Hmmm… Miał to być odcinek zabawny
i nie przeczę, znalazło się kilka momentów, w których ryknęłam zdrowym
rechotem, jednak jak na to, czego się spodziewałam, nie było ich tak wiele.
Wniosek z tego jeden – nic na siłę, panie i panowie.

Sam Winchester jest masochistą. Nie prowadzi żadnej sprawy, a mimo to wstaje o 6:30. I żeby jeszcze sam, tak z siebie! Ale nie, budzik sobie nastawia. Tak, dla takich jak on Crowley zmienił Piekło.
Jednak żeby nie marudzić,
skłamałabym, pisząc, że nie był to odcinek całkiem niezły, niekoniecznie jako comic relief. Przede wszystkim, po raz
kolejny daje nam wgląd w stosunki rodzinne Winchesterów i jeśli jeszcze ktoś mi
powie, że John był nadzwyczajnym ojcem, to będzie kolejny tytuł, którym mu
odpowiem. Właściwie za wszystko powinno wystarczyć Something Wicked i A Very
Supernatural Christmas, ale dołączam Just
My Imagination do listy. Jeśli tak wyglądało życie młodego Sama
Winchestera, to ja się naprawdę nie dziwię, że chłopak dał nogę, kiedy tylko
mógł. Wiedząc, że coś tam się czai w Ciemności, zostaje sam, raz za razem.
Dziewięcioletni dzieciak! Jasne, dziewięciolatek nie patrzy na to jak na
zagrożenie, raczej tęskni za tym, żeby coś zrobić, a najgorszym przeciwnikiem
jest nuda, ale na litość Boską! I tak, chociaż młody Sammy ucieszył się jakby
mu kto milion dolców dał, tak tatuś dopuszczający do tego, by nawet
teoretycznie wziął udział w polowaniu, a wcześniej jeszcze nań samotnie
dojechał, jest osłem rzadkiej maści. Nie jestem fanką trzymania dzieci pod
kloszem, ale… Nie. Ha, zresztą, tatuś to jedno, ale braciszek, który twierdzi,
że przecież młodszy nie był samotny, bo zawsze miał jego, to kolejny przykład
winchesterowej patologii i przekłamywania faktów. Miło było jednak przy okazji
znowu zobaczyć Dylana Everetta, bo Dylan Kingwell, nowa odsłona młodego Sama,
nie zachwycił mnie specjalnie. Może przywykłam zanadto do Colina Forda, ale
czegoś mi w tym Samie brakowało. Trudno. Nie co dzień Święto Lasu.

Widzicie klocki LEGO i żołnierzyka? Rozumiem wiele, ale tak, scenarzyści, już zauważyliśmy, że nawiązujecie do poprzednich sezonów...
Nie mogę się jednak oprzeć
wrażeniu, że scenarzyści piszą Sama na nowo. Jasne, na pewno – jak pisałam –
chciał spróbować czegoś nowego, ale zaledwie pół roku wcześniej, podczas
samotnych Świąt, ośmiolatek ma doskonale wyrobione zdanie na temat rodziciela.
Nagle jednak słyszymy „I’m a Winchester,
I hunt monsters.” Hmmmm…
Duże hmmmmm… Plus… Nie macie wrażenie, że Sam względem Sully’ego zachował się
po prostu jak buc? Pewnie, dla niego był to wymyślony przyjaciel, ale to
jest kolejny przypadek, kiedy scenarzyści robią z postacią zupełnie co innego,
jednocześnie usiłując nam wmówić, jaka to dobra i wrażliwa. Jeśli to tak ma
wyglądać, lepiej niech scenarzyści koncentrują się na teraźniejszości.

Tylko w rzeczywistości Winchesterów dorosły mężczyzna siedzi i dyskutuje ze swoim Wyobrażonym Przyjacielem. I go przeprasza.
Którą oczywiście jest Ciemność,
szczęśliwie póki co nieobecna. Nawet zanna, przyjaciele dzieci, wiedzą, że coś
się dzieje, robią jednak swoje. Strasznie mi się spodobał ten koncept,
dotychczas większość wróżek (pomijając Gildę, która była do tego przymuszona)
nie należała raczej do stworzeń specjalnie miłych i serdecznych. Po dziesięciu
lat fajnie zobaczyć te nieliczne istoty, które mają na uwadze li i jedynie
nasze dobro. Zastanawiam się tylko, jaki jest klucz doboru dzieciaków i czy
mają coś wspólnego z tym, kim potem mogą się stać… Tak, wiem, przekombinowuję.
Oczywiście, wymyśleni przyjaciele
to temat wybitnie wdzięczny i nic dziwnego, że wyszło z tego coś miłego i
miejscami rzeczywiście zabawnego. Scena, gdy mać dziewczynki wchodzi w zwłoki
Sparkle’a i jeszcze rozmazuje sobie jego krew po twarzy była jednocześnie
groteskowa i zabawna, wyłam również radośnie na widok śniadanka przygotowanego
Samowi przez Sully’ego (i ten nie do końca obudzony Dean, który oznajmia, że
idzie po broń – doprawdy, panie Winchester, pan jeszcze z nią nie śpi?). Inne
elementy jednak już nie były takie śmieszne – jak chociażby pogrzeb syrenki. Na
bogów, naprawdę? Sully pozwolił pochować swoją własną przyjaciółkę jak tę
zdechłą rybkę z akwarium? Coś mi tu nie gra i to wręcz potężnie, nazywa się to
niedopracowanie szczegółów, które ma dać pretekst do kolejnego teoretycznie
zabawnego tekstu. Jednak bardzo podobało mi się zakończenie odcinka –
morderczyni, która w jakiś sposób była ofiarą i wreszcie udało się to wszystko
rozwikłać tak, by rzeczywiście „ocalić
ludzi.”
No cóż, to była chwila oddechu
przed uderzeniem z grubej rury. Jeśli ktoś nie widział jeszcze zwiastuna nowego
odcinka, powiem tylko tyle, że cierpię na wadę wzroku – jasnowidztwo. Będzie to
też ostatni odcinek przed dłuższą przerwą, więc przewiduję, że za tydzień, o
tej porze, wszyscy będziemy się kiwać w kąciku… i błagać, by nas dobili.
Emocjonalnie.

Chciałam tylko powiedzieć, że kupił mnie fakt, że ten odcinek reżyserował facet grający Trickstera, który uwielbiał te wszystkie słodycze... Pamiętacie tę scenę? :D
Supernatural 11x08 Just My Imagination, scen. J. Klein, reż. R. Speight
Jr., wyst. J. Padalecki, J. Ackles, N. Torrence, A. Savcic i inni.





