Czy zastanawialiście się czasami, co by się stało, gdyby nagle zabrakło prądu, komórki przestały działać, a Wy znaleźlibyście się w samym środku inwazji? Twórczości rozmaitej poświęconej tej kwestii jest całkiem sporo, nie zawsze zresztą mi odpowiadającej, bo postapo za bardzo nie lubię. Niedawno wyzwanie stworzenia kolejnej wizji końca świata podjął Marcin Mortka, którego – jak wiecie – bardzo szanuję, więc mimo lekkich oporów postanowiłam dać 20:32 szansę. Niczym tej blondynce z dowcipu.
Piotr i Irmina to niezbyt szczęśliwe małżeństwo, które poznajemy
w jednym z najbardziej trywialnych momentów w życiu – gdy wychodzą od znajomych
po wieczorze/popołudniu planszówkowym, a kiedy wsiadają do samochodu, niemal od
razu zaczynają się kłócić. Sytuacji w niczym nie polepsza to, że dookoła
zaczynają dziać się dziwne rzeczy, elektryczność siada, a zamiast zamknąć się w
bezpiecznych czterech ścianach, niezwykle dobrze przygotowanych na wypadek
różnych katastrof, trzeba się wybrać po siostrę Irminy, która miała do nich
przyjechać. Zwykła wyprawa na dworzec obfituje w dziwne spotkania i wydarzenia,
a w pociągu Piotr natyka się na mnóstwo jakby wyłączonych ludzi i jakieś dziwne
stworzenie, które wydaje się jakby żerować na podróżnych, w dodatku
nieprzypominające niczego, co wcześniej widział – nawet w internecie i jego
przepastnych otchłaniach, których nie idzie odwidzieć. Wkrótce sytuacja staje
się nieco jaśniejsza – choć niewiele to wszystkim pomaga – bo oto wychodzi na
jaw, że Ziemię najechali obcy!
Obserwowanie zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnych to zawsze interesujący motyw nie tylko literacki, a po latach czytania i oglądania każdy z nas spodziewa się pewnych rzeczy i postaw. Zawsze trafią się i porządni ludzie, i szuje, korzystający z okazji. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono” - jak twierdzi morał wielu dzieł, a obserwując apokalipsę na małą skalę, w niewielkiej gminie, po raz kolejny przekonujemy się, że są to słowa prawdziwe. Bo niecodzienne okoliczności sprawiają, że zachowujemy się niecodziennie, a priorytetem staje się przetrwanie. Ale czy jeden samolubny czyn skreśla nas od razu? Czy to poświęcenie liczy się najbardziej?
Chciałabym napisać, że lektura tej powieści przekonała mnie
do szeroko zakrojonej tematyki apokaliptycznej, ale chyba jednak nie. Owszem,
książka jest bardzo dobrze napisana i mimo braku jakiegokolwiek bohatera,
któremu mogłabym kibicować, byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko
skończy, jednak miejscami także znudzona – i nie, nie chodzi tu o brak
fajerwerków czy rozpierduchy na miarę Rolanda Emmericha, wręcz przeciwnie,
duszna, klaustrofobiczna atmosfera wręcz namacalnie dławi – ale w pewnym
momencie łapałam się na tym, że bezmyślnie przekładam kolejne strony. Może to
pewien brak jednoznacznych odpowiedzi, który jednak całkowicie wynagrodził mi
zaskakujący epilog? Może to, że dawno nie czytałam tak niesympatycznych
bohaterów? Nie wiem. Czy polecam tę pozycję? Też nie wiem – pewnie tak, jeśli
lubicie te klimaty, podbudowane jednocześnie rewelacyjnymi, niepokojącymi
zdjęciami ilustrującymi tekst. Ja zdecydowanie doceniam nastrój i rzemiosło, 20:32
to po prostu nie moja bajka.
Marcin Mortka, 20:32, wyd. SQN, Kraków 2025.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz