Witam po dłuższej nieobecności. Nie obiecuję, niestety, że
taka przerwa się nie powtórzy, bo rodzinnie strasznie mi się wszystko ostatnio
posypało, postaram się jednak nadganiać wszystko. Dzisiaj za jednym zamachem dwa
odcinki, więc będzie może nieco mniej szczegółowo niż dotychczas, ale może
przez to nieco mniej pesymistycznie… Chociaż… Wnioski z drugiego odcinka nie są
specjalnie pozytywnie nastrajające…
Wiem, że marudzę, ale to nowe logo siakieś takie nijakie.
To lećmy… Pierwszy odcinek był zdecydowanie dużo bardziej
interesujący niż finał poprzedniego sezonu, ale dla mnie przede wszystkim był
to fan service. Dostaliśmy więc chłopców z przemową „Saving pe ople, hunting things, the family business” i Sama
marudzącego, że coś się z nimi stało, bo poza sobą i ratowaniem siebie
zapomnieli o pozostałych kilku miliardach ludzi. Thank you, Captain Obvious. Trzeba było kilku ostatnich sezonów,
żeby to nagle odkryć? Po raz kolejny upewniam się w tym, że Carver od czasu do
czasu wchodzi na Tumblra i szuka po tagu „Supernatural”, a potem próbuje
zadowolić większość. Tyle że to się raczej nigdy nie udaje. Najlepszy przykład?
Sama kilka razy trafiłam na marudzenie, że należałoby pokazać nieco więcej
nietypowych działań Crowleya i co? Nie powiem, ojciec Crowley sprawił, że
spłakałam się ze śmiechu, ale pierwszy odcinek i wcielenie się w MILFa wywołało
u mnie ciężkiego facepalma. Dawno nie było czegoś kontrowersyjnego w wykonaniu
Króla Piekła? To dajmy sesyjkę swingersów… Jeżu kolczasty… Ale do tego, jak znowu
pograno sobie z samą postacią, jeszcze wrócę…
A to już lepiej - chłopcy ze spluwami, wkraczający do Bunkra...
Co do głównego motywu, obawiam się, że zanadto mi to
wszystko przypomina Sezon 7. Znowu mamy do czynienia z pradawnym zagrożeniem,
wymykającym się prawom euklidesowej geometrii. Jedyna różnica polega na tym, że
tamto było jeszcze stworzone przez Boga, to jest jakby z nim równorzędne. Manifestuje
się jakby ciekawiej, bo jest przynajmniej na czym oko zawiesić (choć nie
powiem, Jamesa Patricka Stuarta na tapecie miewam regularnie), ale podstawowa
forma jest dokładnie ta sama, co właściwie prowokuje mnie do pytania, czy Bóg, próbując
stworzyć swoje pierwsze dzieło, nie sięgnął przypadkiem do zasobów Ciemności? Słupy
czarnego dymu, co to papieża nie wybrał, słupami czarnego dymu, ale te czarne
żyły występujące u jednostek zainfekowanych jakoś dziwnie przypominają mi
lewiatany przejmujące kontrolę nad Castielem.
Ciekawi mnie jednak, jaki jest cel Ciemności. Dotychczas
jakoś cicho na ten temat, więc założyć w sumie można, że to, co zawsze –
przejęcie kontroli nad światem. Dzieje się tak za sprawą zainfekowanych mrokiem
ludzi, co niekoniecznie kończy się dla nich dobrze, a co znowu przypomina mi
jeden ze wcześniejszych sezonów – tym razem jednak szóstkę i eksperymenty Eve,
Matki Wszechrzeczy. Oczywiście, automatycznie mam skojarzenie znowu z siódemką
i tym, że po uwolnieniu straszliwego zła jakieś malutkie miasteczko zostaje
zainfekowane, pies z kulawą nogą tego nie odkrywa i tak się to wszystko jakoś
toczy… A mówimy o epoce globalnej wioski!!! Interesuje mnie jednak dzieciątko, Amara,
przez rzeczoną Ciemność zainfekowane (przy okazji, łapka w górę, kto nie spodziewał
się takiego obrotu sprawy! Jakoś niewiele tych łapek widzę…). Jak rozumiem,
wyrośnie na tę interesującą damę, nawiedzającą Deana na jawie… albo stanie się
jej agentką na Ziemi. Osobiście skłaniam się ku drugiemu rozwiązaniu, bo Amara
i jej przyspieszony wzrost przypomina mi dziwnie inne takie stworzonko z
annałów fantastyki, Adrią zwane. Zastanawia mnie jednak, dlaczego żywi się
duszami, skoro dusze teoretycznie są paliwem dla systemu związanego z Bogiem…
istnieje jeszcze jednak inne wyjaśnienie – dusze istnieją od zarania czasu,
może dorównują wiekiem Śmierci (no dobrze, teraz go już przeżyły), od eonów
stanowią najbardziej wartościową walutę i źródło energii we Wszechświecie… To
miałoby sens…
W ramach pomysłów z czterech liter, przyszło mi do głowy, że w jakiś sposób Dean jest ojcem małej Amary.
SPN kontynuuje wątki mrocznych dziewczynek. Co tam demony!
Wspominałam o Samie i Deanie wygłaszających wielkie mowy o
tym, jak to się muszą zmienić, jeśli chcą rzeczywiście ocalić świat, tyle że
znowu widać, że kończy się na słowach. Po dziesięciu latach, kiedy to za każdym
razem tajemnice gryzły ich w dupę, łącznie z ostatnim razem, kiedy to
sprowadziły zagrożenie na świat większe nawet od Apokalipsy (tak przynajmniej
się to przedstawia i sugeruje), a tymczasem chłopcy nadal trzymają karty przy
orderach. Dean nie wspomina szczegółowo o tym, co rzekła mu Ciemność, Sam nie
zamierza zdradzać, że został zainfekowany (ciekawe, czy powiedział o tym bratu
jakoś potem). Więcej! Pamiętacie, jak w The
Executioner’s Song Sam od pierwszego rzutu okiem wiedział, że z Deanem jest
niedobrze? Nie powiecie mi, że ta telefoniczna rozmowa między chłopakami w
finale pierwszego odcinka była zupełnie normalna. Ten Dean, którego ja znam,
raczej na pewno zorientowałby się, że coś jest nie tak, zawróciłby natychmiast
po zawiezieniu Jenny na miejsce. Dlaczego? Bo mimo tego, że zgodzili się na
takie rozwiązanie, działanie w pojedynkę zawsze wychodziło im niekoniecznie na
dobre! Nie wiem, dziwne to jakieś… Podobnie jak dziwnie uzasadniono powroty
braciszków do świata żywych – dobrą wolą Śmierci. Śmierć może i wykazywał dobrą
wolę, ale głównie go to wszystko irytowało, czemu wyraz dawał nie jeden raz.
Ciekawe, czy rzeczywiście Żniwiarze mają taką moc, by samemu decydować o losach
duszy… Jak dla mnie, to nieco bez sensu i zaprzecza wcześniejszej mitologii.
A teraz coś, co mnie fascynuje: dlaczego cała łąka, na której Sam znalazł Deana, była porośnięta różnymi odmianami krwawnika?
Sam Dean nie zmienił się specjalnie, jak zwykle czuje
odpowiedzialność za cały Wszechświat i jak zwykle jest wręcz uroczo
niekonsekwentny. Czy ktoś mógłby wyjaśnić mi, dlaczego właściwie nie zarżnął
Crowleya, kiedy już go przyszpilił? Bo tak fajnie im się współpracowało? Bo mu
współczuł? Bo…? Bo tak wymagał scenariusz…
Sytuacja w King of the Damned się
kłania.
Młodszy Winchester robi to, co wychodzi mu najlepiej,
cierpiętnicze miny. Nie da się jednak ukryć, że zaimponował mi nieco desperacją
w kwestii znalezienia lekarstwa, choć stała się ona w pełni zrozumiała, kiedy
został zainfekowany (i to wymowne odsłanianie szyi, no po prostu czysty seks
dla fanek Sama!). Patrząc jednak na to, jak powtarzalnie chwilowo wszystko się
zapowiada, zastanawiam się, kiedy wpadnie w guilt tripa.
Możliwe jednak, że nie
będzie miał na to czasu, a to w związku z Lucyferem… Pamiętacie, jak Mark
Pellegrino zapowiadał, że pojawi się w Sezonie 11? W obliczu rewelacji z Piekła
rodem i nagłych przebłysków świadomości Sama, które wyglądają, jakby pochodziły
z Klatki, jestem skłonna zgodzić się z tym, że faktycznie, możemy Lucusia na
ekranach ujrzeć. I to nowego Lucusia, jako że Kainowe Znamię, które to miałoby
go skorumpować, zostało unicestwione. Niekoniecznie mi się ta wizja podoba, bo
mój headcanon odrzuca to, że właśnie Znamię wpłynęło na archanioła, nie jego
Wolna Wola, ale to prowadzi w bardzo ciekawe rejony. Dostaliśmy też pewien
dowód na to, że Bóg istnieje sobie gdzieś tam, bo Sam, w przeciwieństwie do
Casa w The Man Who Would Be a King,
dostaje znak. Ładnie to łączy się z nagłym pojawieniem się Chucka w poprzednim
sezonie, zwłaszcza w kontekście objawienia z A Little Slice of Kevin („But
how Kevin is a prophet if Chuck is a prophet?”)... Bóg powraca…? Nie powiem,
byłoby to ciekawym wątkiem. Oczywiście, jak długo nie dostanie od kogoś kosy
pod żebra (pun intented).
Ale jak już jestem przy lekarstwie dla zainfekowanych
Ciemnością… Święty olej? Naprawdę? Znowu sięgamy supernaturalowych wariacji
biblijnych, które wspominały dotychczas, że święty olej jest wyjątkowo ciężką
do zdobycia substancją, a zważywszy na to, co może zdziałać, musi być rzadka.
Jednak chłopcy od pięciu sezonów mają jej od cholery i trochę, a przecież to
nie woda święcona, nie da się tego zrobić niejako „od ręki”! Oczywiście, byłoby
to wyjątkowo złośliwe – znaleźć lekarstwo i nie mieć jak go zdobyć, ale mam tu
bardziej wrażenie, że scenarzyści potrzebowali czegoś niejako „świętego”,
zapominając, że zostało określone jako wyjątkowo rzadkie. I tak od jakiegoś
czasu.
Bardzo ładny efekt.
Fanservice’em muszę nazwać też perypetie Castiela,
wybaczcie. Oczywiście, już wcześniej w serialu pojawiała się magia tak potężna,
że nie dawały jej radę anioły (It’s the Great
Pumpkin, Sam Winchester!), ale w ten urok doprawdy nie wierzę. Wielokrotnie
powtarzano, że mózg Jimmy’ego już dawno uległ kasacji, na co więc ten urok
miałby działać? Na samo ciało? Bez żartów. Na duszę? Mówimy o aniołach! Nie
pojmuję tego, doprawdy. Castiel ma jednak szansę szlajać się z miną zbitego
pieska, pokazywać, jaki to on szlachetny, a te inne anioły takie złe i
niedobre. Może też wykonywać kolejne telefony do braci, a inne telefony dają
aniołom pretekst do przemówienia, jak to Castiel zawsze wybierał Winchesterów w
miejsce boskich interesów… Tylko my to wszystko wiemy. Wiemy, że Cas jest jaki
jest, a anioły Pana to banda skurwieli. Kilka scen w drugim odcinku może
zadowoliła fanów sponiewieranego Mishy (jestem fanką sponiewieranego Jareda,
muszą istnieć identyczne i w tym przypadku i wcale nikogo nie oceniam!), ale
nie wniosła dokładnie niczego do tematu. Więc po co to wszystko było?
Przez chwilę miałam wrażenie, że to mogły być demony...
Podobnie nie mam zielonego pojęcia, po co perypetie Crowleya
w ciele MILFa z przedmieść. Rozumiem, że opuścił ciało zanim Castiel dźgnął go
nożem, jednak dlaczego, na bogów, do niego po prostu nie wrócił? Meatsuit jest
już dawno martwy, nie ukrywajmy, dostał przecież w samo serce chociażby od
Bobby’ego w The Devil You Know, więc
nie widzę powodu, dla którego powrót do standardowego outfitu miałby być
jakimkolwiek problemem, a już na pewno problemem wymagającym radosnego
zgromadzenia kilku demonów. Ponadto, nie widzę najmniejszego sensu w tym, by
Crowley ukazywał się podwładnym w jakikolwiek sposób pozostając wrażliwym na
ataki.
A teraz oglądam halloweenowy odcinek i mam problem z zachowaniem powagi... Ale szczerze mówiąc, to jakoś średnio ta pani była w stanie naśladować mimikę i ogólną manierę Shepparda.
To się po prostu kupy nie trzyma, podobnie zresztą jak jego lekceważąca
reakcja na wieści z Klatki. Jasne, w kwestii tego ostatniego mogę uznać, że to
było na pokaz, jednak kolejny odcinek pokazuje, jak daleko obecna postać
odeszła od starego Crowleya – oczywiście, zawsze starał się zdobyć sojuszników,
pozostając jednak przygotowanym na wszystko, nie zachowując się jak mały
dzieciak na widok cukierka. Jakkolwiek scena z wanem była uroczym nawiązaniem
do sprezentowania przekąski Dickowi Romanowi (i znowu sezon siódmy!), tak nie
widzę powodu, by Crowley ściągał sobie na głowę osobę pożerającą duszę. Bo
demony to nic innego jak dusze, torturowane i złe, ale przecież jednak dusze!
Jeśli ja, dobroduszny Jedi, węszę kłopoty, to co dopiero paranoiczny Król
Piekła? Podoba mi się jednak pomysł z ojcem Crowley’em, totalnie widzę Crowleya
wcielającego się z uśmiechem w katolickiego księdza (i ten tekst o przysługach,
jakie wiszą mu duchowni!), próbującego tak, nie inaczej zbadać wyczyny
podwładnych, a przy okazji pewnie i zamykającego kilka przypadkowych
transakcji. Trochę mniej podobało mi się jego skakanie wokół Deana, bo miałam
szczerą nadzieję, że to mamy już za sobą – zwłaszcza w kontekście badassowej
przemowy z The Prisoner. Owszem, dało
to pretekst do kilku zabawnych tekstów, jak choćby ten z Daphne czy uroczy
dialog po śmierci Jenny („I was getting
bored.” „You killed her!” „You’re welcome.”), ale to chyba nie o to
chodziło z tą postacią. Pomijając to, że dawny Crowley nie dałby się tak
zaskoczyć deanowym ciosem.
Bless me, Father, for I have sinned...
Myślą... I to jak!
Myślą... I to jak!
Mamy za sobą te dwa odcinki i właściwie chyba wiem, czego
się możemy teraz spodziewać – maksymalnie jednego, dwóch dotyczących głównego
wątku, potem kilka MOTW, znowu przypadkowy główny wątek… Trochę jak w przypadku
wielokrotnie już przywoływanego sezonu siódmego. Mam nadzieję, że się mylę, bo
to trochę szkoda, zwłaszcza zważywszy na to, że zaczynało się nieźle – podobała
mi się zwłaszcza postać Jenny, jak zwykle jednak zmarnowana. Niestety, nie
ruszono za bardzo do przodu z tematem śmierci Śmierci – ot, wiemy, że
faktycznie nie żyje, ale ludzie nadal umierają. Po co zatem był potrzebny, tak
odwieczny? Co dalej?
Supernatural 11x01 Out of the
Darkness, Into the Fire, scen.
J. Carver, reż. R. Singer, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M.
Sheppard i inni.
Supernatural 11x02 Form and Void, scen. A. Dabb, reż. P. Sgriccia, wyst.
J. Padalecki, J. Ackles, M. Collins, M. Sheppard i inni.















