Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magdalena kubasiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magdalena kubasiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

Czy to już koniec przygód?

Lady i jej przyjaciółka Agnieszka z sukcesem zakończyły już magiczną edukację, spędziły nieco czasu (lepszego lub gorszego) pracując dla innych, zatem najwyższa pora, by spełnić swoje marzenia – otworzyć własny sklep! Kraina Amuletów, w której znaleźć można zaklęte drobiazgi, magiczną biżuterię i doskonałe amulety to spełnienie marzeń przyjaciółek i szansa na to, by wreszcie robić to, co się lubi, na własny rachunek. I chociaż mogłoby się wydawać, że w ten sposób wszyscy członkowie dawnej paczki zajmują się tym, czego pragnęli – Grzesiek jest wszak dobrym uzdrowicielem, a Dobromir zaangażował się w istotne sprawy Loży – to jednak zawsze, gdy wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, coś musi się spieprzyć – i to spektakularnie.

Tradycyjnie już zwiastunem złych wiadomości jest Złomir, który wpada nagle do sklepu, żądając porządnego amuletu i odmawiając jakiegokolwiek wyjaśnienia. I oczywiście znika, a w ślad za nim pojawiają się agenci Loży oraz niebagatelne oskarżenie – o zabójstwo. Coś tu jednak śmierdzi, a skoro Dobromir nigdy nie był – nomen omen – dobry w zdobywaniu sprzymierzeńców, do akcji wkraczają jego przyjaciele – a zwłaszcza Natasza, która sama nie może się nadziwić temu, jak bardzo zależy jej na ocaleniu czarownika... tylko czy jest gotowa przy okazji również na to, by zaryzykować nowo utworzony interes, spełnienie swoich marzeń?

Czarodziejka z ulicy Brackiej to kolejna, finałowa już pewnie odsłona przygód przyjaciół z Collegium Magicae. Bohaterowie nam mocno wydorośleli, choć nie znaczy to, że całkowicie zmądrzeli, bo każde z nich robi czasami tak głupie rzeczy, że aż zęby bolą. Siłą autorki jest jednak to, że są to rzeczy, w które całkowicie wierzymy, bo idealnie pasują do jej bohaterów. Lady, Dobromir, Agniesia i Grzesiek są cudownie prawdziwi i w odróżnieniu od wielu postaci w urban fantasy (którym czasami naprawdę nie wychodzi to na zdrowie) nie nabywają magicznych mocy znikąd, nie odkrywają tuzina zaszłości swojej rodziny, ratujących im tyłek w ostatniej chwili (bo przecież nawet powiązania rodziców Agnieszki nie są aż takim game changerem), nie mają też niezliczonych magicznych sprzymierzeńców – przynajmniej nie zawsze. Muszą polegać przede wszystkim na sobie. Jednak kiedy ci magiczni sprzymierzeńcy się znajdują, nadal oznacza to konieczność podejmowania trudnych decyzji, wiążących się też po części z codziennością i problemami nam nieobcymi (heloł, kredyt, anyone?). Dlatego też chociaż lubię ich wszystkich, to mnie strasznie czasami irytują, tak jak irytują problemy najbardziej codzienne.

Pewnie nigdy nie przełamię się również w kwestii Pierwszej Polanii, Sary Sokolskiej, która znowu namiesza w życiu naszych bohaterów. Uwielbiam tę magiczną Polanię Magdy Kubasiewicz, bezwarunkowo doceniam wewnętrzną spójność tego świata, ale dawno nie czytałam tak antypatycznej postaci. Co wcale nie jest wadą – wręcz przeciwnie – totalnie podziwiam autorkę za wykreowanie kogoś, kto choć jest nakreślony przez twórczynię z dużym uczuciem, to jest też absolutnie bezwzględną osobą, a jej zalety to czasami człowieka jeszcze bardziej irytują. Może wynika to z tego, że podstawowe książki o Sarze czytałam bardzo dawno (cieszę się ze wznowienia, bo pożyczyłam najwyraźniej na wieczne nieoddanie), a wydane stosunkowo niedawno Przeminęło z wiedźmą wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia.

Ale do tego też trzeba mieć talent. Łatwo bowiem pisać postaci jednoznacznie dobre czy jednoznacznie złe, pozwalać im pokonywać przeszkody niczym James Bond i po wszystkim otrzepać pyłek z klap płaszcza. Czym innym jest tworzeniem bohaterów różnych, których odbieramy inaczej z każdą stroną, które rozumiemy i którym kibicujemy. A nie da się nie kibicować magicznej ekipie z Collegium Magicae i życzyć im dobrego życia bez kolejnych niespodzianek.

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Brackiej, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 6 stycznia 2026

Trupy, zagadki i Święta

Lubicie okres świąteczny? Dla części z nas to szansa, by usiąść i odetchnąć, oczywiście tuż po tym, jak spotkamy się z rodziną i ją nakarmimy albo na odwrót – to my zostaniemy nakarmieni. A kiedy już zalegniemy jak te niedźwiedzie w gawrze, możemy sięgnąć po jakąś książkę, makowczyk lub inny serniczek i po prostu oddać się słodkiemu lenistwu połączonemu z czytelnictwem. Nie wiem, jak w Waszym przypadku, ale mnie całkiem nieźle wchodzą też powieści „okołoświąteczne”, choć ostatnio w ramach oszczędności (także miejsca) postanowiłam sobie jednak dać na wstrzymanie. Kiedy jednak moja ulubiona czwórka autorek ponownie łączy siły, a upragniona książka wlatuje do mnie w ramach prezentu, jest to po prostu spełnienie marzeń!

Cztery trupy w barszczu już nie tylko tytułem, lecz i tekstem na okładce informują nas, że „Każde święta mają swoją magię, a każda bohaterka swojego trupa”, więc doskonale wiemy, na czym tym razem skupiły się moje ulubione autorki UF: Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz – będzie kryminalnie, a nawet krwawo (w kocu ten barszczyk zobowiązuje...). Można podsumować to jednym słowem – idealnie. A może nawet wpadniemy do kogoś znajomego?

I tak w przypadku Jak długo mieszać bigos? Marty Kisiel rzeczywiście spotykamy ekipę związaną z pewnymi nietypowymi paniami, skrywającymi swą prawdziwą naturę, Kirą, Filomeną i Tomirą, a także ich partnerami i przyjaciółmi. Cała paczka zamierza spędzić Święta w dosyć klimatycznej miejscówce, żeby zrobić przyjemność Sebie, pragnącemu bardzo nietypowego prezentu: LARPa w klimacie pewnej powieści. Niełatwo do tego jednak przekonać kochanych przyjaciół, zwłaszcza tych, którzy ewidentnie nastawiają się mocno świątecznie i nawet choinkę przywieźli! Zresztą, co tam choinkę – jedzonko też! I nikt nie spodziewa się, że taki bigos doprowadzi do wydarzeń zgoła nieoczekiwanych i z piekła rodem!

Kołtun zimowy Mileny Wójtowicz z Dolnego Śląska przenosi nas na Mazury, gdzie poznajemy wiedźmę-fryzjerkę, Pati, jej rodzinę i przyjaciół. Pati jest czarownicą lokalną, szanowaną i znaną w całej okolicy z tego, że pomocy (zwłaszcza popartej dobrym argumentem finansowym) nigdy nie odmawia. Jednak niektóre zagadki i problemy wymagają nietypowych interwencji i rozwiązań, a do tego – oprócz sił paranormalnych – należy zagonić całą społeczność!

Typowym tekstem świątecznym jest historia Anety Jadowskiej Morderstwo i białe Święta. Oto Greta, policjantka, która prawdopodobnie pożegna się z czynną służbą (a przecież nie ma w życiu nic innego), zostaje wezwana przez dawno niewidzianą ciotkę do pomocy w rozwiązaniu zagadki morderstwa w małej miejscowości, gdzie kobieta niegdyś mieszkała. Na miejscu, prócz zbrodni, czeka interesujący mężczyzna i odwiecznie zawirowania okołoświąteczne. Pytanie tylko, czy sama atmosfera, pierogi i ogólne ciepełko zasadniczo rodzinne wystarczą, by wpłynąć na dalsze życie naszej bohaterki? No i kto jest tym mordercą, kurczaki.

Święta na pełnej hallmarkowej... no wiecie czym... serwuje nam za to Magdalena Kubasiewicz w Wymarzonych Świętach domowika, dziejących się w domu Jagody Wilk w Bromierzyku. Po raz kolejny uczennica naszej specjalistki od klątw, Sonia, wpada na szatański pomysł – tym razem pragnie przygotować Święta. Jednak nawet uzyskanie zgody Jagi nie gwarantuje powodzenia, bo do tego należy również przekonać domowika, nie do końca pojmującego koncepcję dekoracji, nastroju i wszystkiego, co ze Świętami związane. Co zatem robi Sonia? Częstuje domowego demona kolekcją filmów hallmarkowych, ze wszystkimi ich wadami, zaletami i tropami... a to może się skończyć... ciekawie.

Umówmy się, sięgając po antologię zawierającą teksty tych czterech autorek, nie sposób się rozczarować, bo to solidne rzemiosło w ukochanym klimacie, nawet jeśli czasami elementy fantastyki są bardzo subtelne. Mam jednak swoje ulubione opowiadanie, a jest nim Kołtun zimowy – chyba właśnie ze względu na atmosferę, magiczny klimat tej małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, i tę cienką granicę między światem rzeczywistym i pozazmysłowym. Teksty Mileny na ogół kojarzą mi się raczej z humorem i lekkością, a tutaj jest nieco inaczej i bardzo, ale to bardzo mi to odpowiada. Zdecydowanie chciałabym przeczytać całą powieść o tych bohaterach, bo jakkolwiek kocham Sabinkę et consortes, to chwilowo cierpię na ich przesyt. Może kiedyś mi się to marzenie spełni?

Jest zima, długie wieczory, okres okołoświąteczny... warto, naprawdę warto usiąść właśnie z Czterema trupami... To opowieści zasadniczo lekkie i przyjemne, zaspakajające apetyt na magię i klimaty typowo zimowe i bożonarodzeniowe, których wprawdzie czujemy czasem w tym okresie przesyt, ale też którym warto się naładować niejako „na zapas”. Miłej lektury – może z kubeczkiem barszczyku w dłoni?

Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Cztery trupy w barszczu, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 15 października 2024

Na magicznym uniwerku znowu rozróba!

Już kiedyś zaglądaliśmy do Czarowiru, magicznego akademika, w którym mieszkają Lady i Złomir, studiujący na Collegium Magicae UJ wraz ze swoimi przyjaciółmi, Grzesiem i Agnieszką. Podobnie jak w pierwszej odsłonie serii (oby!), i w tej książce (tym razem samodzielnej powieści, nie zbiorze opowiadań) towarzyszymy Nataszy, wikłającej się znowu całkiem nieświadomie w rozmaite perypetie – choć tak naprawdę wszystko zaczyna się od całkowicie uzasadnionej obawy o los Olki, jej współlokatorki. Olka całkiem nieoczekiwanie znika bowiem po magicznej imprezie urozmaiconej wizjami jednorożców i kuszących elfek, wywołanymi przez nieoczekiwany dodatek do wina. Pewnie, mogłaby się gdzieś zagubić w euforii wywołanej nadmiarem eliksiru, gdyby nie to, że jako jedna z nielicznych miała świadomość, co się w napitku znajduje... Wyparowują też jej rzeczy, zupełnie jakby nigdy nie wróciła po wakacjach na uczelnię... a przecież Lady sama z nią rozmawiała! I nie, nie piła tego wina! Coś tu mocno śmierdzi i nie chodzi o ciało znalezione na Zakrzówku. I choć samodzielnie Lady do niczego nie dojdzie, to przecież od czego są przyjaciele – niektórzy utalentowani, niektórzy ustosunkowani, a wszyscy powiązani ze sobą przeżyciami podczas praktyk w Sławieńczy.

Bardzo się cieszę, że wracamy do świata Polanii, do magicznego Krakowa, opuszczonego przez Pierwszą (czy aby na pewno?), ale nie tak do końca bezbronnego. W końcu studenci to nie zawsze tylko źródło kłopotów! Zgrana paczka po raz kolejny udowadnia, że razem potrafi więcej i nie chodzi zaledwie o rozkopywanie grobów. I chociaż główną bohaterką opowieści pozostaje Natasza, w tej odsłonie cyklu (kurczę, serio mam nadzieję, że to można już nazwać cyklem!) dowiemy się sporo o Agniesi, Miss Perfect, która oprócz nieskazitelnego wizerunku i ustosunkowanych rodziców ma jeszcze oswojoną panią z dziekanatu i zdrowy rozsądek. Oczywiście, czytelnicy już wiedzą, iż dziewczyny zdążą się do końca studiów zaprzyjaźnić, ale teraz widzimy, co za tym stało i że ta przyjaźń nie wzięła się zaledwie z jednego letniego traumatycznego przeżycia. To ekscytujący wgląd w przeszłość, któremu naprawdę nie przeszkadza to, iż mamy świadomość, że bohaterowie wyjdą z tych wszystkich perypetii cało (co wynika z Czarodziejki z ulicy Reymonta). Nie, w połowie książki człowiek kompletnie o tym zapomina i zaczyna nerwowo obgryzać paznokcie, bo gra toczy się o coraz wyższą stawkę. A to naprawdę nie udaje się tak dobrze wszystkim autorom!

No cóż, miałam nadzieję na kolejne przygody Lady i jej przyjaciół, dostałam kolejne przygody Lady i jej przyjaciół, a teraz liczę na więcej! Może gdzieś tam powróci również Sara? Wiemy, że Magda Kubasiewicz nie śpi, bo pisze książki, więc może w miarę niedługo będzie nam dane ponownie przekonać się, co nowego u ekipy z magicznego uniwerka... bo przecież oni wszyscy muszą się wpakować w kolejne tarapaty!

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Grodzkiej, wyd. SQN, Kraków 2024.

poniedziałek, 3 czerwca 2024

Klątwa (nie) do złamania

Obietnic należy dotrzymywać, zwłaszcza jeśli są związane z magią, a złożone Uczniowi Czarnoksiężnika. Aby to zrobić, Jagoda opuszcza domowe pielesze (i uczennicę tuż przed egzaminem!) i leci do Wielkiej Brytanii, gdzie znienacka ląduje w samym środku potwornej afery, dziwnych powiązań i – jak to już bywa – musi stawić czoła służbom, węszącym zawsze tam, gdzie nie trzeba. Choć kto mógłby ich za to winić? Zadaniem Jagody okazuje się wszak pomoc w złamaniu bardzo wyjątkowej klątwy, aktywującej się co roku i odbierającej życie osobom związanym z pewną głośną sprawą sprzed lat. Nie dość zatem, że rzecz jest dość pilna, to dodatkowo całkiem znana w bardzo wielu kręgach, a to prowadzi do nadmiernego zainteresowania naszą specjalistką, zwłaszcza ze strony osób, które węszą w zdecydowanie złym celu. Zobowiązanie pozostaje jednak zobowiązaniem i Jagoda nie może złamać raz danego słowa – choć niebezpieczeństwo wydaje się tak wielkie, że Caleb Blythe sam ją z niej w pewnym momencie zwalnia. Ale Jagoda siedzi już we wszystkim po uszy – i nie zamierza odpuszczać, jak to ona! Czy jednak nie okaże się, że złapała się za coś, co ją przerasta? Na pewno sądzi tak głowa rodu Wilczków, Joanna, przed którą trzęsie się pół magicznego świata...

Zaklęcie dla czarownika wiedzie nas do magicznej Anglii, pięknego, choć skażonego złem Rainharbour i Donlonu, zaklętej części Londynu. Magda Kubasiewicz tworzy dla nas kolejną enklawę, świat ukryty przed oczyma zwykłych śmiertelników, a jednak wyraźny i namacalny nie tylko dla tych, którzy znają stolicę nad Tamizą. Absolutnie urzekło mnie zaklęte Tower i jego opiekunka, a przecież to zaledwie mały wycinek świata odkrywanego przed czytelnikiem. Przepełnia go strach, groza, panika i poczucie narastającego zagrożenia – bo klątwa nie tylko uderzy już zaraz, ale także w ludzi, stających się coraz bliżsi nie tylko naszej bohaterce, ale i nam. Nowe postaci w kręgu Jagody są bowiem napisane tak, że – niestety – przywiązujemy się do nich od razu i nie ze względu na to, że są sympatyczne czy miłe!

Zaklęcie dla czarownika to (chyba) ostatni tom serii o Wilczej Jagodzie (czego bardzo żałuję), ale jest to bardzo udane zwieńczenie drogi, którą obserwowaliśmy od Kołysanki dla czarownicy. Jagoda odnajduje swoją ścieżkę, zyskuje szacunek i przyjaciół, wreszcie wyraźnie pojmuje swoje priorytety. Mam cichą nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję się z nią spotkać, bo nie wyobrażam sobie pożegnania na zawsze.

Magdalena Kubasiewicz, Zaklęcie dla czarownika, wyd. SQN, Kraków 2023.

wtorek, 25 lipca 2023

Magiczny rok

Wiecie, że do antologii mam stosunek mocno mieszany, jednak kiedy za pisanie zabiera się czwórka moich ulubionych autorek, jestem więcej niż gotowa dać jej szansę. W Czterech porach magii znajdziemy teksty Anety Jadowskiej, Marty Kisiel, Magdaleny Kubasiewicz i Mileny Wójtowicz. Jak sugeruje tytuł, każda napisała jedno opowiadanie, a każde z nich poświęcone zostało innej porze roku.

Książkę otwiera Cicha woda Mileny Wójtowicz, osadzona w świecie Sabinki i Piotrusia, ale tym razem dotyczące zabójczo skutecznej przyjaciółki naszej strzygi, Ewci Ewent. Co tym razem ogarnia Ewunia? Ano ślub – i tak, ma być perfekcyjny, chociaż jest właśnie środek obrzydliwego marca, a jeden z członków rodziny pana młodego usiłował właśnie ukatrupić pannę młodą! Pomoc Sabinki okaże się jednak absolutnie niezbędna, jako że specjalistka od BHP wie, jak się chronić przed rozmaitymi zagrożeniami, ale ta wiedza wynika z tego, że ma świadomość, jak zaszkodzić. Będzie krwawo!

Żar i wicher Magdy Kubasiewicz przywołuje letni upał, zapach zboża, gotowego do zżęcia, ten bezruch gorącego dnia, gdy wszyscy uciekają z pola w cień... Wędrująca czarownica Sara znajduje w pszenicy ofiarę zabójczych temperatur, choć już wkrótce okazuje się, że to niekoniecznie one zaszkodziły młodemu rolnikowi. Czy będzie w stanie pomóc mieszkańcom wioski, którzy ewidentnie starają się coś przed nią ukryć? Co więcej – czy, dochodząc w końcu do sedna sprawy – zechce im pomóc? Ta historia osadzona jest w świecie Polanii, więc – podobnie jak w przypadku pozostałych tekstów z tego uniwersum – nic nie będzie tak proste i oczywiste, jak by mogło się wydawać. Ale sprawiedliwości stanie się zadość.

Jesienne opowiadanie zostało, rzecz jasna, napisane przez Anetę Jadowską. Bohaterką Listopadowych dzieci jest Dora Wilk, namiestniczka Thornu, która niespodziewanie dostaje wezwanie... na cmentarz, gdzie awanturuje się facet ze strzelbą, zarzucający komuś porwanie i morderstwo... i to nie jednego, ale kilku małych chłopców! Do Dory należy ustalenie, gdzie kryje się prawda, a to będzie wymagało olbrzymiego wysiłku, również emocjonalnego...

Zimowy tekst Marty Kisiel – Jak długo trawi lew – to dla odmiany urocza i zabawna opowieść o trzech przyjaciółkach z nieoczywistą przeszłością. Jedna z nich musi pozbyć się swojego małżonka, acz analiza sytuacji jasno udowadnia, że kobietki powinny uśmiercić właśnie ją samą! Ale jak to zrobić, żeby nie rzucić podejrzeń na ślubnego, a ten idiota sam się wepchnął na potencjalnie zabójczą imprezę sylwestrową?! I czy na pewno tak niewinnie szukał informacji, ile czasu dużemu kotu zajmuje strawienie zdobyczy?

Jeśli wszystkie antologie wyglądałyby w ten sposób, zapewne całkowicie wyzbyłabym się swojego bardzo nieufnego podejścia. Oczywiście, jeśli opowiadania zawarte w zbiorze wyszły spod pióra (klawiszy) ulubionych autorek, nietrudno bawić się przy nich naprawdę dobrze, ale przecież każdemu zdarzają się teksty słabsze. Nie w tym przypadku, choć zaskakująco, najbardziej podoba mi się historia Magdy Kubasiewicz, nie tylko znacznie bardziej poważna od pozostałych, ale także przywołująca atmosferę letnich, lepkich od upału dni tak dobrze, że człowiek odruchowo leci po szklankę zimnej wody i kryje się w cieniu. Jednak jako całość Cztery pory magii są cudownie zbalansowane i stanowią po prostu kawał dobrej literatury – przy której można się pośmiać, ale też i zatrzymać, pomyśleć...

Cztery pory magii, wyd. SQN, Kraków 2023.

poniedziałek, 3 lipca 2023

Opowieści z magicznego akademika

Pamiętacie może jeszcze Spalić wiedźmę i Wiedźmę Jego Królewskiej Mości, które ukazały się kilka lat temu? Pierwsze powieści Magdaleny Kubasiewicz rozgrywały się w państwie zwanym Polanią, w nieco zmodyfikowanej wersji naszej własnej rzeczywistości, jako że nadal rządzi tam król (z siedzibą na Wawelu), a technologii towarzyszy również magia w przeróżnych odsłonach. Parający się nią specjaliści są nie tylko powszechnie szanowani, ale i również bardzo poszukiwani – tworzą też specjalną Radę, a stanowisko Pierwszego/Pierwszej przy samym władcy jest zawsze bardzo prestiżowe. W Czarodziejce z ulicy Reymonta wracamy właśnie do tego uniwersum, nie poznamy jednak dalszych losów zaginionej Sary Sokalskiej, a przyjrzymy się niejakiej Lady i jej przyjaciołom z Wydziału Magii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W książce znajdziemy trzy opowiadania. Pierwsze, Odłamki szkła, opowiada o przygodach studentów, wysłanych na straszliwe zadupie wraz z bardzo pragnącym się wsławić w magicznym świecie profesorem. Nie do końca dobrana ekipa, na którą składają się Natasza „Lady” Ladowska, znienawidzona przez nią Miss Perfect Agniesia, czarownik Dobromir (znany szerzej jako Złomir), piękny Grześ i Alek mają wesprzeć mentora w odnalezieniu źródła niesprecyzowanej magii, niespodziewanie odkrytej w wiosze o nazwie Sławieńcza, gdzie psy wiecie czym szczekają, a ptaki zawracają. Problem polega na tym, że miejscowość jest rzeczywiście słabo wyposażona w dość podstawowe udogodnienia cywilizacyjne, a w dodatku mamy późną jesień, więc o radosnych imprezach w plenerze można zapomnieć. Jakby tego wszystkiego było mało, w kałużach nagle coś łypie okiem na młodych magików, a we wsi chodzą ploty o rozmaitych zaginięciach. Co okaże się ważniejsze – odkrycie czy zdrowy rozsądek i zdrowie wszystkich zainteresowanych?

Odbicia w odbiciach, drugi tekst w zbiorze, poświęcony jest przede wszystkim Dobromirowi, który nieoczekiwanie odziedziczył po swoim dziadku nie dość, że posiadłość (a mówimy o rodzie Czartoryskich!), to jeszcze zbiory biblioteczne. Jak łatwo się domyślić, tak zaangażowany czarownik jak Dobromir nie może się oprzeć pokusie wypróbowania co najmniej jednego zaklęcia, choćby wydawało się trochę zbyt skomplikowane dla jednego studenta, nawet takiego całkiem potężnego. I niby nic się nie zmienia...

Życzenie czarodziejki rozgrywa się już po ukończeniu studiów przez naszych bohaterów... no dobrze, prawie. Muszą jeszcze odbyć praktyki i choć powinna je zapewnić uczelnia, to jednak lepiej załatwić je sobie na własną rękę. Nic dziwnego, że piękne plany Lady i Agniesi obejmują wypasioną firmę jubilerską, bo nie tylko oferuje niezłą forsę, ale i szansę na późniejsze zatrudnienie. Jednak uniwerek ma dla Lady nieco inną propozycję – może zarobi mniej, ale za to będzie terminować u jednego z najznakomitszych mistrzów artefaktów, wprawdzie nieco ekscentrycznego, ale kto by się przejmował drobiazgami? Lady udaje się zatem do Chęcin, gdzie przy okazji poznaje głowę lokalnego sabatu, Sabinę, wyjątkowo wyrozumiałą i sensowną kobietkę, mogącą okazać się miłą odmianą od upierdliwego i szowinistycznego mistrza Hieronima. Ale jako że kłopoty to specjalność Nataszy, i tutaj nic nie będzie tak oczywiste, jak się wydaje.


Czarodziejka z ulicy Reymonta to zbiór opowiadań traktujących o paczce przyjaciół, ale jedną z największych jego zalet jest ukazanie, jak ta więź jest powoli budowana, jak poszczególne osoby postanawiają sobie wreszcie zaufać – czy to w warunkach imprezy studenckiej czy walki o życie. Nasi bohaterowie nie są też idealni, o nie, bo nawet Agusi czegoś (kluczowego) brakuje. Lady, dziewczyna, która wyrwała się z zapyziałej wioski, z wrednej rodziny, też nie marzy o ratowaniu świata, tylko szacunku innych i dobrych zarobkach. Cała ekipa nie zna się na wszystkim, popełnia błędy, daje sobą manipulować i to ponownie bardzo miła odmiana UF (tu sprawdza się też to, co pisałam przy okazji cyklu Między światami). Jeśli o mnie chodzi, to odmiana bardzo potrzebna. Plus, nie ukrywajmy, kto z nas nie tęskni za czasami studenckimi (a przynajmniej niektórymi ich elementami?), a wycieczka do świata magicznego akademika i zwariowanych wykładowców ten powrót nam zapewni.

Śmieję się nieraz, że Marcin Mortka i Magda Kubasiewicz to ludzie, którzy nie sypiają, bo piszą. Nie dość, że ich kolejne pozycje pojawiają się na rynku niezwykle szybko, to jeszcze bardzo dobrze się je czyta, ilość zdecydowanie nie szkodzi jakości. Czy tak jest i w przypadku Czarodziejki? Raczej tak, w dodatku przyznam, że szczerze liczę na to, iż jeszcze kiedyś zawitamy w świecie Lady, Agniesi i Złomira, bo choć ten tom może być potraktowany jako zamknięta całość, to zdecydowanie zostało jeszcze bardzo wiele do powiedzenia i wykorzystania. Oby!

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Reymonta, wyd. SQN, Kraków 2023.

sobota, 25 lutego 2023

Co z tą syrenką?

Magiczna enklawa Warszawy dzieli swoją założycielską legendę z Warszawą ludzi zwyczajnych, tam również pojawia się syrena. I podobnie jak w przypadku „naszego świata”, wersje tej opowieści są rozliczne, choć czasami związane z wielką miłością i tym, że mityczny stwór powróci kiedyś, by bronić miasta. Znowu, również w sercu magicznego terytorium, tak jak w sercu Starego Miasta, stoi posąg syrenki, będący klasycznym punktem orientacyjnym, takim, w którym spotykają się przyjaciele i zakochani. Jedna z tych osób, przypadkiem uczennica panny Wilczek, Sonia, będzie świadkiem pewnego wyjątkowo rzadkiego zjawiska związanego z pomnikiem – otóż od czasu do czas wygłasza on przepowiednie. Tym razem jak zawsze enigmatyczne kilka zdań wspomina o jakimś dziwnym zamykaniu kręgu, do którego nie można dopuścić. Tego typu wróżby mają jednak jedną olbrzymią wadę – są piekielnie enigmatyczne, więc jak zwykle konia z rzędem temu, kto wyjaśni słowa syreny. I choć i gazety, i MAGnet prześcigają się w przypuszczeniach, nikt nie znalazł się ani o krok bliżej od rozwikłania zagadki.

Tymczasem Jagoda Wilczek powoli otrząsa się z wydarzeń kilkunastu ostatnich miesięcy, gdy to przyszło jej ścigać Śpiącą Królewnę i bronić ucznia czarnoksiężnika. Pomaga WMM, wykonuje drobne zlecenia, studiuje kolejne dzieła z bibliotece w enklawie prababki oraz edukuje swoją pilną uczennicę. Życie wreszcie wydaje się w miarę normalne (na ile oczywiście normalne być może w przypadku Wilczej Jagody!). Miłą posiadówkę przy gorącej czekoladzie przerywa jednak telefon od Maria, komendanta WMM, kategorycznie żądającego, by Jagoda przybyła na miejsce zbrodni, by dopomóc w identyfikacji klątwy. I nagle wszystko znów zaczyna wariować, bo oto ktoś morduje magów, by utkać tak potężne zaklęcie, że może zagrozić każdemu w mieście. Jednak to, o co toczy się gra, szybko przerośnie nie tylko możliwości Olchy, ale i samej Jagody, która będzie musiała zwrócić się do diabła wcielonego, czyli babki Joanny.

Trzecia odsłona przygód wiedźmy od klątw absolutnie nie zawodzi, co więcej, poszerza naszą znajomość magicznego świata, dotychczas niebędącego wprawdzie czarno-białym, ale wydającym się działać na nieco bardziej honorowych zasadach niż nasz. Niestety, ludzie są tylko ludźmi, a niezależnie od posiadanych mocy, niektórzy pragną więcej i więcej. I tak czasy pościgu za Śpiącą Królewną, choć dramatyczne, były zdecydowanie bardziej kameralne i „niegroźne” niż to, co szykuje się teraz, na bardzo wiele sposobów. A my na koniec pozostajemy z poczuciem zaspokojenia ciekawości, ale i koniecznością odpowiedzenia na pytanie: kto tu jest największym potworem?

Magdalena Kubasiewicz, Klątwa dla demona, wyd. SQN, Kraków 2023.



sobota, 6 sierpnia 2022

Przysługi - pierwszy stopień do piekła

Z Wilczą Jagodą pożegnaliśmy się gdy pokonała Śpiącą Królewnę. Jak jednak pamiętacie, by to zrobić, musiała zwrócić się do mniej lub bardziej szemranych sojuszników – nawet tych niechętnych. Ale pomoc oznacza, że czasami zaciąga się długi... a długi, zwłaszcza magiczne, trzeba spłacać.

Gdy zatem z Jagodą kontaktuje się niesławny uczeń czarnoksiężnika, Caleb Blythe, wiedźma nie ma zbyt wielkiego wyboru, musi mu pomóc. Lecz kiedy w progu staje człowiek władający dosyć kontrowersyjnymi mocami, ubabrany krwią od stóp do głów, nic dziwnego, że zaczynają nasuwać się bardzo niewygodne pytania.

Wątpliwości Jagody intensyfikują się po usłyszeniu nieciekawych wiadomości i wizycie Maria z Wydziału ds. Mrocznej Magii – ktoś w okolicy zabija z absolutną bezwzględnością. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że za zbrodnie może być odpowiedzialny demon. Ale co mogłoby sprowokować demona... i czy przypadkiem uczeń czarnoksiężnika nie pojawił się w okolicy mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęły się morderstwa...? I kto kręci się wokół uczennicy Jagody, Sonii? Jak rozplątać ten mroczny krąg zagadek? I kto jeszcze zginie, zanim Wilcza Jagoda dotrze do sedna sprawy?

Świat wykreowany przez Magdalenę Kubasiewicz to fenomenalne, interesujące odbicie zwykłej Warszawy. Magiczne enklawy i dzielnice istnieją tuż obok naszych, zwykłych, co sprawia, że przygody Wilczej Jagody i innych bohaterów wydają się z jednej strony tak namacalne, tak bliskie, a z drugiej wyjątkowo odległe. To kwintesencja urban fantasy, więc jeśli ktoś lubi podobne klimaty, do lektury tego cyklu nie trzeba go będzie namawiać. Jednak same dekoracje nie wystarczą, by przykuć uwagę czytelnika – na szczęście autorka ma znakomite pomysły i nawet jeśli wykorzystuje pewne stereotypy, robi to w często przewrotny sposób. Podsuwa kolejne tropy, o wielu rzeczach czytelnik dowiaduje się równocześnie z postaciami, ma więc szanse na samodzielną próbę rozwiązania zagadki. Kolejne wydarzenia wciągają i sami nawet nie wiemy, kiedy pochłonęliśmy całą książkę. I tak jest zawsze, jeśli chodzi o powieści Magdy Kubasiewicz - ona po prostu ma talent. Bohaterowie przez nią wykreowani są z krwi i kości, mają zalety, ale i rozliczne wady, co sprawia, że łatwiej je „pojąć” i polubić, nawet tych wyjątkowo niesympatycznych, wszystkie są też namacalne, nie papierowe. Nie uświadczymy tu Maryś Sójek, którym połowa wszechświata pada do stóp tylko za to, że istnieją – nawet osoby wybitnie utalentowane są uwikłane w rozliczne problemy, a świat po prostu czasem okazuje się wredny. 

To wszystko sprawia, że drugą (no dobrze, prawie trzecią, biorąc pod uwagę opowiadanie) odsłonę cyklu o Jagodzie Wilczek czyta się po prostu znakomicie. Stanowi przyjemną odskocznię od rzeczywistości – zwłaszcza w te letnie dni. Bawi, ale i uczy – przede wszystkim tego, by nie oceniać po pozorach...

Magdalena Kubasiewicz, Przysługa dla czarnoksiężnika, wyd. SQN, Kraków 2022.

wtorek, 19 kwietnia 2022

Klątwa... ciekawego życia chyba też

Magdalena Kubasiewicz jest jedną z najpłodniejszych polskich pisarek, niemal co kilka miesięcy serwuje swoim fanom kolejną powieść (a to kryminał, a to fantastykę). Jej książki czyta się bardzo przyjemnie i lekko, a każdy bohater zyskuje sympatię czytelników. Zresztą, dzieje się tak nie tylko w przypadku książek, ale również i opowiadań. Jeśli mieliście zatem wcześniej do czynienia z „Hardymi baśniami”, na pewno pamiętacie „Sen nocy miejskiej”, w której po raz pierwszy pojawiła się Jagoda Wilczek, specjalistka od klątw. Wiedźma o fatalnej reputacji od razu zyskała sobie grono fanów, niemogących się doczekać jej kolejnych przygód. I oto jest – Wilcza Jagoda powróciła w „Kołysance dla czarownicy”.

Ponownie mamy do czynienia z klątwą Śpiącej Królewny, tym razem jednak rzuconą na nieznaną czarodziejkę, zamkniętą w grobowcu znajdującym się w magicznej części warszawskich Powązek. Dziewczę wydaje się w nim spoczywać od wielu, wielu lat, co sprawia, że w związku z jej odkryciem specjaliści od spraw dziwnych zaczynają zadawać wiele, wiele pytań. A potem przypadkiem tym zaczynają interesować się również fachowcy od Mrocznej Magii - okazuje się, że kobieta tajemniczo znika niemal natychmiast po otwarciu oczu.

Jagoda, specjalistka od klątw, zostaje wezwana jako konsultantka do tego dosyć niecodziennego przypadku. W końcu jak często można odkrywać ofiary tej konkretnej klątwy? Dość szybko okazuje się, że cała sprawa ma więcej wspólnego z Wilczkami, niż się to na pierwszy rzut oka wydawało. Tajemnicze zamachy na członków rodziny oraz unoszący się nad wszystkim duch prababki sprawia, że Wilcza Jagoda będzie musiała rozgryźć wiele tajemnic, do tej pory uważanych jedynie za „opowieści dziwnej treści”, powtarzane jedynie po to, by wzmocnić mroczną legendę otaczającą nestorkę rodu. Ale czy Jagoda zdoła sprostać wyzwaniu i będzie w stanie nie tylko powstrzymać tajemniczego zabójcę, ale również pogodzić rozmaite wilczkowe zależności oraz zaopiekować się spragnioną wiedzy młodą adeptką szlachetnej sztuki rzucania klątw? Och, zdecydowanie żyje w ciekawych czasach...

„Kołysankę dla czarownicy” czyta się, jak i pozostałe teksty Magdy Kubasiewicz, naprawdę znakomicie! Lekkość pióra autorki nie przesłania jednak tego, co w tekście najważniejsze i na pewno nie przegapimy rzeczy, które dostrzec trzeba. Książka bawi, ale i skłania do przemyśleń nad mocą, odpowiedzialnością i tym, jak rodzą się potwory...

Magdalena Kubasiewicz, „Kołysanka dla czarownicy”, wyd. SQN, Kraków 2022.

piątek, 16 kwietnia 2021

Co komu przeznaczone...

Położone nad morzem Sieldige to kraina może nie miodem i mlekiem płynąca, ale na pewno rozwijająca się całkiem dobrze pod czujnym spojrzeniem Księcia i jego wiernych rycerzy trzech: Leta, Oberona i Garretha. Dni toczą się leniwie, praworządni mieszkańcy wiążą koniec z końcem, arystokraci spiskują, przestępcy próbują jak zwykle dopiąć swego, a w magicznej Dzielnicy Luster alchemicy i magowie sprzedają swoje produkty i usługi. Zwykłe życie.

Jednak pewnego dnia w Dzielnicy Luster zaczyna padać deszcz… a to nigdy nie jest dobry znak. Już wkrótce ginie jeden z rycerzy oraz zostaje otruty Książę, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności (ale czy tylko?) zapada w śpiączkę. Czy znajdzie się odtrutka na jad, próbujący położyć kres życiu władcy? Leto swą ostatnią szansę upatruje w Alecie Velie, swojej przyjaciółce i alchemiczce, przedstawicielce bardzo niezwykłego rodu. Aletha odkrywa prawdę – trucizna to Pocałunek Syreny, na którą podobno nie ma odtrutki… podobno. Jednak jeśli zna się pewne osoby i posiada wyjątkową wiedzę oraz umiejętności, sytuacja może nie okazać się tak całkiem bez wyjścia. Oczywiście trzeba się spieszyć, bo ten, kto dokonał zamachu na życie Księcia, na pewno miał jeszcze coś w zanadrzu… wszak szpiedzy donoszą, że wrogowie stoją już u granic, a zamieszanie w Sieldige na pewno nie posłuży dobru państwa.


Przyznam, że mam dosyć mieszane uczucia w stosunku do fantasy, jako że bardzo często kolejne powieści po prostu powielają określone schematy i choć czyta się dobrze, to tak naprawdę niewiele wnoszą do gatunku. Ot, kolejna standardowa kraina, kolejni standardowi rycerze i rzezimieszki oraz magowie… Z tym mimowolnym nastawieniem zaczęłam lekturę książki Magdaleny Kubasiewicz i już po kilku rozdziałach byłam przyjemnie zaskoczona przede wszystkim bohaterami. Choć początkowo wydają się kompletnie sztampowi, z każdym kolejnym zdaniem zyskują coraz więcej głębi, nie są wyblakłymi kopiami postaci innych autorów. I choć sam Leto Drakin do końca pozostaje w większości po prostu rycerzem w białej zbroi, jest również interesujący jako członek rodziny, przyjaciel i mąż, a także lojalny poddany. To jednak kobiety w jego życiu okazują się tak naprawdę najciekawszymi postaciami książki. Znowu: na samym początku lektury możemy przypisać im pewne określone role i cechy, jednak z kolejnymi kartkami wszystko się zmienia. Aletha i Erika są pełne sprzecznych czasami emocji, doskonale rozumieją jednak swoje zadania i swoje przeznaczenie, potrafią dotrzymać słowa i rozumieją konieczność poświęcenia pewnych rzeczy w imię znacznie wyższej racji.

A wyższa racja to nie tylko sprawy państwowe i boskie. Tak naprawdę składają się na nie wszystkie dążenia i czyny naszych bohaterów, ale pomiędzy tymi wielkimi, przełomowymi wydarzeniami odnaleźć można te teoretycznie nieważne dla wielkiej historii, a tak istotne dla pojedynczych osób i istot. Są to dramaty, wielkie nadzieje, niespełnione i zawiedzione historie miłosne, wielkie namiętności czy po prostu żądza władzy na skalę mniejszą lub ogólnopaństwową. Obie płaszczyzny spaja magia, pochodząca od żywiołów tudzież pozostałości magicznych artefaktów. Wypływa jednak najczęściej prosto z morskich otchłani, powiązana nie tylko z bogami i ich kaprysami, ale także ze stworzeniami żyjącymi w falach. Motywy z rozmaitych naszych baśni zostają bardzo umiejętnie wpisane również w folklor mieszkańców Sieldige, tworząc wyjątkowo udany splot, czasami sprawiający, że łezka nam się w oku zakręci.

Siłą każdej książki pozostaje bowiem to, czy wzbudza w nas jakiekolwiek emocje, czy potrafi sprawić, że nie potrafimy jej odłożyć, bo naprawdę musimy się przecież dowiedzieć, co stało się z naszymi bohaterami i czy dobro zwycięży. Wszystko pochłonie morze emocje zdecydowanie wzbudza – choć jest to przede wszystkim przejmujący żal nad życiem utraconym, czy to dosłownie czy w przenośni. A na pytanie, czy dobro zwycięża, każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Ja zamykałam książkę z poczuciem smutku, współczucia, a przecież ta wizyta w innym świecie była wyjątkowo udana. Ale w zwykłym codziennym życiu wiele dobrych przecież rzeczy pozostawia w nas pewien żal i nostalgię…

Magdalena Kubasiewicz, Wszystko pochłonie morze, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

sobota, 27 lutego 2021

Trup weselny!

Emilka Brzeska to fotografka ślubna, więc niejedno już przeżyła – kłócące się teściowe, zdrady, (nie)przypadkowe spotkania… Traktuje to jednak po prostu jako swoją codzienność i rzeczywistość. Owszem, wymaga to czasem dużego opanowania, ale w końcu na chleb i dach nad głową zarobić trzeba, choćby robiąc zdjęcia szynkowej królewnie i jej oblubieńcowi. Niemniej jest jeden ślub, na który wolałaby zdecydowanie nie iść – żeni się jej najlepszy przyjaciel, będący przy okazji i potajemnym obiektem westchnień. Brzmi jak tortura, prawda? To wyobraźcie sobie, iż nieszczęsna została świadkiem pana młodego i na bieżąco ogarnia wszelkie przedweselne perypetie. Wystarczająco fatalnie? Wcale nie! Zawsze po weselu można znaleźć trupa – i to trupa panny młodej.

Któż może być podejrzany? Zgodnie ze wszystkimi prawidłami gatunku oczywiście mąż, a tego Emilia pragnie ochronić za wszelką cenę. Co jednak zrobić, jeśli panowie policjanci wydają się typowymi przedstawicielami tępych glin, kształtujących rzeczywistość według swojej woli? Oczywiście: należy wziąć sprawę w swoje ręce! Nasza pani fotograf zapomniała zapewne, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane i postanawia przyjrzeć się przyjaciołom oraz znajomym zeszłej małżonki. Jednak Monika była modelką, należy zatem spodziewać się odpowiednio złośliwego środowiskowego piekiełka – ot, mijania się z prawdą, zazdrość, robienie innym pod górkę… Klasyk. Gdzieś tam jednak może się ukrywać morderca, a to sprawia, że amatorskie śledztwo może stać się niebezpieczne…

Kryminalny debiut Magdaleny Kubasiewicz czyta się bardzo lekko, wciąga od pierwszego rozdziału i ani człowiek się nie obejrzy, a już uprawia ekstremalny sport znany jako „jeszcze tylko jeden rozdział i idę spać”. W końcu w sympatycznej, choć nie do końca ogarniętej Emilce odnajdzie się niejedna czytelniczka i jest to skojarzenie jak najbardziej pozytywne. Kibicujemy jej nie tylko ze względu na przyjaźń z Patrykiem, ale także dlatego, że bohaterki nie da się nie lubić, choćby robiła największe głupstwa i miało się ochotę zakrzyknąć coś niezbyt pochlebnego o kolejnych pomysłach fotografki. To właśnie interakcje Emilki z ludźmi i jej pomysły są siłą napędową książki.

Nie zdołałam się za to specjalnie przekonać do pozostałych bohaterów, którzy wydają mi się strasznie płascy, pisani na jedno kopyto. Odrobinę głębi przez chwilę wydaje się mieć Grzegorz, dawny chłopak Moniki, ale i on na końcu okazuje się po prostu bucem w znaczeniu jak najbardziej krakowskim. Wszyscy zostali nakreśleni dosyć grubą kreską, scharakteryzowani jedną czy dwoma cechami i strasznie brakuje mi w tym wszystkim postaci niejednoznacznych – choć przepraszam, taką była Monika. Podobnie w gruncie rzeczy jest również z Krakowem bohaterki – mało tam zbędnych opisów, a niektóre miejsca znowu opisuje się trzema zdaniami – co jednak w tym przypadku sprawdza się zdecydowanie lepiej. Najlepszy przykład stanowi kawiarnia Botanica, w końcu pamiętam ją z własnych studenckich czasów (choć może to mój sentyment?).

Na okładce 50 wesel i pogrzebu widnieje informacja, że dostaliśmy pierwszą część nowej serii, może dlatego też zakończenie wydaje mi się nieco rozmyte, jakby czegoś tam zabrakło. Owszem, sprawa zostaje rozwiązana, ale następuje to dokładnie na sam koniec powieści i wydaje się nagłym gromem z jasnego nieba. Oczywiście, nierzadko banalna wręcz informacja może spowodować przełom w śledztwie, ale po stosunkowo powoli rozwijającej się akcji spodziewałabym się raczej równie starannego zakończenia. Niemniej – jak podejrzewam – wiele odpowiedzi pewnie poznamy później.

Pierwszy tom spełnia jednak swoje zadanie, zaciekawia czytelnika na tyle, by z przyjemnością sięgnął po następny. Nie jest to kryminał wybitny, ale jako lektura dla przyjemności zdecydowanie się sprawdza. Podoba mi się też język autorki – zwykły, potoczny, niewymuszony, ot, czytamy, jakbyśmy słuchali relacji koleżanki czy kolegi. Sympatyczna pozycja i na pewno sięgnę po kolejną, choć mam nadzieję na nieco mniej stereotypowe postaci drugoplanowe.

Magdalena Kubasiewicz, 50 wesel i pogrzeb, wyd. Czarna Dama, Warszawa 2021.

piątek, 13 grudnia 2019

Lekturki świąteczne


Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam wręcz w grudniu połykać tzw. „literaturę świąteczną”. Cudownie niewymagające perypetie bohaterów, akcja tocząca się wokół Bożego Narodzenia, zarówno czasowo jak i fabularnie, to idealna wręcz lektura na zwariowane dni, podczas których sprzątamy, gotujemy, pieczemy, robimy zakupy, a wszystko z niemym obłędem w oczach. Wiadomo, że będzie romantycznie, będzie ciepło, z problemami, ale wszystko i tak skończy się dobrze. Nic dziwnego, że pod koniec roku księgarnie zapełniają się tego typu książkami, gorszymi, lepszymi, ciekawszymi, nudnymi… Ot, świąteczne przyjemności. Guilty pleasure, jakby ktoś powiedział.

W tym roku miałam okazję zaopatrzyć się w dwie pozycje, obie polskich autorów, obie ukazały się nakładem wydawnictwa w.a.b. Jedna to powieść autorstwa Magdaleny Kubasiewicz (wielce ją poważam za Gdzie śpiewają diabły), zatytułowana Wigilijny pech. Druga kusi piernikami na okładce i nic dziwnego, skoro akcja rozgrywa się przeważnie w Toruniu, a i akcja jest po części skoncentrowana wokół korzennych przysmaków – Szczęście z piernika Tomasza Betchera.


Bohaterka Wigilijnego pecha, Diana Dąbrowska, zwana przez wszystkich DiDi, Świąt nienawidzi. Zawsze w Boże Narodzenie albo dostawała w skórę nie za swoje przewiny, albo przydarzało jej się coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego… w skrócie: końcówka grudnia stanowi dla niej jedną wielką katastrofę. Nie wygląda na to, by w tym roku miało być inaczej, bo nie dość, że rzucił ją chłopak, to jeszcze zrobił to przed WWR: Wielkim Wydarzeniem Rodzinnym, ślubem jej najmłodszej siostry. Jeśli dodamy do tego fakt, że rodzina Dąbrowskich mieszka w dość małym miasteczku, gdzie każdy zna każdego, a plotki rozchodzą się z prędkością światła, łatwo wyczuć, na czym polega ta tragedia. A to zaledwie początek! Na scenę wkraczają upiorni przyszli i obecni członkowie rodziny, niespodzianki (rzecz jasna niemiłe) po prostu się mnożą, a wredny sąsiad jest świadkiem na ślubie i nie można go wyrzucić za drzwi!

Od razu uprzedzam: oj, nie jest w tej książce przez większość czasu zbyt optymistycznie. Stosunki małomiasteczkowe i rodzinne są ukazane z dużym znawstwem: to nie sielanka. Nie będzie jak w ciepłym filmie świątecznym – tutaj jedyny zwarty front tworzą trzy siostry Dąbrowskie. Wszystko inne dookoła, nawet osoby im najbliższe, wcale nie są takie, jakbyśmy się mogli spodziewać. Kłębiące się wokół nich wydarzenia, rozmowy czy choćby zwyczaje (sprzątanie przedświąteczne, tego nie można odpuścić nawet przyszłej pannie młodej!) mogą doprowadzić do szału i naprawdę się dziwię, że koniec końców finał jest, jaki jest. Owszem, z pewnym zaskoczeniem, ale jest. Właściwy dla tego typu literatury.

Również bohaterom Szczęścia z piernika los nie sprzyja. Bohater, Rafał, właśnie wyszedł z więzienia i szuka sposobu na nawiązanie dobrego kontaktu ze swoją córką, Oliwią. Choć mieszkają w Gdyni, pewne sprawy rodzinne kierują ich wprost do Grodu Kopernika, gdzie nie dość, że poznają nienajlepsze oblicza samych siebie, to jeszcze na ich ścieżkę wkroczy Kalina – „korzenna dziewczyna”, starająca się otworzyć własną piernikarnio-kawiarnię, choć ostatnio piętrzą się przed nią same przeciwności. A to piec, a to narzeczony, a to pieniądze… Cała trójka będzie miała okazję się spotkać, porozmawiać… i nie tylko… Toruń, grudzień, śnieg, pierniki, miłość, rodzina – wszystko zdaje się składać na idealny przepis na powieść świąteczną.

I tak jest, jednak nie do końca. Owszem, nie wymagam od książek bożonarodzeniowych nadmiernego realizmu i dobijającego pesymizmu, to nie taka literatura. Problem polega jednak na słowie nadmierny. Olbrzymią zaletą Wigilijnego pecha jest ewidentna znajomość tego, o czym Magda Kubasiewicz pisze, natomiast jeśli chodzi o Szczęście…, wydaje mi się, że to po prostu bajka, bajka świąteczna. Postaci zarysowane są wyjątkowo grubymi krechami, a realia… no cóż, dość pretekstowe. Wszystko układa się za dobrze, nawet jak na, nazwijmy to, Harlequin. Umiejętności raz nabyte zostają całe życie, a w dodatku ulegają cudownemu przekwalifikowaniu (gra na gitarze po latach przerwy od razu w sam raz na koncert? mechanik doskonale poradzi sobie z piecem gazowym?), źli są źli „bo tak” (i w dodatku albo się nawrócą, albo usuną z drogi bohaterów), a dobrzy zawsze się dogadają. W dodatku nie zapomnijmy o tym, że każdy człowiek z ulicy jest godny zaufania, „bo” – znowu – „tak”.

Bardzo mi to przeszkadza w odbiorze książki Betchera. Moje zawieszenie niewiary, nawet specjalnie dostosowane do literatury świątecznej, idzie się po prostu śniegiem rzucać. Oczywiście, nie wymagam nadmiernego realizmu, ale po prostu jakiegokolwiek – jeśli już osadza się daną powieść w takich, a nie innych czasach i miejscu. Mam wrażenie, że przy pewnych poprawkach (i wcale nie oznaczających przepisania połowy powieści) można byłoby z tego zrobić nawet i fantasy.

Pewnym kryterium oceny jest dla mnie czasami to, czy będę chciała do książki wrócić czy raczej nie. Myślę, że w przyszłym roku sięgnę po przygody sióstr Dąbrowskich, ale Szczęście z piernika wydaje mi się kompletnie jednorazowe. Szkoda, bo potencjał ma całkiem dobry i przy sensownych zmianach to mogłaby być całkiem sympatyczna lektura, a nie tylko sezonowe, jednorazowe czytadło.

Magdalena Kubasiewicz, Wigilijny pech, wyd. w.a.b., Warszawa 2019.

Tomasz Betcher, Szczęście z piernika, wyd. w.a.b., Warszawa 2019.

środa, 3 kwietnia 2019

Hardo na rozmaite sposoby...


Lubię eksperymenty. Tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak początek narracji dzieła kina fikanego, ale porzućcie swe zdrożne myśli! Jako eksperyment przedstawiono bowiem antologię opowiadań napisanych przez grupę fantastycznych autorek, określanych cudownie zadziornym mianem Hardej Hordy – nieformalnego grona wspierających się wzajemnie polskich fantastek. W skład Hordy wchodzą Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz i Aleksandra Zielińska. Nie znacie wszystkich nazwisk? Dobrze, ja też się przyznam, że dwa pozostawały mi dotąd nieznane, ale uwielbiam próbować wszystkiego, co nowe.

Co łączy te dwanaście autorek i dwanaście opowiadań? Coś, co powszechnie zowią „kobiecym punktem widzenia” i jest to zazwyczaj używane w znaczeniu paskudnie pejoratywnym, choć doprawdy nie pojmuję, dlaczego. Bo inny? Bo kobiety zwracają uwagę na kompletnie inne rzeczy niż mężczyźni? Po pierwsze, nie zawsze. Po drugie, te rzeczy są bardziej „przyziemne”, naturalne, codzienne. Co zatem sprawia, że gorsze, poza tym wzgardliwym tonem, jakim zazwyczaj wypowiada się takie słowa? Ktoś powie, że mniej ciekawe… Codzienność bywa nieciekawa, to prawda. Ale prawdziwą sztuką jest z niej uczynić coś magicznego, coś niezwykłego, ubrać ją w fantastyczne realia. A naszym dwunastu autorkom się to udaje, każdej w swoim stylu!

Teksty są inne, ale oscylują wokół podobnej tematyki – chociażby końca świata, aczkolwiek traktowanego zupełnie indywidualnie. Są wszak osobiste końce świata, są katastroficzne końce świata, są końce świata na skalę lokalną. Każdy z nich jest również opisany kompletnie inaczej, w zupełnie innym stylu. W opowiadaniu Aleksandry Janusz to coś na kształt opowieści o codzienności, a przecież także czyste SF. Bohaterka Ewy Białołęckiej przeżywa klasyczną apokalipsę zombie, choć z punktu widzenia tak cudownie znajomego większości czytelników. Anna Hrycyszyn nawiązuje do awanturniczych przygód, rozgrywających się jednak w świecie przyszłości po katastrofie zagrażającej i nam, wcale nie tak odległej, jak byśmy chcieli. Anna Nieznaj przeniesie nas w czasie jeszcze dalej i uczyni świadkiem zagłady na skalę globalną. Aleksandra Zielińska wtajemniczy nas w sekrety tego intymnego, osobistego końca świata i uświadomi, jak niewiele trzeba, by się dokonał. Podobnie Agnieszka Hałas, choć tam również zaprezentowano „cudowne” remedium, a jednocześnie jest to dla mnie opowieść o przenikaniu światów…

Bo tak, mamy też takie… Najbardziej dosłownie do tematu podeszła chyba Milena Wójtowicz, przedstawiając właśnie trochę baśniowe, trochę łotrzykowskie zestawienie takich dwóch, teoretycznie wykluczających się rzeczywistości. Marta Kisiel wywołuje ciary, prezentując to, czego wszyscy się zawsze po trochu baliśmy i to, na czym bazuje tak wielu twórców horrorów. Podobną atmosferę wyczujemy w opowiadaniu Anny Kańtoch. Dla równowagi dostajemy też humorystyczną opowiastkę osadzoną w uniwersum Anety Jadowskiej, będącym idealnym tłem dla urban fantasy. Poczytamy też rozmaite historie łączące świat przedstawiony z różnie pojmowanymi zaświatami, jak choćby w zahaczającym o magię nekromancką tekście Martyny Raduchowskiej. Nekromanta w dosyć nieoczekiwanym towarzystwie pojawia się również u Magdy Kubasiewicz.

Kupiłam nie tylko samą książkę. Wydawnictwo wpadło na znakomity pomysł stworzenia specjalnego zestawu, w skład którego wchodzi oczywiście antologia, ale także magnetyczna zakładka, klimatyczny notesik i niezbędna wielu osobom chusteczka do czyszczenia okularów. Zdecydowanie polecam!

Każdy tekst nasycony jest unikalnym, ale niemal namacalnym klimatem. Urzekło mnie także, że są doskonale zamknięte. Oczywiście, kiedy ma się do czynienia z tą formą narracji, zawsze pozostaje lekki niedosyt, apetyt na więcej, ale zawsze boję się tego, że opowiadanie zakończy się nieoczekiwanie, pozostawiając mnie z licznymi wątpliwościami i znakami zapytania (wynikającymi raczej z kiepsko zaplanowanej fabuły i skrótowości, nie z zamierzenia autora - to zupełnie inna bajka). Nie tutaj. Wszystkie są odmienne, ale wszystkie są napisane w sposób wyjątkowo sprawny, co też nie zdarza się aż tak często.

Tę różnorodność widać również na okładce – elementy zdobiące tytuł, będący jednocześnie nazwą znakomitego autorskiego grona, są cudownie liczne i niemal każde kompletnie z innej parafii, także po części stylistycznie, zapowiadając ten smaczny miszmasz na kartach książki. Zresztą, szata graficzna Hardej Hordy jest naprawdę przyjemna dla oka, a już sam dotyk okładki sprawia, że chce się tę pozycję mieć u siebie w biblioteczce (tłoczone litery, kocham tłoczone litery…). Cóż mogę rzec więcej? Chcecie odbyć rozliczne wyprawy do wielu światów? Sięgnijcie po Hardą Hordę i dajcie się ponieść kobiecej wyobraźni, odkrywającej tak niesamowite rzeczy.

Harda Horda. Antologia opowiadań, wyd. SQN, Kraków 2019.

czwartek, 14 marca 2019

Opowieść... tak, ale jaka?


Wyobraźcie sobie zagubione w lasach senne miasteczko o nietypowej nazwie Azyl, położone malowniczo wśród lasów i wrzosowisk, w dodatku nad jeziorem. Jeziorem całkiem niezwyczajnym, bo jego wody są… czarne… Jak wyjaśnić ten fenomen? Na pewno nie naukowo, a mieszkańcy Azylu tłumaczą je legendą, opowiadającą historię diabła i czarownicy oraz ich związku… Każdy zresztą ma swoją wersję, uwypuklającą to, co dla niego najistotniejsze…

Maria nie była diabłem. Miała tylko jego serce, zamknięte w szkatułce z różanego drewna…

Do tego małego sennego miasteczka przyjeżdża Piotr. Nie jest to jednak wyjazd czysto rekreacyjny, ma inny cel – odnalezienie Ewy, jego siostry bliźniaczki. Zniknięcie Ewy może być powiązane z zabójstwem niejakiej Patrycji, które było zresztą badane przez policję. Kierowany nadzieją Piotr zjawia się w Azylu, zamieszkuje w przybytku niejakiej Iwanowej i zamierza rozpocząć swoje poszukiwania. Miasteczko wszak jest na tyle małe, że nie ma szans, by ktoś przemknął przez nie niezauważony… A jednak…

W skrzyneczce nie mam serca diabła, ale swoje małe skarby... :)

A jednak wszyscy zgodnie utrzymują, że żadnej Ewy tam nie było, niedwuznacznie dając Piotrowi do zrozumienia, że nie jest w Azylu mile widziany. Piotr drąży, ale dochodzi zaledwie do tego, że lokalni są ani chybi pomyleni. Nie reagują nawet na morderstwo, nie zawiadamiają policji. Noszą wprawdzie żałobę po ofierze, którą pożegnali na stosie pogrzebowym, ale wydają się nie chcieć wykrycia sprawcy…

Zresztą, nie ukrywajmy, mieszkańcy Azylu są… co najmniej dziwni, nietypowi. Powiedzą ci wszystko, czego wiedzieć o sobie nie chcesz, warzą miód, po którym czujesz się… specyficznie, a nawet miewasz halucynacje… A czasami nawet wydaje się, że są kompletnie nie z tej ziemi… wszystko to oczywiście da się wyjaśnić racjonalnie, choć wałęsanie się małego dziecka po zmroku w miejscu, w którym grasuje morderca, pachnie co najmniej patologią… Tylko czy rzeczywiście jest to właściwe wyjaśnienie?

Skąd przybysze dowiadują się o istnieniu zapomnianego przez wszystkich miasteczka? Co przyciąga ich do Azylu? Dlaczego niektórzy, jak Adrian, są przyjmowani z otwartymi ramionami, a niektórzy, jak Piotr, odpychani i zniechęcani? Dlaczego wszyscy milczą na pewne tematy, rozgadując się zaledwie na ten jeden, legendarny? Co łączy Marię i Dmitrija? Dlaczego morderca okazuje się… mordercą…? Czy to sen czy to jawa? Pytania się mnożą, a odpowiedzi na wszystkie na pewno nie dostaniemy. Pewne rzeczy pozostają niedopowiedziane, zamglone, brak konkretnej kropki nad i.

I właśnie to stanowi o klimacie książki. Najbardziej mnie urzeka ta jej podwójna rzeczywistość. Mamy rzeczywistość Piotra, racjonalisty i mamy rzeczywistość magiczną, tak ukochaną przez mieszkańców Azylu, dla których legenda o czarownicy i diable nie do końca jest legendą… Z rozdziału na rozdział wydaje nam się, że wiemy, że już się orientujemy… staje się jasne, która rzeczywistość… Po chwili jednak okazuje się, że nie, że musimy zmienić zdanie i dalej myśleć, dalej analizować świat przedstawiony, którego reguły zmieniają się ze strony na stronę. To nie jest lekka i łatwa opowieść, jakiej się spodziewałam…

Jest to jednak opowieść, która może zauroczyć. Porusza wszak temat nie nowy w polskiej literaturze, a jednak robi to w sposób inny, przenosząc człowieka całego, z duszą włącznie, prosto pomiędzy te lasy i wrzosowiska… Aż chciałoby się znaleźć taki Azyl, magiczny lub nie…

Magdalena Kubasiewicz, Gdzie śpiewają diabły, wyd. Uroboros, Warszawa 2019.

Dziękuję wydawnictwu Uroboros za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!