredukowania populacji miasteczka. Jak wspomniałam wcześniej, istotnym elementem takiej opowieści jest również izolacja miejsca dotkniętego katastrofą – czasem bywa to kopuła obcego pochodzenia, a czasem dosłownie nie ma się jak z niego wydostać, bo jedyna sensowna droga – most łączący nowo powstałe więzienie naszych bohaterów ze stałym lądem, zostaje za sprawą duchów odcięta. Oczywiście, mieszkańcy posiadają i łodzie, ale poirytowane duchy nie zamierzają pozwolić nikomu się wydostać tak czy siak. Opcją byłby helikopter, ale ten posiada jedynie Zua i Eksperymentująca Korporacja, dla której cała sytuacja jest wymarzonym poletkiem do eksperymentów.

Lubię głównych bohaterów tego serialu, bo są… ludzcy. Taki jest przede wszystkim Roman Mercer, obdarzony talentem tudzież przekleństwem możliwości widzenia duchów i mogący się z nimi komunikować. Zresztą, z tego też powodu zamierza opuścić Port Moore, ale nie będzie mu to dane. Staje się kluczową postacią dla ocalenia mieszkańców, ale wcale nie oznacza to, że przez nich kochaną. Wręcz przeciwnie, na samym początku serialu grozi mu niemalże lincz. Romanowi towarzyszy całkiem sensowna duszyca, Maggie, ale na równorzędną mu postać wyrasta tak naprawdę pracownica korporacji, Dr Landis (grana przez Kandyse McClure, do której mam słabość od czasów Battlestar Galactica), domyślająca się, że eksperymenty z akceleratorem posiadanym przez Lambdę przyczyniły się jakoś do zaistniałej sytuacji. Poza tym mamy bohaterów drugoplanowych, z których większość jest naprawdę dobrze napisana i zagrana: pastor z kryzysem wiary i pewnym poważnym Sekretem (koniecznie przez duże S), zrozpaczona matka małego dziecka, opętanego przez duchy, zdesperowany ojciec Maggie, lokalna barmanka uwikłana bardzo mocno w to, czego chce Nienazwane czy wreszcie świetnie zagrany szeryf, próbujący ocalić coś, co dla niego pozostaje w jakiś sposób ludzkie.


I jakkolwiek postaci te brzmią mocno archetypicznie – musimy mieć tego, tego i tego, by opowieść trzymała się kupy i wywoływała jakiekolwiek emocje, tak w tym przypadku sprawdza się całkiem nieźle. Scenarzyści są w stanie rozegrać tę historię w sposób wciągający, aż szkoda, że dorzucili do koktajlu nienazwanego, odizolowania i złej korporacji również wątek przedziwnej roślinoistoty, właściwie bogowie tylko wiedzą czego chcącej. Tutaj mam wrażenie, że nadmiernie zainspirowali się Pod kopułą. O ten jeden grzyb w barszczu za dużo – sama korporacja ze swoimi eksperymentami wystarczyłaby aż nadto, zwłaszcza że w pewnym momencie sytuacja bardzo mocno przypomina mi jeden z moich najukochańszych seriali, Flash Forward. Tym bardziej, że motywacja szefowej korporacji zdecydowanie trzyma się kupy i całość składa się w naprawdę ciekawą układankę.

Dotychczas wypuszczono raptem pierwszy sezon, ogląda się go szybko, bo ma zaledwie 13 odcinków. Zakończenie jest dosyć otwarte (i zaskakuje!), drugi sezon jak najbardziej miałby rację bytu i chyba chcę, by go nakręcono, ale tylko, jeśli coś zacznie się wyjaśniać. W pewnym momencie spiętrzenie tajemnic naprawdę zaczyna przeszkadzać. Podoba mi się jednak to, że nie dysponując specjalnie dużymi środkami, jak to zwykle bywa w przypadku produkcji Syfy, postawiono raczej na relacje międzyludzkie i tego naprawdę powinno się trzymać. Jednym słowem – warto. Nie jest to serial w jakikolwiek sposób odkrywczy, ale też nie do końca wtórny, bawiący się pewnymi motywami, przetwarzając je w przystępny sposób.

Ghost Wars, twórca: Simon Barry, w rolach głównych: Avan Jogia, Kim Coates, Luvia Petersen, Kandyse McClure, Meat Loaf, Kristin Lehman i inni, Syfy 2017.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bestie i autorzy


Jacek Piekara to pisarz zdecydowanie kontrowersyjny, ostatnio złej sławy przysporzył mu też spór z Dorotą Wellman. Nie należę jednak do osób, które postrzegają książki przez pryzmat autora, dosyć łatwo mi to rozdzielić, o ile – rzecz jasna – sam autor nie przemyca do swoich dzieł tych samych poglądów i nie robi tego w sposób mało subtelny. Jasne, można powiedzieć, że wtedy się po prostu nie czyta, ale w gruncie rzeczy znam wiele osób, które drażnią mnie jako osoby prywatne, a książki uwielbiam, nawet jeśli coś tam czasami można wyłapać.

Wiele osób nie może znieść twórczości Piekary właśnie ze względu na jego podejście do kobiet, dosyć szowinistyczne, trzeba przyznać, choć zdarzają mu się teksty, w których tak bardzo tego nie widać. W niektórych zdołał po prostu wykreować świat, gdzie takie podejście jest elementem codzienności i nie zaskakuje tudzież nie oburza – tak po prostu jest, jak chociażby w przypadku cyklu o Inkwizytorze. Ba, kiedy w kiepskawych raczej prequelach nasz Mordimer zakochuje się jeszcze jak uczniak i w stosunku do kobiet zachowuje się znacznie poprawniej niż później (wcześniej), coś czytelnikowi nie pasuje.

Nie jestem osobą specjalnie uczuloną na takie sytuacje, wiem, co robię, kiedy sięgam po kolejną pozycję z dorobku Piekary, jeśli by mi to nie pasowało, po prostu bym sobie odpuściła – tak robię zazwyczaj. Na ogół podoba mi się jego styl, pomysły też ma całkiem niezłe, ucieszyłam się więc, kiedy w księgarni zobaczyłam zbiór opowiadań, Bestie i ludzie.

Potwory czają się bliżej niż myślisz!
Zbiór 10 opowiadań, w których znajdziecie czysty, pierwotny lęk. Grozę wywołaną świadomością, że największy koszmar czka na nas tuż obok. Przychodzi w postaci uśmiechniętego sąsiada albo dziewczyny zaczepionej w barze. Czasem w osobie kogoś, kogo znamy od wielu lat.
Najbardziej przerażające jest to, że o otaczającym nas świecie nie wiemy wszystkiego. A dokładniej – nie wiemy prawie nic.



Brzmi nieźle, prawda? Zwłaszcza jeśli lubi się powieści grozy w stylu kingowskim, gdzie zło jest przyczajone, zgoła niewidoczne, a człowiek i jego żądze potrafią doprowadzić do dużo gorszych sytuacji niż niejeden potwór z piekła rodem. I tak, te dziesięć opowieści traktują o czymś teoretycznie codziennym, a jednocześnie przerażającym, nienazwanym. Pomysły również są naprawdę świetne. Chyba najbardziej spodobali mi się Dobrzy sąsiedzi, tekst otwierający ten zbiór – traktujący o ludziach żyjących w świecie zapewne dotkniętym zimą postnuklearną, a jednocześnie współegzystujący z mroźnymi postaciami jakby żywcem wyjętymi z baśni. Zarazem mam również wrażenie, że to opowiadanie jest najbardziej oryginalne, inne są w większości osadzone w rzeczywistości typowej dla powieści urban fantasy, co tak naprawdę sprawia, że nie trzeba nakreślić zbyt wyraźnie tła – w końcu znamy to wszystko. Jeśli lubi się ten gatunek, można się naprawdę ucieszyć, w końcu pewien realizm i magia stanowią naprawdę fantastyczne połączenie i dają rewelacyjny podkład pod rozmaite, czasami wyjątkowo oryginalne pomysły. Wśród nich najprzyjemniej czytało mi się Klub wyjątkowych dżentelmenów, nawiązujący oczywiście do Ligi…, choć w inny, mniej oczywisty sposób. Nakreślone tam realia i możliwości wyjątkowo przypadły mi do gustu, sam tekst również stanowi bardzo dobry wstęp do dłuższej opowieści, jeśli autor miałby na to ochotę – ciekawe pole do eksperymentów. Ciekawe spojrzenie na magię i rzeczy niedostrzegalne dla śmiertelnika oferuje również Pan Wierszokleta i magiczny świat elfów – nie do końca oczywista. Interesujące są Kwiatki i czekoladki, poruszające tak popularny ostatnio temat zombie, ale z ludzkiego punktu widzenia, stawiającego pytanie, kto tutaj tak naprawdę jest bestią – ten tekst daje do myślenia. Pewnym rozczarowaniem jest natomiast Strzeżcie się Marsjan, nawet gdy przynoszą dary – sam pomysł świetny, choć inspirowany innymi tekstami fantastycznymi… przylatują obcy i podarowują populacji miasteczka indywidualnie dobrane prezenty… Jednak tak naprawdę to zaledwie pretekst do zasadniczej części opowiadania.

I właśnie z nią mam największe problemy w tym zbiorze. Część tekstów traktuje motyw przewodni dosyć metaforycznie, odkrywczo, w części chodzi po prostu o faceta wykorzystującego kobiety w sposób wręcz oczywiście, dosłownie obrzydliwy. Gwałty, porwania, uwięzienie, zabójstwa… Nie miałabym nic przeciwko jednemu takiemu opowiadaniu, bo doskonale pasuje do tematu, w dodatku mógłby być świetnie połączony z innymi w kontekście Bestii i ludzi. Takie chociażby Trzymaj mnie za rękę, kochanie… jest ciekawym tekstem fantastycznym, opowiadającym o prawdziwym potworze i jedno dobrze wpisuje się w całość narracji. Niemniej motyw znęcania się nad kobietami mamy też we wspomnianym już Strzeżcie się Marsjan… oraz Pannie chlupce i piesełku, i to już zakrawa na nadmierne epatowanie tematyką, wręcz rozkoszowanie się opisami i motywem. Pomijając już wszystko inne, wyjątkowo kiepsko wpływa to na samą fabułę opowiadania, bo już od początku niemal oczywistym jest, jak wszystko się skończy. Naprawdę mam wrażenie, że nawet w zbiorze Świat jest pełen chętnych suk nie było tak przewidywalnie i wręcz obrzydliwie.

A szkoda, bo Piekara naprawdę potrafi wymyśleć coś oryginalnego i napisać to w wyjątkowo żywy, przystępny każdemu sposób. Część tekstów w Bestiach i ludziach to naprawdę solidny kawałek fantastyki i mogłabym bez problemu polecić ten zbiór każdemu, komu oczywiście odpowiada specyficzna narracja autora. Niemniej lektura całości pozostawiła mi pewien… niesmak.

Jacek Piekara, Bestie i ludzie, wyd. Fabryka Słów, Lublin-Warszawa 2018

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Lekturki marcowe


Ha, w marcu poszło mi jakby lepiej! Do czytania pozostaje mi jednak raptem kwiecień, bo maj zaczyna mi się już wyjazdowy – strasznie ciężko przysiąść nad książką, jeśli jesteś po całym dniu trasy. Zawsze jest jednak Kindle, który od lat ratuje mi życie, choć ostatnio zaczął szwankować. Ale będę się o to martwiła nieco później – teraz czas na polecanki (lub niepolecanki)!

Większy kawałek świata – Joanna Chmielewska
Próbuję właśnie uzupełnić biblioteczkę chmielewską, przede wszystkim o te starsze pozycje i niezmienną radochę sprawia mi wypatrzenie którejś pozycji za grosze a to w sklepie internetowym, a to na jakiejś przecenie. Tym razem wzbogaciłam się o jedną z części cyklu o Teresce i Okrętce, dwóch niesamowitych nastolatkach z manią historyczną (jakże mi bliską). Tym razem dziewczyny wyruszają na wakacje w stronę mazurskich jezior, licząc na spokojny wypoczynek bez przygód. Nie ma tak pięknie – nieoczekiwanie zostają wplątane w aferę, w której udział bierze Obłąkany Hrabia i Niszczyciel Porządnie Ułożonych Kamieni Na Kuchnię. Rewelacja.


Leia, Princess of Alderaan – Claudia Gray
Nowy kanon Star Wars to dotychczas całkiem niezłe książki, a niezmiennie zaskakuje mnie fakt, że pozycje young adult są naprawdę niejednokrotnie lepsze niż te dla czytelnika w pełni dorosłego. Moja absolutna faworytka Claudia Gray rewelacyjnie czuje zwłaszcza księżniczkę Leię i po fenomenalnych Więzach krwi ponownie wzięła na warsztat tę postać, tym razem jednak w czasach mocno nastoletnich. Szesnastoletnia Leia jest wprawdzie dobrze wychowaną następczynią tronu, jednak to również typowa nastolatka, której nie po drodze z rodzicami. W efekcie nasza księżniczka buntuje się… przeciw buntownikom. Polecam bardzo gorąco, bo lekturka nie dotyczy jedynie paskudnego Imperium i dzielnych rebeliantów, zagadnienia w niej poruszane są nieco głębsze i zdecydowanie dają do myślenia. Jedynym niestrawnym elelementem książki pozostaje nastoletni romans, ale przy rewelacyjnej całości i jego daje się przełknąć.

Dom nad klifem – Maeve Binchy
Słowo daję, zawsze wydawało mi się, iż czytałam już dokładnie wszystko, co wyszło spod pióra utalentowanej Irlandki, a jednak ostatnio okazało się, że wcale nie. Dom nad klifem to typowa powieść Maeve, historia opowiedziana przez sceny z życia głównych bohaterów, mówiące sporo o ich teraźniejszości i przeszłości, zazwyczaj skupiona wokół osoby lub miejsca. Jak łatwo się domyślić po tytule, tym motywem będzie tym razem owo domiszcze, zakupione przez Chickie, kobietę z przeszłością, by uczynić z niego hotel dla osób spragnionych wakacji nader spokojnych. Jak to u Binchy, mnóstwo ciepła, życiowych dylematów i przekonania, że nie wszystko da się załatwić uśmiechem i dobrym słowem.

Alfabetyczny morderca – Jerzy Edigey
Lubicie peerelowskie kryminały? Ja uwielbiam, nawet te o dzielnym sierżancie MO walczącym na zadupiu ze spekulantami z lokalnego GeeSu. Są lepsze i gorsze, ja czerpię z nich niezmiennie wielką radość. Wśród autorów pojawiają się jednak nazwiska znakomite i zaliczam do nich właśnie Jerzego Edigeya, każda jego powieść to istna perełka. Alfabetyczny morderca traktuje o nietypowej sprawie czterech zabójstw dokonanych w małym miasteczku, nazwisko każdej ofiary rozpoczyna się na kolejną literę alfabetu. Zabójca to wariat? Maniak? Wyrafinowany zbrodniarz, który ma wszystko zaplanowane? Przybyła z Częstochowy młoda milicjantka Barbara musi poradzić sobie nie tylko ze sprawą, ale także z niechęcia swojego przełożonego, bo jakże to – baba będzie prowadziła śledztwo? Pozycja ewidentnie inspirowana Agatką, ale przez dodanie mnóstwa ciekawych szczegółów broni się nawet mimo upływu lat.

Zwierciadło piekieł – Graham Masterton
Lubię Mastertona. Wprawdzie jego horror to nadmierne epatowanie okrucieństwem, kiedyś zdarzyło mi się wręcz odłożyć zbiór opowiadań, gdzie znalazł się tekst wyjątkowo obrzydliwy, ale czasem człowiekowi wręcz chce się takiego mało wyrafinowanego dzieła. Zwierciadło to klasyk, wariacja na temat tego, co znajduje się po drugiej stronie lustra i dlaczego pewne życzenia nigdy nie powinny się spełnić. W roli głównej psychopatyczne dziecko, więc jeśli ktoś lubi te wszystkie elementy, powinien sięgnąć po tę pozycję.



Rook – Graham Masterton
Jak widać, nabrało mnie na te horrory dosyć konkretnie. Rook otwiera jeden z kilku cykli autora, ten poświęcony jest tytułowemu nauczycielowi angielskiego, posiadającemu bardzo nietypowe umiejętności – otóż przez to, iż kiedyś o mało nie umarł, widzi obecnie zjawy i duchy, co – jak łatwo się domyślić – nie sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Pierwszy tom opowiada o zmaganiach Jima z czarownikiem woodoo i jest chyba najsłabszą pozycją cyklu. A ponieważ można te powieści czytać również pojedynczo, tom tylko dla naprawdę zainteresowanych.


Demon zimna – Graham Masterton
Kolejna pozycja poświęcona Rookowi, znacznie lepsza niż poprzednia. Tym razem Jim musi stawić czoła tytułowemu koszmarowi, który przybył z Alaski, by zabrać duszę jednego z uczniów nauczanej przez Jima klasy specjalnej. Dość nietypowo jak na ten cykl, akcja rozgrywa się nie tylko w Los Angeles, ale również na dalekiej północy i niech mnie, ta druga część tak bardzo pobudza wyobraźnię… Dobre.



Ciemnia – Graham Masterton
Mój absolutny faworyt cyklu o Rooku. Masterton bawi się tym razem koncepcją fotografii jako medium więżącego dusze, a przynajmniej ich część. Podobnie jak w przypadku Demona zimna, tak i Ciemnia oprócz warstwy stricte horrorowej, posiada również tę, która zmusza do zastanowienia się nad postępowaniem człowieka w sytuacjach ekstremalnych. I tak, zdecydowanie wolę Jima Rooka od Lorda Jima. Tak, wiem, jestem barbarzyńcą.

Plus/Minus – Olga Gromyko, Andriej Ułanow
Recenzję znajdziecie tutaj.

Wars i Sawa – Adam Podlewski
Recenzję znajdziecie tutaj.

Ciotka Zgryzotka – Małgorzata Musierowicz
Recenzję znajdziecie tutaj.