Lady i jej przyjaciółka Agnieszka z sukcesem zakończyły już magiczną edukację, spędziły nieco czasu (lepszego lub gorszego) pracując dla innych, zatem najwyższa pora, by spełnić swoje marzenia – otworzyć własny sklep! Kraina Amuletów, w której znaleźć można zaklęte drobiazgi, magiczną biżuterię i doskonałe amulety to spełnienie marzeń przyjaciółek i szansa na to, by wreszcie robić to, co się lubi, na własny rachunek. I chociaż mogłoby się wydawać, że w ten sposób wszyscy członkowie dawnej paczki zajmują się tym, czego pragnęli – Grzesiek jest wszak dobrym uzdrowicielem, a Dobromir zaangażował się w istotne sprawy Loży – to jednak zawsze, gdy wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, coś musi się spieprzyć – i to spektakularnie.
Tradycyjnie już zwiastunem złych wiadomości jest Złomir,
który wpada nagle do sklepu, żądając porządnego amuletu i odmawiając jakiegokolwiek
wyjaśnienia. I oczywiście znika, a w ślad za nim pojawiają się agenci Loży oraz
niebagatelne oskarżenie – o zabójstwo. Coś tu jednak śmierdzi, a skoro Dobromir
nigdy nie był – nomen omen – dobry w zdobywaniu sprzymierzeńców, do akcji
wkraczają jego przyjaciele – a zwłaszcza Natasza, która sama nie może się
nadziwić temu, jak bardzo zależy jej na ocaleniu czarownika... tylko czy jest gotowa
przy okazji również na to, by zaryzykować nowo utworzony interes, spełnienie
swoich marzeń?
Czarodziejka z ulicy Brackiej to kolejna, finałowa już pewnie odsłona przygód przyjaciół z Collegium Magicae. Bohaterowie nam mocno wydorośleli, choć nie znaczy to, że całkowicie zmądrzeli, bo każde z nich robi czasami tak głupie rzeczy, że aż zęby bolą. Siłą autorki jest jednak to, że są to rzeczy, w które całkowicie wierzymy, bo idealnie pasują do jej bohaterów. Lady, Dobromir, Agniesia i Grzesiek są cudownie prawdziwi i w odróżnieniu od wielu postaci w urban fantasy (którym czasami naprawdę nie wychodzi to na zdrowie) nie nabywają magicznych mocy znikąd, nie odkrywają tuzina zaszłości swojej rodziny, ratujących im tyłek w ostatniej chwili (bo przecież nawet powiązania rodziców Agnieszki nie są aż takim game changerem), nie mają też niezliczonych magicznych sprzymierzeńców – przynajmniej nie zawsze. Muszą polegać przede wszystkim na sobie. Jednak kiedy ci magiczni sprzymierzeńcy się znajdują, nadal oznacza to konieczność podejmowania trudnych decyzji, wiążących się też po części z codziennością i problemami nam nieobcymi (heloł, kredyt, anyone?). Dlatego też chociaż lubię ich wszystkich, to mnie strasznie czasami irytują, tak jak irytują problemy najbardziej codzienne.
Pewnie nigdy nie przełamię się również w kwestii Pierwszej
Polanii, Sary Sokolskiej, która znowu namiesza w życiu naszych bohaterów.
Uwielbiam tę magiczną Polanię Magdy Kubasiewicz, bezwarunkowo doceniam
wewnętrzną spójność tego świata, ale dawno nie czytałam tak antypatycznej
postaci. Co wcale nie jest wadą – wręcz przeciwnie – totalnie podziwiam autorkę
za wykreowanie kogoś, kto choć jest nakreślony przez twórczynię z dużym
uczuciem, to jest też absolutnie bezwzględną osobą, a jej zalety to czasami
człowieka jeszcze bardziej irytują. Może wynika to z tego, że podstawowe
książki o Sarze czytałam bardzo dawno (cieszę się ze wznowienia, bo pożyczyłam
najwyraźniej na wieczne nieoddanie), a wydane stosunkowo niedawno Przeminęło
z wiedźmą wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia.
Ale do tego też trzeba mieć talent. Łatwo bowiem pisać
postaci jednoznacznie dobre czy jednoznacznie złe, pozwalać im pokonywać
przeszkody niczym James Bond i po wszystkim otrzepać pyłek z klap płaszcza.
Czym innym jest tworzeniem bohaterów różnych, których odbieramy inaczej z każdą
stroną, które rozumiemy i którym kibicujemy. A nie da się nie kibicować
magicznej ekipie z Collegium Magicae i życzyć im dobrego życia bez kolejnych
niespodzianek.
Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Brackiej,
wyd. SQN, Kraków 2025.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz