czwartek, 26 marca 2026

Inwazja na... małą skalę?

Czy zastanawialiście się czasami, co by się stało, gdyby nagle zabrakło prądu, komórki przestały działać, a Wy znaleźlibyście się w samym środku inwazji? Twórczości rozmaitej poświęconej tej kwestii jest całkiem sporo, nie zawsze zresztą mi odpowiadającej, bo postapo za bardzo nie lubię. Niedawno wyzwanie stworzenia kolejnej wizji końca świata podjął Marcin Mortka, którego – jak wiecie – bardzo szanuję, więc mimo lekkich oporów postanowiłam dać 20:32 szansę. Niczym tej blondynce z dowcipu.

Piotr i Irmina to niezbyt szczęśliwe małżeństwo, które poznajemy w jednym z najbardziej trywialnych momentów w życiu – gdy wychodzą od znajomych po wieczorze/popołudniu planszówkowym, a kiedy wsiadają do samochodu, niemal od razu zaczynają się kłócić. Sytuacji w niczym nie polepsza to, że dookoła zaczynają dziać się dziwne rzeczy, elektryczność siada, a zamiast zamknąć się w bezpiecznych czterech ścianach, niezwykle dobrze przygotowanych na wypadek różnych katastrof, trzeba się wybrać po siostrę Irminy, która miała do nich przyjechać. Zwykła wyprawa na dworzec obfituje w dziwne spotkania i wydarzenia, a w pociągu Piotr natyka się na mnóstwo jakby wyłączonych ludzi i jakieś dziwne stworzenie, które wydaje się jakby żerować na podróżnych, w dodatku nieprzypominające niczego, co wcześniej widział – nawet w internecie i jego przepastnych otchłaniach, których nie idzie odwidzieć. Wkrótce sytuacja staje się nieco jaśniejsza – choć niewiele to wszystkim pomaga – bo oto wychodzi na jaw, że Ziemię najechali obcy!

Obserwowanie zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnych to zawsze interesujący motyw nie tylko literacki, a po latach czytania i oglądania każdy z nas spodziewa się pewnych rzeczy i postaw. Zawsze trafią się i porządni ludzie, i szuje, korzystający z okazji. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono” - jak twierdzi morał wielu dzieł, a obserwując apokalipsę na małą skalę, w niewielkiej gminie, po raz kolejny przekonujemy się, że są to słowa prawdziwe. Bo niecodzienne okoliczności sprawiają, że zachowujemy się niecodziennie, a priorytetem staje się przetrwanie. Ale czy jeden samolubny czyn skreśla nas od razu? Czy to poświęcenie liczy się najbardziej?

Chciałabym napisać, że lektura tej powieści przekonała mnie do szeroko zakrojonej tematyki apokaliptycznej, ale chyba jednak nie. Owszem, książka jest bardzo dobrze napisana i mimo braku jakiegokolwiek bohatera, któremu mogłabym kibicować, byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko skończy, jednak miejscami także znudzona – i nie, nie chodzi tu o brak fajerwerków czy rozpierduchy na miarę Rolanda Emmericha, wręcz przeciwnie, duszna, klaustrofobiczna atmosfera wręcz namacalnie dławi – ale w pewnym momencie łapałam się na tym, że bezmyślnie przekładam kolejne strony. Może to pewien brak jednoznacznych odpowiedzi, który jednak całkowicie wynagrodził mi zaskakujący epilog? Może to, że dawno nie czytałam tak niesympatycznych bohaterów? Nie wiem. Czy polecam tę pozycję? Też nie wiem – pewnie tak, jeśli lubicie te klimaty, podbudowane jednocześnie rewelacyjnymi, niepokojącymi zdjęciami ilustrującymi tekst. Ja zdecydowanie doceniam nastrój i rzemiosło, 20:32 to po prostu nie moja bajka.

Marcin Mortka, 20:32, wyd. SQN, Kraków 2025.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz