niedziela, 25 kwietnia 2021

Piraci, spiski i gimnazjum w tle

Danny Moon ma wszystko, czego chcieć mógłby niejeden nastolatek – bogatych rodziców, względną swobodę, nie musi chodzić do szkoły, a opiekują się nim guwernantki. Niestety, Danny biednych istot wyjątkowo nie lubi, jako że krępują jego swobodę, stara się więc jak najszybciej ich pozbyć, ewidentnie nie znając tej jakże prawdziwej maksymy, że lepsze zło znane niż nieznane. Niestety, metody działania chłopaka są wyjątkowo kontrowersyjne (na tym etapie to po prostu wredny antypatyczny szczeniak bez grama empatii), więc rodzice w pewnym momencie mówią dość – rychło w czas. Karą dla Danny’ego ma być wyjazd do Polski, do rodziny mamy, gdzie ma przez pół roku chodzić do normalnej szkoły i przebywać z kuzynostwem. Pewnie sam „wyjazd do Polski” dla połowy z nas byłby już karą straszliwą, jednak Danny cieszy się z tego jak świnka w deszcz, a najbardziej nie może się już doczekać – uwaga! – publicznego gimnazjum. Biedne dziecko. Oczywiście, że się boleśnie rozczaruje, jednak już wkrótce na jego stryszku pojawi się tajemniczy gość… Ten dziwnie często macha szabelką, woła za butelką rumu i jest straszliwie zdziwiony tym, że Danny go w ogóle widzi. Tak, tak, Czarnobrody to duch, a duchów przecież się widzieć nie powinno!

Wyjątkowa zdolność Danny’ego daje mu szansę na zasmakowanie zemsty w szkole, a także na zgłębianie tajemnic życia po życiu. Co więcej, okazuje się, że jego kuzynka Aneta też posiada ten talent. Wspólniczka już wkrótce będzie bardzo potrzebna, bo Czarnobrody zostaje uwięziony przez tajemniczego człowieka w Lustrze i należy go stamtąd wydostać… Zadanie to, choć na pozór niemożliwe, okazuje się absolutnie wykonalne, jednak przy okazji Danny i Aneta wpadają na trop wielkiego spisku mającego nie tylko zaszkodzić światowi duchów, ale i temu materialnemu… Co zatem należy zrobić? Oczywiście wszystko, by to powstrzymać! Oznacza to m.in. zbratanie się z niejaką Milady (skojarzenia z Ludwikiem XVI jak najbardziej słuszne) oraz szybkie zapoznanie się z bronią palną, a to dopiero początek…

Motyw zblazowanego nastolatka mającego konszachty ze światem nadnaturalnym już niejeden raz został wykorzystany, a najlepszym tego przykładem jest Artemis Fowl (absolutnie nie film, a kysz, apage!). Można to zatem bardzo ładnie rozpisać, sprawiając, że jak normalnie życzylibyśmy smarkaczowi złamania nogi i siedzenia w domu nie tylko w lockdownie, tak książkowy bohater sprawia, że chichoczemy jak pijane hieny, kibicując niemal każdemu posunięciu. Jednak przyznam szczerze, że pierwsze strony Bandy niematerialnych szaleńców nie napawały mnie optymizmem – Danny jest wyjątkowo antypatyczny, a wspominane już przeze mnie rozliczne sposoby na pozbycie się guwernantek sprawiły, iż miałam ochotę zrzucić go ze schodów. Jednak bohater rozwija się w niezłym kierunku, nie tracąc wprawdzie swojego zadufania w sobie i poczucia wyjątkowości (poniekąd w niektórych sytuacjach słusznego), ale jednocześnie stając się choć trochę wrażliwym na inne osoby.

Ciekawą postacią jest Aneta, w przeciwieństwie do swojej siostry (zajechało mi tutaj trochę stosunkiem Łucji do Zuzanny w Ostatniej bitwie) nie będąca standardową nastolatką. Owszem, martwi się nieraz o stan ubrania czy późną godzinę, ale robi to nie dlatego, że „jest dziewczyną”, ale ze względu na spokój swoich rodziców – co zresztą nie przeszkadza jej robić ich w konia – kiedy to niezbędne, rzecz jasna! Nie ustępuje chłopakom pod żadnym względem i bardzo podoba mi się sposób, w jaki ją wykreowany. To nie jest dziewczyna udająca chłopaka, to jest dziewczyna będąca dziewczyną, równorzędna każdemu! Zdecydowanie życzyłabym sobie więcej takich nastolatek w literaturze, choć czasy się zmieniają i sporo ich ostatnio przybyło – bardzo dobrze!

Książka przeznaczona jest ewidentnie dla nastolatków, więc nie zraźcie się niektórymi motywami oraz infantylnym podejściem do co poniektórych spraw oraz banalnymi rozwiązaniami niektórych wątków. Z pozycji czytelnika dorosłego, nawet w pełni świadomego reguł literatury młodzieżowej, przy pewnych rozdziałach miałam ochotę walić głową w biurko, ale jestem przekonana, iż młodsi nieco odbiorcy książki będą nimi zachwyceni. W pewnych momentach zresztą wyraźnie widać wpływy dzieł zwanych przeze mnie w skrócie „zabili go i uciekł”, a przecież nie bez powodu James Bond został najbardziej znanym bohaterem na świecie – to po prostu znakomicie wchodzi! Bawiłam się zatem przy Bandzie niematerialnych szaleńców naprawdę nieźle, to jest kiedy już przeszłam do porządku dziennego nad niektórymi wątkami. Nie wiecie, co kupić młodszemu rodzeństwu/kuzynostwu/dziecku na dowolną okazję? Zdecydowanie polecam!

Maria Krasowska, Banda niematerialnych szaleńców, wyd. SQN, Kraków 2018.

piątek, 16 kwietnia 2021

Co komu przeznaczone...

Położone nad morzem Sieldige to kraina może nie miodem i mlekiem płynąca, ale na pewno rozwijająca się całkiem dobrze pod czujnym spojrzeniem Księcia i jego wiernych rycerzy trzech: Leta, Oberona i Garretha. Dni toczą się leniwie, praworządni mieszkańcy wiążą koniec z końcem, arystokraci spiskują, przestępcy próbują jak zwykle dopiąć swego, a w magicznej Dzielnicy Luster alchemicy i magowie sprzedają swoje produkty i usługi. Zwykłe życie.

Jednak pewnego dnia w Dzielnicy Luster zaczyna padać deszcz… a to nigdy nie jest dobry znak. Już wkrótce ginie jeden z rycerzy oraz zostaje otruty Książę, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności (ale czy tylko?) zapada w śpiączkę. Czy znajdzie się odtrutka na jad, próbujący położyć kres życiu władcy? Leto swą ostatnią szansę upatruje w Alecie Velie, swojej przyjaciółce i alchemiczce, przedstawicielce bardzo niezwykłego rodu. Aletha odkrywa prawdę – trucizna to Pocałunek Syreny, na którą podobno nie ma odtrutki… podobno. Jednak jeśli zna się pewne osoby i posiada wyjątkową wiedzę oraz umiejętności, sytuacja może nie okazać się tak całkiem bez wyjścia. Oczywiście trzeba się spieszyć, bo ten, kto dokonał zamachu na życie Księcia, na pewno miał jeszcze coś w zanadrzu… wszak szpiedzy donoszą, że wrogowie stoją już u granic, a zamieszanie w Sieldige na pewno nie posłuży dobru państwa.


Przyznam, że mam dosyć mieszane uczucia w stosunku do fantasy, jako że bardzo często kolejne powieści po prostu powielają określone schematy i choć czyta się dobrze, to tak naprawdę niewiele wnoszą do gatunku. Ot, kolejna standardowa kraina, kolejni standardowi rycerze i rzezimieszki oraz magowie… Z tym mimowolnym nastawieniem zaczęłam lekturę książki Magdaleny Kubasiewicz i już po kilku rozdziałach byłam przyjemnie zaskoczona przede wszystkim bohaterami. Choć początkowo wydają się kompletnie sztampowi, z każdym kolejnym zdaniem zyskują coraz więcej głębi, nie są wyblakłymi kopiami postaci innych autorów. I choć sam Leto Drakin do końca pozostaje w większości po prostu rycerzem w białej zbroi, jest również interesujący jako członek rodziny, przyjaciel i mąż, a także lojalny poddany. To jednak kobiety w jego życiu okazują się tak naprawdę najciekawszymi postaciami książki. Znowu: na samym początku lektury możemy przypisać im pewne określone role i cechy, jednak z kolejnymi kartkami wszystko się zmienia. Aletha i Erika są pełne sprzecznych czasami emocji, doskonale rozumieją jednak swoje zadania i swoje przeznaczenie, potrafią dotrzymać słowa i rozumieją konieczność poświęcenia pewnych rzeczy w imię znacznie wyższej racji.

A wyższa racja to nie tylko sprawy państwowe i boskie. Tak naprawdę składają się na nie wszystkie dążenia i czyny naszych bohaterów, ale pomiędzy tymi wielkimi, przełomowymi wydarzeniami odnaleźć można te teoretycznie nieważne dla wielkiej historii, a tak istotne dla pojedynczych osób i istot. Są to dramaty, wielkie nadzieje, niespełnione i zawiedzione historie miłosne, wielkie namiętności czy po prostu żądza władzy na skalę mniejszą lub ogólnopaństwową. Obie płaszczyzny spaja magia, pochodząca od żywiołów tudzież pozostałości magicznych artefaktów. Wypływa jednak najczęściej prosto z morskich otchłani, powiązana nie tylko z bogami i ich kaprysami, ale także ze stworzeniami żyjącymi w falach. Motywy z rozmaitych naszych baśni zostają bardzo umiejętnie wpisane również w folklor mieszkańców Sieldige, tworząc wyjątkowo udany splot, czasami sprawiający, że łezka nam się w oku zakręci.

Siłą każdej książki pozostaje bowiem to, czy wzbudza w nas jakiekolwiek emocje, czy potrafi sprawić, że nie potrafimy jej odłożyć, bo naprawdę musimy się przecież dowiedzieć, co stało się z naszymi bohaterami i czy dobro zwycięży. Wszystko pochłonie morze emocje zdecydowanie wzbudza – choć jest to przede wszystkim przejmujący żal nad życiem utraconym, czy to dosłownie czy w przenośni. A na pytanie, czy dobro zwycięża, każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Ja zamykałam książkę z poczuciem smutku, współczucia, a przecież ta wizyta w innym świecie była wyjątkowo udana. Ale w zwykłym codziennym życiu wiele dobrych przecież rzeczy pozostawia w nas pewien żal i nostalgię…

Magdalena Kubasiewicz, Wszystko pochłonie morze, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

czwartek, 8 kwietnia 2021

Tajemnice przeszłości

Uwielbiam Pilipiuka, ale to zapewne już wiecie. Oczywiście, dzieła wychodzące spod jego klawiatury to niekoniecznie literatura wybitna, ale z tego zdaje sobie sprawę nawet autor, podśmiewując się sam z siebie i nazywając „Wielkim Grafomanem”. Niemniej opowiadania zwane „niewędrowyczowskimi” stanowią zdecydowanie czystą przyjemność dla czytelnika, a tak się składa, że niedawno Fabryka Słów wydała kolejny już, dwunasty tom pilipiukowskich opowieści, zatytułowany Czarna Góra.

W środku znajdziemy pięć historii, z czego cztery związane są ze znanymi nam wszystkim bohaterami z poprzednich książek. Tytułowa Czarna Góra przenosi nas do młodości doktora Skórzewskiego, medyka, który tak wiele razy otarł się już o niewyjaśnione i nadprzyrodzone, że niewiele może go już zaskoczyć. Tym razem jednak poznajemy go jako młodzieńca desperacko próbującego zdobyć fundusze na swoją edukację i na powrót z dalekiej Syberii. Zrządzeniem losu staje się posiadaczem mapy ze znaną nam wszystkim literką X i lokalizacją odległych złoży złota. Jednak na miejscu dowiaduje się, że wszyscy idący na Górę, sprowadzają na siebie nieszczęście… Co za tym stoi? To będzie pierwsza zagadka w życiu przyszłego doktora Skórzewskiego i śmiem twierdzić, że niełatwo wpadniecie na jej rozwiązanie. Ale jak to u tego autora – bohaterowie nic nie powiedzą nam wprost. Kolejne dwa opowiadania, Decha i Dwie czaszki przedstawiają perypetie kolejnego znajomka, Roberta Storma. W Desze Storm próbuje zrekonstruować losy jachtu Juliusza Verne’a, co ostatecznie doprowadzi go do znajomego już pokoju przesłuchań w warszawskiej siedzibie policji. Kłopoty ze strażą wiejską to również temat przewijający się przez Dwie czaszki, a w międzyczasie Robert i dwójka jego klientów próbuje odnaleźć zaginione przed laty czaszki ofiar niszczycielskich krzyżackich zapędów. Z rozpędu odwiedzimy nawet dawno niewidzianych praskich kiziorów i będziemy świadkami rozróby pod szwedzką ambasadą. Bardzo się cieszę, że i Robert, i autor wyleczyli się już z wyjątkowego dołka związanego z szarością i bezcelowością rzeczy obecnych – teksty są przyjemnie lekkie i zabawne.

Dwa ostatnie opowiadania są już niepowiązane z tymi najczęstszymi bohaterami niewędrowyczowskich opowieści Pilipiuka. GROM to historia alternatywna, czyli coś, co autorowi wychodzi wręcz znakomicie. Po pierwszej wojnie światowej powstaje niepodległa Polska, komendantem niezmiennie pozostaje Piłsudski, a ambasadorem Rosji w Warszawie następca tronu, carewicz Aleksy Mikołajewicz. Wszystko ładnie, ale zadaniem służb specjalnych jest teraz ochronienie „carskiego smarkacza” przed zakusami rozmaitych ugrupowań i narodów, które bardzo chętnie pozbyłyby się Jego Wysokości na terenie Warszawy. Uda się czy nie uda? Jako że to historia alternatywna, wydarzyć się może dokładnie wszystko i nie ma miejsca na nudę. Ostatni tekst, Jesienny sztorm, stanowi kontynuację jednego z opowiadań z poprzednich tomów, wracamy do magicznej Wenecji i Antonia Knota, uwolnionego wcześniej ze szpitala psychiatrycznego. Tym razem to on musi pomóc więzionej przez hitlerowców Malwinie… a czego germańscy oprawcy właściwie chcą od niego? Straszliwie podoba mi się klimat tej opowieści, autorzy książek o sprawach paranormalnych powinni się od autora uczyć!

Tym, co czyni teksty Andrzeja Pilipiuka tak dobrymi, jest ta niesamowita obecność nienazwanego w tle, a także biegłość, z jaką porusza się po minionych czasach. I choć czasami owa sentymentalna tęsknota zwłaszcza za carską Rosją może irytować, tak jednak w przypadku opisywania szczegółów tła daje niesamowite rezultaty. Nagle sami chcemy wyruszyć na rozmaite wyprawy celem odnalezienia rozmaitych artefaktów czy mitycznych przedmiotów, prowadzących do potwierdzenia starożytnych teorii i opowieści. Nagle sami pragniemy zapuścić się w zrujnowane zakątki rozmaitych miejsc, odwiedzić skrywające tajemnice cmentarze… Nagle sami zastanawiamy się, co by było, gdyby… I to chyba jest właśnie cel literatury – poruszyć w nas to, co siedzi ukryte. Andrzej Pilipiuk robi to znakomicie i już nie mogę się doczekać kolejnego tomu.

Andrzej Pilipiuk, Czarna Góra, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2021.