Co robić, jeśli zaginie twój brat? Można załamać ręce, usiąść i płakać, czekać, aż odnajdą go szeroko rozumiane służby albo wręcz olać sprawę, w końcu nigdy nie smarkacza nie lubiło. Można też spróbować odnaleźć go na własną rękę, nawet jeśli pomoc wydaje się pochodzić od dosyć szemranego typa i równie prawdopodobne jak odnalezienie zaginionego jest wylądowanie martwym w jakiejś opuszczonej ruderze. Blanka Dunin, na co dzień normalna studentka, wybiera tę ostatnią opcję i opisuje całą sprawę na jednym z mega przestarzałych wynalazków – forum internetowym. Teodor wybrał się bowiem w Góry Sowie razem z przyjaciółmi – trawa, szlaki, namioty, te sprawy... Oczywiście oficjalnie. Nieoficjalnie poszukiwał... czegoś, a informacje znalazł w starej książce poświęconej magii, zdobytej w antykwariacie. Czyżby młody szukał czegoś... nietypowego? Tak by wynikało z wiadomości, które udostępnił Blance dziwny typek, przedstawiający się jako Sambor Fogiel. Kto się teraz tak w ogóle nazywa? Jednak kimkolwiek Sambor by nie był, dotrzymuje słowa. Teodor zostaje odnaleziony, choć nie wydaje się tym samym człowiekiem, jakby coś – a konkretnie stwór, którego poszukiwał – go odmieniło. Ale Sambor mówi, że istnieje sposób, by przywrócić dawnego Teo. Jednak będzie to długa droga, niekoniecznie uwieńczona sukcesem. Blanka mimo to postanawia pomóc bratu, a to oznacza, że musi podążyć za Samborem – czy im się to obojgu podoba, czy też nie...
Kolejne elementy zagadki posyłają Blankę i Sambora na następne misje, podczas których nasza studentka (i czytelnicy) poznaje ukryty dotychczas przed jej oczami świat ożywionych legend. Nie jest to świat przyjazny ani spokojny, jednak wydaje się, że jej towarzysz może zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo. Zresztą, poznamy i jego historię w jednym z opowiadań, bo kolejne wyprawy bohaterów są przedstawione w oddzielnych tekstach, spojonych właśnie naszym motywem przewodnim – ocaleniem Teodora. To też sprawia, że uniwersum legendysty otwiera się przed nami jeszcze szerzej, bo pojawiające się w opowiadaniach postaci drugoplanowe mają swój czas, by naprawdę zabłysnąć. Dla mnie osobiście dużą zaletą takiego rozwiązania jest to, że czyta się nieco wolniej, bo łatwiej mi odłożyć książkę po zamknięciu czegoś więcej niż tylko rozdziału, zwłaszcza że te często kończą się cliffhangerem. Dla mnie bomba! Bardzo zgrabne połączenie motywów legendarnych, mitologicznych i (w niektórych przypadkach) korporacyjnych – tak typowe dla urban fantasy – również wyszło znakomicie, a ja chyba muszę powtórzyć sobie w końcu słowiańskie legendy i opowieści.
Z Jagą Moder – Legendystką – spotkałam się dotychczas tylko
w zapowiedziach gości konwentowych, nie miałam okazji zapoznać się z jej
profilami na mediach społecznościowych, choć po lekturze Sądnego dnia
już wiem, że to się zmieni, bo opowiadać to ona potrafi! I to w bardzo przewrotny
dla mnie sposób, bo weźmy takich bohaterów – moim zdaniem wszyscy są totalnie
niesympatyczni. Nie znoszę Sambora, wnerwia mnie Blanka, po trochu kibicuję ich
przeciwnikom, a jednak... Jednak akcja mnie wciąga i naprawdę chciałabym się
dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Świetny debiut powieściowy i czekam z
niecierpliwością na ciąg dalszy!
Jaga Moder, Sądny dzień, il. Przemysław Truściński,
wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.