Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin mortka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin mortka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2026

Inwazja na... małą skalę?

Czy zastanawialiście się czasami, co by się stało, gdyby nagle zabrakło prądu, komórki przestały działać, a Wy znaleźlibyście się w samym środku inwazji? Twórczości rozmaitej poświęconej tej kwestii jest całkiem sporo, nie zawsze zresztą mi odpowiadającej, bo postapo za bardzo nie lubię. Niedawno wyzwanie stworzenia kolejnej wizji końca świata podjął Marcin Mortka, którego – jak wiecie – bardzo szanuję, więc mimo lekkich oporów postanowiłam dać 20:32 szansę. Niczym tej blondynce z dowcipu.

Piotr i Irmina to niezbyt szczęśliwe małżeństwo, które poznajemy w jednym z najbardziej trywialnych momentów w życiu – gdy wychodzą od znajomych po wieczorze/popołudniu planszówkowym, a kiedy wsiadają do samochodu, niemal od razu zaczynają się kłócić. Sytuacji w niczym nie polepsza to, że dookoła zaczynają dziać się dziwne rzeczy, elektryczność siada, a zamiast zamknąć się w bezpiecznych czterech ścianach, niezwykle dobrze przygotowanych na wypadek różnych katastrof, trzeba się wybrać po siostrę Irminy, która miała do nich przyjechać. Zwykła wyprawa na dworzec obfituje w dziwne spotkania i wydarzenia, a w pociągu Piotr natyka się na mnóstwo jakby wyłączonych ludzi i jakieś dziwne stworzenie, które wydaje się jakby żerować na podróżnych, w dodatku nieprzypominające niczego, co wcześniej widział – nawet w internecie i jego przepastnych otchłaniach, których nie idzie odwidzieć. Wkrótce sytuacja staje się nieco jaśniejsza – choć niewiele to wszystkim pomaga – bo oto wychodzi na jaw, że Ziemię najechali obcy!

Obserwowanie zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnych to zawsze interesujący motyw nie tylko literacki, a po latach czytania i oglądania każdy z nas spodziewa się pewnych rzeczy i postaw. Zawsze trafią się i porządni ludzie, i szuje, korzystający z okazji. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono” - jak twierdzi morał wielu dzieł, a obserwując apokalipsę na małą skalę, w niewielkiej gminie, po raz kolejny przekonujemy się, że są to słowa prawdziwe. Bo niecodzienne okoliczności sprawiają, że zachowujemy się niecodziennie, a priorytetem staje się przetrwanie. Ale czy jeden samolubny czyn skreśla nas od razu? Czy to poświęcenie liczy się najbardziej?

Chciałabym napisać, że lektura tej powieści przekonała mnie do szeroko zakrojonej tematyki apokaliptycznej, ale chyba jednak nie. Owszem, książka jest bardzo dobrze napisana i mimo braku jakiegokolwiek bohatera, któremu mogłabym kibicować, byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko skończy, jednak miejscami także znudzona – i nie, nie chodzi tu o brak fajerwerków czy rozpierduchy na miarę Rolanda Emmericha, wręcz przeciwnie, duszna, klaustrofobiczna atmosfera wręcz namacalnie dławi – ale w pewnym momencie łapałam się na tym, że bezmyślnie przekładam kolejne strony. Może to pewien brak jednoznacznych odpowiedzi, który jednak całkowicie wynagrodził mi zaskakujący epilog? Może to, że dawno nie czytałam tak niesympatycznych bohaterów? Nie wiem. Czy polecam tę pozycję? Też nie wiem – pewnie tak, jeśli lubicie te klimaty, podbudowane jednocześnie rewelacyjnymi, niepokojącymi zdjęciami ilustrującymi tekst. Ja zdecydowanie doceniam nastrój i rzemiosło, 20:32 to po prostu nie moja bajka.

Marcin Mortka, 20:32, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 26 sierpnia 2025

II wojna światowa nieco inaczej

Pamiętacie może Pas Ilmarinena? Wojna wywiadów prowadzona w nieco odmienny niż standardowy sposób, walka nie tylko na broń konwencjonalną, ale i magiczną, brytyjska Biblioteka vs. niemieckie Anneherbe, a do tego zasypana śniegiem Finlandia i misja, zdawałoby się, niemożliwa... Do tych właśnie klimatów wracamy w powieści Grom. Wojna runów, gdzie tajemnica goni tajemnicę, a incydenty nie tylko dyplomatyczne nie spędzają niektórym decydentów snu z powiek...

Jest późne lato 1939 r. W powietrzu wisi coś bardzo intensywnego – Polacy już niedługo przewidują rozpoczęcie walki na śmierć i życie, tymczasem część okrętów marynarki wojennej, w tym niszczyciel „Grom”, jest wysyłana do Wielkiej Brytanii. I choć oficerskie dusze burzą się na samą myśl, rozkaz to rozkaz i niewiele można na to poradzić. Jednak w głębi serc ukrywają się złość i desperacja, a u niektórych dosyć nieoczekiwane talenty – czy raczej przekleństwa.

W angielskiej posiadłości The Frythe sir Andrew Harrington również czuje narastające zagrożenie, choć osobiście nie miałby nic przeciwko temu, by Polskę oddano temu niezrównoważonemu Hitlerowi i żeby jeszcze chwilę panował pokój... Jednak nie bierze się do końca z tchórzostwa, o nie! Harrington, szef tajemniczej Sekcji D brytyjskiego wywiadu, wie bowiem, że wróg ucieknie się do tajemnej i bardzo niebezpiecznej broni, jaką są dawne nordyckie runy i utracona, wydawałoby się, wiedza. Dzięki swojemu dosyć niecodziennemu współpracownikowi orientuje się bowiem w ich potędze i wie, kto i jak, podobnie jak on, całkowicie zgłębił ich tajemnice....

Głęboko w sercu Norwegii tajemniczy ludzie chroniący swojego Króla Gór przygotowują się do walki i ochrony tego, co pradawne i błogosławione. Przysięgają użyć wszystkich swych darów i wszystkich metod, by nawet własnym życiem osłonić sekret przed tymi, którzy są go niegodni i którzy wykorzystaliby go nawet do najgorszych, całkowicie egoistycznych celów.

Wiecie, że nie zaliczam się do typowych Głodomortek z tego względu, że trochę nie po drodze mi z klasycznym fantasy, mocno zwlekałam też z lekturą wspomnianego już Pasa Ilmarinena, bo nie przepadam za literaturą wojenną (poza literaturą faktu i warszawskimi reportażami). Jednak ten zakręcony, pełen nadprzyrodzonych tajemnic świat II wojny, tak bliski mej ulubionej urban fantasy, to zdecydowanie coś, co wciąga i fascynuje. Połączenie faktów i starego dobrego nieznanego to strzał w dziesiątkę, zwłaszcza jeśli autor jest utalentowanym gawędziarzem, a do takich Marcin Mortka zdecydowanie należy! Absolutnie pokochałam też postaci – żywe, barwne i wywołujące w czytelniku prawdziwe emocje – i te prawdziwie pozytywne, i te pozytywne inaczej. Kibicujemy bohaterom, choć czasami mają nas niezbyt dobrze zaskoczyć i na końcu książki sami już nie wiemy, jakie dokładnie rozwiązanie nas satysfakcjonuje – wiadomo, przeważnie chcemy, by wygrali „ci dobrzy”, choć.... czy aby w każdy możliwy sposób?

Grom. Wojna runów to naprawdę wyśmienita powieść, doskonała rozrywka, skłaniająca czasami do przemyśleń historycznych. Dodatkowo, jeśli jesteście pasjonatami II wojny światowej, będziecie mieli dużo radości z niecodziennej interpretacji pewnych wydarzeń. Muszę też pobuszować w bibliotekach, bo Grom jest jednym z opublikowanych onegdaj tomów Trylogii Nordyckiej, wydanej przez Uroborosa, odświeżonym i przeredagowanym. Zdecydowanie chcę się zapoznać z pozostałymi! A zatem – miłej lektury! I mnie, i Wam!

Marcin Mortka, Grom. Wojna runów, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 17 października 2023

Wojenna magia

Końcówka lat 30. Naziści mają Anneherbe, komuniści jednak nie zostają w tyle – w Zarządzie Nauk Tradycyjnych NKWD również pracuje się nad nie do końca konwencjonalnymi metodami na utrwalenie Nowego Ładu. Co na to alianci? Wielka Brytania dysponuje zbiorami Biblioteki, zakazaną wiedzą i niecodziennymi artefaktami. Nic dziwnego, że w chwili wybuchu wojny wszystkie trzy instytucje pilnie obserwują sytuację, niekiedy próbując wpłynąć na nią bardziej lub mniej aktywnie.

Jedna z szych angielskiej Biblioteki udaje się do zakładu dla obłąkanych i wyciąga stamtąd niejakiego Michaela Tayne’a byłego sierżanta królewskiej piechoty morskiej. Należy dodać, że dzieje się tak wbrew jego woli. Skąd jednak takie wariackie, nomen-omen, zagranie? Tylko Michael może bowiem pomóc Cedricowi de Woortowi wyciągnąć jego córkę Penelopę z zimowego piekła, jaką staje się Finlandia na początku wojny ze Związkiem Radzieckim. Penelopa odkrywa magiczne tajemnice Finów, ukrywane w sercu pradawnych lasów. Pech chce, iż podobną drogą podąża oficer NKWD, Siergiej Muchalew, dążący do odkrycia artefaktu dającego niesamowitą moc – tytułowego Pasa Ilmarinena.

Przeleżała mi ta książka trochę na półce. Jak już wielokrotnie wspominałam, lubię twórczość Mortki, ale ostatnio autor koncentruje się głównie na fantasy, a z tym mi nieco nie po drodze (a potem się zabiorę i już nie przerwę, póki nie skończę). W domu mamy jednak wszystkie pozycje opublikowane przez Marcina, bo mój ślubny z kolei uwielbia przygody Kociołka i ekipy. Jakoś tak się złożyło, że w przypadku Pasa rzuciłam tylko okiem na okładkę, bez specjalnego wczytywania się nawet w blurba, i stwierdziłam, że to powieść wojenna – a za tymi też zasadniczo nie przepadam. Kilka tygodni temu postanowiłam jednak sięgnąć po coś innego i postawiłam na Mortkę. Nie zawiodłam się.

Wojna to tło dla pokazania ludzkiej natury, jej dobrych i złych stron, a wiadomo, że zagrożenie wyzwala w każdym i to, i to. Każdy z naszych bohaterów: Cedric, Michael, Penelopa, Theo, Turner, a nawet Muchalew dokonują wyborów niekoniecznie moralnych, dla dobra ogółu, ale pragną wypełnić swój osobisty quest, niezależnie od jego dodatkowych konsekwencji. Świat nadnaturalny również nie jest tu odpowiedzią na wszystkie problemy, wręcz przeciwnie, magiczne przedmioty mogą okazać się bardziej problematyczne niż sam problem!

Barwne postaci, epicka walka państwa z państwem i dobra ze złem... a do tego świetne pióro Marcina Mortki – tak, zdecydowanie polecam tę pozycję!

Marcin Mortka, Pas Ilmarinena, wyd. SQN, Kraków 2023.

sobota, 25 marca 2023

Ach, te małe miasteczka!

Marcin Mortka jest bez wątpienia tytanem pracy. Co kilka miesięcy wychodzą kolejne odsłony jego cykli fantasy, a do tego przecież jeszcze tłumaczy! Jako autor od lat eksperymentuje z różnymi gatunkami i tak, dowiedziałam się dość nieoczekiwanie, że ma w swoim literackim dorobku również horror, a konkretnie nawet dwie powieści, tworzące całość: Miasteczko Nonstead oraz Hellware. Już nieraz wspominałam tutaj, że opowieści straszliwe po prostu uwielbiam, dlatego też – pamiętając, iż powieści Mortki całkiem lubię – już na starcie byłam nastawiona całkiem optymistycznie.

Bohaterem Miasteczka Nonstead jest Nathaniel McCarnish, przybywający do tytułowej miejscowości pozornie bez celu, ot tak – wszak przeżył tam kilka najlepszych dni swojego życia wraz ze swoją dziewczyną, Fioną. Fiona od niego jednak odeszła, więc nasz młody Anglik postanawia powrócić do Nonstead, by przywołać tamte wspomnienia. Ucieka też niejako przed swoim agentem, który nachalnie próbuje zmusić go do napisania drugiej części wielkiego bestselleru, Szeptów, antologii opowiadań grozy. Nathan nie do końca potrafi przed sobą przyznać, dlaczego właściwie tak broni się przed kolejną książką, ale jedno jest pewne – w miasteczku nie zabraknie mu roboty, jeśli chce się skoncentrować na czymś innym. Zaprzyjaźnia się z lokalnym drwalem Skinnerem oraz Anną, miejscową nauczycielką, i już wkrótce przekonuje się, że czasami rzeczywistość przerasta każdą fikcję. Czy jednak rozmaite rzeczy w Nonstead i w okolicy dzieją się same z siebie, czy ktoś nimi steruje?

I tak, Nathanowi i Skinnerowi może się wydawać, że poznali odpowiedzi na swoje pytania i rozwiązali swoje osobiste zagadki, jednak gdy pisarz nagle odzyskuje pamięć i kontrolę nad sobą, stojąc za barem w obskurnym barze pośrodku niczego, oczywistym staje się, że nic tu nie gra. Coś wpłynęło na jego umysł, otumaniło, „zaprogramowało” fałszywe wspomnienia. Wszystkie tropy wydają się znowu prowadzić do Nonstead, więc ponowna wycieczka do małego miasta wydaje się kolejnym oczywistym posunięciem. Pomijając już to, że zna rozmaite lokalne układy, przecież ma tam przyjaciół! Jednak nawet Skinner wydaje się co najmniej dziwny, a i inni mieszkańcy czasem robią coś totalnie sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. Dojście do sedna sprawy nie będzie zatem łatwe... ale czy da się to w ogóle rozplątać?

Olbrzymim atutem Miasteczka Nonstead jest klimat – to niesamowity obraz codzienności, w którą wkraczają elementy nadprzyrodzone, a ich rola i zamiary wcale nie są takie oczywiste. Bohaterowie wydają się kręcić bez celu w poszukiwaniu odpowiedzi, będących tak naprawdę w zasięgu ręki – a może to tylko czytelnikowi się tak wydaje? Wszyscy mają swoje sensowne motywacje, wszyscy odgrywają swoje role w dramacie, którego sprawca i autor obserwuje ich z nieukrywaną, sadystyczną przyjemnością.

Nie inaczej jest w przypadku Hellware, choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo  iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji, Hellware jest kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja nie przypadam za tym poziomem "meta". Napisano to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.Hellware, choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji Hellware staje się kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja jednak nie przepadam za tym poziomem „meta”. Napisane to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę, i rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to straszne. Jeśli macie ochotę na taką literaturę - zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji Hellware staje się kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja jednak nie przepadam za tym poziomem „meta”. Napisane to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę. I rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to strasznej. Jeśli macie ochotę na taką literaturę – zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę. I rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to strasznej. Jeśli macie ochotę na taką literaturę – zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

wtorek, 3 marca 2020

Przygoda w słowiańskim stylu!


Pamiętam, jak kiedyś Andrzej Sapkowski strasznie marudził na brak słowiańskiego fantasy. Oczywiście, było to już jakiś czas temu, sam wprowadził wiele rodzimych elementów do wiedźmińskiej sagi, a dzięki sukcesowi gry (no już, Andrzej, nie denerwuj się) przedostały się one także do globalnej kultury masowej. Od tamtego czasu upłynęło jednak trochę wody w Wiśle, sytuacja na rynku wydawniczym w Polsce także nieco się zmieniła i można obecnie znaleźć w księgarniach pozycje spełniające owe wymagania. Jedną z najnowszych powieści, które spokojnie można określić mianem słowiańskiego fantasy, są Żółte ślepia Marcina Mortki.

Główny bohater, Medvid, służy księciu Bolkowi – mowa o władcy, znanym z historii jako Bolesław Chrobry. Książę wielce sobie ceni nietypowego towarzysza, jednak sympatia ta nie jest zbyt powszechna na gnieźnieńskim dworze. Powód prosty – nastają nowe czasy, obcy księża wprowadzają kompletnie nową religię, zaprzeczającą temu, co od zawsze znajdowało się na tych ziemiach, a Medvid… A Medvid nie tylko nie chce jej przyjąć, ale wcale nie kryje się z tym, że wierzy w stare bóstwa i opowieści. Pragnie jednak na książęcym dworze pozostać z bardzo konkretnego powodu, a przy niechęci otoczenia najłatwiej to osiągnąć, zapewniając sobie przychylność tej jedynej osoby, której inni zlekceważyć nie mogą.

Niedługo jednak jego świat przewróci się do góry nogami, kiedy tajemniczy napastnicy porwą nie tylko Bolka, ale i wszystkich mieszkańców gnieźnieńskiego grodu. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to sprawka ani przypadkowych rabusiów, ani germańskich opra…, tfu, najeźdźców, należy zatem do pomocy zaprząc osobę mogącą znać się na zjawiskach obcych nawet Medvidowi. Dołącza do niego wiedźma Gosława, a już niedługo i dosyć nieoczekiwany sojusznik, Osmund. Rozpoczyna się wyścig z czasem i kolejnymi przeszkodami… z tego i innego świata.


Największą zaletą powieści są bohaterowie – napisani soczyście i wiarygodnie, ze swoimi wszystkimi wadami i zaletami. Kochają pasjami, wściekają się doprawdyż ogniście, nade wszystko jednak są dobrymi ludźmi. Pisząc Medvida, Mortka uniknął standardowej pułapki przy tworzeniu protagonisty – to nie jest po prostu dobrotliwy woj, walczący o swoje. Ma swoją mroczniejszą stronę i wcale jej nie ukrywa. Gosława, choć temperamentna we wszystkich tego słowa znaczeniach, a i czasami wredna, jak to wiedźma, ma pewne zasady i się ich trzyma, a jej bronią jest również rozum. Myśli wtedy, gdy narwanego Medvida ponosi gorąca krew. Niemiecki rycerz Osmund zaczyna wprawdzie z pozycji stereotypowego germańca, co to naszych przodków napadał, ale odgrywa ważną rolę w wydarzeniach i powoli się zmienia, w interesujący do obserwowania sposób. Cudownym komicznym elementem staje się domowik, skrzat podążający za towarzystwem i niezmiennie pakujący je w tarapaty – ale z jakim urokiem!

Przygoda, choć trochę generycznie zalatująca standardowym fantasy, napisana jest równie barwnie i z urokiem. Bohaterowie wprawdzie idą i poszukują, ale to nie Władca pierścieni, znajdują rozwiązania całkiem szybko i potrafią rozprawić się z zagrożeniem nie tylko siłą samego oręża, ale i przy pomocy sprytu i wiedzy. Oberwą przy tym nieco nie tylko od przeciwników magicznych, ale i zwykłych namacalnych, bo doczekamy się w Żółtych ślepiach i rozgryweczek politycznych, ciekawszych tym bardziej, że mamy do czynienia z bardzo wczesnymi dziejami Polski, słabo udokumentowanymi, więc autorowi pozostaje bardzo wiele swobody. Oczywiście, pewne rzeczy pozostać muszą, ale reszta… Resztę możemy przyjąć na wiarę, w dodatku z wielką przyjemnością.

Podoba mi się także język – prosty, lekko stylizowany. Szczęśliwie, nie jest to Sienkiewicz, którego bardzo lubię, ale ta góralszczyzna jednak mi przeszkadzała. Niestety, gdzieś tam zaplątały się określenia trochę nieprzystające do XI-wiecznej słowiańszczyzny, bo poważnie wątpię, by wojom wówczas „odbijało”, a i wątpię, by wywodzący się z greki termin „idiota” był jednak powszechnie znany, nie wykluczam jednak, że wynika to z faktu, że miałam do czynienia z egzemplarzem przed ostateczną korektą.

Żółte ślepia to doskonały przykład tego, jak drobna inspiracja historyczna może się rozwinąć się w świetną, pełnoprawną powieść fantasy. Przyjmujemy wykreowaną w książce rzeczywistość bez najmniejszego wahania, bo jest znakomicie opisana, a i tempo wydarzeń nie wymaga od nas czytania z wywieszonym językiem i przypominania sobie tego, co działo się dwie strony temu, bo od tego czasu wydarzyło się jeszcze więcej! Mamy czas na refleksję, zastanowienie, chwilę oddechu przy ognisku nad morzem, pogrążymy się też w mrocznym świecie dusz… Będziemy świadkami porządnych naparzanek… Czego innego chcieć od tego gatunku? Ja jestem całkowicie zadowolona. Rozrywka palce lizać!

Marcin Mortka, Żółte ślepia, wyd. Uroboros, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

piątek, 6 stycznia 2017

Gdzie diabeł nie może, tam czytelnik się zanudzi...

Urban fantasy robi się popularne, co mnie bardzo cieszy, bo znajduje się bardzo wysoko na liście moich ulubionych (pod)gatunków literackich i filmowych. Zaroiło się w księgarniach od kolejnych pozycji, niektórych wprawdzie ewidentnie przeznaczonych dla pokolenia jakby młodszego, ale jest też trochę takich, które konkretnie kopią tyłki i pomysłami, i wykonaniem. Mamy też już w Polsce trochę naszych rodzimych klimatów, czy to w wykonaniu wspomnianej tu już kiedyś Anety Jadowskiej, Kuby Ćwieka, Michała Studniarka czy Marty Kisiel i jeszcze kilku autorów. Nowością na rynku wydawniczym jest Projekt Mefisto Marcina Mortki, którego książki całkiem lubię. Bez specjalnego wahania wysupłałam zatem trochę waluty, by sprawić sobie prezent gwiazdkowy – w akcie jasnowidzenia, bez wątpienia, bo znowu nie dostałam pół książki, a tuszami do rzęs mogę sobie ściany malować… To jakaś sugestia czy co?

Do rzeczy jednak. Głównym bohaterem Projektu jest diabeł Zygmunt, wysłany przez korporacyjne Piekło, by siać chaos i pozyskać dusze. Niby nieco bardziej nowoczesnymi sposobami, bo nasz czort wspomina szkolenia, jako żywo podobne do tych bezużytecznych badziewi, które zna każdy, kto choć na chwilę pracował w korporacji, dodatkowo ma laptopa, będącego szczytem diabelnej techniki (bez wątpienia znakomitym pomysłem jest udostępnienie tajnej bazy danych przez przyciśnięcie klawiszy podczas bootowania kompa…), frustometr, komóreczkę… Ma też jednak coś, co jest już nieco bardziej klasyczne: przekaz, czyli piekielną sugestię, która odpowiednio skierowana, czyni cuda, skłaniając ludzi do czegoś, czego teoretycznie robić nie powinni. Pechowo dla naszego czorta, zostaje skierowany na totalne zadupie, do niejakich Wyplut, które od początku są… jakieś takie podejrzane. Ktoś go obserwuje, przekaz nie działa, a góra nie widzi jego znakomitych akcji, nakierowanych – rzecz jasna – na wyniki. Co takiego jest nie tak?


Przyznam, że odpowiedź na to pytanie miło mnie zaskoczyła, jako że zamiast standardowych aniołów, których się spodziewałam, dostaliśmy różne stworzenia ze słowiańskiej mitologii. Ba, oprócz nich pojawia się też i nasz stary znajomy, Rokita, siedzący zresztą w dziupli drzewa, co rozczuliło mnie ponad miarę. Są też oczywiście dresy, menele i dyskoteka wiejska, odmalowane może w nieco przesadzony sposób, ale za to niezwykle barwnie. I to chyba stanowi najlepszy element tej książki.

Akcja jest bowiem całkowicie nijaka. Główna zagadka rozmywa się między kolejnymi spotkaniami czorta ze słowiańskim towarzystwem, w pewnym momencie właściwie zaczęłam się zastawiać, o co tutaj tak naprawdę chodziło, a końcowe starcie jest jeszcze bardziej bez napięcia. Działania Zygmunta są tak bardzo chaotyczne, że nie mogę się w nich doszukać żadnego sensu, a próba wczucia się w problemy wilkołaka Łukasza i wiedźmy Natalii kończy się gwałtownym ziewaniem. Nie miałam przy tej lekturze żadnego poczucia, że muszę coś już natychmiast wiedzieć, bo inaczej… Nie. Bez problemu odłożyłam książkę, by wrócić (tak, przeczytać po raz drugi!) do kilku innych pozycji, a potem bez napięcia ją skończyłam. Szkoda, bo potencjał był całkiem fajny, a wyszło nudnawo.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że napisano tę książkę tylko po to, by załapać się właśnie na falę popularności urban fantasy, a okładkę zaprojektowano dla fanów tak znienawidzonego przeze mnie Lucyfera. A wielka szkoda, bo pomysł miał naprawdę dobry potencjał, tylko wszystko się rozmyło. Może odchudzenie książki o jakieś sto stron wyszłoby jej na dobre i wycięło zbędne sceny, naprawdę nic niewnoszące?


Marcin Mortka, Projekt Mefisto, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016.