Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robert storm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robert storm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Dotknąć nienazwanego... jeszcze raz

Drogi przez morze to kolejna odsłona fantastycznych opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Tym razem jednak w książce znajdziemy nieco mniej tekstów niż zazwyczaj, bo tylko trzy, z czego dwa, w tym najdłuższy, tytułowy, poświęcony został jednemu z dwóch głównych bohaterów dotychczasowych zbiorów, Robertowi Stormowi (choć w sumie nie tylko).

Akcja trzeciego, od którego rozpoczynamy lekturę Dróg – Król gór – rozgrywa się w miejscu nieco rzadziej przez Andrzeja uczęszczanym, bo na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, gdzie przybywa Witek, chłopak z Kresów. Mieszka u swej przesiedlonej rodziny, uczy się, poznaje kolegów, a przede wszystkich przeszłość tych okolic – tak fascynującą, tak całkiem odmienną. W dobie Werewolfu jednak nawet dzieciaki muszą zachować ostrożność, bo nigdy nie wiadomo, czy wszyscy są tymi, za których się podają. Jednak pewne rzeczy kuszą bardziej niż zwykle, gdy oprócz zwykłego, szarego życia pragnie się czegoś więcej.

Czarny jatagan to standardowy tekst z serii o Robercie Stormie. Zagubiony artefakt, niezwykła tajemnica z nim związana i śledztwo – czyli to, co nasz poszukiwacz historycznych sekretów kocha najbardziej. Śledzimy więc powikłane losy broni zawierzonej Boskiej opiece i zastanawiamy się, czy znajdzie się tu miejsce na happy end. Czy odkrycie sekretu dawnego komendanta MO przybliży Roberta do odnalezienia tego, co powinno zostać ukryte... choć może pragnie być odnalezione...

Drogi przez morze to około 250-stronicowy tekst, osnuty wokół tajemniczego znaleziska Roberta na warszawskim Muranowie – medalionu z dziwnymi inskrypcjami. Odkryciem nieoczekiwanie interesują się rozmaicie ludzie – niby nikt nie wie, co to jest, a jednak niektórzy starają się go zdobyć wszelkimi środkami. Jednocześnie próba wyjaśnienia kolejnej zagadki Roberta nieoczekiwanie natrafia na przeszkodę w postaci pandemii COVID, podczas której będzie musiał podjąć wiele ważnych decyzji dotyczących nie tylko jego samego, ale i bliskich mu osób. Jednak czy rzeczywiście powinien udać się do Wenecji? W końcu Arek twierdzi, że odkrył coś nadzwyczajnego dotyczącego pewnego lekarza, ale przecież mógł popełnić błąd. Chociaż stara praska Cyganka nie może się mylić.

Uważni czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, że ostatnio mi z Robertem Stormem nie do końca po drodze, bo jako postać literacka zupełnie przestał się rozwijać, jest ucieleśnieniem takiego rozgoryczenia autora, jeśli chodzi o naszą obecną rzeczywistość. Jednak mam w pamięci te starsze teksty, w których był po prostu fascynującym bohaterem, uczącym się, odkrywającym pewne sekrety rządzące jego dziwnym światem i miałam wrażenie powrotu do tego klimatu w Czarnym jataganie – dobra, typowa przygoda historycznego detektywa. Drogi przez morze to jednak minipowieść i to zdecydowanie zbyt rozwleczona. Nie mogę się pozbyć odczucia, że Andrzej nie do końca wiedział, na czym się skupić, i w efekcie mnogość różnych wątków zaczęła mi przeszkadzać, zwłaszcza że niektóre (antykwariat) wydają się tylko niepotrzebnym nabijaniem stron. Drogi mogłyby się lepiej sprawdzić jako osobna powieść, bo byłby czas na wszystkie odnogi fabularne i oddanie im pełnej sprawiedliwości. Pomysł na tekst i jego powiązania z innymi, dawniejszymi opowiadaniami mi się naprawdę podoba, ale coś gdzieś nie zadziałało i mam wrażenie, że ma to związek z objętością opowiadania.

Tak naprawdę najbardziej podobał mi się Król gór – może właśnie przez tę swoistą odmienność od pozostałych tekstów – miejsce, czas, bohaterowie. Oczywiście, mamy nienazwane, mamy tajemnicę, ale mamy też po prostu grupkę chłopaków, którzy są sobą w tej trudnej, powojennej rzeczywistości. Serio, z przyjemnością przeczytałabym o nich coś więcej – może w następnym zbiorze...?

Bo doskonale wiem, że niezależnie od tego, jak bardzo jestem zmęczona Skórzewskim i Stormem, to po kolejny tom opowiadań Andrzeja sięgnę na pewno. Potrzebujemy przecież odrobiny magii w naszym zwykłym, szarym życiu...

Andrzej Pilipiuk, Drogi przez morze, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2025.

czwartek, 11 lipca 2024

Skórzewski i Storm znowu nadają!

Zbiory opowiadań Andrzeja Pilipiuka gościły tutaj już nieraz – jak wiecie, cenię je sobie nawet bardziej niż Andrzejowe powieści czy cykl wędrowyczowski. Zazwyczaj autor kreuje w nich niesamowity świat, będący połączeniem magii i historii, ludzkich namiętności i wiedzy. Na potrzeby tych tekstów stworzył również postaci, które naprawdę bardzo lubię – doktora Pawła Skórzewskiego i Roberta Storma. Ich przygody, choć mocno fantastyczne, wydają się tak realne, że czytelnik czeka z niecierpliwością na kolejne. I oto są – w kolejnym tomie: Czasy, które nadejdą.

Z pięciu opowiadań cztery są poświęcone naszym starym znajomym. Tom otwiera Remedium. Wracamy do (względnej) młodości doktora Skórzewskiego, jego zapluskwionej studenckiej stancji i przyjaciół. Ci ostatni będą tutaj kluczowi, bo z jednym Paweł spotka się już jako praktykując lekarz. Nieszczęsny Polikarpow choruje na zaawansowaną kiłę, poszukuje jednak panaceum na swoją przypadłość i tu przychodzi mu z pomocą dawny kolega, łaknący naukowego odkrycia i sławy.

Doktora spotkamy też w tekście Profesor śmierć, gdzie przenosimy się do okopów I wojny światowej, wypełnionych gazem, jękami umierających i krwią. Zaczynają również pojawiać się w nich dosyć nietypowe jednostki, wypytujące o daty, nazwiska... Ale czy to faktycznie szpiedzy, czy mamy tu do czynienia z czymś zupełnie innym?


Z czasów carskich wędrujemy do okresu stanu wojennego, prosto w zimową zadymkę i przepychanki opozycji z siłami rządowymi. Te drugie, odwieczne wcielenie zła, postanawiają wykorzystać powiązania rodzinne oponentów, a co za tym idzie, również dzieci. Zwłaszcza w czerwonych czapeczkach, śpieszące do babci. Tym razem jednak mogą dowiedzieć się zdecydowanie za dużo!

Siódma armata opowiada o kolejnej awanturze, w którą wplątuje się Robert Storm, tym razem poszukujący owej siódmej zaginionej armaty ze szwedzkiego okrętu. Jak to w jego przypadku, decydująca będzie odrobina farta, ale też i nieznanego, przywołanego przez Cygankę z Roztocza.

Robert pojawi się jeszcze raz, w ostatnim, a zarazem tytułowym opowiadaniu zbioru. Przybywa do niego nietypowy gość – w dodatku z ostrzeżeniem i misją. Jako że Robert pragnie doprowadzić ją do końca, znowu musi poprosić o pomoc nieoczekiwanych sojuszników. Tylko czy warto i czy to, co odkryje, mu się spodoba?

Teksty w tym zbiorze to Pilipiukowa klasyka. Zagadki historyczne, starzy znajomi, podróże w czasie, a nawet śladowa zawartość Wędrowycza i Wojsławic. W Remedium wrócimy klimatem i pamięcią do 2586 kroków, pierwszego zbioru sprzed... wielu lat. Osobiście jednak najbardziej przypadła mi do gustu Klementynka, idealnie wpisująca się w pewien trend popkulturowy sprzed lat, ale ten motyw nigdy się przecież nie starzeje. Jest zabawny i, mimo wszystko, optymistyczny. A tego właśnie straszliwie w tej książce brakuje – optymizmu i pomysłu na coś staro-nowego. Przyznam bowiem szczerze, że przy Siódmej armacie już mnie nużyły standardowe rozwiązania fabularne i nieodzowna rozmowa Storma z kumplem policjantem, w której Robert zgrywa wioskowego cwaniaczko-idiotę. No ileż można? Niefortunnym wydaje mi się także umieszczenie tytułowego opowiadania na końcu, bo można już tylko książkę zamknąć i „pójść się pochlastać” – w końcu nic dobrego nas już nie czeka, cywilizacja upada i wszyscy zaraz staniemy się niewolnikami bogaczy i korporacji. Nic nowego w twórczości Pilipiuka, ale motyw ten jest już zgrany do urzygu i trochę mam tego dość. Zdecydowanie nie czytajcie tego przy jakimkolwiek obniżeniu nastroju – i mówię absolutnie serio!

To nie jest zły zbiór, ale na pewno słabszy, zwłaszcza przy poprzedniej zwyżce formy Andrzeja. Fani na pewno przeczytają, innych specjalnie nie zachęcam – no, może dla Klementynki. Ale jakby co – zostaliście ostrzeżeni!

PS: A Skórzewski na okładce to wypisz wymaluj mój kolega Gabryś! Nie mówiłeś, że pozujesz dla Fabryki Słów!

Andrzej Pilipiuk, Czasy, które nadejdą, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

środa, 22 listopada 2023

Tajemnice przeszłości...

Na opowiadania Andrzeja Pilipiuka zawsze czekam z niecierpliwością – już nie na te wędrowyczowskie, bo czegoś im w pewnym momencie zabrało (choć zdecydowanie dobrze zrobiły im odstępy czasowe). Jednak kolejne zbiory wydawane przez Fabrykę Słów zawsze oznaczają dla mnie kilka godzin przyjemnej i fascynującej lektury – jak choćby dzisiaj w nocy, gdy siedziałam do drugiej nad ranem, bo tak mnie wciągnęło (wiem, dla niektórych to normalna pora, ale dla mnie dosyć późno). Choć już kilkakrotnie narzekałam tutaj na pewne stałe elementy Andrzejowej twórczości, nie da się ukryć, że autor to niesamowity gawędziarz i opowieści snuje wyjątkowo umiejętnie. No i nie czarujmy się – tworzy znakomitych bohaterów!

I do nich właśnie w tym zbiorze powrócimy. Na pięć opowiadań, cztery dotyczą naszych starych znajomych: Roberta Storma i Pawła Skórzewskiego, z olbrzymią przewagą tego pierwszego. Mam wrażenie, że Andrzej wziął sobie do serca pewną krytykę Roberta, który z młodego człowieka mentalnie zamienił się w zgrzybiałego, nudnego starca – a jeśli nie przejmował się gadaniem i zrobił to czysto instynktownie, tym lepiej. Czytając przygody Storma, nadal czujemy tę nostalgiczną tęsknotę za przeszłością, nie przepełnia ona jednak już całego tekstu do tego stopnia, że człowiek mimowolnie wpada w depresję. Do egzaltowanej panienki mi daleko (o dobre dwadzieścia lat z okładem), więc znacznie bardziej odpowiada mi taki ton opowiadań. A Robert ponownie doświadcza niesamowitego. Jedzie m.in. do Werony, by uczestniczyć w wykopaliskach archeologicznych na zaproszenie profesora Cattaniego, który odkrył bardzo nietypowy artefakt w warstwie, gdzie go absolutnie być nie powinno. Czy chodzi o zwykłe zanieczyszczenia stanowiska czy o coś kompletnie innego? 

W drugim tekście, Antykwariacie, po raz kolejny odwiedzimy zapomniane, zakazane zaułki warszawskiej Woli i usłyszymy legendę o małym sklepiku, pojawiającym się i znikającym w ponure, dżdżyste noce. Ponownie spotkamy jednego z kompanów Roberta, Arka, poznamy też nowe bohaterki i przeżyjemy coś, co bardzo ciężko wyjaśnić. Przyznam, że choć domyślałam się, dokąd to wszystko zmierza, lektura sprawiła mi olbrzymią przyjemność – kocham te warszawskie klimaty, tak umiejętnie odmalowywane przez Andrzeja! A kiedy mowa o opuszczonych kamienicach, niezależnie czy praskich, czy wolskich, przed oczami staje mi kamienica na Próżnej (skrzywdzę Was i Wam ją pokaże – tak właśnie wygląda). Nadal wygląda, mimo iż sąsiadka z naprzeciwka została po prostu przecudnie odnowiona. 

Ale wracając... do meritumu (odpowiednie określenie w odpowiednim momencie – nie śmiejcie się). Trzeci tekst poświęcony Stormowi zabierze nas do Krakowa, ale także na daleką północ – do Norwegii. Wędrując meandrami zagadek historycznych, malarskich i kryminalnych dotrzemy do naprawdę odległych czasów i tego, co powinno na zawsze pozostać ukryte, a co ludzka ignorancja odkrywa ku własnej zgubie.

Jeśli chodzi o doktora Skórzewskiego, we wcześniejszych tomach osiągnął już wiek dosyć zaawansowany, nic dziwnego zatem, że od poprzedniego zbioru wracamy do jego młodości. Tym razem staniemy się świadkami jednej z jego przygód studenckich, konkretnie tego, czego doświadczył w carskiej twierdzy, przerobionej na więzienie. Jest to chyba najsłabszy tekst w książce, bo samej akcji tam niewiele, została potraktowana czysto pretekstowo, by po prostu napisać o Skórzewskim – czego nie potępiam, ale porównując Pokusę uśmiechu do innych przeżyć doktora, odczuwam potężne rozczarowanie.

Ostatnim i najdłuższym opowiadaniem jest tytułowe Zło ze wschodu. Kolejny raz w twórczości Pilipiuka cofajmy się do II wojny światowej, do lasów na wschodzie. Zbierający chrust Sławek przypadkowo wpada w łapy Niemców, ale – może mówić o niesamowitym szczęściu – po niezbyt intensywnym śledztwie zostaje wysłany na przymusowe roboty do Prus Wschodnich. Choć jego codzienność jest ciężka i wypełniona harówką, żyje, jest dobrze karmiony i ma szansę na doczekanie końca zmagań – o ile pewien sfiksowany esesman nie odstrzeli go dla kaprysu. Jednak chłopak nie ma pojęcia, jakie zło mimowolnie ze sobą przywiózł.... i jakim koszmarom przyjdzie mu stawić czoła.

Odkładając ten tom opowiadań Andrzeja, miałam wrażenie, że wróciłam z dalekiej podróży. Gawędziarski talent Pilipiuka sprawia, że (niemal) każda przedstawiana przez niego historia wydaje się prawdziwa i aż chciałoby się poszukać źródeł, by dogrzebać się do dalszych losów bohaterów. Jak pisałam wcześniej, brak tutaj tej straszliwej beznadziei, przepełniającej kilka poprzednich tomów, a to sprawia, że Zło ze wschodu czyta się bardzo dobrze. Dodatkową zaletą książki są klimatyczne ilustracje niezawodnego Pawła Zaręby.

I wiecie co? Żałuję, że nie zostawiłam sobie choć jednego opowiadania na dzisiaj... ale przecież nie mogłam się od nich oderwać!

Andrzej Pilipiuk, Zło ze wschodu, il. P. Zaręba, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2023.

wtorek, 28 stycznia 2020

Na pograniczu rzeczywistości i tego, co ukryte...


Ukazanie się nowego tomu opowiadań Andrzeja Pilipiuka niezwiązanych z cyklem wędrowyczowskim to dla mnie zawsze zapowiedź bardzo przyjemnej podróży do świata niby naszego, a jednak w pewien sposób tak różniącego się od tego, co widzimy za oknem. Świata, w którym mimo pewnej degrengolady społecznej, ekonomicznej i historycznej zawsze znajdą się jednostki honorowe, kochające przygody i dumne. Nie ma w tym buty i zadufania, a zaledwie jasno wysnuty wniosek z przeszłości.

Nie inaczej będzie i w Przyjacielu człowieka, 11 już tomie historii na pograniczu realizmu i fantastyki. Tym razem otrzymamy zaledwie cztery teksty, jednak wszystkie powiązane są z bohaterami, których już poznaliśmy: Robertem Stormem, doktorem Pawłem Skórzewskim i harcerkom Hydropatii i Halucynacji z warszawskiego państewka księcia Oskara. Historie z ich udziałem gwarantują podróż w zupełnie inne czasy, inną rzeczywistość…

Tak przecież jest w tytułowym Przyjacielu człowieka. Jak już wspominałam, postapokaliptyczny świat poznaliśmy wcześniej – w tomie Litr ciekłego ołowiu. Po zarazie, która wyniszczyła większość ludzkości, dawne mocarstwa upadły, a ocaleli z zagłady na nowo zorganizowali swoją rzeczywistość. Powstały małe i duże państewka, my poznajemy Księstwo Mazowieckie i Lubelskie, a także islamski Kalifat. Wszystko przypomina trochę XVII wiek, choć z późniejszymi wynalazkami i odrobiną wiedzy, trochę w tym wszystkim dawnego feudalizmu. Przeszłość poznaje się raptem przez znaleziska, dawne artefakty. Odnalezienie przez Hydropatię i Halucynację (piękne imiona znalezione w słowniku) nietkniętego schronu z czasów zarazy to zarazem wstęp do dyskursu o roli technologii, sztucznej inteligencji i tego, jak nieoczekiwanie przetrwać mogą najbardziej niespodziewane elementy codzienności. Oczywiście wszystko to okraszono militarnymi zmaganiami na ruinach dawnego Mokotowa i Służewca.


W Innych możliwościach ponownie spotkamy Roberta Storma, warszawskiego badacza przeszłości i kolekcjonera. Tym razem Robert wybierze się w podróż zaczynającą się od Bazaru Różyckiego, a kończącą na jednej z wysepek greckich. Wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi poszukuje dawnej groty wypełnionej starożytnościami, zaginionego dziedzictwa starożytności. Czyta się to opowiadanie znakomicie, możliwe że również dzięki temu, iż Pilipiuk zapomniał na chwilę o podstawowym rysie osobowości Roberta, tj. niekończącemu się narzekaniu na obecną rzeczywistość. Kiedy wprowadzał tego bohatera, było to w jakiś sposób sympatyczne, odróżniało go od obecnych w popkulturze złotych chłopców, obecnie stało się nieco męczące, jako że Storm stał się, jak zakładam, andrzejowym alter ego. Zważywszy na to, iż między autorem a bohaterem jest jakieś 15 lat różnicy, zupełnie to od rzeczy i niespecjalnie mi leży. Teraz jednak, jak już wspominałam, narzekanie jest sprowadzone do minimum i można cieszyć się zagadką, sugestiami i zagadkowym zakończeniem.

Doktor Skórzewski to już stały bywalec pilipiukowych tomów opowiadań – jego przygody zawsze rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, opowieści, legend i solidnych faktów. Tym razem zetkniemy się z nim w dwóch historiach. Pierwsza, Duchy Poveglii, to klasyczny tekst z tym bohaterem. Znajdziemy w nim dawne kuracje, nowe pomysły (tęgich lub nie) umysłów medycyny, ale też i kątem oka spojrzymy za zasłonę, przywołując czasy zarazy w Wenecji. W My, bohaterowie… nie odczujemy jednak tego elementu ponadnaturalnego, no może poza pojawieniem się Instytutu Anneherbe. Będą za to nawiązania do poprzednich przygód Skórzewskiego, eksperymenty i… naziści. Staremu doktorowi i współtowarzyszowi niewoli, doktorowi Weisbaumowi, daleko jednak do Indiany Jonesa, oni załatwiają sprawy… nieco subtelniej i bardziej naukowo.

Wszystkie historie składają się na typowy tom opowieści Pilipiuka: wypełniony przygodami, zagadkami historii, nienazwanym i tym, co nieodkryte, w dodatku ilustrowany niepokojącymi grafikami Pawła Zaręby. Dla mnie to idealna pozycja na długi zimowy wieczór. Jeśli lubicie tego typu niesamowite teksty i generalnie nie przeszkadzają Wam wychodzące gdzieś spomiędzy kart książki poglądy Wielkiego Grafomana, lektura ta będzie samą przyjemnością. Jeśli nie do końca, spróbujcie jeszcze raz. Warto, bo wydaje mi się, że trochę tego mniej w poprzednich tomiszczach. Dla mnie to czysta przyjemność i na pewno gorąco polecam!

Andrzej Pilipiuk, Przyjaciel człowieka, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.