niedziela, 10 maja 2020

Nieziemski kolor...


Dawno dawno temu, w odległej galaktyce wpadł w moje ręce tomik niejakiego Howarda Phillipsa Lovecrafta, zatytułowany Szepczący w ciemności. Zaczytana obecnie do granic możliwości książka zawiera moje ulubione opowiadania Samotnika, bo jakkolwiek posiadam też rozliczne inne publikacje, część zawartych w nich tekstów uważam za grafomanię wyższego rzędu. Od lat największe ciary wywoływały u mnie Widmo nad Innsmouth, Koszmar w Dunwich, Szepczący w ciemności, Duch ciemności, a przede wszystkim Kolor z przestworzy. Nie wiem, co takiego jest w tym ostatnim opowiadaniu, ale od zawsze z kartek książki niemal wyłaniał się ten pulsujący kolor i smród wszechogarniającego rozkładu. Dla mnie to po prostu kawał świetnej grozy w swoim najlepszym wydaniu.


Nie dziwi zatem fakt, że natychmiast po tym, jak dowiedziałam się o najnowszej, piątej adaptacji filmowej owego tekstu, postarałam się ją zdobyć i została główną atrakcją piątkowego wieczoru. Niech sobie gra w niej nawet Nicholas Cage! Jest to oczywiście wersja uwspółcześniona, choć oglądając fenomenalne zdjęcia towarzyszące napisom, wcale nie byłam tego taka pewna. Pewna pokręcona na swój sposób rodzinka wyprowadza się z dużego miasta i przejmuje farmę ojca głowy rodziny, Nathana Gardnera, mającego ewidentnie wiele problemów ze sobą i równie wiele dość niesamowitych pomysłów (np. hodowla alpak). Jego żona Theresa jest doradcą finansowym, cierpiącym wielce z powodu kłopotów z zasięgiem w dosyć odosobnionym domostwie, choruje również na raka. Z trójki dzieci najzwyklejszy wydaje się nastoletni Benny, radośnie jarający trawkę w zaciszu stajni. Jego siostra Lavinia jest wiccanką, zaczytuje się Necronomiconem, oddałaby wiele za wydostanie się z leśnej głuszy i stanowi modelowy przykład konfliktu pokoleń. Najmłodszy Jack najczęściej siedzi sobie przy starej studni, nie mając innych towarzyszy do zabawy jak tylko pies i własna wyobraźnia.

W gruncie rzeczy przeciętna rodzina, z wszystkimi wadami i zaletami, owszem, lekko zwariowana, ale kto z nas nie jest? Nakreślenie portretów Gardnerów nie zajmuje twórcom filmu zbyt wiele czasu, ale udało się to naprawdę znakomicie. Przy całych mniejszych i większych sporach rodzinnych czuć sympatię pomiędzy rodzeństwem, miłość pomiędzy ich rodzicami, gdzieś pobrzmiewają kłopoty finansowe, czuć izolację – w końcu domostwo Gardnerów znajduje się nie tak blisko cywilizacji. Początek niemalże jak w filmie obyczajowym, choć komedią zalatuje ukazanie podstarzałego hippisa, pomieszkującego sobie na ziemi Gardnerów, Ezry. Ciekawie także ogląda się ich z punktu widzenia przybysza, hydrologa Warda, badającego stan wody w tej okolicy, jako że już wkrótce rozpocznie się tu budowa wielkiego zbiornika retencyjnego.

Dlatego właśnie nieoczekiwany upadek meteorytu, któremu towarzyszą niesamowite efekty świetlne i zapachowe wydaje się kompletnie nie na miejscu – przecież wcześniej patrzyliśmy na przeciętną amerykańską rodzinę… nagle jednak rzeczy zaczynają się zmieniać i to dosyć drastycznie. Olbrzymią zaletą pierwszej połowy filmu jest wprowadzanie owego klimatu grozy bardzo powoli, dźwiękiem, pewnymi efektami wizualnymi (powoli obrastające studnię kwiaty), narastającym niepokojem… Owszem, pojawia się na tym etapie kilka elementów z klasycznego horroru – choćby nocne przygody Warda, ale dodają tylko akcentów niezwykłości w pewnej może nie zwykłej, ale przecież też nie nadnaturalnej przygodzie – w końcu meteoryty spadają na ziemię od zarania dziejów…

Niestety, już wkrótce w życie Gardnerów wkroczy pełne szaleństwo. Coś zaczyna zatruwać nie tylko ich ciała, ale także umysły. Pojawia się jeszcze szansa na racjonalne wytłumaczenie, bo Ward czuwa, a efekty testów wcale nie wyglądają dobrze… jednak powoli nawet najbardziej racjonalny człowiek może odczuć, że coś tu nie tak…

Przyznam, że klimat ten film ma nieziemski, zwłaszcza kiedy unika epatowania efektami nienazwanego – wystarczą pojedyncze ujęcia, szybkie przemknięcie przez ekran. Jak zwykle w takich przypadkach, kiedy wyobraźnia speców od efektów specjalnych przekracza ich budżet, Kolor z przestworzy bardzo traci, kiedy pewne rzeczy pokazuje się wprost – bardziej przerażały mnie poszczególne zdjęcia zmienionych alpak niż zmutowany czworonożny stwór… Nie jest to jednak nic nowego w świecie horrorów. Nie da się jednak ukryć, że wszystko wyszło po prostu obrzydliwe i w pewnym momencie siedziałam z mocno zaciśniętymi powiekami, by przypadkiem nie zobaczyć jeszcze czegoś. Psychodeliczna końcówka naprawdę przeraża… i również poraża nadmiarem owego koloru, koloru z przestworzy.



Film sprawdza się nie tylko jako luźna adaptacja lovecraftowego opowiadania, ale także jako horror, nazwijmy to, kameralny. Richard Stanley wspaniale oddał ten narastający powoli efekt szaleństwa, zmian zewnętrznych i wewnętrznych, narastającej presji. Gorąco polecam!

Kolor z przestworzy, wyk. N. Cage, J. Richardson, M. Arthur, B. Mayer i inni, reż. Richard Stanley, USA 2019.

sobota, 2 maja 2020

Powrót do przeszłości - i do Ludzi Lodu!


Wiem, że karygodnie Was zaniedbałam… Żadnego tekstu, żadnej recenzji… Czuję się jednak w pewien sposób usprawiedliwiona – przez ostatnie dwa tygodnie non stop czytałam! Przy tym całym szaleństwie dookoła najlepiej sięgnąć po serię, zwłaszcza taką, do której odczuwa się pewien sentyment. Skorzystałam zatem z okazji i sentymentalnie wróciłam do lektury z lat bardzo nastoletnich – Sagi o Ludziach Lodu.

Wszystkie fotki, niestety, z netu, bo sama już nie posiadam tej kolekcji. Ale moja była tak samo zaczytana - do oporu.

Kilka słów dla tych, którzy nie mają pojęcia o co w niej chodzi – choć jest to tekst wybitnie spoilerowy, więc nie zachęcam do czytania całości, jeśli jeszcze kiedyś chcecie zapoznać się z liczącą sobie (zaledwie) 47 tomów sagą. Opowiada ona historię przeklętego przez złego przodka rodu Ludzi Lodu, rozgrywającą się przede wszystkim w krajach skandynawskich. Rozpoczyna się w XVI w., spotkaniem młodej dziewczyny o gorącym sercu imieniem Silje z jednym z Ludzi Lodu – Tengelem – brzydkim zwierzoczłekiem (jak sama go określa) i mimo iż jest on określany jako zły czarownik (okoliczni ludzie wiedzą co nieco o Ludziach Lodu), Silje wyczuwa w nim dobrego i bardzo samotnego człowieka. Oczywiście kończy się to związkiem, od nich właśnie wywodzić się będą bohaterowie, o których opowiadają kolejne tomy. Zmuszeni do ucieczki z górskiej doliny, ścigani przez prawo, zostają ocaleni i nagrodzeni przez szlachciankę, Charlottę Meiden i wraz z nią udają się na południe Norwegii, w okolice Oslo. Rody Meidenów i Ludzi Lodu zresztą połączą się i to całkiem szybko, już na etapie tomu 3. Jednak przekleństwo ich nie opuszcza – w każdym pokoleniu rodzą się tzw. dotknięci, zaprzedani złu, odstraszający wyglądem, kocioocy oraz, jak się potem dowiemy, mający służyć owemu złemu przodkowi, Tengelowi Złemu. Za sprawą „naszego” Tengela, nazwanego „Dobrym”, w rodzie pojawiają się również wybrani, także obdarzeni wyjątkowymi talentami i złotymi oczyma, pragnący doprowadzić do klęski Tengela Złego. Wiadomo, że kiedyś, w przyszłości, na świat przyjdzie Wybrany, mający zniszczyć „kociołek, za sprawą którego Tengel zawarł pakt z diabłem.” W dalszych tomach okazuje się zresztą, że żadnego paktu z diabłem nie było, a kociołek faktycznie istnieje i znajduje się w nim zupełnie co innego. Zawartość jednak należy rzeczywiście unicestwić. Opowieść snuje się przez kilka wieków oraz kilka krajów – nie tylko skandynawskich, w jednym z ostatnich tomów zawitamy także do Japonii. Nie łudźcie się jednak, że dowiecie się wiele o kulturze i obyczajach – liźniecie za to trochę historii. Dodatkowo, podróż przez tundrę opisana w Wietrze od wschodu, tomie 15, zawsze czytało mi się trochę jak Jacka Londona. Wybrany urodzi się już w XX wieku, tuż przed II wojną światową i w 1960 r. przyjdzie mu stawić czoła Tengelowi Złemu (tak, cały czas żyje, stał m.in. za zamachem na arcyksięcia Ferdynanda). Jest czym zapełnić owe 47 tomów!

Kto jeszcze pamięta bycie milionerem w tamtych czasach? Obecnie taka cena za książkę wydaje się lekką przesadą ;)

Zaczytywałam się dziejami owego rodu praktycznie od samego początku wydawania jej w Polsce, kiedy to pan w nieistniejącej już księgarni na Krupówkach (teraz sprzedają tam gofry…) polecił mi piąty tom, a potem odkładał kolejne. Czytałam ja, moja mama, moja babcia – która w pewnym momencie zaczęła sponsorować ów zakup, praktycznie wyrywałyśmy sobie kolejne książki. Historie miłosne z nutką nadprzyrodzonego, okraszone odrobiną erotyki… czego chcieć więcej? No cóż, może utrzymania klimatu, bo mniej więcej od tomu trzydziestego jakość historii nieco spadła (nie, żeby wcześniej była bardzo wysoka) i chciało się już zakończenia… ale koniecznie musiałyśmy go poznać, bo przecież nie po to towarzyszyliśmy potomkom Silje i Tengela od XVI w., by zarzucić czytanie tuż przed przyjściem na świat Wybrańca!

I chociaż owo zakończenie było w sumie rozczarowujące, odczuwało się pewnego rodzaju satysfakcję z domknięcia historii, towarzyszącej człowiekowi od kilku lat. Długo jeszcze Saga leżała u mnie na półce, w końcu sprezentowałam ją koleżance, bo wydawało mi się, że już do niej nie wrócę, a miejsca na książki zawsze brakowało… Podczytywałam od czasu do czasu dwie pozostałe serie Margit Sandemo – Sagę o Czarnoksiężniku i Sagę o Królestwie Światła, ale to zdecydowanie nie było to. No dobrze, jeszcze losy Czarnoksiężnika i jego rodziny nie zdołały kompletnie odjechać w kosmos, ale Królestwo Światła okazało się kompletnie niestrawne. Pisanie o ideałach jest nudne, trzeba więc wymyślić coś, co zakłóci ów idealny świat, nieważne, że podważa to całą jego logikę. Wydaje mi się, że podczas którychś wakacji doczytałam i tę serię, ale niewiele z niej pamiętam, poza nieokreślonym zniesmaczeniem. Może nie byłam targetem?


Ostatnio powrót do Ludzi Lodu zdecydowanie kusił. Lubię wracać do książek, które sprawiły mi przyjemność, zwłaszcza w sytuacjach mocno stresowych, a takie „ciekawe” czasy nam właśnie nastały. Zdobyłam zatem ebooki Sagi (ale na przyjaciółce, nie na wrogu!) i rozpoczęłam Wielki Projekt Czytelniczy – chyba jakoś w Wielkanoc.

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak wiele pamiętam… To przerażające, wiecie? Czytam sobie czwarty tom i mam takie „Acha, on będzie miał dzieci o takich imionach, a od tych dzieci wywodzi się…”. Dlaczego nie pamiętam w ten sposób istotnych wydarzeń i dat, które zakuwam? Dlaczego czasem umykają mi z głowy najprostsze angielskie słówka, a doskonale pamiętam, gdzie spoczywał przez wieki uśpiony Tengel Zły? Nijak nie przeszkadza to jednak w czytaniu, w końcu nierzadko doświadcza się tego samego, czytając po raz kolejny ulubioną książkę lub oglądając ukochany film – w końcu wszyscy lubimy piosenki, które znamy! Minęło ponad 20 lat, ale bohaterowie jednak ze mną pozostali – na dobre, i na złe.

Muszę przyznać, że czytadło jest to niezmiennie wspaniałe. Owszem, kilka tomów przynudza (zwłaszcza Bestia i wilki czy Nieme głosy), ale całość wciąga jak za dawnych czasów. Z wielką przyjemnością pochłaniałam kolejne tomy przygód Lindów i Meidenów! Która z nas nie lubi romansów z odrobiną elementu nadprzyrodzonego! Co ciekawe jednak, jeśli chodzi o spadek jakości opowieści, miałam te same odczucia, co dawno, dawno temu. Najciekawsza część opowieści toczy się przed tomem 29 – Miłością Lucyfera. Dlaczego? Dojdę i do tego.


Zaczęły mnie natomiast straszliwie denerwować powtarzalność i schematyczność. Najlepszy przykład łączy się z jedną z dość istotnych aspektów powieści - erotyką. Nie chodzi mi tutaj o ładne i najczęściej ciepłe opisy pierwszych zbliżeń naszych bohaterów, ale o pewne rozwiązanie fabularne, stosowane ciut za często – przemoc seksualną. Nie mówię, że należałoby sprawę zamieść pod dywan, udawać, że nic takiego nie istnieje, ale stosowane w nadmiarze zaczyna już drażnić. Na początku jeszcze autorka korzystała z tego motywu z umiarem (doskonale wykorzystany w Otchłani, 3 tomie), bo los Mety był, obawiam się szczerze, losem wielu dziewcząt w czasach wojennej zawieruchy, ale potem motyw zaczął pojawiać się coraz częściej i coraz bardziej drażnić, zwłaszcza kiedy stawał się niemalże jedynym elementem charakteryzującym postaci zdecydowanie negatywne (Lód i ogień). Przemoc wobec nieletnich, wobec letnich… w drugiej połowie Sagi stało się to po prostu wyjściem fabularnym w każdej sytuacji wymagającej jakiegoś traumatycznego przeżycia, a biedna Karine w Urwanym śladzie musiała przeżyć gwałt trzy razy, choć naprawdę można było wymyślić dla dziewczyny coś zupełnie innego – niekoniecznie związanego ze sferą seksualną. Autorka w ostatnim tomie ujawnia, że sama padła ofiarą przemocy seksualnej, więc zdaję sobie sprawę, z czego to wynika, ale nie przestaje mnie to irytować – jeden wielki schemat i lenistwo fabularne.

Jeszcze większa schematyczność dotyczy bohaterów! Zresztą w pewien sposób łączy się to z poprzednim zarzutem, bo bardzo często postaci są zgnębione, osamotnione, wykorzystywane i tylko dobrzy Ludzie Lodu potrafi je przekonać, że są wartościowe. Nie powiem, wywołuje to ciepełko na sercu nawet za dziesiątym razem (a największe w przypadku Irji), ale za trzydziestym można już oszaleć. Co więcej, jest to kolejny sposób niezawodnie wykorzystywany przez Sandemo do podziału swoich bohaterów na dobrych i złych. Jeśli nasz delikwent (byle nie z Ludzi Lodu!) jest zagubiony i nieszczęśliwy, bez wątpienia okaże się, iż jest postacią pozytywną i pewnie już niedługo stanie się członkiem rodziny. Jeśli z kolei jest pewny siebie, dumny i spełniony, koniec końców okaże się draniem bez skrupułów. W dodatku głupim i śmiesznym, a to w pewnych przypadkach jest zdecydowanie przesadą – Tengel Zły przestał być straszny w momencie, kiedy wszyscy darli sobie z niego łacha, a on co najwyżej mógł ziać smrodliwym oddechem lub wysłać swojego henchmana, by przeniósł ich do strasznej Wielkiej Otchłani.



Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale przypomina mi to trochę rodzimych Borejków – w końcu tylko rodzina zapewni ci bezpieczeństwo w tych złych czasach, ewentualnie można zaakceptować wstępujących do rodziny, a o reszcie nie ma co wspominać. Zresztą, jest jeszcze coś, co mentalnie kieruje mnie na Jeżyce – pierwsze miłości. I tutaj bardzo często pierwszy kochanek/kochanka – oczywiście jeśli zagubiony i nieśmiały – okazuje się tym wybranym, a prawdziwa miłość uleczy z nietypowych skłonności nawet homoseksualistę (kiedyś uwielbiałam Grzech śmiertelny, tym razem mnie wykończył). Okazuje się sposobem na oswojenie zatwardziałych złych dotkniętych, jak w przypadku Elisy i Ulvhedina! Zneutralizuje nawet… no dobra, to już byłby potężny spoiler, więc może odpuszczę.

Tak, Ludzie Lodu mają swoje słabości (choć nieliczne), jednak można założyć, że o ile nie są rzeczywiście źli, zawsze wyjdą z opałów cało (niektórym ciężko dotkniętym pod koniec serii zresztą też się poszczęści). Nie mamy nawet czasu się zaniepokoić o naszego bohatera, zasadniczo nie ma to zresztą sensu, bo o ile niemal wprost nie zostało zasugerowane, że taka i taka postać chce już tylko umrzeć (Heike!), nic jej się nie stanie. Ba, nawet Wielka Otchłań, z której nikt jeszcze nie wyszedł żywy, okazuje się nie taka Wielka i Przerażająca, a cały klimat grozy diabli biorą w jednym momencie – nikt widać nie wytłumaczył autorce, że happy end to nie zawsze doskonałe rozwiązanie. Generalnie mamy do czynienia z ekipą Mary Sue i Gary Stu, zwłaszcza na samym końcu.


A tutaj przykład potworności - jakiś czas później Sagę zaczął wydawać Fakt. Okładki były doprawdy straszne! Zresztą, tutaj najlepszy przykład - to dziecko w peruce po lewej to zapewne Saga, mężatka po przejściach... z tyłu Lucyfer...

I tu dochodzimy również do owego spadku jakości, o którym wcześniej wspomniałam. Wprawdzie i wcześniej bohaterowie otrzymywali pomoc z nieoczekiwanego źródła (pieniądze mające spłacić długi Taralda, walka Heikego i Vingi ze Snivelem), ale na ogół musieli sobie radzić sami i sobie jakoś radzili – w końcu byle strzyga nie pokona Gary’ego Heikego Linda z Ludzi Lodu (choć przyznam, że Skrzydła kruka są przerażające także za drugim czy trzecim czytaniem, jeden z najlepszych tomów). Natomiast w tomie 29 do akcji wkracza nikt inny jak sam Lucyfer, zakochujący się w Sadze z Ludzi Lodu. Ze związku tego przychodzą na świat Marco i Ulvar – od tego drugiego pochodzić będzie Wybrany (krew Lucyfera i inne boosty są nie do przecenienia), a Marco… A Marco będzie typowym deus ex machina, co to zawsze wkroczy do akcji, jak tylko coś się dzieje. I nagle nie wystarczy już alrauna czy zakorzenione w podświadomości zaklęcia Ludzi Lodu, w końcu pojawia się syn Anioła Światłości i ruchem powieki unicestwi kolejne upiory, jeśli tylko śmią zakłócić spokój jego krewniaków! Kto bogatemu zabroni?


Sama finałowa walka z Tengelem Złym staje się przez to właśnie przewidywalna i nudna. Owszem, jest zagrożenie, jest Wielka Otchłań, są oddziały paskudnego przodka, ale… Ale coś ich mało jak na możliwości takiego drania, mogącego sięgnąć do złych sił z każdego miejsca i czasu. Jego prawą ręką zostaje po prostu zwyrodniały morderca, ulepszony nieco przez pradawnych Ludzi z Bagnisk (uwielbiałam ten wątek w Ostatnim rycerzu, pod koniec serii waliłam głową w ścianę). Po stronie bohaterów pozytywnych mamy i oddziały Lucyfera, i rozmaite demony, i duchy przodków (a niektóre to już naprawdę czerwone śledzie i przeskoki przez rekina)… Jakby tego było mało, wybranych do stawienia czoła Tengelowi chroni specjalny wywar, dodający im siły, umiejętności i wytrzymałości… W pewnym momencie człowiek oddycha z ulgą na wieść, że do Doliny Ludzi Lodu muszą wejść sami, ostatnia bitwa spoczywa na ich barkach… Yup, do momentu, kiedy do akcji nie wkroczy Lucyfer, którego takie drobiazgi nie dotyczą, a przodkowie porozumiewają się z naszą ekipą telepatycznie, podsuwając kolejne rozwiązania. Emocje jak podczas turnieju szachowego… Ależ ja się z tą końcówką namęczyłam!

W tym czytaniu przeszkadzała mi jeszcze jedna rzecz – uwspółcześnienie realiów. Już praktycznie od pierwszych tomów, rozgrywających się w XVI w., nasi pozytywni bohaterowie myślą bardzo współcześnie – równość społeczna, emancypacja kobiet, takie tam normalne rzeczy w tamtych czasach. No tylko że nie. Jakkolwiek mogę jeszcze uwierzyć w równość małżeńską w kochającym się związku, zachęcanie kobiet do robienia czegoś „zakazanego” po kryjomu (przypadek mistrza Arngrima), tak już regularne związki par pochodzących z zupełnie innych warstw społecznych wywołują u mnie tylko znaczące westchnięcie. Owszem, to ładny zabieg fabularny, raz czy drugi. Pani margrabianka wychodząca za mąż za biedaka bez nazwiska, bo „w Norwegii nikt się tym nie przejmuje, to nie Dania”, w XVII w.? I jej rodzina nadal brylująca na dworze królewskim, bo przecież kto by się przejmował takim mezaliansem? No nie. I podobnie jak w przypadku przemocy seksualnej, motyw pojawia się nader często. Owszem, piękny, wywołujący wzruszenie i łzy… ale raz czy drugi. Za dziesiątym nikomu przez myśl już nie przemknie „Och, ależ się kochają, ale przecież nie mogą być razem…”, tylko każdy już wie, cóż tam się będzie działo… Drażniły mnie również wykłady choćby z religioznawstwa, kompletnie z czterech liter. Ot, choćby w przypadku Miłości Lucyfera, kiedy to matka Sagi opowiada córce różne wersje legendy o upadłym Aniele Jutrzenki. Przełknęłabym to w przypadku Nataniela, sto lat później – studiował bodajże kulturoznawstwo, mocno interesował się okultyzmem. Ale mamy oto do czynienia z dziewiętnastowiecznym zamożnym domem, którego pani otrzymała wykształcenie wystarczające do uczenia dzieci w małych miejscowościach, ale poważnie wątpię, że słyszała o Lucyferze cokolwiek więcej niż na kazaniu. Strasznie mnie to uderzyło.

Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najciekawsze? Przy wszystkich wymienionych przeze mnie wadach (a czasami naprawdę wywoływały zgrzytanie zębów, za dużo książek przeczytałam od czasów nastolęctwa, studia filologiczne robią człowiekowi bardzo złe rzeczy) kolejne części wciągały tak bardzo, że dziennie pochłaniałam dwa lub trzy (no dobrze, przy ostatnich się męczyłam jak diabli)… W niektórych przypadkach odkrywałam zresztą pewną nową jakość – jak choćby podczas lektury Miasta strachu, tomu opowiadającego o epidemii ospy, nastroju nieufności, pogardzie dla zakażonych i tych, którzy się nimi opiekują. Mając już doświadczenia z depresją, w pełni rozumiałam przeżycia osamotnionego Mikaela Linda, nie do końca zrozumiałe wcześniej. W obecnej rzeczywistości nie sposób nie docenić pewnych obserwacji i znajomości tej niepięknej często natury ludzkiej. Saga o Ludziach Lodu po tych wszystkich latach pozostaje świetnym czytadłem, nadprzyrodzonym i obyczajowym romansem, dającym chwilę oddechu od rzeczywistości (a niektóre tomy to zdecydowanie perełki, jak w przypadku Samotnego, Skrzydeł kruka, Domu w Eldafjord i Przewoźnika). Zdecydowanie nie żałuję tych ostatnich dwóch tygodni – spędzonych w sumie na odwiedzinach u znajomych, wkurzających, przewidywalnych, ale przeżywających niezwykłe przygody i potrafiących o tym opowiadać.

Margit Sandemo, Saga o Ludziach Lodu. Tomy 1-47, tłum. I. Zimnicka, A. Marciniakówna, wyd. Pol Nordica, Otwock 1992 – 1996.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Manipulacje genetyczne


Jeśli w tych zakręconych czasach (Chińczycy pewnie powiedzieliby, że ciekawych) książka zaczyna się od zawału okazującego się być atakiem nieznanego wirusa, wyjścia są dwa: albo zamykamy i starannie odkładamy ją na półkę „na kiedy indziej”, albo ze smaczkiem podsyconym lekkim masochizmem wgryzamy się w kolejne strony, jak przystało na porządne mole książkowe. Jako że wybrałam opcję numer 2, już wkrótce przekonałam się, że wirus był zaledwie pretekstem do znacznie bardziej skomplikowanej rozgrywki.

Początkowo obserwujemy równocześnie dziejące się cztery wątki: owego tajemniczego wirusa, zniknięcie wyjątkowo uzdolnionej studentki, ulepszoną genetycznie żywność i klinikę in-vitro. Jak łatwo się domyślić, wszystko się potem ładnie splata - choć podejrzewam, że doświadczony czytelnik tego gatunku w 1/3 lektury się domyśli, o co chodzi. Każdy wątek wprowadza określone postaci i jakkolwiek wszystkie zrazu wydają się równie istotne, w rzeczywistości możemy się w sumie powstrzymać od zapamiętywania nazwisk i określić ich sobie niejako funkcyjnie: do gry wkroczy zatem „specjalistka rządowa”, „demoniczny doktorek”, „spragnione potomstwa małżeństwo”, „wyjątkowo creepiastyczne dziecko”, „szlachetny współpracujący z rządem naukowiec”, „reprezentanci złej korporacji obojętnej na problem głosu na świecie” itp.


Brzmi przewidywalnie? No cóż, przyznam się bez bicia, że książkę doczytałam, by się przekonać, czy mam rację i wszystko jest ze sobą powiązane dokładnie tak, jak przewidywałam. Nie zrobiłam tego z przemożnej chęci poznania dalszych losów bohaterów, bo – mówiąc szczerze – nie zdołałam się przywiązać ani do jednej osoby (może w miarę zaciekawił mnie los Grega i Helen, czyli wspomnianego małżeństwa, bo tylko oni wyłamali się odrobinę ze schematu). Problemem Helisy jest bowiem właśnie owa schematyczność – czytając, ma się wrażenie, że autor, konstruując fabułę, chciał po prostu odhaczyć pewne żelazne zwroty akcji pojawiające się w thrillerze i bardzo się przyłożył, by nie pominąć ani jednego. Zważywszy na objętość książki, siłą rzeczy liczne zaprezentowane tematy (same w sobie naprawdę ciekawe) musiały zostać potraktowane powierzchownie.

W ten sposób zamiast podumać choć trochę nad istotą inżynierii genetycznej, powspółczuć nieco bohaterom, zamknęłam książkę z wielką ulgą, bo pod sam koniec naprawdę mnie wymęczyła. Chaotyczna ostatnia konfrontacja sprawiła, że musiałam co raz wracać do poprzednich stron, upewniając się, co tam właściwie zaszło. Duże rozczarowanie, bo początek zapowiadał się naprawdę obiecująco – tymczasem dostałam mdławe czytadło, o którym zapomnę za dwa dni. Cóż, jeśli potrzebujecie czegoś, co zapełni Wam godziny samoizolacji, to jasne – ani lepsze, ani gorsze niż przeciętne dzieła z tego gatunku. Jeśli nie… Jest tyle innych dobrych powieści…

Marc Elsberg, Helisa, tłum. E. Ptaszyńska- Sadowska, wyd. W.A.B, Warszawa 2017.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Powrót do rodziny Fletcherów…


Zapewne każdy z nas posiada książki, do których co pewien czas wraca, są zaczytane, a czasami stanowią prawdziwą podróż w czasie, gdy znajdujemy w nich np. otrzymane kiedyś pocztówki, służące za zakładki. Jedną z moich ulubionych pozycji tego typu są Zagubieni chłopcy Orsona Scotta Carda. Tak, wiem, nie to przychodzi większości z nas do głowy, kiedy myślimy o autorze Gry Endera i cyklu o Alvinie Stwórcy…

Chłopcy… opowiadają historię rodziny Stepa i DeAnne Fletcherów, przenoszącej się do nowego miasta, podążając za propozycją pracy dla Stepa. Chociaż napisał on w przeszłości bardzo popularną grę na Atari, Hacker Snack, od tamtego czasu nie był w stanie stworzyć niczego dorównującego jej sukcesowi, akceptuje zatem propozycję firmy produkującej edytor tekstu – ma pisać podręczniki do oprogramowania. Nie do końca wyobraża sobie wtłoczenie się w sztywne ramy etatu, ale czegóż nie robi się, by zapewnić byt ukochanej żonie i całkiem sporej już rodzinie, która w dodatku wkrótce się powiększy? Jednak przeprowadzka nie oznacza rewolucji jedynie dla Stepa, także i jego najstarszy syn, Stevie, musi pójść do nowej szkoły, całkiem świadom tego, jak okrutne dla nowych przybyszów bywają inne dzieci.

Z cyklu sterta książek przeczytanych i do przeczytania :)

Choć na początku wydaje się, że wszystko będzie dobrze, ludzie są sympatyczni i pomocni, wkrótce okazuje się, że problemy dnia codziennego piętrzą się z każdej strony. Jedyną ostoją wydaje się wspólnota Kościoła, jako że Fletcherowie są mormonami i pełni on dużą rolę w ich codziennym życiu. Krok po kroku jednak okazuje się, że kłopoty się nawarstwiają, a chociaż wrednego szefa da się jakoś zlekceważyć i robić swoje, tak szkolne przykrości dziecka mogą prowadzić do sytuacji naprawdę podbramkowej. A przecież wyimaginowani przyjaciele Steviego to zaledwie czubek góry lodowej, pojawiają się też problemy zdrowotne i od czasu do czasu na dom Fletcherów spadają prawdziwie egipskie plagi: nawiedzają go pająki, świerszcze i inne chitynowe stworzonka. Dodatkowo, od czasu do czasu w miasteczku giną kolejne dzieci…

Chociaż książkę Carda wiele osób określa mianem horroru, dla mnie stanowi ona bardziej przykład fantastyki delikatnie splecionej z naszą rzeczywistością, bardziej takiego urban fantasy, aczkolwiek przez większość powieści nie uświadczymy tych nadnaturalnych elementów zbyt wiele – dopiero na końcu uświadamiamy sobie, co tak naprawdę wydarzyło się w określonych punktach zwrotnych. Zagubieni chłopcy przy kolejnym czytaniu stają się również ciekawą powieścią obyczajową, zwłaszcza dla nas, dla których mormoni i ich wierzenia stanowią kompletną egzotykę. Siłą rzeczy, odwołuje się też do ukrytych w nas pokładów nostalgii, przywołując miłe wspomnienia wszystkich posiadaczy komputerów takich jak Atari czy Commodore. Ale tym, co stanowi największą siłę tej książki i jej główny temat, jest konflikt dobra ze złem.

W kilku rozdziałach jest on przywołany wręcz dosłownie, za sprawą cytatów z ksiąg natchnionych, jednak tak naprawdę szybko sprowadzony do naszej przyziemnej płaszczyzny. Poznajemy zło ukryte, czy to za maską przyjemnego, chętnego do pomocy nastolatka czy natchnionej mormonki, terroryzującej całą lokalną społeczność. Niemal każdy ma swoje drugie oblicze, nieliczne są przyzwoite – wystarczy kogoś sprowokować, by poznać jego prawdziwe „ja”. Ustami bohaterów Card próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak z tym złem sobie radzić – w każdym wieku, na każdym poziomie rozmaitych interakcji. Co dla mnie najcenniejsze – nigdy nie twierdzi, że jest to łatwe, o nie. Sugeruje jednak, że w obronie pewnych wartości i prawdy warto zaryzykować, może nawet ponieść śmierć niż po prostu nie reagować – to łatwiejsze, lecz przyzwolenie na zło jest złem samym w sobie.

Zagubieni chłopcy to pozycja dająca sporo do myślenia, choć, przynajmniej w moim przypadku, nie w trakcie lektury. Owszem, czytając, podziwiałam dojrzałość relacji Stepa i DeAnne oraz ich dzieci, śmiałam się i współczułam tam, gdzie było to potrzebne, ale dopiero po skończeniu książki uświadomiłam sobie, gdzie znajdę to drugie dno. Musiałam je dokładnie przemyśleć, przełykając łzy. Tak, moi drodzy, po zamknięciu tej, nazwijmy ją, powieści przeważnie obyczajowej, zawsze płaczę – ostatnich dwóch rozdziałów nie da się „odczuć” inaczej…

PS: Absolutnie nie czytajcie streszczenia książki na okładce! Moim zdaniem zdradza o wiele za dużo!

Orson Scott Card, Zagubieni chłopcy, tłum. Dariusz Kopociński, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998.

środa, 25 marca 2020

Demonicznie i magicznie...


Z Domenicem Jordanem zapoznałam się w 2005 r., jeszcze za sprawą Fabryki Słów. To był jeszcze ten okres, w którym w ciemno kupowałam wszystko wydane przez to wydawnictwo, ani razu się nie rozczarowałam. Z wielką ciekawością sięgnęłam zatem po Diabła na wieży, bo książka wyglądała na rozgrywającą się w klimacie płaszcza i szpady, a ja to po prostu uwielbiam! Nie zawiodłam się – fascynujące przygody młodego medyka wciągały niczym chodzenie po bagnach, pisane ze swadą i lekko, równie łatwo się je czytało. Z radością przyjęłam zatem tom II, Zabawki diabła i z niecierpliwością czekałam na trzecią odsłonę opowieści o Domenicu. Trochę poczekałam, ale oto jest – tym razem cała trylogia zawitała do księgarń za sprawą wydawnictwa Powergraph (zakładam zatem, że problemem były prawa do dwóch do pierwszych tomów i Fabryka Słów – nie po raz pierwszy, jak głoszą plotki w naszym małym fantastycznym światku). Najnowsza książka z cyklu nosi tytuł Diabeł w maszynie.

Kim w ogóle jest Domenic Jordan? Szlachcic posiadający wykształcenie medyczne, ale również zafascynowany tematyką magiczną detektyw, często pracujący na zlecenie wysoko postawionego biskupa Alestry. Interesują go przypadki związane (choć nie zawsze) z czarami, demonami i mrocznymi zakątkami duszy ludzkiej. Jednocześnie ciężko nazwać go przyjaznym, pragnącym pomóc. Nie. Jordan pragnie wiedzieć, a co zrobi z tą wiedzą, to już zupełnie inna bajka. Jordan nie lubi ludzi, choć miewa słabość do niektórych, wykazujących się nieco większą inteligencją lub oryginalnością niż cała reszta. Ot, mam wrażenie, że czasami można go porównać do Sherlocka z wiadomego brytyjskiego serialu.

Niemniej sceneria przygód Jordana jest nieco ciekawsza niż szarobure chmury i ulice Londynu. Oczywiście, jego świat to kraina fantasy, jednak bardzo silnie inspirowana starą Hiszpanią, co widać już od pierwszej strony. Anna Kańtoch, wyczarowując Okcytanię i sąsiadujące z nią królestwa, zrobiła to wręcz magicznie, doskonale odnajduje się też w klimacie płaszcza i szpady, pojedynków, schadzek i zasadzek. Magia i ambicje ludzkie dodają tylko tym nowym krainom pikanterii.


Diabeł w maszynie zawiera pięć tekstów, z czego pierwszy pojawił się drukiem już wcześniej, w zbiorze opowiadań autorki, Światy Dantego. Jest to zarazem jeden ze słabszych w Diable…, owszem, akcja rozwija się całkiem nieźle, niemniej kończy się… kompletnie nijako. Niestety, podobnie dla mnie wygląda sytuacja z opowiadaniem W ciemności. Choć jest ono bardzo klimatyczne, na chwilę rzeczywiście przenosi czytelnika w labirynt katakumb, tak jednak sam klimat nie czyni całości. Niestety, jestem człowiekiem lubiącym teksty zamknięte, w których pojawia się konkretne rozwiązanie – tak, lubię wiedzieć, kto zabił i dlaczego. Nie wykluczam jednak, że jeśli ktoś ma nieco inne wymagania, opowiadanie bardzo mu się spodoba. Tak naprawdę kilka odpowiedzi na postawione w nim pytania doczekamy się w kolejnych historiach: Anatomii cudu i Diable w maszynie, co więcej, poznamy tło jednej z zagadek z poprzedniego tomu. Jestem absolutnie zachwycona Anatomią cudu – duszny klimat, tytułowe cuda i niewyjaśnione zabójstwa. To jest właśnie to! Tytułowy tekst oferuje nam z kolei przygodę, będącą zarazem opowieścią szpiegowską i detektywistyczną, a jednocześnie daje okazję na ponowne spotkanie z jedną z bohaterek Anatomii cudu, interesującą Julią. Absolutną rewelacją okazało się opowiadanie ostatnie, Majstersztyk. Czy sztuczka magiczna jest zaledwie typowym trikiem cyrkowym? Czy kryje się za nią coś jeszcze? Odpowiedź na to pytanie prowadzi do obecnej w cyklu jordanowym problemu sprawiedliwości i zemsty. Często okazuje się, że sprawiedliwość istnieje tylko w przypadku lepiej urodzonych, natomiast motłoch powinien być wdzięczny za parodię i pozory. Czasami Domenic próbuje przywrócić równowagę… czasami mu się udaje, ale czasami…

Zdecydowanie mogę powiedzieć o Diable w maszynie, iż jest książką wielce klimatyczną, przenoszącą czytelnika kompletnie do zupełnie innego świata, sprawiającą, że na czas lektury bezsprzecznie uwierzy w magię czy sprawcze siły świętych. Poczujemy (niestety) smród rzeki, usłyszymy grom odbijający się od stromych gór… Poziom opowiadań wydaje mi się trochę nierówny, ale – jak pisałam – może to wynikać z moich upodobań. Trochę brakuje mi takiej „jednostrzałowości” z poprzednich tomów, kiedy to większość tekstów stanowiło zamkniętą całość. Generalnie jednak oceniam tę odsłonę przygód señora Jordana jako satysfakcjonującą i polecam zapoznać się z całością serii!

Anna Kańtoch, Diabeł w maszynie, wyd. Powergraph, Warszawa 2019.

środa, 11 marca 2020

Zapłaczemy...

Wrocław Marty Kisiel już dwukrotnie okazał się miejscem niby zabawnym, a tak naprawdę strasznym. Miejscem, w którym rozmaite wydarzenia niemal zawsze mają źródło w przeszłości i często są powiązane ze światem nadnaturalnym. Jak każde miasto o starym rodowodzie, tak i Wrocław kryje bardzo wiele tajemnic, czasami skarbów i nie chce ujawnić odpowiedzi na pytania, zarówno te większe, jak i pomniejsze. 

Znamy już większość bohaterów dwóch poprzednich książek z cyklu wrocławskiego - Nomen Omen i Toni: przede wszystkim siostry Bolesne, Jadwigę i Matyldę, Klarę, Dżusi i Eleonorę Stern wraz z przyległościami. Wiemy, co potrafią i dlaczego postrzelone staruszki mrożą krew w żyłach najbardziej doświadczonym taksówkarzom. Ich umiejętności są po prostu przerażające, choć nic nie stoi na przeszkodzie, by je czasem wykorzystać w dobrym celu, a nie tylko, by zapewnić rodzinie dobrobyt niezbyt uczciwą drogą.

Taką próbę podejmuje Eleonora Stern, tym razem na urlopie. Wydawałoby się, że w przyjemnych okolicznościach przyrody, sowitych opadach śniegu i ciepłej kwaterze nic nie może człowiekowi zagrozić, a chęć pomocy drugiej osobie powinna wyrównać wszystkie zagrożenia. Niestety, jak to mawiają, życie to nie je bajka, a zło czai się wszędzie. Eleonora podąża za tajemnicą zniknięcia chłopca z sierocińca, a wkrótce potem jej rodzina i siostry Bolesne zaczynają odbierać telefony z szeptami z zaświatów – jak za starych dobrych mojrowych czasów. Tym razem rozwiązanie zagadki wymaga opuszczenia Wrocławia i podążenia na południe, w Góry Sowie. Tak, tak, te same, które kryją tyle tajemnic przeszłości, nie tylko związanych z II wojną światową, choć tajemnicze korytarze kompleksu Riese również odegrają swoją rolę. Ale misja ratunkowa ma swoje drugie dno. Jedną rzeczą jest pomoc potrzebującym, drugą… Drugą przezwyciężenie prawdziwego wroga, czającego się w ciemności.


Brzmi ponuro? Powinno. Bo jakkolwiek Płacz wyszedł spod pióra Marty Kisiel i w każdym zdaniu można znaleźć ten niewymuszony humor, można roześmiać się przy niektórych perypetiach (zwłaszcza Dżusi i Karolka!), ogólny klimat jest raczej niewesoły. Pojawiają się pytania o to, jak bardzo przeszłość i historia, a zwłaszcza zło i niekoniecznie dobre wybory mogą wpłynąć na oba światy – i ten realny, i ten drugi, nadnaturalny. To opowieść o stracie, okrucieństwie i poświęceniu, ale też i czającej się tam gdzieś, niczym w otwartej puszce Pandory, nadziei. To opowieść o przyjaźni i miłości, która jednak nie zawsze może przezwyciężyć wszystko i sprawić, że doczekamy się zamknięcia historii z uśmiechem na twarzy. Nie. Przeczytamy jednym tchem, oczywiście, ale potem usiądziemy i się zamyślimy.

I zapłaczemy. Nie tylko nad losami bohaterów, nie tylko odczuwając pewną stratę, nie tylko pragnąc, by pewne rzeczy się nie wydarzyły… Zapłaczemy nad tym, co wydarzyło się dawniej i nad tym, jak bardzo teraźniejszość mogłaby okazać się odmienna, gdyby zadecydowano inaczej. Zapłaczemy, bo dobro czasami może wygrać jedynie poprzez zło. Zapłaczemy, bo tak trudno pogodzić się z cudzymi wyborami…

Marta Kisiel, Płacz, wyd. Uroboros, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

wtorek, 3 marca 2020

Przygoda w słowiańskim stylu!


Pamiętam, jak kiedyś Andrzej Sapkowski strasznie marudził na brak słowiańskiego fantasy. Oczywiście, było to już jakiś czas temu, sam wprowadził wiele rodzimych elementów do wiedźmińskiej sagi, a dzięki sukcesowi gry (no już, Andrzej, nie denerwuj się) przedostały się one także do globalnej kultury masowej. Od tamtego czasu upłynęło jednak trochę wody w Wiśle, sytuacja na rynku wydawniczym w Polsce także nieco się zmieniła i można obecnie znaleźć w księgarniach pozycje spełniające owe wymagania. Jedną z najnowszych powieści, które spokojnie można określić mianem słowiańskiego fantasy, są Żółte ślepia Marcina Mortki.

Główny bohater, Medvid, służy księciu Bolkowi – mowa o władcy, znanym z historii jako Bolesław Chrobry. Książę wielce sobie ceni nietypowego towarzysza, jednak sympatia ta nie jest zbyt powszechna na gnieźnieńskim dworze. Powód prosty – nastają nowe czasy, obcy księża wprowadzają kompletnie nową religię, zaprzeczającą temu, co od zawsze znajdowało się na tych ziemiach, a Medvid… A Medvid nie tylko nie chce jej przyjąć, ale wcale nie kryje się z tym, że wierzy w stare bóstwa i opowieści. Pragnie jednak na książęcym dworze pozostać z bardzo konkretnego powodu, a przy niechęci otoczenia najłatwiej to osiągnąć, zapewniając sobie przychylność tej jedynej osoby, której inni zlekceważyć nie mogą.

Niedługo jednak jego świat przewróci się do góry nogami, kiedy tajemniczy napastnicy porwą nie tylko Bolka, ale i wszystkich mieszkańców gnieźnieńskiego grodu. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to sprawka ani przypadkowych rabusiów, ani germańskich opra…, tfu, najeźdźców, należy zatem do pomocy zaprząc osobę mogącą znać się na zjawiskach obcych nawet Medvidowi. Dołącza do niego wiedźma Gosława, a już niedługo i dosyć nieoczekiwany sojusznik, Osmund. Rozpoczyna się wyścig z czasem i kolejnymi przeszkodami… z tego i innego świata.


Największą zaletą powieści są bohaterowie – napisani soczyście i wiarygodnie, ze swoimi wszystkimi wadami i zaletami. Kochają pasjami, wściekają się doprawdyż ogniście, nade wszystko jednak są dobrymi ludźmi. Pisząc Medvida, Mortka uniknął standardowej pułapki przy tworzeniu protagonisty – to nie jest po prostu dobrotliwy woj, walczący o swoje. Ma swoją mroczniejszą stronę i wcale jej nie ukrywa. Gosława, choć temperamentna we wszystkich tego słowa znaczeniach, a i czasami wredna, jak to wiedźma, ma pewne zasady i się ich trzyma, a jej bronią jest również rozum. Myśli wtedy, gdy narwanego Medvida ponosi gorąca krew. Niemiecki rycerz Osmund zaczyna wprawdzie z pozycji stereotypowego germańca, co to naszych przodków napadał, ale odgrywa ważną rolę w wydarzeniach i powoli się zmienia, w interesujący do obserwowania sposób. Cudownym komicznym elementem staje się domowik, skrzat podążający za towarzystwem i niezmiennie pakujący je w tarapaty – ale z jakim urokiem!

Przygoda, choć trochę generycznie zalatująca standardowym fantasy, napisana jest równie barwnie i z urokiem. Bohaterowie wprawdzie idą i poszukują, ale to nie Władca pierścieni, znajdują rozwiązania całkiem szybko i potrafią rozprawić się z zagrożeniem nie tylko siłą samego oręża, ale i przy pomocy sprytu i wiedzy. Oberwą przy tym nieco nie tylko od przeciwników magicznych, ale i zwykłych namacalnych, bo doczekamy się w Żółtych ślepiach i rozgryweczek politycznych, ciekawszych tym bardziej, że mamy do czynienia z bardzo wczesnymi dziejami Polski, słabo udokumentowanymi, więc autorowi pozostaje bardzo wiele swobody. Oczywiście, pewne rzeczy pozostać muszą, ale reszta… Resztę możemy przyjąć na wiarę, w dodatku z wielką przyjemnością.

Podoba mi się także język – prosty, lekko stylizowany. Szczęśliwie, nie jest to Sienkiewicz, którego bardzo lubię, ale ta góralszczyzna jednak mi przeszkadzała. Niestety, gdzieś tam zaplątały się określenia trochę nieprzystające do XI-wiecznej słowiańszczyzny, bo poważnie wątpię, by wojom wówczas „odbijało”, a i wątpię, by wywodzący się z greki termin „idiota” był jednak powszechnie znany, nie wykluczam jednak, że wynika to z faktu, że miałam do czynienia z egzemplarzem przed ostateczną korektą.

Żółte ślepia to doskonały przykład tego, jak drobna inspiracja historyczna może się rozwinąć się w świetną, pełnoprawną powieść fantasy. Przyjmujemy wykreowaną w książce rzeczywistość bez najmniejszego wahania, bo jest znakomicie opisana, a i tempo wydarzeń nie wymaga od nas czytania z wywieszonym językiem i przypominania sobie tego, co działo się dwie strony temu, bo od tego czasu wydarzyło się jeszcze więcej! Mamy czas na refleksję, zastanowienie, chwilę oddechu przy ognisku nad morzem, pogrążymy się też w mrocznym świecie dusz… Będziemy świadkami porządnych naparzanek… Czego innego chcieć od tego gatunku? Ja jestem całkowicie zadowolona. Rozrywka palce lizać!

Marcin Mortka, Żółte ślepia, wyd. Uroboros, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!