Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2026

Trupy, zagadki i Święta

Lubicie okres świąteczny? Dla części z nas to szansa, by usiąść i odetchnąć, oczywiście tuż po tym, jak spotkamy się z rodziną i ją nakarmimy albo na odwrót – to my zostaniemy nakarmieni. A kiedy już zalegniemy jak te niedźwiedzie w gawrze, możemy sięgnąć po jakąś książkę, makowczyk lub inny serniczek i po prostu oddać się słodkiemu lenistwu połączonemu z czytelnictwem. Nie wiem, jak w Waszym przypadku, ale mnie całkiem nieźle wchodzą też powieści „okołoświąteczne”, choć ostatnio w ramach oszczędności (także miejsca) postanowiłam sobie jednak dać na wstrzymanie. Kiedy jednak moja ulubiona czwórka autorek ponownie łączy siły, a upragniona książka wlatuje do mnie w ramach prezentu, jest to po prostu spełnienie marzeń!

Cztery trupy w barszczu już nie tylko tytułem, lecz i tekstem na okładce informują nas, że „Każde święta mają swoją magię, a każda bohaterka swojego trupa”, więc doskonale wiemy, na czym tym razem skupiły się moje ulubione autorki UF: Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz – będzie kryminalnie, a nawet krwawo (w kocu ten barszczyk zobowiązuje...). Można podsumować to jednym słowem – idealnie. A może nawet wpadniemy do kogoś znajomego?

I tak w przypadku Jak długo mieszać bigos? Marty Kisiel rzeczywiście spotykamy ekipę związaną z pewnymi nietypowymi paniami, skrywającymi swą prawdziwą naturę, Kirą, Filomeną i Tomirą, a także ich partnerami i przyjaciółmi. Cała paczka zamierza spędzić Święta w dosyć klimatycznej miejscówce, żeby zrobić przyjemność Sebie, pragnącemu bardzo nietypowego prezentu: LARPa w klimacie pewnej powieści. Niełatwo do tego jednak przekonać kochanych przyjaciół, zwłaszcza tych, którzy ewidentnie nastawiają się mocno świątecznie i nawet choinkę przywieźli! Zresztą, co tam choinkę – jedzonko też! I nikt nie spodziewa się, że taki bigos doprowadzi do wydarzeń zgoła nieoczekiwanych i z piekła rodem!

Kołtun zimowy Mileny Wójtowicz z Dolnego Śląska przenosi nas na Mazury, gdzie poznajemy wiedźmę-fryzjerkę, Pati, jej rodzinę i przyjaciół. Pati jest czarownicą lokalną, szanowaną i znaną w całej okolicy z tego, że pomocy (zwłaszcza popartej dobrym argumentem finansowym) nigdy nie odmawia. Jednak niektóre zagadki i problemy wymagają nietypowych interwencji i rozwiązań, a do tego – oprócz sił paranormalnych – należy zagonić całą społeczność!

Typowym tekstem świątecznym jest historia Anety Jadowskiej Morderstwo i białe Święta. Oto Greta, policjantka, która prawdopodobnie pożegna się z czynną służbą (a przecież nie ma w życiu nic innego), zostaje wezwana przez dawno niewidzianą ciotkę do pomocy w rozwiązaniu zagadki morderstwa w małej miejscowości, gdzie kobieta niegdyś mieszkała. Na miejscu, prócz zbrodni, czeka interesujący mężczyzna i odwiecznie zawirowania okołoświąteczne. Pytanie tylko, czy sama atmosfera, pierogi i ogólne ciepełko zasadniczo rodzinne wystarczą, by wpłynąć na dalsze życie naszej bohaterki? No i kto jest tym mordercą, kurczaki.

Święta na pełnej hallmarkowej... no wiecie czym... serwuje nam za to Magdalena Kubasiewicz w Wymarzonych Świętach domowika, dziejących się w domu Jagody Wilk w Bromierzyku. Po raz kolejny uczennica naszej specjalistki od klątw, Sonia, wpada na szatański pomysł – tym razem pragnie przygotować Święta. Jednak nawet uzyskanie zgody Jagi nie gwarantuje powodzenia, bo do tego należy również przekonać domowika, nie do końca pojmującego koncepcję dekoracji, nastroju i wszystkiego, co ze Świętami związane. Co zatem robi Sonia? Częstuje domowego demona kolekcją filmów hallmarkowych, ze wszystkimi ich wadami, zaletami i tropami... a to może się skończyć... ciekawie.

Umówmy się, sięgając po antologię zawierającą teksty tych czterech autorek, nie sposób się rozczarować, bo to solidne rzemiosło w ukochanym klimacie, nawet jeśli czasami elementy fantastyki są bardzo subtelne. Mam jednak swoje ulubione opowiadanie, a jest nim Kołtun zimowy – chyba właśnie ze względu na atmosferę, magiczny klimat tej małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, i tę cienką granicę między światem rzeczywistym i pozazmysłowym. Teksty Mileny na ogół kojarzą mi się raczej z humorem i lekkością, a tutaj jest nieco inaczej i bardzo, ale to bardzo mi to odpowiada. Zdecydowanie chciałabym przeczytać całą powieść o tych bohaterach, bo jakkolwiek kocham Sabinkę et consortes, to chwilowo cierpię na ich przesyt. Może kiedyś mi się to marzenie spełni?

Jest zima, długie wieczory, okres okołoświąteczny... warto, naprawdę warto usiąść właśnie z Czterema trupami... To opowieści zasadniczo lekkie i przyjemne, zaspakajające apetyt na magię i klimaty typowo zimowe i bożonarodzeniowe, których wprawdzie czujemy czasem w tym okresie przesyt, ale też którym warto się naładować niejako „na zapas”. Miłej lektury – może z kubeczkiem barszczyku w dłoni?

Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Cztery trupy w barszczu, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 5 lipca 2024

W magiczną, długą noc...

Wreszcie udało mi się przeczytać książkę o właściwej porze roku! Właśnie minęła bowiem Noc Kupały, kto miał szukać, ten szukał – może też i znalazł... A co? No oczywiście, że kwiat paproci!

Taki tytuł nosi bowiem antologia wydawnictwa Mięta, do której zaproszono dziesięć autorek: Paulinę Hendel, Anetę Jadowską, Martę Kisiel, Martę Krajewską, Agnieszkę Kulbat, Katarzynę Berenikę Miszczuk, Martynę Raduchowską, Jagnę Rolską, Małgorzatą Starostę i Annę Szumacher. Spod ich piór wyszło dziesięć opowieści, mniej lub bardziej nawiązujących do słowiańskich klimatów, a czasami też umożliwiających czytelnikom wizytę u bohaterów, których znamy z rozmaitych cyklów.

Paulina Hendel zaprasza nas w odwiedziny u Egona, którego prześladuje upierdliwa sąsiadka, zawracająca głowę i przynosząca pączki. I jakkolwiek pączki mogłyby zostać, tak Egon na czcze rozmowy kompletnie nie ma czasu, bo ktoś musi rozprawić z mieszkającymi w okolicy słowiańskimi demonami. Jak sobie zatem poradzi? Łatwo na pewno nie będzie!

Sezon na nowożeńców Anety Jadowskiej to powrót do Thornu, a przynajmniej w jego okolice. Będziemy mieli okazję ponownie spotkać Dorę Wilk i przeżyć wraz z nią kolejną przygodę, rozgrywającą się w dość nietypowej scenerii ośrodka przyjmującego głównie pary i przeważnie na miesiąc miodowy (pierwszy lub nasty). Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie zapraszałby tam Namiestniczki, więc – jak łatwo się domyślić – właścicielka przybytku ma kłopoty. Goście znikają, a to nie wróży nic dobrego. Dora musi zatem użyć swoich rozlicznych talentów i dotrzeć do sedna problemu.

Ze starą znajomą spotkamy się także w Kukuku Marty Kisiel. Jeśli pamiętacie cykl o wrocławskich mojrach, z radością poznacie wcześniejsze przygody Jagi Tupatajkowej, szykującej się na polecenie lokalnego kaowca do obchodów sobótki. Jednak w taką magiczną noc należy być ostrożnym, bo można obudzić to, czego obudzić się nie chce.

Maliny na śniegu Marty Krajewskiej to wycieczka do średniowiecza, a może raczej krainy fantasy, opwiadająca o losach Nieradki, żony smolarza. Jej codzienność to typowa codzienność kobiety w miejscach odosobnionych i zapomnianych, w dodatku w sytuacji, kiedy jest całkowicie zależna od męża. Zdobywa jednak bardzo nieoczekiwanego sojusznika i... coś się zmieni.

Tekst Agnieszki Kulbat również pozostaje w klimacie słowiańskim, będziemy mieli do czynienia z wojami, pięknymi dziewojami, ale też emocjami i chęcią zemsty – nie zawsze na tym, kogo ta zemsta powinna dosięgnąć. Podobnie u Martyny Raduchowskiej, choć to bardziej klasyczne fantasy opowiadające o odległych krainach i niesamowitych stworzeniach, a także o tym, do czego może się posunąć człowiek zazdrosny, pożądający tego, co jego być nie może.

Wraz z Noc nas tu zastanie Katarzyny Bereniki Miszczuk wrócimy jednak do okoliczności nieco bardziej współczesnych, a już na pewno do bardziej współczesnych form rozrywki, bo nie bez powodu na początku opowiadania została przytoczona definicja slashera. Podejrzewam nieśmiało, że po przeczytaniu tego tekstu każdy będzie się zwijał ze szlaku przed zmrokiem...

Wiedźmi kamień Jagny Rolskiej przeniesie nas znowu w bardziej historyczne dekoracje, na Hel w 1878 r., do wsi bogobojnych rybaków i ich wyrozumiałego duszpasterza. Niesamowity dar umożliwi mu zajrzenie na drugą stronę... czy to jednak dobrze? A może istnieje coś, dla czego zdecydowanie warto zaryzykować?

Do starych znajomych zajrzymy również w tekście Małgorzaty Starosty, gdzie wrócimy do szalonego Babiboru i jego nie mniej zwariowanych mieszkańców, przygotowujących się do świętowania Kupały, oczywiście z księdzem i batiuszką na czele! Równie współcześnie, choć nieco inaczej, jest w przypadku Na kwiatu urok Anny Szumacher, gdy niejaki Szymon, uporządkowany pracownik korporacji, musi się zmierzyć z nieoczekiwanymi konsekwencjami magicznej nocy.

Stali bywalcy Rozdroży wiedzą, że do antologii podchodzę stosunkowo ostrożnie, jednak Kwiat paproci mogę zdecydowanie, z czystym sercem polecić. Nawet najsłabsze teksty zbioru (a to dla mnie Na kwiatu urok i REM-X) czyta się bezboleśnie, a wręcz zaskakują. Bardzo ucieszył mnie powrót Jagi Tupatajkowej, bo cykl wrocławski kocham miłością szczerą i prawdziwą, niesamowicie z kolei zadziwiła mnie Kasia Miszczuk, po której wcale nie spodziewałam się tak udanego opowiadania grozy! Wiecie, że lubię jej powieści, ale odbiegają one jednak nieco klimatem od tego, co zaserwowała nam w Noc nas tu zastanie. Naprawdę, jestem szczerze zaskoczona tym, jak wyrównany poziom mają te teksty i nawet jeśli ich akcja rozgrywa się w niekoniecznie lubianym przeze mnie settingu, zapominałam o tym już po kilku stronach, pochłonięta losami bohaterek i bohaterów.

A zatem czytajcie! Zwłaszcza teraz, kiedy dni ciągle są długie!

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie, wyd. Mięta, Warszawa 2023.

wtorek, 26 września 2023

Słowiańska... groza?

Niełatwo jest napisać dobry horror – trzymający w napięciu, nieprzesadzony, odpowiednio wyważony, by nie wyszła z tego opowieść gore. Jeszcze trudniej napisać dobre opowiadanie w tym klimacie – autor dysponuje wszak mniejszą liczbą znaków i trzeba talentu, by wszystko zaczęło się odpowiednio układać. Z ciekawością podeszłam zatem do Żertwy – antologii słowiańskiego horroru, piątej odsłony projektu pod tym samym tytułem. Tematyka słowiańska jest ostatnio bardzo popularna, pisałam tu choćby o zeszłorocznej Nawii, a wszystkie nasze pradawne stwory więcej niż zachęcają do potraktowania ich jako zagrożenia i źródła grozy.

W zbiorze znajdziemy szesnaście opowiadań, niektórzy autorzy zdecydowanie są znani polskim fanom fantastyki, o kilku jeszcze nie słyszałam, ale sądzę, że nieraz usłyszę – i bardzo dobrze (największym odkryciem są dla mnie Agnieszka Kwiatkowska i Jakub Bielawski). Każdy z nich podjął nieco inną tematykę, zahaczając w nieco odrębny sposób o tę naszą tytułową żertwę – ofiarę. I tak Anna Maria Wybraniec w Czerwonej grządce, białych kurczątkach wykorzystuje wątek przemiany, kobiet, chorób i wierzeń ludowych, ciekawie ubarwionych cytatami z Zagadek ludowych Glogera, nadających tekstowi swojskiego kolorytu. Jednak już Bartłomiej Fitas, choć także pozostający w obrębie zamkniętej, klaustrofobicznej społeczności, sięga po tropy bardziej uniwersalne, przywołując tak popularny w naszym kręgu kulturowym motyw Pani Śmierć, aczkolwiek w wydaniu słowiańskim. Lalunia Michała Stonawskiego rozgrywa się z kolei w Krakowie, a zatem wędrujemy do wielkiego miasta, z jego patologiami i sposobami na rozwiązywanie problemów. A także do ich przyczyn – czasami ukrytych pod wieloma wiekami nowej tradycji. Dawid Kain w swoim Monumencie odwołuje się do bardzo znanego motywu, osadzonego w bliskich nam dekoracjach międzyblokowych, ale Jakub Bielawski wraca do klimatów wiejskich, w dodatku nieco czasowo odległych (choć nie tak bardzo). Na zażar to typowa opowieść o przybyszu odkrywającym pewne rzeczy, które przyszły za ludźmi, i zastawiającym się, kto jest właściwie groźniejszy. Mam wrażenie, że Opętusy Tomasza Krzywika także nawiązują do podobnych wątków i stworzeń żywiących się ludzką energią, a wrażenie to potęguje fakt, że teksty są umieszczone tuż po sobie. Pani piękna jak księżyc Dagmary Adwentowskiej przenosi nas do odległej przeszłości, kiedy to chrześcijaństwo jest czymś nowym i bawi się odwiecznym motywem kobiecej zazdrości, ubarwionym nutą grozy. 

Do naszego stulecia powracamy w Panience z okienka Agnieszki Kwiatkowskiej, opowieści o osadzie zagubionej wśród lasu, gdzie trzeba się nauczyć żyć ze stale wiszącym nad głową zagrożeniem. Pielgrzym Radosława Jarosińskirgo przedstawia spotkanie z nieznanym w samym środku normalnej egzystencji, krótkiego, acz odmieniającego życie na zawsze. Prawdziwe powołanie Kazimierza Kyrcza Jra i Macieja Szymczaka to już jednak tekst o długotrwałym wpływie, o odwiecznej walce tradycji i konflikcie wiar. Maciej Kaźmierczak w swoim Świat się zmienia wspomina o prawdziwej żertwie w alternatywnej rzeczywistości i poświęceniu, nadającym wartość każdej ofierze. Tylko trzy noce Piotra Borowca to powrót do tych małych miejscowości, gdzie klątwy nadal mają znaczenie, a wyrządzone zło może zostać pomszczone zza grobu. Wojciech Gunia zajął się motywem odmienności. W dół rzeki nawiązuje do pewnych baśniowych motywów i jednocześnie do tego, jak bardzo ludzie boją się nieznanego. Zawżdy zwycięży Marka Zychli to blokowe urban fantasy z przywoływaniem pradawnych bogów i ofiarami (ze zwierzaków – trigger warning). Brnąc przez kosodrzewinę Artura Grzelaka przywołuje klimat fantasy, a Gdybym tylko mogła latać Mariusza Wojteczka stanowi bardzo zgrabną klamrę zamykającą tom, bo podobnie jak pierwszy tekst, dotyczy zmiany, kobiet i dawnych wierzeń, nadal żywych w małym środowisku wiejskim.

Po raz kolejny nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że niektóre opowiadania nie należą do najlepszych (choćby Pielgrzym), sprawiają wrażenie umieszczonych w zbiorze, bo zostały nadesłane i są w miarę na temat. Prawdziwą słowiańskość czuć w stosunkowo niewielu – ten klimat najbardziej zachwycił mnie w Pani pięknej jak księżyc czy Tylko trzech nocach lub Panience z okienka. Najbardziej rozczarowało mnie opowiadanie Michała Stonawskiego, autora chyba najbardziej mi znanego, które jest mocne – i owszem, ale moim zdaniem pewne brutalne sceny zostały tam umieszczone głównie ze względu na ich wartość szokującą, a cała słowiańskość została dodana akurat, by pasowała do tematyki tomu. Epilog wydaje się kompletnie z czterech liter i na siłę, a szkoda, bo to warsztatowo dobry tekst. Znacznie lepszy klimat czuć choćby w Kondukcie chorych dusz Fitasa, równie dobrym pod względem pisarskim.

Najbardziej drażni mnie jednak to, że część tekstów to bardziej fantastyka niż horror. Horror ma przecież wywołać uczucie grozy, niepokoju, ale też może szok czy obrzydzenie. I tu kompletnie nie pasuje mi chociaż Brnąc przez kosodrzewinę, będące raczej typowym fantasy, podobnie zresztą jak W dół rzeki czy Pani piękna jak księżyc. Wspomniana już przeze mnie Laleczka to bardziej urban fantasy, identyczne wrażenie mam przy Zawżdy zwycięży (choć to dość płynna granica). Prawdziwą grozę czuję tylko przy kilku opowiadaniach – i tutaj właśnie pojawiaja się po raz kolejny Panienka z okienka i Tylko trzy noce czy Na zażar. Oczywiście, to kwestia bardzo indywidualna, ale gdyby na okładce widniał podtytuł Antologia słowiańskiej fantastyki, nie miałabym tutaj uwag.

Myślę jednak, że mimo wszystko warto zajrzeć do tej pozycji, bo są tam teksty, które zostają z czytelnikiem na dłużej, niezłe pomysły i ciekawe nazwiska. A kto wie, może następna część będzie już bardziej przerażająca?

Żertwa. Antologia polskiego horroru, Wydawnictwo IX, Kraków 2021.

wtorek, 25 lipca 2023

Magiczny rok

Wiecie, że do antologii mam stosunek mocno mieszany, jednak kiedy za pisanie zabiera się czwórka moich ulubionych autorek, jestem więcej niż gotowa dać jej szansę. W Czterech porach magii znajdziemy teksty Anety Jadowskiej, Marty Kisiel, Magdaleny Kubasiewicz i Mileny Wójtowicz. Jak sugeruje tytuł, każda napisała jedno opowiadanie, a każde z nich poświęcone zostało innej porze roku.

Książkę otwiera Cicha woda Mileny Wójtowicz, osadzona w świecie Sabinki i Piotrusia, ale tym razem dotyczące zabójczo skutecznej przyjaciółki naszej strzygi, Ewci Ewent. Co tym razem ogarnia Ewunia? Ano ślub – i tak, ma być perfekcyjny, chociaż jest właśnie środek obrzydliwego marca, a jeden z członków rodziny pana młodego usiłował właśnie ukatrupić pannę młodą! Pomoc Sabinki okaże się jednak absolutnie niezbędna, jako że specjalistka od BHP wie, jak się chronić przed rozmaitymi zagrożeniami, ale ta wiedza wynika z tego, że ma świadomość, jak zaszkodzić. Będzie krwawo!

Żar i wicher Magdy Kubasiewicz przywołuje letni upał, zapach zboża, gotowego do zżęcia, ten bezruch gorącego dnia, gdy wszyscy uciekają z pola w cień... Wędrująca czarownica Sara znajduje w pszenicy ofiarę zabójczych temperatur, choć już wkrótce okazuje się, że to niekoniecznie one zaszkodziły młodemu rolnikowi. Czy będzie w stanie pomóc mieszkańcom wioski, którzy ewidentnie starają się coś przed nią ukryć? Co więcej – czy, dochodząc w końcu do sedna sprawy – zechce im pomóc? Ta historia osadzona jest w świecie Polanii, więc – podobnie jak w przypadku pozostałych tekstów z tego uniwersum – nic nie będzie tak proste i oczywiste, jak by mogło się wydawać. Ale sprawiedliwości stanie się zadość.

Jesienne opowiadanie zostało, rzecz jasna, napisane przez Anetę Jadowską. Bohaterką Listopadowych dzieci jest Dora Wilk, namiestniczka Thornu, która niespodziewanie dostaje wezwanie... na cmentarz, gdzie awanturuje się facet ze strzelbą, zarzucający komuś porwanie i morderstwo... i to nie jednego, ale kilku małych chłopców! Do Dory należy ustalenie, gdzie kryje się prawda, a to będzie wymagało olbrzymiego wysiłku, również emocjonalnego...

Zimowy tekst Marty Kisiel – Jak długo trawi lew – to dla odmiany urocza i zabawna opowieść o trzech przyjaciółkach z nieoczywistą przeszłością. Jedna z nich musi pozbyć się swojego małżonka, acz analiza sytuacji jasno udowadnia, że kobietki powinny uśmiercić właśnie ją samą! Ale jak to zrobić, żeby nie rzucić podejrzeń na ślubnego, a ten idiota sam się wepchnął na potencjalnie zabójczą imprezę sylwestrową?! I czy na pewno tak niewinnie szukał informacji, ile czasu dużemu kotu zajmuje strawienie zdobyczy?

Jeśli wszystkie antologie wyglądałyby w ten sposób, zapewne całkowicie wyzbyłabym się swojego bardzo nieufnego podejścia. Oczywiście, jeśli opowiadania zawarte w zbiorze wyszły spod pióra (klawiszy) ulubionych autorek, nietrudno bawić się przy nich naprawdę dobrze, ale przecież każdemu zdarzają się teksty słabsze. Nie w tym przypadku, choć zaskakująco, najbardziej podoba mi się historia Magdy Kubasiewicz, nie tylko znacznie bardziej poważna od pozostałych, ale także przywołująca atmosferę letnich, lepkich od upału dni tak dobrze, że człowiek odruchowo leci po szklankę zimnej wody i kryje się w cieniu. Jednak jako całość Cztery pory magii są cudownie zbalansowane i stanowią po prostu kawał dobrej literatury – przy której można się pośmiać, ale też i zatrzymać, pomyśleć...

Cztery pory magii, wyd. SQN, Kraków 2023.

wtorek, 5 lipca 2022

Opowieści z Krakowem w tle

Wielu znajomych zachwalało antologię Neolegendy krakowskie. Wprawdzie mam już trochę dość zbiorów opowiadań (o czym dobrze wiecie), ale niektórych rekomendacji po prostu nie da się zlekceważyć i tak oto weszłam w posiadanie tego tomiszcza (w dodatku w twardej oprawie!).

Książkę otwierają wstępy... Tak! Nie jeden, nie dwa, ale dokładnie osiem, napisanych nie tylko przez literaturoznawców (w tym zmarłego niedawno, wiele poważanego w fandomie, Mirka Gołuńskiego), ale także autorów piszących teksty o takim klimacie, tworzących opowieści będące nowymi legendami, a przynajmniej mające szansę takimi się stać. Wstępy zawierają nie tylko wyjaśnienie samego pojęcia (zresztą bardzo – moim zdaniem – pobieżne), ale też skupiają się na tym, co obecnie wydaje się legendarne i jak w nowych czasach owe legendy się tworzą; jak najprostsze rzeczy prowadzą do powstania tego rodzaju opowieści i wreszcie jak niewiele trzeba, by taką wykreować (jestem przewodnikiem, coś na ten temat wiem). Legendy pomagają nam oswoić dane miejsce, uczynić go swoim, nadać mu głębszego tła. I nie, nie są tylko opowieściami z odległej przeszłości, powstają cały czas, niemal na naszych oczach...

Antologia zawiera 15 opowiadań, mnóstwo lektury, pozwolę sobie zatem pokrótce je wymienić. I tak zbiór otwiera tekst Pawła Majki, Materiam superabat opus, nawiązujący do znakomitego krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego. To osadzona w alternatywnej rzeczywistości opowieść o ocaleńcach z zagłady i ich wspomnieniach o mieście, o przeszłości, którą pozostawili za sobą, wreszcie o duszy danego zapomnianego świata. Szarkań Lecha Baczyńskiego koncentruje się na przeszłości, z której utkano niejedną legendę: historii Jadwigi Andegaweńskiej (znacie tę o stópce?), wzbogaconej o pewne fantastyczne elementy (i masakrycznie zastosowany współczesny język bohaterki przy stylizacji wszystkich pozostałych – uch, ależ mi to przeszkadzało przy czytaniu!). Katarzyna Ophelia Koćma snuje opowieść o Alei Gąsienic. Poznajemy w niej Edgara Krukowskiego, zjawiającego się w Krakowie, by objąć spadek po nieznanym krewnym i odkrywającego coś bardzo niesamowitego na temat okolicy, w której znajduje się odziedziczony dom. Kompletnie inny klimat przywołuje Michał Tomczyk, przedstawiając w tekście I jeden dzień dłużej apokaliptyczną wizję końca świata z drobnymi przeszkodami, związanymi z pewnymi wydarzeniami z przeszłości.

Inna królewska historia to opowiadanie O tym, jak król Zygmunt przeniósł stolicę do Warszawy, acz jego bohaterem nie jest monarcha, a niejaki (znany skądinąd fanom fantastyki) Michał Sędziwój. Poszukiwania odwiecznego sekretu transmutacji prowadzą nas w różne zakamarki Europy i wikłają w niejedną awanturniczą przygodę. Olga Niziołek w Miastowymiarach krótko, acz treściwie przedstawia świata widziany z kilku perspektyw i historię pewnego ruchu oporu. W niewesołym Smokołapie Adam Groth przydaje naszej rzeczywistości magicznych elementów w postaci niecodziennych szkodników – wszak bohaterowi w piwnicy zalęgł się smok! Niesamowite stworzenia pojawiają się także w Czasie mamutów Agnieszki Bar, opartej na faktach opowieści o odkryciu dokonanym pod kopcem Kościuszki i jego niesamowitych konsekwencji. Także Kazimierz Kyrcz Jr. opisuje pewne niespotykane stworzenia, zabierając nas na spotkanie z dość nietypowymi mieszkańcami miasta w Żywych skamielinach.

Do kolejnej legendarnej historii (i pewnej teorii spiskowej) nawiązuje Paweł Dybała w Zaklinaczu świata i szumu, prowadząc nas nie tylko na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, ale także przenosząc się w przeszłość wraz z hejnałem. Nieco bardziej przyziemna Legenda o Sławku Popromiennym Krzysztofa Rewiuka to zapis kilku miesięcy z życia młodego chłopca, przywołujący klimat lat 80., czasy marzeń o gumie do żucia i obaw po katastrofie czarnobylskiej. Wszystkie grzechy Walerii Schulz wyliczone przez Anetę Pazdan prowadzą nas prosto w bardzo mroczne zakamarki ludzkiej duszy, zrodzone z krakowskiej legendy. Schody Izabeli Grabdy także nawiązują do opowieści związanej z kościółkiem św. Wojciecha na krakowskim rynku, a my mamy okazję się dowiedzieć, jak pozyskać prawdziwą miłość. Michał Stonawski zabiera nas w rejs po Wiśle, tytułowy Ostatni rejs Jonasza. Zaprowadzi nas on do świata duchów, ofiar i pradawnych rytuałów, a wszystko to w cieniu wawelskiego wzgórza. Wreszcie ostatnią, interesującą opowieść, związaną z jednorożcem i odwieczną walką dobra ze złem, przedstawia nam Marcin Tomasiewicz w Piecie, gdzie wraz z głównym bohaterem poznajemy historię miłości i nienawiści.

Będę szczera: nie wiem, co sądzić o tej antologii. To, że teksty są nierówne pod względem literackim, nie stanowi dla mnie żadnego zaskoczenia, bo o tym wielokrotnie już pisałam w wielu recenzjach (choć nadal nie rozumiem, co w książce robią wyjątkowo słabe Żywe skamieliny). Większość trzyma jednak przyzwoity poziom, a kilka jest naprawdę dobrych (moi osobiści faworyci to Pieta oraz Zaklinacz światła i szumu). Jednak niektóre wydają się tam umieszczone zupełnie z przypadku, bo i mogłyby się rozgrywać wszędzie, a Kraków to tylko dekoracja, przywołana po to, by tekst pasował do tematu zbioru – należą do nich Aleja Gąsienic i Miastowymiary, a częściowo też I jeden dzień dłużej. Szczęśliwie przeważają te inspirowane czy to legendarnymi, czy to faktycznymi wydarzeniami z przeszłości Krakowa, a kilka nawet detalami architektonicznymi (Materiam superabat opus i Smokołap). Ale najbardziej przeszkadza mi w tej antologii brak owego poczucia „legendarności” w co najmniej połowie przypadków – to opowiadania lepsze lub gorsze, ale brakuje w nich tej głębi i ponadczasowości sprawiających, że opowieść przekształca się w legendę i najlepiej widać to chyba w przypadku Legendy o Sławku Popromiennym, niezwykle sprawnie napisanego wspomnienia z czasów młodości, jednak – poza tytułem – kompletnie nie przywołującego esencji, którą powinien zawierać taki właśnie gatunkowo tekst. Innym przykładem jest Ostatni rejs Jonasza, znowu - historia wciągająca i ciekawa, ale będąca w moim odczuciu „zaledwie” fantastyką.

Myślę, że gdyby antologia została po prostu zatytułowana Opowieści krakowskie, byłaby dla mnie znacznie bardziej przystępna, bo nie nastawiałabym się na teksty cechujące się czymś więcej niż tylko wykorzystaniem legendarnych i fantastycznych motywów. Jednak stało się inaczej i jestem trochę rozczarowana. A przecież kilka opowiadań było naprawdę znakomitych! Spróbujcie – i podzielcie się potem swoimi wrażeniami!

Neolegendy krakowskie, wyd. Stalker Books, Olsztyn 2021.

I jeszcze legendarna stópka Jadwigi...

środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Silna... w gębie?

Antologie potrafią być wspaniałe, potrafią być absolutnie nierówne, potrafią być kompletnie nijakie. Z tego powodu zazwyczaj miewam co do nich bardzo mieszane uczucia, a takie nastawienie potrafi nie tylko oszczędzić rozczarowań, ale też prowadzi do sympatycznych niespodzianek. Ostatnio wpadła w moje łapki Silna, wydana przez Zieloną Sowę, będąca zbiorem opowiadań koncentrującym się na dziewczętach w sytuacjach różnych.

Sześć tekstów napisanych przez sześć autorek podejmuje temat problemów, z jakimi mierzą się nastolatki. Przyznam, że wcześniej znałam jedynie Anetę Jadowską i Katarzynę Berenikę Miszczuk, z ciekawością zatem sięgnęłam po lekturę, bo zawsze miło poznać nowe nazwiska, po które pewnie człowiek raczej przypadkowo w księgarni by nie sięgnął. Każda z autorek zajmuje się nieco inną literaturą, nic zatem dziwnego, że otrzymujemy ciekawy misz-masz gatunkowy, każde opowiadanie jest kompletnie inne, podchodzi do zagadnienia owej tytułowej Silnej zupełnie inaczej. Zresztą, ów motyw przewodni antologii jest pretekstem chyba nawet bardziej niż zwykle, bo wyciągnąć z enigmatycznego przymiotnika można bardzo wiele. Jaki pomysł zatem miały autorki?

Miła już byłam Anny Cieplak to opowieść o codzienności studentki, harcerki, opiekunki na obozie, która mierzy się nie tylko z problemami swoich wychowanków, ale także własnymi. To tekst o takim zwykłym, normalnym życiu, o tym, co niejeden z nas również przeżywał/przeżywa. Brakuje mu może jakiegoś mocnego zamknięcia, ale w kontekście opisywanych normalnych, zwykłych dni to nawet pasuje, bo przecież takim zakończeniem może być tylko śmierć. A to nie Agatha Christie.

Natalia Fiedorczuk proponuje nam Silną, tekst o problemach szkolnych nie tylko bohaterki, ale i jej brata. I chociaż podobnie jak w przypadku Miłej mamy do czynienia z codziennością, tu wydaje się ona żywcem wyjęta z nastoletnich opowieści o tej strasznej szkole. Tu nie ma sprawiedliwych, tu nie ma postaci pozytywnych (a przynajmniej ja sobie ich po dwóch dniach od lektury nie przypominam), ostatnia prawa ostaje się zaledwie Dorota, a to jest, niestety, piekielnie nudne. Co więcej, brak konkretnego zakończenia nie wpasowuje się tak dobrze w treść jak u Cieplak, wydaje się, że autorka po prostu wyczerpała limit znaków i postanowiła postawić ostatnią kropkę kompletnie bez pomysłu.

Na Anetę Jadowską można liczyć zawsze, bo to rzemieślniczka doskonała, zatem po fiasku Silnej bardzo cieszyłam się, że kolejny w antologii jest Duch w szafie, a jego bohaterką znana fanom Anety Kurczaczek, córka Witkaca. Tym razem to ona bierze sprawy w swoje ręce, kiedy przyjaciela zaczyna nawiedzać wyjątkowo nieprzyjemny i złośliwy duch. To opowieść o nietolerancji, o tym, jak niewiele trzeba, by człowiek się załamał. Proste, choć dobrze napisane opowiadanie, które skłania do przemyśleń.

Kolejna znana mi autorka to, jak wspominałam wcześniej, Katarzyna Miszczuk. Kilkakrotnie już na tym blogu pisałam, że mam do jej twórczości mieszane uczucia, ale potrafi mnie cały czas zaskakiwać (jak choćby wspominaną niedawno Drugą szansą). Somnia to tekst o niepełnosprawności, oparty na banalnym pomyśle, klasycznej zabawie koncepcją snu, w którym odbijają się nasze problemy. To lekkie do czytania opowiadanie, choć ogólnie dosyć słabe.

Czerwona sukienka Agnieszki Płoszaj to z kolei bardziej sensacyjne podejście do tematu przewodniego antologii. Główna bohaterka to policjantka ze smutną przeszłością, posiadająca niezwykły dar, który pozwala jej wprawdzie na odnoszenie sukcesów w pracy, ale sprawia również, że codzienność może być prawdziwą klątwą. To chyba drugi mój ulubiony tekst w Silnej i myślę, że z przyjemnością sięgnę po inne pozycje tej autorki, bo choć miejscami przeszkadzają mi w Sukience pewne stereotypy, tak ogólnie to niezłe opowiadanie.

Mam problem z Dziewczynami, które boją się ciemności Dominiki Słowik, bo gdzieś już ten tekst czytałam. W ubiegłym roku przerobiłam całkiem sporo antologii, część była również pożyczana, więc ciężko mi teraz je przeszukać. Pamiętam jednak, że wrażenie miałam po tej lekturze podobne: bardzo wolno się rozkręca, a końcówka jest kompletnie z czterech liter. Klimatycznie postapo, chętnie przeczytałabym coś więcej o tym świecie, zrozumiała jego reguły, bo jesteśmy wrzuceni w sam środek opowieści, nie wiemy, o co chodzi, i już, niestety, się nie dowiemy. To dekoracje do... bogowie wiedzą czego, bo tekst jest słabiutki i właściwie o niczym.

No i wychodzi na to, że mam problem z tą książką. W założeniu antologia miała opowiadać o problemach nastolatek, pokazywać, jakie są silne, trudne do stłamszenia, jednak tej siły tam za bardzo nie widać. Dwa teksty są po prostu dobrze napisane, ale reszta generalnie wydaje się kompletnie przypadkowa, napisana (nomen omen) na siłę, ot tak, by można było coś oddać (albo i oddać tekst wcześniej publikowany). Natknęłam się gdzieś na hasło reklamowe: „Jesteśmy silne, nie ma w nas zgody!”, ale nie widzę tego kompletnie w samych opowiadaniach, poza tymi dwoma dobrymi. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka została wydana po prostu na fali Strajku Kobiet i tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to szczerze Wam radzę: nie warto. Jest tyle dobrych innych książek o silnych dziewczynach!

Silna, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2021.

środa, 6 stycznia 2021

Hardo i baśniowo

Sama nie wierzę, ale wychodzi na to, że kolejna recenzja znowu będzie dotyczyła antologii. Zdecydowanie schyłek roku obfituje w zbiory opowiadań! Tym razem omówimy sobie Harde baśnie, kolejną kompilację tekstów grupy Harda Horda. Rok temu ukazał się ich debiutancki tom, teraz w ręce czytelników trafia równie gruba książka, tym razem jednak skoncentrowana na baśniach.

Baśnie (a także legendy) są jednak potraktowane miejscami dosyć pretekstowo, bo użyczają imion czy nazw albo postaci-archetypów wykorzystanych przez pisarki w sposób zupełnie przewrotny. Zważywszy na to, że cała Horda skupia się tematycznie wokół szeroko rozumianej fantastyki, a ta od zawsze jest jedną z cech charakterystycznych dla baśni, próba wydaje się jak najbardziej uzasadniona, a eksperyment nader ciekawy. Jednakże teksty, które dostajemy, są baśniami współczesnymi, a pewne schematy pojawiające się w literaturze czy opowieści ludowej zostaną nierzadko przekształcone w sposób raczej nieoczekiwany (chyba że jest się czytelnikiem zawsze doszukującym się dziury w całym). W efekcie kolejne podejścia różnią się od siebie nie tylko tematyką, ale i formą, co jak zawsze – może być olbrzymią zaletą, ale też i wadą. Jak wypada to w Hardych baśniach?


Najbardziej baśniowa jest dla mnie opowieść Marty Kisiel – Idzie, powtarzał wiatr, choć można też powiedzieć, że to takie pomieszanie baśni i fantasy. Zaraza, książę, wiedząca oraz ten kwitnący biały bez… Bardzo silnie widać w tekście konflikt dobra i zła, choć czasami jedno i drugie ma bardzo zatarte granice. Czyta się równie doskonale i jest to jeden z moich faworytów w tej antologii. Równie charakterystyczny jest Demon w studni Ewy Białołęckiej, traktujący o mocy słowa i wyobrażenia. Tutaj z kolei odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia ze świadomą zabawą koncepcją mitu – z zaskakującym twistem na zakończenie. Tekst jest niedługi, ale bardzo dobry, iście magiczny. Baśnią jest również Białe Aleksandry Zielińskiej, traktujące ponownie o zarazie, tym razem jednak takiej kojarzącej mi się dosyć mocno z Piknikiem na skraju drogi albo i opowieściami czarnobylskimi. Autorka wspomina o zafascynowaniu Brzydkim kaczątkiem, ja z kolei widzę tam echa Królowej śniegu. Czyta się świetnie, ale przy niektórych opowiadaniach wydaje się odrobinę… nijaki.

Również na poły fantasy, na poły baśniowo-legendarne jest opowiadanie Róże św. Elżbiety Agnieszki Hałas, odwołujące się do postaci św. Elżbiety Węgierskiej, bawiące się koncepcją owego rozpoznanego cudu, jaki przydarzył się przyszłej świętej. Mamy tu i zaświaty, i magię, i złego spowiednika… mamy też, a może przede wszystkim, miłość. Szalenie mi się to połączenie podoba. Retelling pojawia się również w dwóch innych tekstach. Jeden z nich to Potwór z lasu Martyny Raduchowskiej, skupiające się wokół postaci Czerwonego Kapturka. Potwór byłby zaskakujący, gdyby nie fakt, że identyczny motyw pojawia się w serialu Once upon a time i wystarczyło spojrzenie na imię bohaterki, by odgadnąć, cóż takiego się wydarzy. Na wszelki wypadek jednak nie napiszę, o co chodzi, bo może tylko ja jestem tak spaczona, a Wy będziecie mieli niezłą radochę z tego opowiadania. Znanymi z baśni postaciami bawi się również Aleksandra Janusz w Życzeniu wróżki chrzestnej, będącym swoistym pokłosiem Shreka, tyle że tutaj Wróżka Chrzestna jest zdecydowanie postacią pozytywną, ma gołębie serducho i przedkłada swoją reputację nad dobre samopoczucie. Szczęśliwie ma bardzo niestandardowego męża, który potrafi o nią doskonale zadbać.

Z racji tego, że do Hordy należą również autorki znane ze swoich światów urban fantasy, będziemy mieli okazję poznać kolejne przygody naszych ulubieńców znanych z kart innych książek. Aneta Jadowska odkurzy nieco postać Dory Wilk w Klątwie Hexenwaldu, cudnie przewrotnie traktującej o Jasiu, Małgosi i Złej Wiedźmie. Ostrzegam jednak, że ta lektura sprawi, że odruchowo zaczniemy po całym domu szukać pierniczków – jakie to szczęście, że miałam jeszcze zapasy sprzed Świąt (co więcej, stanowiły część tego samego pakietu prezentowego!). W Sześciu koszulkach z łabędziami Mileny Wójtowicz po raz kolejny zetkniemy się z Sabinką Piechotą, strzygowatą inspektorką BHP (gorsza mogła być tylko pani ze skarbówki, dziekanatu lub ZUSu). Binka tym razem będzie musiała odpowiednio zająć się zakładem Wiesława Kowalczyka, nieoczekiwanie odkrywającego zalety nekrotycznej siły roboczej… W klimacie UF jest utrzymany również Sen nocy miejskiej Magdaleny Kubasiewicz. Wiedźma Jagoda, specjalistka od klątw, będzie musiała zająć się nastolatką będącą pod wpływem zaklęcia Śpiącej Królewny… a wskazówki do rozwiązania sprawy uzyska, włamując się do Fejsa i wattpada naszej ofiary.

Pretekstowo baśnie traktuje m.in. Anna Hrycyszyn w Detektywie Fiksie i śmierci w czerwonym pokoju. To bardzo przyjemny steampunk z wątkiem kryminalnym bazujący trochę na Pięknej i bestii. Uwielbiam kryminały, a tutaj mamy do czynienia z dobrą zagadką oraz doskonale nakreślonym tłem i mam cichą nadzieję, że detektyw Fiks doczeka się własnej książki. Krystyna Chodorowska w Tym, co pośród lodów zabiera nas na daleką północ, w poszukiwanie legendarnych już stworzeń… Tylko co się dzieje, kiedy ta legenda staje przed nami we własnej, dosyć przerażającej osobie?

Duży problem mam z dwoma opowiadaniami. Pierwsze z nich - Krok przed tobą Anny Kańtoch - wydaje mi się nieco nijakie i zbyt skomplikowane. Nie do końca rozumiem, o co w nim chodziło, ale nie wykluczam, że to po prostu moja pospolita tępota. Na pewno jest to tekst w duchu czysto „kańtochowy” i wiernym fanom autorki będzie się podobał. Drugi z kolei to Zazula, kukułeczka moja Anny Nieznaj, będący… fanfikiem do Ogniem i mieczem. I jakkolwiek powieść Sienkiewicza lubię, sama jestem Team Bohun (zwłaszcza w wydaniu Saszy Domagarowa) i bardzo sprawnie wszystko napisano, wydaje mi się, że umieszczenie tekstu w tej konkretnej tematycznie antologii tak nie do końca zagrało. W efekcie wyróżnia się bardzo i może to zostać odczytane raczej negatywnie.

Całościowo jednak cały zbiór to eksperyment niezwykle udany. Wielorakość wątków i klimatów, różne traktowanie materiału źródłowego zaowocowało bardzo zróżnicowanym tomem, stanowiącym doskonałą próbkę tego, co reprezentują członkinie Hardej Hordy. Harde baśnie mogą też być doskonałym prezentem np. dla osoby zaczynającej przygodę z fantastyką – mnogość różnych ujęć i rozmaity emocjonalnie poziom tekstów zaintryguje, a jeśli któryś z nich znudzi, kolejny zapewne zachwyci. Zdecydowanie polecam!

Harde baśnie, antologia, wyd. SQN, Kraków 2020.

niedziela, 27 grudnia 2020

Śledzik... nieco szwedzki...

Antologie w okresie świątecznym sprzedają się znakomicie, problemem dla wydawcy pozostaje jedynie znalezienie odpowiednio chwytnego tematu. Oczywiście, może być najbardziej oczywisty, jak w przypadku recenzowanych tu ostatnio Wigilijnych opowieści. Może być też nieco bardziej zaskakujący. Wręcz upiorny - bo przecież Święta też mogą okazać się upiorne i nie chodzi o ciocię Józię, zawsze szukającą okazji do zatrucia komuś życia.

Motyw przewodni zbioru wydanego przez Akurat zdecydowanie nie należy do tych ściśle kojarzonych z Bożym Narodzeniem: horror, thriller, sensacja. Jednak przecież kiedy zasłodzimy się świąteczną atmosferą, najemy ciast i pierniczków, organizm sam domaga się solidnego śledzia z cebulką, tak na odtrutkę. A dobór kucharzy, przepraszam, pisarzy, jest doprawyż wyśmienity. Króluje wśród nich mistrz grozy, Graham Masterton, a wraz z nim straszą Jakub Ćwiek, Adam Przechtzta, Artur Urbanowicz, Tomasz Hildebrandt, Marek Zychla, Robert Cichowlas, Jakub Bielawski, Przemysław Wilczyński i wreszcie rodzynka Hanna Greń. W ich tekstach pojawia się napięcie, przywołujące na myśl najbardziej przykre delirium, a człowiek pragnie się także upewnić, że ten samotny wędrowiec za drzwiami na pewno nie zostanie przyjęty, gdyż w ślad za nim może kroczyć piekło.

Nikogo nie zaskakuje, że prym wśród towarzyszy wiedzie Masterton i jego Czerwony rzeźnik z Wrocławia. Pisarz bardzo umiejętnie na pierwszych zaledwie stronach wyczarowuje klimat tej narastającej grozy, z jakiej jest najbardziej znany, by zaraz zaskoczyć czytelnika nieoczekiwanym zwrotem sytuacji. Lata doświadczenia widać na pierwszy rzut oka.

Dobrze czyta się również Kontrakt Adama Przechrzty, odwołujący się do niemieckiej przeszłości Ziem Odzyskanych, a także do znanego każdemu wielbicielowi tych tematów instytut Anneherbe. Wprawdzie opowiadanie kończy się zbyt szybko, jakby Przechrzta zorientował się, że kończy mu się limit znaków, ale nadal jest to dobra rzemieślnicza robota.

Nieźle bawiłam się też przy 87 centymetrach (śniegu, nie wiem, co Wam przychodzi do głowy!) Artura Urbanowicza, bo jego tekst – choć w pewien sposób oczywisty – nawiązuje do niezawodnego motywu odizolowanego od reszty świata schronienia i drapieżnika na wolości. Autor do smaku dorzucił jeszcze szczyptę Archiwum X, w rezultacie tworząc całkiem miłą mieszankę, która może nie zaskakuje, ale też nie rozczarowuje.

Interesującym podejściem do tytułowej „upiorności” jest Rezerwat Marka Zychli - historia niby zwykłej, choć ubogiej Wigilii w niepełnej rodzinie, gdzieś w nieokreślonej przyszłości. W tym tekście poczucie grozy pojawia się nagle i pogłębia z każdym słowem – bardzo udany eksperyment.

Jednak pozostałe sześć dań już nie smakuje tak dobrze. Mają szokować, ale czasami twórcy zapominają dodać na końcu szczyptę tego, co podkreśli cały smak. Upiornie widać to chociażby w Opowieści wigilijnej Tomasza Hildebrandta, gdzie dostajemy po prostu taki miszmasz pewnych motywów, uzupełniony jeszcze ulubieńcami sąsiadów. W efekcie całość staje się kompletnie niestrawna. Także Pechowe święta Hanny Greń, choć mogłyby dobrze pasować do antologii kryminalnej, w tej wydają się równie nie na miejscu, co schabowy na stole wigilijnym. Choćby i najlepszy, w tym przypadku się nie sprawdza. Prezent od Gwiazdora Roberta Cichowlasa to zwykła opowieść z cyklu „bo to zła kobieta była”, a w pewnym momencie robi się po prostu niesmaczna. Ciekawą próbą jest Już nie jesteś smutkiem Jakuba Ćwieka, gdzie autor wraca do tematyki dworcowych bezdomnych i umiejętnie buduje tę specyficzną atmosferę, ale na końcu czegoś brakuje. Wreszcie Dom na końcu ulicy Przemysława Wilczyńskiego: tekst na tyle nijaki, że nie do końca wiem nawet, co o nim napisać, bo z lektury mi, mówiąc szczerze, niewiele zostało.

Mam wrażenie, że zabrakło tu ostrej redakcji lub też konkretnego sprecyzowania oczekiwań redaktora, bo przecież w kilku przypadkach upiorna może być jedynie nuda. A szkoda, bo potencjał tematu przewodniego i zaproszonych autorów jest naprawdę spory! W efekcie spośród tych wigilijnych śledzików tylko kilka okazuje się naprawdę dobrych, reszta… Reszta wydaje się być skiepszczona lub kompletnie niedopasowana do gustu przeciętnego odbiorcy. Trochę jak ten sfermentowany śledź, skandynawski przysmak, niestrawny dla reszty świata. Albo śledzik cioci Basi, której od lat nikt nie ma serca powiedzieć, że jej popisowa potrawa skusi jedynie świnkę na gastrofazie…

Upiorne święta, antologia, wyd. Akurat, Warszawa 2020.