Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie z tego świata. out of the darkness into the fire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie z tego świata. out of the darkness into the fire. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2015

Czy ja już tego wszystkiego gdzieś nie widziałam?

Witam po dłuższej nieobecności. Nie obiecuję, niestety, że taka przerwa się nie powtórzy, bo rodzinnie strasznie mi się wszystko ostatnio posypało, postaram się jednak nadganiać wszystko. Dzisiaj za jednym zamachem dwa odcinki, więc będzie może nieco mniej szczegółowo niż dotychczas, ale może przez to nieco mniej pesymistycznie… Chociaż… Wnioski z drugiego odcinka nie są specjalnie pozytywnie nastrajające…

Wiem, że marudzę, ale to nowe logo siakieś takie nijakie.

To lećmy… Pierwszy odcinek był zdecydowanie dużo bardziej interesujący niż finał poprzedniego sezonu, ale dla mnie przede wszystkim był to fan service. Dostaliśmy więc chłopców z przemową „Saving pe ople, hunting things, the family business” i Sama marudzącego, że coś się z nimi stało, bo poza sobą i ratowaniem siebie zapomnieli o pozostałych kilku miliardach ludzi. Thank you, Captain Obvious. Trzeba było kilku ostatnich sezonów, żeby to nagle odkryć? Po raz kolejny upewniam się w tym, że Carver od czasu do czasu wchodzi na Tumblra i szuka po tagu „Supernatural”, a potem próbuje zadowolić większość. Tyle że to się raczej nigdy nie udaje. Najlepszy przykład? Sama kilka razy trafiłam na marudzenie, że należałoby pokazać nieco więcej nietypowych działań Crowleya i co? Nie powiem, ojciec Crowley sprawił, że spłakałam się ze śmiechu, ale pierwszy odcinek i wcielenie się w MILFa wywołało u mnie ciężkiego facepalma. Dawno nie było czegoś kontrowersyjnego w wykonaniu Króla Piekła? To dajmy sesyjkę swingersów… Jeżu kolczasty… Ale do tego, jak znowu pograno sobie z samą postacią, jeszcze wrócę…

A to już lepiej - chłopcy ze spluwami, wkraczający do Bunkra...

Co do głównego motywu, obawiam się, że zanadto mi to wszystko przypomina Sezon 7. Znowu mamy do czynienia z pradawnym zagrożeniem, wymykającym się prawom euklidesowej geometrii. Jedyna różnica polega na tym, że tamto było jeszcze stworzone przez Boga, to jest jakby z nim równorzędne. Manifestuje się jakby ciekawiej, bo jest przynajmniej na czym oko zawiesić (choć nie powiem, Jamesa Patricka Stuarta na tapecie miewam regularnie), ale podstawowa forma jest dokładnie ta sama, co właściwie prowokuje mnie do pytania, czy Bóg, próbując stworzyć swoje pierwsze dzieło, nie sięgnął przypadkiem do zasobów Ciemności? Słupy czarnego dymu, co to papieża nie wybrał, słupami czarnego dymu, ale te czarne żyły występujące u jednostek zainfekowanych jakoś dziwnie przypominają mi lewiatany przejmujące kontrolę nad Castielem.



Ciekawi mnie jednak, jaki jest cel Ciemności. Dotychczas jakoś cicho na ten temat, więc założyć w sumie można, że to, co zawsze – przejęcie kontroli nad światem. Dzieje się tak za sprawą zainfekowanych mrokiem ludzi, co niekoniecznie kończy się dla nich dobrze, a co znowu przypomina mi jeden ze wcześniejszych sezonów – tym razem jednak szóstkę i eksperymenty Eve, Matki Wszechrzeczy. Oczywiście, automatycznie mam skojarzenie znowu z siódemką i tym, że po uwolnieniu straszliwego zła jakieś malutkie miasteczko zostaje zainfekowane, pies z kulawą nogą tego nie odkrywa i tak się to wszystko jakoś toczy… A mówimy o epoce globalnej wioski!!! Interesuje mnie jednak dzieciątko, Amara, przez rzeczoną Ciemność zainfekowane (przy okazji, łapka w górę, kto nie spodziewał się takiego obrotu sprawy! Jakoś niewiele tych łapek widzę…). Jak rozumiem, wyrośnie na tę interesującą damę, nawiedzającą Deana na jawie… albo stanie się jej agentką na Ziemi. Osobiście skłaniam się ku drugiemu rozwiązaniu, bo Amara i jej przyspieszony wzrost przypomina mi dziwnie inne takie stworzonko z annałów fantastyki, Adrią zwane. Zastanawia mnie jednak, dlaczego żywi się duszami, skoro dusze teoretycznie są paliwem dla systemu związanego z Bogiem… istnieje jeszcze jednak inne wyjaśnienie – dusze istnieją od zarania czasu, może dorównują wiekiem Śmierci (no dobrze, teraz go już przeżyły), od eonów stanowią najbardziej wartościową walutę i źródło energii we Wszechświecie… To miałoby sens…

W ramach pomysłów z czterech liter, przyszło mi do głowy, że w jakiś sposób Dean jest ojcem małej Amary.


SPN kontynuuje wątki mrocznych dziewczynek. Co tam demony!

Wspominałam o Samie i Deanie wygłaszających wielkie mowy o tym, jak to się muszą zmienić, jeśli chcą rzeczywiście ocalić świat, tyle że znowu widać, że kończy się na słowach. Po dziesięciu latach, kiedy to za każdym razem tajemnice gryzły ich w dupę, łącznie z ostatnim razem, kiedy to sprowadziły zagrożenie na świat większe nawet od Apokalipsy (tak przynajmniej się to przedstawia i sugeruje), a tymczasem chłopcy nadal trzymają karty przy orderach. Dean nie wspomina szczegółowo o tym, co rzekła mu Ciemność, Sam nie zamierza zdradzać, że został zainfekowany (ciekawe, czy powiedział o tym bratu jakoś potem). Więcej! Pamiętacie, jak w The Executioner’s Song Sam od pierwszego rzutu okiem wiedział, że z Deanem jest niedobrze? Nie powiecie mi, że ta telefoniczna rozmowa między chłopakami w finale pierwszego odcinka była zupełnie normalna. Ten Dean, którego ja znam, raczej na pewno zorientowałby się, że coś jest nie tak, zawróciłby natychmiast po zawiezieniu Jenny na miejsce. Dlaczego? Bo mimo tego, że zgodzili się na takie rozwiązanie, działanie w pojedynkę zawsze wychodziło im niekoniecznie na dobre! Nie wiem, dziwne to jakieś… Podobnie jak dziwnie uzasadniono powroty braciszków do świata żywych – dobrą wolą Śmierci. Śmierć może i wykazywał dobrą wolę, ale głównie go to wszystko irytowało, czemu wyraz dawał nie jeden raz. Ciekawe, czy rzeczywiście Żniwiarze mają taką moc, by samemu decydować o losach duszy… Jak dla mnie, to nieco bez sensu i zaprzecza wcześniejszej mitologii.

A teraz coś, co mnie fascynuje: dlaczego cała łąka, na której Sam znalazł Deana, była porośnięta różnymi odmianami krwawnika?

Sam Dean nie zmienił się specjalnie, jak zwykle czuje odpowiedzialność za cały Wszechświat i jak zwykle jest wręcz uroczo niekonsekwentny. Czy ktoś mógłby wyjaśnić mi, dlaczego właściwie nie zarżnął Crowleya, kiedy już go przyszpilił? Bo tak fajnie im się współpracowało? Bo mu współczuł? Bo…? Bo tak wymagał scenariusz…  Sytuacja w King of the Damned się kłania.


Młodszy Winchester robi to, co wychodzi mu najlepiej, cierpiętnicze miny. Nie da się jednak ukryć, że zaimponował mi nieco desperacją w kwestii znalezienia lekarstwa, choć stała się ona w pełni zrozumiała, kiedy został zainfekowany (i to wymowne odsłanianie szyi, no po prostu czysty seks dla fanek Sama!). Patrząc jednak na to, jak powtarzalnie chwilowo wszystko się zapowiada, zastanawiam się, kiedy wpadnie w guilt tripa. 


Możliwe jednak, że nie będzie miał na to czasu, a to w związku z Lucyferem… Pamiętacie, jak Mark Pellegrino zapowiadał, że pojawi się w Sezonie 11? W obliczu rewelacji z Piekła rodem i nagłych przebłysków świadomości Sama, które wyglądają, jakby pochodziły z Klatki, jestem skłonna zgodzić się z tym, że faktycznie, możemy Lucusia na ekranach ujrzeć. I to nowego Lucusia, jako że Kainowe Znamię, które to miałoby go skorumpować, zostało unicestwione. Niekoniecznie mi się ta wizja podoba, bo mój headcanon odrzuca to, że właśnie Znamię wpłynęło na archanioła, nie jego Wolna Wola, ale to prowadzi w bardzo ciekawe rejony. Dostaliśmy też pewien dowód na to, że Bóg istnieje sobie gdzieś tam, bo Sam, w przeciwieństwie do Casa w The Man Who Would Be a King, dostaje znak. Ładnie to łączy się z nagłym pojawieniem się Chucka w poprzednim sezonie, zwłaszcza w kontekście objawienia z A Little Slice of Kevin („But how Kevin is a prophet if Chuck is a prophet?”)... Bóg powraca…? Nie powiem, byłoby to ciekawym wątkiem. Oczywiście, jak długo nie dostanie od kogoś kosy pod żebra (pun intented).


Ale jak już jestem przy lekarstwie dla zainfekowanych Ciemnością… Święty olej? Naprawdę? Znowu sięgamy supernaturalowych wariacji biblijnych, które wspominały dotychczas, że święty olej jest wyjątkowo ciężką do zdobycia substancją, a zważywszy na to, co może zdziałać, musi być rzadka. Jednak chłopcy od pięciu sezonów mają jej od cholery i trochę, a przecież to nie woda święcona, nie da się tego zrobić niejako „od ręki”! Oczywiście, byłoby to wyjątkowo złośliwe – znaleźć lekarstwo i nie mieć jak go zdobyć, ale mam tu bardziej wrażenie, że scenarzyści potrzebowali czegoś niejako „świętego”, zapominając, że zostało określone jako wyjątkowo rzadkie. I tak od jakiegoś czasu.

Bardzo ładny efekt.

Fanservice’em muszę nazwać też perypetie Castiela, wybaczcie. Oczywiście, już wcześniej w serialu pojawiała się magia tak potężna, że nie dawały jej radę anioły (It’s the Great Pumpkin, Sam Winchester!), ale w ten urok doprawdy nie wierzę. Wielokrotnie powtarzano, że mózg Jimmy’ego już dawno uległ kasacji, na co więc ten urok miałby działać? Na samo ciało? Bez żartów. Na duszę? Mówimy o aniołach! Nie pojmuję tego, doprawdy. Castiel ma jednak szansę szlajać się z miną zbitego pieska, pokazywać, jaki to on szlachetny, a te inne anioły takie złe i niedobre. Może też wykonywać kolejne telefony do braci, a inne telefony dają aniołom pretekst do przemówienia, jak to Castiel zawsze wybierał Winchesterów w miejsce boskich interesów… Tylko my to wszystko wiemy. Wiemy, że Cas jest jaki jest, a anioły Pana to banda skurwieli. Kilka scen w drugim odcinku może zadowoliła fanów sponiewieranego Mishy (jestem fanką sponiewieranego Jareda, muszą istnieć identyczne i w tym przypadku i wcale nikogo nie oceniam!), ale nie wniosła dokładnie niczego do tematu. Więc po co to wszystko było?

Przez chwilę miałam wrażenie, że to mogły być demony...

Podobnie nie mam zielonego pojęcia, po co perypetie Crowleya w ciele MILFa z przedmieść. Rozumiem, że opuścił ciało zanim Castiel dźgnął go nożem, jednak dlaczego, na bogów, do niego po prostu nie wrócił? Meatsuit jest już dawno martwy, nie ukrywajmy, dostał przecież w samo serce chociażby od Bobby’ego w The Devil You Know, więc nie widzę powodu, dla którego powrót do standardowego outfitu miałby być jakimkolwiek problemem, a już na pewno problemem wymagającym radosnego zgromadzenia kilku demonów. Ponadto, nie widzę najmniejszego sensu w tym, by Crowley ukazywał się podwładnym w jakikolwiek sposób pozostając wrażliwym na ataki.


Biedny Crowley... takie smoke'owanie się musi być męczące.

A teraz oglądam halloweenowy odcinek i mam problem z zachowaniem powagi... Ale szczerze mówiąc, to jakoś średnio ta pani była w stanie naśladować mimikę i ogólną manierę Shepparda.

To się po prostu kupy nie trzyma, podobnie zresztą jak jego lekceważąca reakcja na wieści z Klatki. Jasne, w kwestii tego ostatniego mogę uznać, że to było na pokaz, jednak kolejny odcinek pokazuje, jak daleko obecna postać odeszła od starego Crowleya – oczywiście, zawsze starał się zdobyć sojuszników, pozostając jednak przygotowanym na wszystko, nie zachowując się jak mały dzieciak na widok cukierka. Jakkolwiek scena z wanem była uroczym nawiązaniem do sprezentowania przekąski Dickowi Romanowi (i znowu sezon siódmy!), tak nie widzę powodu, by Crowley ściągał sobie na głowę osobę pożerającą duszę. Bo demony to nic innego jak dusze, torturowane i złe, ale przecież jednak dusze! Jeśli ja, dobroduszny Jedi, węszę kłopoty, to co dopiero paranoiczny Król Piekła? Podoba mi się jednak pomysł z ojcem Crowley’em, totalnie widzę Crowleya wcielającego się z uśmiechem w katolickiego księdza (i ten tekst o przysługach, jakie wiszą mu duchowni!), próbującego tak, nie inaczej zbadać wyczyny podwładnych, a przy okazji pewnie i zamykającego kilka przypadkowych transakcji. Trochę mniej podobało mi się jego skakanie wokół Deana, bo miałam szczerą nadzieję, że to mamy już za sobą – zwłaszcza w kontekście badassowej przemowy z The Prisoner. Owszem, dało to pretekst do kilku zabawnych tekstów, jak choćby ten z Daphne czy uroczy dialog po śmierci Jenny („I was getting bored.” „You killed her!” „You’re welcome.”), ale to chyba nie o to chodziło z tą postacią. Pomijając to, że dawny Crowley nie dałby się tak zaskoczyć deanowym ciosem.

Bless me, Father, for I have sinned...
Myślą... I to jak!

Mamy za sobą te dwa odcinki i właściwie chyba wiem, czego się możemy teraz spodziewać – maksymalnie jednego, dwóch dotyczących głównego wątku, potem kilka MOTW, znowu przypadkowy główny wątek… Trochę jak w przypadku wielokrotnie już przywoływanego sezonu siódmego. Mam nadzieję, że się mylę, bo to trochę szkoda, zwłaszcza zważywszy na to, że zaczynało się nieźle – podobała mi się zwłaszcza postać Jenny, jak zwykle jednak zmarnowana. Niestety, nie ruszono za bardzo do przodu z tematem śmierci Śmierci – ot, wiemy, że faktycznie nie żyje, ale ludzie nadal umierają. Po co zatem był potrzebny, tak odwieczny? Co dalej?

Supernatural 11x01 Out of the Darkness, Into the Fire, scen. J. Carver, reż. R. Singer, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M. Sheppard i inni.

Supernatural 11x02 Form and Void, scen. A. Dabb, reż. P. Sgriccia, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M. Sheppard i inni.