niedziela, 14 lipca 2019

Przeklęte, oj przeklęte...

Naprawdę lubię cykl inkwizytorski. Dobrze, uściślę – stary cykl inkwizytorski, kiedy Mordimer nie był jeszcze młodym niedoświadczonym ptaszątkiem, a wrednym, złośliwym i cynicznym sukinsynem. Ja Inkwizytor niespecjalnie przypadło mi do gustu ze względu na bohatera, ale świat przedstawiony w opowiadaniach był równie interesujący jak chociażby w Słudze bożym. Pomysły też potrafiły zaciekawić, zadziwić czy nawet ubawić. Wiadomo jednak, że czekaliśmy (i w sumie nadal czekamy) na kontynuację głównego wątku, czyli czarnej śmierci, buntu w Cesarstwie i tego, co wyniknie z tajemnicy Klasztoru Amszilas.

Lata mijają, myślę, że się już nie doczekamy, a przynajmniej niezbyt prędko. Piekara sięgnął bowiem po inny (pod)cykl – Płomień i krzyż, recenzowałam kolejne jego odsłony tutaj i tutaj. Szału nie ma, ale obleci. Po tragicznym zmarnowaniu postaci Mordimera w Ja Inkwizytor, była to w pewien sposób miła odmiana, choć jak wiecie, nie do końca dokładnie tekst, na który się czekało. Jednak Wewnętrzy Krąg i Arnold zdecydowanie okazują się ciekawsi niż smarkacz zakochany w górskiej bogince (do dzisiaj zaliczam facepalm na samo wspomnienie). Wprowadzenie do akcji Mordimera nadal nie wydaje mi się być właściwe, bo powinno to wywrzeć na nim olbrzymi wpływ i wybaczcie, ale von Bohenwald nie powinien już go w żaden sposób zaskoczyć, chronologicznie później – na etapie Młota na czarownice! No ale stało się jak stało, mamy Mordimera i w tej opowieści już nie tylko wspomnianego mimochodem (syn pięknej Katarzyny, wzdech). No dobrze, niech już sobie będzie tym bohaterem drugiego planu, ale niech nie zajmuje pierwszoplanowej pozycji. Tymczasem… niestety. Kolejna odsłona naszego alternatywnego świata opisuje już przygody samego Madderdina.

Zasadniczo nie stanowi to wady samej książki, ale jeśli znowu spojrzeć na całość cyklu, wydaje mi się, że po przygodach na dworze księżnej Ludmiły nasz Inkwizytor byłby kompletnie inną osobą, a już na pewno nie kupuję w tym przypadku życia od pierwszego do pierwszego (czy od spalenia do spalenia, w zależności od preferowanego sposobu liczenia upływu czasu). Bo co się dzieje? Pamiętacie, w poprzednim tomie Mordimer stał się częścią inkwizytorskiej ekipy wysłanej na Ruś do walki z wampirem. Jednocześnie pokazał się również od całkiem niezłej strony jako ochroniarz i pies łańcuchowy i w takim charakterze księżna Rusi pragnie go zatrzymać u swego boku. Obawia się bowiem zamachu na swoje życie, a jej lęki są w pełni uzasadnione, jako że już ktoś próbował przeprowadzić taki atak, używając czarnej magii. Inkwizytor, prócz tego, że sprawnie wyszkolony we władaniu bronią, potrafi także co nieco w świecie paranormalnym. Wewnętrzny Krąg zostawia go zatem w miejscu, gdzie wszystko zależy od kaprysu władcy, samego, niespecjalnie zdolnego do porozumiewania się z miejscowymi i odjeżdża radośnie w stronę zachodzącego słońca, znowu nie przejmując się tym, co podobnież w Mordimerze siedzi.


No dobrze, co teraz? Oczywiście cudownie okazuje się, że z księżną też daje się porozmawiać, a nasz łowca czarownic potrzebuje do pomocy wiedźmy i jej uczennicy, które normalnie po prostu spaliłby na stosie. Oczywiście jest to pretekst, by radośnie poopisywać kolejne łóżkowe przygody naszego Inkwizytora (tak, ta również wrzeszczy w łóżku, na wypadek, gdybyście się zastanawiali), bo przecież uczennica piękna i utalentowana, a w dodatku wszyscy jej się boją. Jakkolwiek rozumiem to ostatnie, przysięgam, że chciałabym zobaczyć, jak któraś z tych „mądrych babek” – i to taka, która musi Madderdinowi ogrzewać łoże – okazuje się niezbyt atrakcyjną istotą… Już powyżej uszu mam tych pięknych utalentowanych istot, jedna Olga wiosny nie czyni. Oprócz tego mamy opisy życia na dworze, tytułowych przeklętych krain (mrocznych, pradawnych i bluźnierczych), wizje, kupę za przeproszeniem nudzenia i pod sam koniec książki, kiedy już dawno zapomniałam, o co chodziło, zagadka zamachów na życie księżnej zostaje rozwiązana. Przyznam szczerze, że kompletnie mnie nie obchodziło, kto, gdzie i dlaczego. Zdążyłam gdzieś tam zgubić ten główny wątek…

Mam wrażenie, że Piekara miał pomysł na całkiem zgrabne opowiadanie, ale jednak postanowił go rozpisać w powieść i nadliczbowe strony musiał czymś wypełnić, w efekcie kompletnie rozmywając sedno sprawy. Straszna szkoda, bo czytało się przyjemnie (choć czasami się człowiekowi wyrywało takie szczere Znoooowu?), to jest kawał dobrej rzemieślniczej roboty. Niemniej smutno, że po przeczytaniu ostatniej strony, kiedy próbuję sobie przypomnieć, o co w tym wszystkim chodziło, muszę się zastanawiać naprawdę dosyć długo.

Coraz bardziej frapuje mnie także, czy autor dojdzie kiedyś do głównego cyklu… Obstawiamy?

Jacek Piekara, Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2019.

sobota, 29 czerwca 2019

Statek, cień i space opera


Jak zapewne wielu z Was wie, jestem fanką Gwiezdnych wojen, nic więc dziwnego, że uwielbiam seriale i książki, których akcja rozgrywa się hen, gdzieś w gwiazdach. Właściwie każdy bliski mi tytuł spełnia kilka podstawowych założeń space opery (romantyczne przygody, podróże międzygwiezdne, kosmiczne bitwy, konflikty międzyplanetarne i osobiste przeżycia zaplątanych w to wszystko bohaterów), pewnie mogłabym zatem powiedzieć, że należę również do miłośników tego gatunku. Trudno nie, bo w sumie kto nie kocha opowieści awanturniczych, pirackich czy po prostu zwykłego klasycznego „zabili go i uciekł”? Klasyka klasyk, panie i panowie.

Lubię i pojedyncze książki (choć mogą być osadzone w tym samym wszechświecie, jak to bywa z absolutnym mistrzem w tej dziedzinie, Mike’em Resnickiem – kto nie czytał Santiago, powinien spróbować dorwać tę pozycję już natychmiast!), ale lubię też serie, tym bardziej jeśli poszczególne tomy są w gruncie rzeczy poświęcone czemu innemu, spajają je bohaterowie i pewne główne wątki. Nie mam specjalnych wymagań i kategorii poza jedną jedyną – miodności. Powinno się dobrze czytać (i oglądać, skoro akapit wyżej mowa o filmach i serialach), powinno zaciekawić i powinno się z niecierpliwością oczekiwać na kolejną odsłonę (jeśli mowa o cyklu), tudzież żałować, że tak szybko zakończyło się przygodę z danym światem. Sami znacie te fanowskie dylematy – czytać już teraz, bo chce się znać zakończenie albo może pozostawić sobie na później…

Tymczasem na cathiowej półce...

Sięgając po Cień, nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań, w końcu to młodzieżówka – są wakacje, chciałam jedynie lektury, która pomoże mi się zrelaksować, odpłynąć na chwilę w kompletnie inny świat. Bardzo inny – wszak ten tytułowy cień to tajemnicza, ciężka do zdobycia substancja, posiadająca wiele nietypowych właściwości, czy to znajdujących zastosowanie przemysłowe czy… nieco inne. Poławianiem cienia zajmują się wyspecjalizowane załogi (najczęściej zdezelowanych) statków, a jest to zajęcie wymagające nie tylko szczęścia, ale i wielkiego talentu. Jednostka nazwana Dziedzictwem Kaitanu została właśnie obsadzona taką ekipą – począwszy od kapitan Qole Uvgamut i jej brata Arjana, przez hakerkę Telu, handlowca Basrę, wykwalifikowanego zabijaki Etona aż po ich najnowszy nabytek, pakowacza Neva. Oczywiście to zaledwie początek, pierwsza wyprawa po cień to zaledwie przyczynek do tego, co wydarzy się już niedługo. Od początku wiemy bowiem, że Nev nie jest tym, za kogo się podaje, jego misją jest… nie, nie cień, a pozyskanie współpracy Qole w badaniu jej niezwykłych umiejętności.

Przyznam, że pierwsze dwa rozdziały mnie nieco zmęczyły. Dobrze czytało się tekst pisany z punktu widzenia Neva, jednak kiedy wydarzenia zostały przedstawione z punktu widzenia pani kapitan, zaskoczyła mnie jej infantylność. Postanowiłam jednak kontynuować lekturę i bogowie mi to wynagrodzili – po prostu połączyli te dwa trybiki w moim mózgu, które dotychczas się nie stykały. Olśniło mnie – tak, Nev ma więcej do powiedzenia, bo jego edukacja i dotychczasowe doświadczenie tak bardzo różnią się od tego, co przeżyła zaledwie 17-letnia Qole. No właśnie, tu leżał Chewie pogrzebany. Perspektywa młodej dziewczyny, choćby nie wiem jak utalentowanej, ma wszelkie prawo być właśnie taka! Ona będzie się koncentrowała na ubraniach, zastanawiać, jak wygląda...! Pacnęłam się więc w głowę dosyć mocno i czytałam dalej. Wciągnęło mnie, wiecie? Wciągnęło jak diabli!

Mamy bowiem do czynienia z zakrojoną na szeroką skalę intrygą, tajemniczymi doświadczeniami, rodami królewskimi, balami i pojedynkami, wyborami okazującymi się tymi bardzo ciężkimi do dokonania, nienawiścią i miłością, a wszystko to okraszono dodatkowo pewną dozą romantyczności (choć głęboko skrywanej). Dostałam wszystko, czego zwykłam oczekiwać od tego właśnie gatunku i zamykając książkę, bardzo pragnęłam zapoznać się z kolejną częścią. Nie, żeby była wyjątkowo odkrywcza, jedyna w swoim rodzaju, przełomowa… Nie. To solidnie wykonany kawał literatury, czerpiący inspiracje z wielu rozmaitych tytułów (namiętnie przychodził mi podczas lektury na myśl Firefly). Bohaterowie bywają wprawdzie trochę standardowi i przewidywalni, ale ich charaktery i umiejętności są w pełni zakorzenione w regułach i realiach świata przedstawionego. Znawca gatunku nie będzie może specjalnie zaskoczony tym, jak toczy się fabuła, w końcu jest to pozycja przeznaczona dla nieco młodszego fana, ale autorzy mają w zanadrzu kilka niespodzianek, co powoduje, że czytanie dostarcza przyjemności.

A przecież o to właśnie chodzi w literaturze i filmie, czyż nie?

AdriAnne Strickland, Michael Miller, Cień. Kroniki Kaitanu tom I, tłum. D. Radzymińska, J. Radzymiński, wyd. Uroboros, Warszawa 2019.

Dziękuję wydawnictwu Uroboros za egzemplarz recenzencki!

środa, 8 maja 2019

Ruda wiedźma i ekipa, czyli powrót do Thornu


Przyznam, iż na pewnym etapie Dora Wilk mnie trochę znudziła. Szczęśliwie było to już pod sam koniec heksalogii, miałam więc trochę czasu na odsapnięcie. Lubię przygody chyba każdej rudej wiedźmy, ale liczba zalet Dory, jej przodków i składowych kompletnie mnie przytłoczyła. Lubię jednak także styl Anety Jadowskiej oraz znakomitą większość pomysłów autorki, z przyjemnością czytałam więc kolejne pozycje poświęcone Witkacowi i Nikicie. I wprawdzie Nikita w pewien sposób Dorę przypomina, jednak jej przygody nie zmęczyły mnie tak bardzo – może dlatego, że mają jednak nieco inny klimat (a przyznam, że zastanawiałam się kiedyś, po co komu przygody Nikity, oj nie zyskała mojej sympatii w cyklu o Dorze). Widać jednak nadszedł czas na dłuższe spotkanie z Dorą, choć po drodze w tomach opowiadań znalazło się przecież kilka pomniejszych…

Sprawa zapowiada się doprawdy paskudnie, ale czy ktoś powiedział, że życie Namiestniczki Thornu będzie lekkie, łatwe i przyjemne? Będzie jednak naprawdę paskudnie, nawet jak na możliwości Dory i jej zdolności pakowania się w tarapaty. Przypadkowo odkryty na terytorium wilków grób okazuje się jednym z wielu, co oznacza, iż w Thornie grasuje seryjny morderca. Ale nie będzie tak „prosto”, o nie! We wszystko ewidentnie zamieszana jest również młoda wampirzyca z gniazda Romana. Wprawdzie wyjaśnienie jej „udziału” pomaga odpowiedzieć na kilka pytań, jak zawsze oznacza to jednak, że pojawią się następne, wcale nie łatwiejsze. Każde jedno okazuje się bardziej obrzydliwe od poprzedniego. Sedno działalności zbrodniarza jest bowiem nieludzkie, zarówno w znaczeniu normalnym, jak i magicznym.

W śledztwie Dorę wspierają liczni znajomi – i jej, i nasi. Pojawia się mnóstwo bohaterów, za którymi już zdążyliśmy się stęsknić, choćby epizodycznie, jak Leon. Do akcji wkroczą też Roman, Katia, magiczna przecież Bogna, a także Witkac, Sęp i Kurczaczek. Wszyscy przyczynią się do odkrycia tajemnicy, każdy na swój sposób – ot, choćby podążając za własnym nosem i zapachem ciasteczek. Przy okazji każda z postaci ma już za sobą wprowadzenie, wiemy, co potrafią i jakie posiadają talenty, więc całość tworzy po prostu dobrą opowieść, w której nie traci się czasu na przedłużające wyjaśnienia.

A książkę czytałam podczas majówki w zamku :)

Książka wciąga i to bardzo! Przeczytałam owo tomiszcze (526 stron!) w jeden dzień, jednym tchem! Intryga znakomita, kolejne elementy są tylko kluczem do następnych, a my gorąco kibicujemy, by wygrała ekipa Namiestniczki, bo zwyrodnialcom należy się solidna kara. Świetne kryminalne czytadło, które polecam każdemu fanowi urban fantasy!

Dzikie dziecko miłości ma jednak pewne wady. W pewnym momencie zdziwiło mnie, że ciężko mi się połapać w dialogu – kto tu właściwie z kim rozmawia? Oczywiście, kiedy wróciłam wzrokiem do poprzednich linijek, zorientowałam się, co i jak, niemniej zaczęłam się zastanawiać, z czego problem wynika i chyba wiem. Wszyscy bohaterowie posługują się bardzo podobnym językiem, bardzo podobnymi sformułowaniami, co czasami może spowodować pewną zwiechę. Mam również drobny problem z postaciami żeńskimi, także bardzo do siebie podobnymi – twardymi, wyszczekanymi i nadrabiającymi miną. Daria. Dora, Kurczaczek – są niemal identyczne, co w połączeniu z brakiem zróżnicowania języka wydaje się pewnym pójściem na skróty. Nawet kobiecość i delikatność Katii wyraża się przede wszystkim w sposobie ubierania. Wygląda na to, że w magicznym świecie istnieją albo takie suki jak Katarzyna (znowu scharakteryzowana poprzez konflikt z Dorą) lub równe, twarde babki. Gdzie miejsce na szarość?

Poza tym jednak naprawdę czytało mi się bardzo dobrze i uważam, że Dzikie dziecko miłości to świetna lektura na długie weekendy lub wakacje. Dodatkową zaletą są fantastyczne ilustracje Magdy Babińskiej, która doskonale rozumie świat Thornu i potrafi oddać magiczną naturę jego mieszkańców.

Aneta Jadowska, Dzikie dziecko miłości, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2019.

środa, 24 kwietnia 2019

Opowieści z belorskiej wsi


Przygody Wolhy Rednej zawsze wywoływały u mnie olbrzymiego banana na paszczy. Lekkie, bardzo przyjemne, a jednak z konkretną akcją i wywołujące emocje. To idealna lektura na doła, wciągająca i przenosząca do innego, czasami trudnego świata, w którym jednak wszystko kończy się dobrze, a my wiemy, że zło zawsze zostanie ukarane.

Dosyć długo zeszło zanim dotarło do mnie, iż poza Zawodem: wiedźma, Wiedźmą opiekunką i Wiedźmą naczelną w Polsce wydano coś jeszcze – Wiedźmie opowieści. Widać przywykłam do wydań spod znaku Fabryki Słów, choć, głupia, powinnam jednak spojrzeć na ofertę innych wydawnictw, zwłaszcza tego, wydającego również inne powieści Olgi Gromyko. Jednak w końcu się udało i tak oto weszłam w posiadanie nowej odsłony przygód pyskatej rudej magiczki.

Wiedźmie opowieści to zbiór opowiadań, powiązanych ze sobą co najwyżej dosyć pretekstowo. Oto Wolha wyrusza w lecie na szlak po to, by jak przystało na porządną wiedźmę pomóc zwykłym ludziom, pozbyć się szumowin, ukarać tych złych (ale nie w imię Księżyca, to jakby nie ta bajka) i przy okazji zarobić, bo jako kobieta nowoczesna woli nie być zależna od małżonka, choćby był nim i sam władca Dogewy. Jedzie zatem od wioski do wioski, stawiając czoła kolejnym wyzwaniom, czyhającym na niewinnych (i winnych) wieśniaków, a także na niektóre zagrożone nieco bardziej niesamowite gatunki.


Sporą zaletą Opowieści jest bez wątpienia to, że opowiadania są stosunkowo krótkie i szybko się je czyta, co zdecydowanie pomaga, jeśli chcemy pogrążyć się w lekturze, a nie mamy w gruncie rzeczy zbyt wiele czasu. Wtedy każdy mól książkowy dostaje homeopatyczną dawkę lekkiej historii, a wszyscy wiemy, że czasami nie jest o to specjalnie łatwo – długie wciągające teksty, nawet niebędące powieściami, zdecydowanie trudniej odłożyć w połowie!

Niestety, to zaleta, ale i wada. Opowiastki o Wolsze są dokładnie tak lekkie i przyjemne, jak się to pamięta z głównego cyklu, nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że odrobinę „zbyt lekkie” – ot, taki tekścik, który przeczytamy, strawimy i zapomnimy już po kilku dniach. Kiedy po dwóch tygodniach próbuję sobie przypomnieć konkretne wydarzenia, do głowy przychodzą mi może dwa opowiadania. Zaskakująco, zaledwie jedno z nich dotyczy przygód rudej wiedźmy (Nieproszony gość i może niespecjalnie odkrywczy, ale twórczo wykorzystany motyw przejścia do innego świata). Ot, stanowią one kolejne typowe opowiastki fantasy, przyjemne, ale nie nadzwyczajne. Co innego, jeśli chodzi o składający się z dwóch części ostatni tekst: Bajka kłamie, poznajcie prawdę! Pomysł również nie nowy, jako że chodzi o retelling znanych baśni rosyjskich, ale opowiedziany z typową dla Gromyko fantazją, której jakby zabrakło przy opowiadaniach o Wolsze.

Czy zatem warto sięgnąć po tę pozycję? Tak, jeśli lubicie cykl o Wolsze – stylistyka opowieści pozostaje podobna, choć, jak wspominałam, niewiele nam z tej lektury zostanie. Są to jednak historyjki lekkie, łatwe i przyjemne, idealne choćby na nadchodzącą majówkę. Szkoda tylko, że wydawnictwo ewidentnie oszczędza na korekcie, bo pewnych błędów nie da się przeoczyć.

Olga Gromyko, Wiedźmie opowieści, tłum. M. Makarevskaya, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2017.

sobota, 13 kwietnia 2019

Informacyjnie pyrkonowo :)


Powoli zbliża się Pyrkon, którego nie mogę się już doczekać. W ubiegłym roku mogłam być tylko w piątek, co i owszem, było znakomitą rozrywką (Felicia!), ale serduszko mi pękło, że musiałam wracać, kiedy zabawa się dopiero rozkręcała. W tym roku zostaję na całe trzy dni i jest mi jakby lepiej na samą myśl. Po raz pierwszy od kilku lat nie będę też z kartkami na stoisku, ale tak po prostu, bawiąc się i fanując (uwielbiam ten czasownik!) i to mnie również szalenie cieszy.

Jednak Cathia nie mogłaby się pojawić na konwencie tak po prostu, czyż nie? Jako że orgowie po raz kolejny zdecydowali się zaprosić mnie do wygłoszenia prelekcji, chciałabym Was niniejszym zaprosić na kilka punktów programu.

Jeśli nie Supernatural, to co?
piątek, godz. 18:30, sala filmowo-serialowa
Spodobał Ci się klimat serialu, ale istnieją niestety hellatusy, które sprawiają, że przez tygodnie lub miesiące nie masz co robić? Chcesz obejrzeć czy poczytać coś podobnego w klimacie? Nie masz pojęcia, po co sięgnąć? Przyjdź na tę prelekcję i weź notatnik! Może się okazać, że przegapiłeś całkiem interesujący tytuł. Zapraszam!


Teorie rozmaite fanów Star Wars – punkt współprowadzony z Magdaleną ‘Ithilnar’ Stawniak
sobota, godz. 12:30, sala filmowo-serialowa
Wszyscy wiemy, że Ziemia jest płaska, a niejaki Mark Z. to tak naprawdę Reptilianin (a nie?). Czy znacie jednak prawdy (niekoniecznie) objawione świata Star Wars? Czyją córką jest Rey? Dlaczego Snoke ma (przepraszamy, miał) na głowie wielką szramę? Na te i inne odpowiedzi odpowiemy na prelekcji. Pamiętajcie o przyniesieniu aluminiowych czapeczek, bo nas podsłuchają!


Nowy czy stary kanon? – punkt współprowadzony z Magdaleną ‘Ithilnar’ Stawniak
sobota, godz. 17:30, sala filmowo-serialowa

Od czasu anulowania starego kanonu fani „Gwiezdnych wojen” kłócą się o to, który lepszy. W jednym mieliśmy Marę Jade, Thrawna, Corrana Horna… O, w nowym też mamy Thrawna! Ale kto napisał postać młodego Hitlera? I nowa lepsza Gwiazda Śmierci? Tak, wiemy, że nas znienawidzicie, ale i tak spróbujemy odpowiedzieć na to jakże ważne pytanie: który kanon lepszy.

To z kim się zobaczę?

A tak było w ubiegłym roku...


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Słowianie, myszy i przygoda!


Cóż ciekawego może się wydarzyć, jeśli na wakacjach spotkają się racjonalny, mądry wiedzą książkową syn archeologa, Igor i cudownie współczesna, wysportowana, oblatana w popkulturze jego rówieśniczka, Hanka? Ha, oczywiście wszystko! A co, jeśli dodamy do tego inne interesujące okoliczności przyrody, takie choćby jak wakacje spędzane nad jeziorem Gopło, tatę Igora zajmującego się wykopaliskami i legendy, które czasami okazują się dziwnie aktualne?

Dwójka naszych bohaterów dosyć szybko natyka się na zagadkę, mogącą nieco ubarwić im wypoczynek, a przecież nie spodziewają się po tym wyjeździe niczego ciekawego. Igor, jeżdżący od lat na wykopaliska (niestety, nie pod piramidy!), doskonale wie, że Indiana Jones wcale nie przedstawia codziennego życia archeologa i zdaje sobie sprawę z tego, że czeka go jedna wielka nuuuuda. Hanka, będąca troszkę na rodzinnym drugim planie ze względu na chorowitą siostrzyczkę, też orientuje się, że musi sobie sama zapewnić rozrywkę. Choć pierwsze spotkanie naszej dwójki wypada dosyć nieoczekiwanie, postanawiają się zaprzyjaźnić, tym bardziej, że wybór kompanów mają raczej dosyć ograniczony – bo czy ktoś rozsądnie myślący może oczekiwać ciekawych wakacji w towarzystwie kuzyna Leszka (oryginalnie Patryka), wielbiciela Turbosłowian i typowego besserwissera? Oczywiście, to nie tylko zdrowy rozsądek, ale także Przeznaczenie (koniecznie przez duże P), bo Hanka i Igor, odznaczający się dosyć niespotykanymi talentami, mają do wypełnienia zadanie wyznaczone im od bardzo dawna.

 Czekoladowe monety to też skarb!

Nie da się nie połączyć tytułowej Mysiej wieży oraz miejsca akcji z legendą o królu Popielu, którego myszy zjadły… i całkiem słusznie. Tutaj jednak opowieść o dawnym władcy i jego żonie, okrutnej Dragomirze nabiera nieoczekiwanie jeszcze groźniejszego charakteru, a dawne zagrożenie wcale nie przeminęło całe wieki temu. Dragomira to wiedźma o jeszcze bardziej złowrogim charakterze niż w historiach czytanych na dobranoc, a pragnie dokonać czegoś paskudnego – ożywić swego małżonka i razem rządzić światem. Szczęśliwie, Igor i Hanka nie będą musieli stawić im czoła samotnie. Pomoże im dzielny szczur Mścigniew (a.k.a. biała myszka Niki), wyrocznia i guślarz, hologram pewnego znanego każdemu czarnoksiężnika, a także koleżanka Igora ze szkoły, nieoczekiwanie odkrywająca magiczne talenty przekazywane w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Może uda się ocalić świat, a przy okazji zgłębić rodzinne tajemnice?

Brzmi ciekawie? Jest takie! Mysia wieża to świetnie napisana przygodówka w najlepszym stylu. Wydawca na okładce odwołuje się do serii o Percy’m Jacksonie (Agnieszka Fulińska tłumaczy Riordana), ale odnoszę wrażenie, że to nie do końca ten sam klimat. Oczywiście, mamy mitologię słowiańską, legendy i wierzenia, jednak moim zdaniem tutaj bohaterowie nie są aż tak bardzo uzależnieni od stworzeń i bogów, jak w cyklu o Percy’m. Wszystko zależy od nich samych, nawet wyrocznia, guślarz lub pomocny czarnoksiężnik nie podadzą im rozwiązania na tacy. Szalenie urzekło mnie też lekkie i łatwe połączenie tej mitycznej przeszłości, sporej porcji dawki wiedzy historyczno-archeologicznej oraz popkulturowej możliwe właśnie dzięki sposobowi narracji (naprzemiennie z punktu widzenia Igora lub Hanki), a także takim, a nie innym bohaterom. Igor i Hanka są kompletnie różni pod względem charakterologicznym, wychowani w innym duchu, obcujący z kompletnie innymi dziełami kultury, a jednak oboje należą do ludzi inteligentnych i pomysłowych. Agnieszka Fulińska i Aleksandra Klęczar zrywają ze stereotypami w wielkim stylu i sprawia mi to olbrzymią satysfakcję!

Dużą przyjemność sprawiło mi też wyłapywanie kolejnych smaczków popkulturowych, radosnych chichotów (oj, dostało się wielbicielom Turbosłowian, dostało!) i odwołań do współczesności. Igor i Hanka są na wskroś współcześni, ich otoczenie również, a nawet postaci spełniające pewne legendarne role, nie zachowują się jak żywcem wyjęte z kart legend i dzieł etnograficznych. Jak przekazuje swoje mądrości i przepowiednie guślarz? Rapując! Pomysł odrobinę przerażający (co, jeśli tego nie da się słuchać?), ale jednocześnie genialny w swojej prostocie. Bohaterowie posługują się nowoczesną techniką, a nieścisłości i nieporozumienia wynikające ze skrótowości smsów są mocno chichotogenne – nie wierzę, że nikt się nie uśmiechnie, czytając komunikaty Hanki i Igora. Strasznie spodobało mi się też, że rodziny w Mysiej wieży to nie tylko szczęśliwe układy „tata, mama, syn i córka”. Nie. Igor ma tylko ojca i ciotkę, mama Hanki wyszła po raz drugi za mąż i nie, nie będzie jak w standardowych baśniach. Ojczym Hanki jest chyba nawet sympatyczniejszy od mamy, a jej przyrodnia siostra to typowe dziewczątko w swoim wieku, zaprzątnięte księżniczką Celestią. To naprawdę na wskroś współczesna pozycja, czarująca czytelnika nie tylko magią, słowo!

Książka jest także prześlicznie wydana – choć mam pewne zastrzeżenia do okładki, przedstawiającej dwójkę małych dzieci. Igor i Hanka są zdecydowanie starsi, nie wiem więc, czy nie wprowadzi to potencjalnego czytelnika w błąd. Początek każdego rozdziału ozdabiają też prześliczne winietki i tak, zostałam wielką fanką myszek!


A teraz najgorsze… bo przeczytałam i… czekam na więcej! Pewne tajemnice zostaną wyjaśnione pod koniec Mysiej wieży, ale kilka nadal czeka na odpowiedź… To ten najgorszy stan, kiedy czytasz, czytasz, chcesz jak najszybciej dotrzeć do końca książki, jako że akcja wciąga, a potem kończysz… i nie wiesz, czy i co dalej. Mam szczerą nadzieję, że owo „dalej” nastąpi, bo Mysia wieża stanowi bardzo sympatyczną pozycję i to nie tylko dla nastolatków, ale i dla nieco starszego czytelnika (który pewnie czasami utożsami się z rodzicami i wujkami). Polecam!

Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar, Mysia wieża, wyd. Galeria Książki, Kraków 2019.

Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!

środa, 3 kwietnia 2019

Hardo na rozmaite sposoby...


Lubię eksperymenty. Tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak początek narracji dzieła kina fikanego, ale porzućcie swe zdrożne myśli! Jako eksperyment przedstawiono bowiem antologię opowiadań napisanych przez grupę fantastycznych autorek, określanych cudownie zadziornym mianem Hardej Hordy – nieformalnego grona wspierających się wzajemnie polskich fantastek. W skład Hordy wchodzą Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz i Aleksandra Zielińska. Nie znacie wszystkich nazwisk? Dobrze, ja też się przyznam, że dwa pozostawały mi dotąd nieznane, ale uwielbiam próbować wszystkiego, co nowe.

Co łączy te dwanaście autorek i dwanaście opowiadań? Coś, co powszechnie zowią „kobiecym punktem widzenia” i jest to zazwyczaj używane w znaczeniu paskudnie pejoratywnym, choć doprawdy nie pojmuję, dlaczego. Bo inny? Bo kobiety zwracają uwagę na kompletnie inne rzeczy niż mężczyźni? Po pierwsze, nie zawsze. Po drugie, te rzeczy są bardziej „przyziemne”, naturalne, codzienne. Co zatem sprawia, że gorsze, poza tym wzgardliwym tonem, jakim zazwyczaj wypowiada się takie słowa? Ktoś powie, że mniej ciekawe… Codzienność bywa nieciekawa, to prawda. Ale prawdziwą sztuką jest z niej uczynić coś magicznego, coś niezwykłego, ubrać ją w fantastyczne realia. A naszym dwunastu autorkom się to udaje, każdej w swoim stylu!

Teksty są inne, ale oscylują wokół podobnej tematyki – chociażby końca świata, aczkolwiek traktowanego zupełnie indywidualnie. Są wszak osobiste końce świata, są katastroficzne końce świata, są końce świata na skalę lokalną. Każdy z nich jest również opisany kompletnie inaczej, w zupełnie innym stylu. W opowiadaniu Aleksandry Janusz to coś na kształt opowieści o codzienności, a przecież także czyste SF. Bohaterka Ewy Białołęckiej przeżywa klasyczną apokalipsę zombie, choć z punktu widzenia tak cudownie znajomego większości czytelników. Anna Hrycyszyn nawiązuje do awanturniczych przygód, rozgrywających się jednak w świecie przyszłości po katastrofie zagrażającej i nam, wcale nie tak odległej, jak byśmy chcieli. Anna Nieznaj przeniesie nas w czasie jeszcze dalej i uczyni świadkiem zagłady na skalę globalną. Aleksandra Zielińska wtajemniczy nas w sekrety tego intymnego, osobistego końca świata i uświadomi, jak niewiele trzeba, by się dokonał. Podobnie Agnieszka Hałas, choć tam również zaprezentowano „cudowne” remedium, a jednocześnie jest to dla mnie opowieść o przenikaniu światów…

Bo tak, mamy też takie… Najbardziej dosłownie do tematu podeszła chyba Milena Wójtowicz, przedstawiając właśnie trochę baśniowe, trochę łotrzykowskie zestawienie takich dwóch, teoretycznie wykluczających się rzeczywistości. Marta Kisiel wywołuje ciary, prezentując to, czego wszyscy się zawsze po trochu baliśmy i to, na czym bazuje tak wielu twórców horrorów. Podobną atmosferę wyczujemy w opowiadaniu Anny Kańtoch. Dla równowagi dostajemy też humorystyczną opowiastkę osadzoną w uniwersum Anety Jadowskiej, będącym idealnym tłem dla urban fantasy. Poczytamy też rozmaite historie łączące świat przedstawiony z różnie pojmowanymi zaświatami, jak choćby w zahaczającym o magię nekromancką tekście Martyny Raduchowskiej. Nekromanta w dosyć nieoczekiwanym towarzystwie pojawia się również u Magdy Kubasiewicz.

Kupiłam nie tylko samą książkę. Wydawnictwo wpadło na znakomity pomysł stworzenia specjalnego zestawu, w skład którego wchodzi oczywiście antologia, ale także magnetyczna zakładka, klimatyczny notesik i niezbędna wielu osobom chusteczka do czyszczenia okularów. Zdecydowanie polecam!

Każdy tekst nasycony jest unikalnym, ale niemal namacalnym klimatem. Urzekło mnie także, że są doskonale zamknięte. Oczywiście, kiedy ma się do czynienia z tą formą narracji, zawsze pozostaje lekki niedosyt, apetyt na więcej, ale zawsze boję się tego, że opowiadanie zakończy się nieoczekiwanie, pozostawiając mnie z licznymi wątpliwościami i znakami zapytania (wynikającymi raczej z kiepsko zaplanowanej fabuły i skrótowości, nie z zamierzenia autora - to zupełnie inna bajka). Nie tutaj. Wszystkie są odmienne, ale wszystkie są napisane w sposób wyjątkowo sprawny, co też nie zdarza się aż tak często.

Tę różnorodność widać również na okładce – elementy zdobiące tytuł, będący jednocześnie nazwą znakomitego autorskiego grona, są cudownie liczne i niemal każde kompletnie z innej parafii, także po części stylistycznie, zapowiadając ten smaczny miszmasz na kartach książki. Zresztą, szata graficzna Hardej Hordy jest naprawdę przyjemna dla oka, a już sam dotyk okładki sprawia, że chce się tę pozycję mieć u siebie w biblioteczce (tłoczone litery, kocham tłoczone litery…). Cóż mogę rzec więcej? Chcecie odbyć rozliczne wyprawy do wielu światów? Sięgnijcie po Hardą Hordę i dajcie się ponieść kobiecej wyobraźni, odkrywającej tak niesamowite rzeczy.

Harda Horda. Antologia opowiadań, wyd. SQN, Kraków 2019.