Nie przestanie mnie w tym sezonie zadziwiać to, że odcinki
MOTW są zrobione naprawdę fajnie i nawet jeśli nie należą do specjalnie
wymagających intelektualnie i przyprawiają czasami o facepalm, a zawieszenie
niewiary idzie na grzyby, to nadal jest to kawałek sympatycznej i miodnej
telewizji. Tak jest i z tym odcinkiem – nie należy do wybitnych, ale oglądało
mi się go naprawdę przyjemnie i z uśmieszkiem, chociaż w tym przypadku raczej
kpiącym.
Nawiedzony samochód :)
Nawiedzony akademik - raj dla Deana Winchestera. Cały czas tylko zastanawiałam się, jak oni nie wpadli na to, że laska trzyma komórkę w dłoni cały ten czas?
Fabuła odcinka nie jest specjalnie skomplikowana – ot,
czwórka nastolatków pada ofiarą tajemniczych śmierci, powiązanych krótkim
„810”, elektroniką i wysokim poziomem nieprawdopodobieństwa. Potem dowiadujemy
się, że stali się nieumyślnymi sprawcami śmierci przypadkowego mężczyzny,
oczywiście, uciekli z miejsca wypadku, bo nieważne prawo jazdy, te sprawy...
Przy tak wysokim stężeniu iknowhatyoudidlastsummerowości
mimowolnie szukałam na ścianach wiadomego plakatu filmowego i już wiedziałam,
czego się właściwie spodziewać. Wrażenie oglądania kiepskiego horroru klasy C
podkreślały efekty specjalne, na czele z kabelkiem owijającym się wokół szyi
studentki blondynki, a który nachalnie przywodził mi na myśl równie wyszukane
chwyty z serii Oszukać przeznaczenie.
Przepis na katastrofę? Ależ nie! Ja uwielbiam kiepskie horrory – im gorsze, tym
lepsze. Oczywiście, pod warunkiem, że ma się pod ręką jakiś napój rozweselający
(mówiąc szczerze, ciężko być fanką Marka Shepparda i nie być lubić kiepskich
filmów grozy czy SF, wtedy oglądanie arcydzieł kinematografii SyFy z jego
udziałem staje się torturą...). Poza tym, sytuacja była wręcz wymarzona – ile
razy człowiek oglądał tego typu dzieła i miał w głowie takie „Rany boskie, dlaczego Sam i Dean nie
przyjadą i nie zrobią z tym porządku w 40 minut?”. Jak pokazuje obrazek
poniżej, nie tylko ja tak mam (Kobieta-Ślimak jest wielka!). W tym odcinku otrzymaliśmy
odpowiedź na nasze modły przy kiepskich horrorzydłach. Swoją ścieżką, dostałam
ciężkiego ataku śmiechozy, kiedy Dean i panienka polecieli – wzorem każdego
bohatera horroru – gdzie? Do piwnicy!!! Choć w tym przypadku miało to jakiś
sens.
Święte słowa.
Źródło: Kobieta Ślimak
Źródło: Kobieta Ślimak
Odcinek miał wszystko, co powinien mieć porządny odcinek
MOTW. Potwór był świetny – ja cholernie lubię żądne zemsty duchy, przy tych
historiach naprawdę można wywinąć niezły twist, tak jak w przypadku jednego z
najgorszych momentów SPNa ever, czyli
Mannequin 3: The Reckoning. To było tak
bardzo złe, ale motyw z nerką nawiedzoną przez ducha wywołał u mnie banana na
twarzy. Chwalić bogów, były to jeszcze czasy, gdy panowie przynajmniej udawali,
że interesują ich ratowani ludzie, nie zabijali ich domyślnie, więc gdyby nie
opkowe przypadkowe rozwiązanie, mieliby spory problem. Wracając jednakowoż do
naszych baranów... Andrew był duchem niestandardowym, bo poza mordowaniem w
wymyślny sposób swoich zabójców, był jednocześnie czułym mężem dla
przedwcześnie owdowiałej Corey. Plus, duch nawiedzający wi-fi? To jest
zdecydowanie straszniejsze niż cmentarze lub stare zrujnowane domy!!! Wi-fi
jest wszędzie! Oczywiście, chwyt zastosowano już wcześniej w Doctorze Who, nie zmienia to jednak
faktu, że jest fajny i ciary człowieka przechodzą. Plus, wielkie brawa za to,
że był to kolejny duch, który postanowił odejść w spokoju – bardzo lubię ten
efekt specjalny!
Dobra charakteryzacja to podstawa. Jak i w Bad Boys, duch ładny nie był, ale to podkreślało efekt odejścia.
Ofiary ducha były klasycznymi ofiarami horroru klasy D,
niesympatyczne buce (może być w znaczeniu krakowskim), znalazła się nawet
blondynka (#slut), było też dziewczątko o wrażliwym serduszku. Szczerze mówiąc,
dawno nie zdarzyło mi się tak mocno kibicować duchowi.
Blondynka idiotka i kabelek od tyłu.
Ruda wyglądająca tutaj nawet na czterdziestkę. Dobrze zakonserwowaną.
Swoją ścieżką, Delilah
jest chyba nielicznym z przypadków, w którym zespół castingowy serialu dał
ciała na całego, bo jak na nią patrzyłam, to nie mogłam się pozbyć wrażenia, że
to co najmniej trzydziestolatka udająca nastolatkę. Może to ten agresywny
kolorek włosów, może zmarszczki pod oczami, nie wiem. Moje zawieszenie niewiary
miało z tym duży problem, do tego doszły hackerskie sztuczki Sama. Ja wiem, ze
oni zawsze wyczyniają niesamowite rzeczy na komputerach, tracking, hacking, te
sprawy, ale przeważnie robią to na swoim sprzęcie i wtedy ja sobie powtarzam,
że mają tam zainstalowane specjalne programy, w końcu wśród łowców niejeden
utalentowany informatyk może się znaleźć, a od dwóch lat dostarczycielem dobra
bez wątpienia jest Charlie. W momencie, kiedy Sam przywraca na komputerze
panienki skasowaną rozmowę z Fejsbuka, zawieszenie niewiary zerwało kołek, na
którym wisiało. Nie. Po prostu nie. Może też nie jestem przedstawicielką tego
pokolenia, ale nie słyszałam nikogo, kto mówiłby hashtagami, choć przecież nie
obracam się w towarzystwie ludzi mówiących li i jedynie poprawną polszczyzną.
Sama nią nie mówię cały czas - nierzadko zdarza mi się mówić totalnym ponglishem, ale to w sumie dlatego, że
nie przejdzie mi przez usta polski odpowiednik vessela i inne tego typu kwiatki. Sztuczne to było jak linoleum,
cholera.
Różowy laptopik mnie zabił.
Na szczęście była to scena, która jednocześnie napawała mnie
olbrzymim fanowskim szczęściem, bo Dean wcinający lanczyk w collegowej stołówce
był żywym odzwierciedleniem Deana pożerającego catering w Hollywood Babylon. W ogóle ich przekomarzania były rodem z drugiego
sezonu – zwłaszcza Dean nie bardzo orientujący się w sprawach komputerowych
(zważywszy, że częściowo były wyssane z palca, w sumie mu się nie dziwię), aż
przypomina mi się jego zwiecha na wspomnienie o MySpace (R.I.P.). Znowu to Dean
jest kopalnią wiedzy o popkulturze, piosenkach i filmach (choć zakładam, że w
sumie Christine mógłby jednak
przeczytać), znowu ogląda się za panienkami, a jego przeprosiny za zabranie
brata ze Stanford, gdzie takie widoczki zapewne również były na porządku
dziennym, wywołały u mnie ryk śmiechu. Te spojrzenia w bibliotece, te
akademiki... Jako fan tęskniący za starym klimatem poczułam się dopieszczona.
Dobrze zrobiło mi się również, kiedy panowie się przedstawili – agenci Cobain i
Grohl – ach, ach, stare dobre czasy!
Agenci Cobain i Grohl - hej, to są znane nazwiska! Chyba nawet Amerykanie by się zorientowali, że coś jest nie tak!
Stęskniłam się za takim Deanem.
Kolejna rzecz warta odnotowania – brak Angstu! To już
kolejny odcinek i nie wiem, czy to się w końcu skumuluje, czy jednak naprawdę
dostajemy powtórkę z drugiego czy pierwszego sezonu. Wręcz przeciwnie, bracia
mówią ludzkimi głosami, z sensem, nie zakładają, że jeden wie lepiej, co dla
drugiego lepsze. I jakkolwiek głębokie mowy w Impali ostatnimi sezonami człowiek
już trochę olewał, tak cholernie podobała mi się rozmowa w tym odcinki. Bardzo
spodobało mi się też nastawienie Deana – olać zdrowe żarcie i abstynencję czy
zamykanie się w Bunkrze, terapia przez pracę to też terapia. „If there’s a will, there’s a case” hasłem tego sezonu! Nie da się również
ukryć, że słowa “So I'm gonna fight it,
till I can't fight it anymore. And when all is said and done, I'll go down
swinging” wywołały u mnie wielki aplauz i mam tylko nadzieję, że za dwa
odcinki jeden ze scenarzystów nie zapomni przeczytać mema dla ekipy i znowu nie
wywinie jakiegoś ciężkoangstowego odcinka.
Powiem Wam, że jestem na etapie, na którym główny wątek i
poboczni bohaterowie – niejacy C2 – mnie guzik z pętelką obchodzą. Jeśli mam
dostawać takie odcinki, przeżyję nawet niepojawianie się Marka Shepparda na
ekranie, a zważywszy na to, co ostatnio robią z moim Panem i Władcą, jest to
wskazane dla mych nerwów i wątroby. Niestety, zapowiedź następnego epizodu, o
jakże wiele mówiącym tytule – The
Executioner’s Song – podpowiada mi, że wątroba będzie miała spore problemy.
Jeśli mi zabiją Kaina, to mnie chyba szlag trafi. Tym optymistycznym
akcentem...
Supernatural, 10x13 Halt
& Catch Fire, scen. E. Charmelo i N. Snyder, reż. J. F.
Showalter, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, A. Milner, B. Kottmeier i inni.








