piątek, 27 lutego 2026

Od serialu do książki

Chyba niewiele jest osób w polskim internecie, które nie zetknęły się choć raz z popularnym serialem, nakręconym we współpracy z Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, a poświęconym losom pochodzącej ze wsi służącej Stefci. Perypetie dziewczyny i jej przyjaciół okazały się wyjątkowo wciągające, choć przedstawione w formie króciutkich, kilkuminutowych odcinków, i przyciągały setki tysięcy widzów. Prawdopodobnie ta formuła była także po części odpowiedzialna za sukces serialu, bo dostawaliśmy praktycznie „samo gęste’ – ważne, wiele wnoszące dla całej opowieści sceny, spośród których może nie wszystkie wydawały się istotne, ale jednak cudnie podkreślały czy to cechy charakteru, czy nastawienie poszczególnych postaci do świata. Przyznaję, że nie śledziłam historii Stefci od samego początku, nie miałam też zbytnio czasu na nadrobienie zaległości, byłam zatem bardzo ciekawa, od czego to wszystko się zaczęło.

I okazało się, że mam sposobność poznać sam początek jej przygód, dowiedzieć się, co sprawiło, że poszła na służbę do pańskiego dworu. Wprawdzie forma tego uzupełnienia jest nieco inna, ale zdecydowanie bardziej mi odpowiadająca – twórczyni serialu postanowiła bowiem ten swoisty prequel wydać w formie książkowej. Interesujące, choć nietypowe przedsięwzięcie, na pewno spotkało się z dużym zainteresowaniem.

Jaka więc jest ta nasza młodziutka Stefcia? Na pewno nieokrzesana, na swój sposób bardzo niewinna, słuchająca głosu swojego serca i dzielna. Skąd bowiem wzięła się we dworze? Uciekła w ten sposób przed niechcianym zamążpójściem. Miała jednak to szczęście, że pozostawiono jej coś na kształt wolnej woli, a jej ojciec – znany zresztą z ekranu – nie chciał jej do niczego przymuszać. Poznajemy kulisy przyjaźni i uczuć, dowiadujemy się, z czego wypłynęły sytuacje, które znamy – to naprawdę świetne dopowiedzenie tego, co już wiemy.

Umówmy się, Stefcia wybitnym dziełem nie jest, to nie Chłopi, niemniej autorka potrafiła choćby kilkoma scenami oddać trudy wiejskiego życia, a zwłaszcza tego kobiecego. Bo przecież niby zdajemy sobie sprawę, jak ciężkie były ich losy, jak wiele pracy wkładały w to, by ich rodziny trwały z dnia na dzień, do powszechnej świadomości tej kwestii przyczyniły się też Chłopki. Jednak nigdy dość dalszego uświadamiania szerokich mas, zwłaszcza że Stefcia przyciągnęła też i młodszych odbiorców, którzy być może sięgną po książkę. Autorka nie wystrzega się też tematów trudniejszych – gwałtów, dzieciobójstwa czy akceptowanych z rozmaitych względów kradzieży. Sprawiają, że ta pozycja jest nie tylko czytadełkiem, ale i zmusza od czasu do czasu do zastanowienia.

Czy warto po nią sięgnąć? Jeśli jesteście fanami serialu – zdecydowanie tak! To świetne uzupełnienie tego, co już znamy. Jeśli szukacie lekkiej, przyjemnej pozycji dla przyjaciółki czy nastolatki, myślę, że też będzie to dobry wybór, bo książkę czyta się bardzo łatwo, a i bohaterowie są wyjątkowo sympatyczni (w większości). Jednak jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o życiu w tamtych czasach – czy to na wsi, czy we dworze, to warto sięgnąć po którąkolwiek z tematycznych pozycji wydanych przez Marginesy. Bo prawdzie spędziłam ze Stefcią i jej znajomymi bardzo przyjemne chwile, jednak gdyby nie znajomość serialu, pewnie nie bawiłabym się przy tym tak dobrze.

Joanna Adamek, Stefcia, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2025.

niedziela, 1 lutego 2026

Czy to już koniec przygód?

Lady i jej przyjaciółka Agnieszka z sukcesem zakończyły już magiczną edukację, spędziły nieco czasu (lepszego lub gorszego) pracując dla innych, zatem najwyższa pora, by spełnić swoje marzenia – otworzyć własny sklep! Kraina Amuletów, w której znaleźć można zaklęte drobiazgi, magiczną biżuterię i doskonałe amulety to spełnienie marzeń przyjaciółek i szansa na to, by wreszcie robić to, co się lubi, na własny rachunek. I chociaż mogłoby się wydawać, że w ten sposób wszyscy członkowie dawnej paczki zajmują się tym, czego pragnęli – Grzesiek jest wszak dobrym uzdrowicielem, a Dobromir zaangażował się w istotne sprawy Loży – to jednak zawsze, gdy wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, coś musi się spieprzyć – i to spektakularnie.

Tradycyjnie już zwiastunem złych wiadomości jest Złomir, który wpada nagle do sklepu, żądając porządnego amuletu i odmawiając jakiegokolwiek wyjaśnienia. I oczywiście znika, a w ślad za nim pojawiają się agenci Loży oraz niebagatelne oskarżenie – o zabójstwo. Coś tu jednak śmierdzi, a skoro Dobromir nigdy nie był – nomen omen – dobry w zdobywaniu sprzymierzeńców, do akcji wkraczają jego przyjaciele – a zwłaszcza Natasza, która sama nie może się nadziwić temu, jak bardzo zależy jej na ocaleniu czarownika... tylko czy jest gotowa przy okazji również na to, by zaryzykować nowo utworzony interes, spełnienie swoich marzeń?

Czarodziejka z ulicy Brackiej to kolejna, finałowa już pewnie odsłona przygód przyjaciół z Collegium Magicae. Bohaterowie nam mocno wydorośleli, choć nie znaczy to, że całkowicie zmądrzeli, bo każde z nich robi czasami tak głupie rzeczy, że aż zęby bolą. Siłą autorki jest jednak to, że są to rzeczy, w które całkowicie wierzymy, bo idealnie pasują do jej bohaterów. Lady, Dobromir, Agniesia i Grzesiek są cudownie prawdziwi i w odróżnieniu od wielu postaci w urban fantasy (którym czasami naprawdę nie wychodzi to na zdrowie) nie nabywają magicznych mocy znikąd, nie odkrywają tuzina zaszłości swojej rodziny, ratujących im tyłek w ostatniej chwili (bo przecież nawet powiązania rodziców Agnieszki nie są aż takim game changerem), nie mają też niezliczonych magicznych sprzymierzeńców – przynajmniej nie zawsze. Muszą polegać przede wszystkim na sobie. Jednak kiedy ci magiczni sprzymierzeńcy się znajdują, nadal oznacza to konieczność podejmowania trudnych decyzji, wiążących się też po części z codziennością i problemami nam nieobcymi (heloł, kredyt, anyone?). Dlatego też chociaż lubię ich wszystkich, to mnie strasznie czasami irytują, tak jak irytują problemy najbardziej codzienne.

Pewnie nigdy nie przełamię się również w kwestii Pierwszej Polanii, Sary Sokolskiej, która znowu namiesza w życiu naszych bohaterów. Uwielbiam tę magiczną Polanię Magdy Kubasiewicz, bezwarunkowo doceniam wewnętrzną spójność tego świata, ale dawno nie czytałam tak antypatycznej postaci. Co wcale nie jest wadą – wręcz przeciwnie – totalnie podziwiam autorkę za wykreowanie kogoś, kto choć jest nakreślony przez twórczynię z dużym uczuciem, to jest też absolutnie bezwzględną osobą, a jej zalety to czasami człowieka jeszcze bardziej irytują. Może wynika to z tego, że podstawowe książki o Sarze czytałam bardzo dawno (cieszę się ze wznowienia, bo pożyczyłam najwyraźniej na wieczne nieoddanie), a wydane stosunkowo niedawno Przeminęło z wiedźmą wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia.

Ale do tego też trzeba mieć talent. Łatwo bowiem pisać postaci jednoznacznie dobre czy jednoznacznie złe, pozwalać im pokonywać przeszkody niczym James Bond i po wszystkim otrzepać pyłek z klap płaszcza. Czym innym jest tworzeniem bohaterów różnych, których odbieramy inaczej z każdą stroną, które rozumiemy i którym kibicujemy. A nie da się nie kibicować magicznej ekipie z Collegium Magicae i życzyć im dobrego życia bez kolejnych niespodzianek.

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Brackiej, wyd. SQN, Kraków 2025.