Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Fantasmagoria - małe a fajne!

Od kilku lat jakoś tak się składa, że jeżdżę głównie na duże konwenty, które i owszem, są fajne, ale czasami po prostu zbyt… przytłaczające. Zwłaszcza Pyrkon, bijący kolejne rekordy frekwencyjne i już będący raczej popkulturalną imprezą masową, co nie jest oczywiście, złe, tylko tak czasami człowiekowi zatęskni się za powrotem do źródeł, za małym kameralnym konwentem w szkole, bez dziesięciu bloków programowych i wszechobecnego tłumu.

Taka jest właśnie gnieźnieńska Fantasmagoria, o której i w zeszłym roku słyszałam bardzo pochlebne opinie, a to przecież już dziewiąta edycja. Jako że luty to dla mnie czas raczej luźniejszy, postanowiłam za namową krewnych i znajomych króliczka udać się do pierwszej stolicy Polski i sprawdzić, jak to właściwie wygląda. Przyznam, że początki były mało zachęcające, choć zupełnie z innych powodów – wpadlibyście na to, że noclegi w Gnieźnie w lutym są w barbarzyńskich cenach? No właśnie ja też nie. Za stara jestem na sleeproomy i trochę mnie przerażało, że najwyraźniej przyjdzie mi się w takim zadomowić na dwie nocki. Ale nie ma tego złego… Twarda podłoga to naprawdę pikuś przy ogólnym ataku chichotów i szatańskich pomysłów.


Fota w pełni oddająca nasz nastrój na konwencie - pełna, zaawansowana głupawka.

Połączenia kolejowe są całkiem przyjemne (naprawdę jestem fanką kolei), wszyscy kochamy TLK, więc nieco tylko podmrożona zjawiłam się 9 lutego w Gnieźnie i bardzo szybko okazało się, w jak rewelacyjnej miejscówce ulokowała się impreza. Jasne, patrzyłam na mapce, co i jak, ale zawsze żywię taką pewną nieufność do dystansów na papierze, dopóki ich sama nie przejdę. Tymczasem faktycznie dostanie się z dworca do Miejskiego Ośrodka Kultury zajmowało 10 minut, a stamtąd do rynku i katedry kolejne 10. Wspominam o tym, bo impreza zaczynała się o 17, a byłyśmy na miejscu z Ithilnar o 12. Zaprowadzono nas więc do sleepa na miejscu, pokazano, co i jak (były prysznice! z ciepłą wodą! działały!), dano identyfikatory i zostawiono w spokoju. Wielkie wyrazy wdzięczności zwłaszcza dla gżdaczy, którzy pomogli nam zatachać walizki na drugie piętro MOKu! Jesteście najlepsi!


Nigdy nie zrozumiem używania słowa "dedykowany". Natomiast chciałabym tu grzecznie zaznaczyć, że podoba mi się koncepcja takiego sleepa, w dodatku z przylegającymi prysznicami. Brawa!

Dom jest tam, gdzie pelerynka i czapki twoje :P

Wspominałam tu o katedrze, bo oczekując na początek konwentu, postanowiłyśmy przejść się po mieście, chociaż temperatury zdecydowanie do tego nie zachęcały – jak to w lutym. Kawa, serniczek i zwiedzanie zajęło nam część wolnego czasu i strasznie tylko żałuję, że w katedrze trwa remont, co uniemożliwia obejrzenie kaplic bocznych. Podziemia i Drzwi Gnieźnieńskie obejrzałyśmy z przewodnikiem, co bez wątpienia wpłynęło na stan naszej wiedzy o polskich banknotach! Uwielbiam małe ciekawostki, będę miała o czym turystom opowiadać. Lubię zwiedzać nowe miejsca, a każdy pretekst jest dobry, by je odwiedzić.

 

Nie wiem wprawdzie, czy można było w katedrze robić zdjęcia, ale nikt mnie nie pogonił, więc chyba nie popełniłam jakiegoś straszliwego przestępstwa.

A tak w ogóle szczerze rozbawił mnie Bolesław, zadowolony po obiadku. No, pyszny był :)


Wróciłyśmy lekko zmarznięte na konwent, żeby się rozgrzać, spotkać starych i nowych znajomych oraz po prostu pogadać. Jak wspominałam, impreza raczej niewielka, ale miała pięć bloków programowych – prelekcyjny, warsztatowy, mangowy, larpowy i strefę postapo. Dodatkowymi atrakcjami były wystawa startrekowa, gamesroom, dyżury fotografa konwentowego, nieustające warsztaty origami oraz starwarsowy kącik dla dzieci – fajne, choć trochę słabo pozaznaczane w ulotkach z programem. Jak zwykle ostatnimi czasy, wystawcy kusili – niezbyt licznychi, bo i warunki lokalowe nie te, ale za to całkiem urozmaiceni: można było zaopatrzyć się w biżuterię, koszulki, kubeczki, peruki, gadżety mangowe, wyroby skórzane i kartki (nie moje, ale też nieco fandomowe). 

Sala wystawców wprawdzie niewielka, ale też nie było potrzeba znacznie większej. 

Gamesroom był absolutnie przeuroczy przez te lampiony i parasolki. 

Imperium i Rebelia postanowiły skontrolować prawilność gier.

Bardzo miłe było zróżnicowanie tematyczne prelekcji – sporo komiksów, trochę świata filmowego, psychologii, literatury, nauki czy mitologii, a blok anime oprócz wystąpień oferował również całkiem sporo konkursów. Szczerze zaskoczyły mnie też atrakcje nocne i nie, nie mówię tutaj o radosnych wrzaskach w sleeproomie (pomijając jednego dżentelmena w nocy z piątku na sobotę ekscesów nie stwierdzono, wręcz przeciwnie) – do wyboru były karaoke oraz kino nocnych marków. Podejrzewam, że bawiono się całkiem nieźle – my wybraliśmy zajęcia integracyjne w podgrupach.


Wystawa u trekkiesów.

Jakże piękna i wiele mówiąca nazwa wioski postapo.

Poprawianie programu własnymi ręcoma :)

Konwent to dla mnie zazwyczaj wydarzenie mocno towarzyskie i chadzam już na ogół tylko na swoje oraz „zaprzyjaźnione” punkty programu – o ile się, rzecz jasna, na nich zmieszczę, bo z tym już nawet na moim ukochanym Falkonie bywa bardzo różnie. Na Fantasmagorii miałam kilka (w tym debiutancko jako kompletny gaijin o Japonii), byłam też na paru, bo i tematy zachęcały, i świadomość, że nie muszę stać w kolejce, by się na nie dostać, bardzo pocieszająca. Prezentowały bardzo różne poziomy chociażby podejścia prowadzącego do tematu, ale każda z nich przygotowana została z wyjątkową pasją. Na pewno na przyszłość pojawię się u Pawła Ciećwierza, mówiącego o czymkolwiek, bo dyskusja o zafascynowaniu przemocą w kulturze europejskiej i fantastyce była świetnie przygotowana, wygłaszana z głowy – dawno już nie widziałam prelekcji bez slajdów, a sam prelegent wyjątkowo umiejętnie wciągał do dyskusji obecnych na sali. Doskonale bawiłam się też na przeglądzie „tych złych” w Marvelu u Dominiki „Iki” Komarnickiej, która wyjątkowo umiejętnie i z jajem przedstawiła tych mniej znanych złoczyńców (znaczy mniej jak mniej), choć raz sprawiła, że sięgnęłam nerwowo do mojej imperialnej piersiówki (czy Wy wiecie, ile dzieci mieli Sue i Reed Richardsowie? ja już tak…). Aż żałowałam, że nie dane mi było zostać na całej, ale PKP nie zaczeka.


Do villainów Marvela Ika zaliczyła również Scarlet Witch - nie da się ukryć, że to prawda, choć złol z niej zdecydowanie nietypowy.

Tutaj mowa o schemacie Campbella.
Fotka autorstwa Magdy Felis.



Gotowi na kłótnię prelegentów? Tak to już bywa w Imperium :)
Fotka autorstwa Tomka Lisaja.



Na prelce o mniej znanych miejscach w Japonii.

Przy tej ilości ludzi i szansie na załapanie się postanowiliśmy również pójść wielką grupą pod wezwaniem na konkurs cosplayowy, który wprawdzie odbywał się w innym budynku, ale nie była to jakaś straszna wyprawa, aż za róg. Mogliśmy nawet usiąść, ba, zostały wolne krzesła – nie ma to jak małe konwenty! Konkurs odbywał się w auli pobliskiej szkoły średniej, co czasem wywoływało nieoczekiwane dziwne wrażenia, zwłaszcza kiedy bardzo seksowna postapokaliptyczna cosplayerka dała dosyć zmysłowy pokaz na tle flagi i godła… Przyznam, że chociaż nie rozpoznałam tak z ¾ postaci, jestem naprawdę pod wrażeniem tego, jak niesamowicie ludzie się prezentują – na korytarzach czy w salach tak naprawdę nie do końca widać potencjału strojów. Na konkursie zapewniono oczywiście odpowiedni podkład muzyczny, opracowano scenki i widać, jak wiele czasu i wysiłku się w to wkłada. Po prostu rewelacja – chyba zacznę chodzić na ten punkt programu na innych imprezach. O ile się, po pierwsze, nań dostanę, po drugie, zacznie się o czasie. Orgowie, proszę brać przykład z Gniezna, da się!


Zbiorowa fotka z konkursu cosplay.

Mały zdecydowanie nie znaczy gorszy i definitywnie dotyczy to również konwentów. Dobrze od czasu do czasu zajrzeć na imprezę nieco bardziej kameralną, gdzie co drugi krok widzi się znajomą twarz, nie trzeba się tłoczyć, by dostać na bardziej interesującą prelekcję, a ludzie po prostu dobrze się bawią. Zwłaszcza jeśli wszystko jest naprawdę ładnie i sensownie zorganizowane (pozdrawiam gżdaczy pilnujących sleeproomu w MOKu za dbanie o to, by wszystko było w porządku), a takie właśnie odczucia mam po Fantasmagorii. I wiecie co? Za rok też pojadę.


No chyba że mnie obie strony konfliktu odstrzelą, to nie pojadę.

Klasyczne konwentowe podziękowania idą do Ithilnar, Angeliki, Roberta, Magdy, Łukasza, Marty oraz Izy (dzięki za namawianie!). Bez Was nie byłoby tak czadowo! 

Co: Fantasmagoria
Gdzie: MOK, Gniezno
Kiedy: 9—11 luty 2018 r.

wtorek, 15 listopada 2016

Luźne myśli falkonowe...

Falkon od wielu wielu lat pozostaje moim ulubionym konwentem, stanowiąc coś na kształt pomostu pomiędzy imprezą obliczoną na wielu fanów – jak Pyrkon, a taką mniejszą, nieco bardziej kameralną. Ciężko wprawdzie mówić o kameralnym wydarzeniu odbywającym się na lubelskich Targach, ale, szczęśliwie, do poznańskich rekordów jeszcze mu daleko – i chwalić bogów, bo możliwości wnętrz wschodnich wielkopolskim nie dorównują. I choć czasami niektórzy stali bywalcy tęsknią do szkoły czwartkowej tudzież sławetnej Wyspy, oczywistym jest, że konwent musi się rozwijać, zwłaszcza że ludzi pojawia się na nim coraz to więcej.

Pakiet startowy wyglądał tak i smutnym jest to, że drukowana wersja programu z opisami dostępna była tylko dla osób, które bilety nabyły jedynie w przedsprzedaży. Jasne, zamieszczono go online, ale naprawdę wiele osób nie ma czasu czy możliwości sprawdzenia rzeczy na sieci (ba, niektórzy programowo nie mają smartfonów) i drukowane opisy byłyby dużą pomocą. 

Niestety, możliwości lokalowe zawsze były słabym punktem lubelskiej imprezy, zazwyczaj cierpiał na tym zatem program i fani, którzy marudzili na mało urozmaicony wybór. Przez lata próbowano to rozwiązać na różne sposoby, z których najciekawszym były namioty dostawiane do głównej hali. Nie był to, rzecz jasna, zły pomysł, problem polegał na tym, że listopad to na ogół dosyć chłodny miesiąc i temperatura w nich do najwyższych nie należała. Inną opcją było, oczywiście, wykorzystanie szkoły konwentowej, co jednak nie jest ulubionym rozwiązaniem fanów – przede wszystkim ze względu na dość sporą ulicę oddzielającą oba obiekty i idiotycznie ustawione światła. Takie rozwiązanie, prócz jednego namiotu, zastosowano i w tym roku i uważam to za dobry i zły pomysł w jednym. Dlaczego, wyjaśnię niżej.

Ale do rzeczy! Tegoroczny Falkon miał być organizowany przez nieco inną ekipę niż dotychczas i muszę przyznać, że byłam pełna uznania dla faktu, że pełen program imprezy był już dostępny na miesiąc przed nią. To się raczej nie zdarza i po cichu liczę na to, że ten precedens ustanowi nowy lepszy standard dla innych imprez fantastycznych – jak widać, da się! Wbrew pozorom, jest to cholernie istotne. Raz, ludzie czasami jeszcze jeżdżą dla programu, dwa – prelegenci naprawdę lubią wiedzieć z wyprzedzeniem, że mają tę prelkę w końcu przygotowywać. Zwłaszcza tacy, co to zgłaszają dziesięć punktów programu… (bije się w piersi aż huczy!) Słyszałam kiedyś wprawdzie opinie, że jeśli potrzebujesz czasu, by prelekcję przygotować, chodzić do biblioteki i inne takie, to znaczy, że nie jesteś prawdziwym fanem i nie powinieneś mówić o tym, o czym chciałeś, bo znaczy, że się nie znasz, ale pozwolę sobie się z tym nie zgodzić… Porządnie zrobiona prelekcja to nie tylko wiedza gdzieś tam w głowie. Plus, zawsze mam świadomość tego, że wielu rzeczy jeszcze nie wiem albo wiem o nich z drugiej ręki, więc trzy dni w czytelni na Dobrej pomaga mi choć trochę stłumić to wrażenie. 

TARDIS zawitała na kolejny konwent, dając szansę na kolejne szalone zdjęcia... Na przykład duszenie sonicznym śrubokrętem nieszczęsnego Johna Constantine'a.

O czym to ja… A, program! Zdumiewająco obszerny, zważywszy na szczupłość miejsca, niestety, jak dla mnie miał ździebko za wiele paneli, ale to już opinia osobista. Należę do tych dziwnych osób, które nie do końca lubią chodzić na dyskusje, wolę dobrze poprowadzone prelekcje. Oczywiście, trochę tu generalizuję, bo na panelach można bawić się naprawdę dobrze (i takoż było na tym o wampirach w sobotę wieczorem). Brakowało mi jednak – przy tej mnogości paneli – takich chociażby spotkań autorskich, bo to wcale nie jest forma przestarzała. Lubię spotkania autorskie, wiadomo, że czasami zapada taka niezręczna cisza, ale od tego jest dobrze przygotowany prowadzący. Z obfitością paneli związane jest także to, że gdzieś należało je umieścić. Część odbywała się na antresoli, miejscu może nie nadmiernie przez konwentowiczów ukochanym ze względu na sąsiedztwo akredytacji i wejścia poniżej, ale dysponującym ogromem miejsca. Miejsca, którego brakowało chociażby w sali wydzielonej z części dla wystawców, która była maleńka, bardzo jasna (istotna dla prezentacji) i głośna. I w tej jakże luksusowej lokalizacji odbyły się prelekcje ludzi, na których chodzi się zawsze – nawet jeśli mieliby opowiadać o obieraniu ziemniaków – Andrzeja Pilipiuka i Anety Jadowskiej. Uczulam organizatorów na przyszły rok – tak się po prostu nie robi – są osoby, które zawsze gromadzą tłumy i którym nie przydziela się czegoś takiego! Domyślam się, że układanie programu jest rzeczą wybitnie ciężką, ale takie rzeczy należy sprawdzać… W efekcie większość znajomych na Pilipiuka nie weszła, a ja sama zrezygnowałam z Anety po pół godzinie, bo kręgosłup nie wytrzymywał stania w dzikim ścisku.


Zdjęcia robione kartoflem prawie po ciemku, więc jakby się ktoś zastanawiał, to są na nich odpowiednio Krzysiek Piskorski i Jacek Komuda.

I zdjęcie Anety Jadowskiej, dla odmiany robione profesjonalnie przez Ilira. Jak widać, ludzie siedzieli wszędzie, również niemalże pod stopami prelegentki.
Źródło: Gavran

Jak wspomniałam, lekiem na problemy lokalowe miała stać się szkoła konwentowa, w której umieszczono nie tylko LARPy i punkty RPG (to już tradycja), ale także dwie sale Geek Zone, w których odbywały się prelekcje poświęcone nieco bardziej hermetycznym (z braku lepszego słowa) zagadnieniom fanowskim. Prym wiódł tutaj Doctor Who, nie zabrakło jednak takiej klasyki jak Stalowy Szczur, Stargate, Battlestar Galactica, Harry Potter czy chociażby średnio fantastyczny, ale na pewno popularny Przystanek Alaska. Z jednej strony cieszę się niesamowicie, że taka inicjatywa w ogóle zaistniała, bo niektórej tematyki próżno szukać na niejednym konwencie, z drugiej wielka szkoda, że te prelekcje odbywały się właśnie w szkole. Wspominałam już o tym, że kawałek trzeba przejść, co nie jest może problemem w miesiącach letnich i ciepłych, jednak w listopadzie latanie do szatni, stanie w kolejce, ewentualnie szlajanie się z kurtką i wreszcie siedzenie na tych cholernych maleńkich krzesełkach dla małych dzieci trochę drażni. Jestem leniwa buła, nie poszłam więc na kilka punktów programu, na które na pewno bym zawitała, gdyby były w głównym budynku. Obawiam się jednak, że nie tylko ja, może więc na przyszłość warto wrócić do dwóch namiotów przylegających do hali targowej, zwłaszcza że podobnież w tym roku ogrzewanie w tym jednym, który pozostał, działało naprawdę nieźle.



I tak, wielbię orgów za Geek Zone, bo inaczej nie mogłabym mieć tej rozmarzonej miny i nie mogłabym mówić o Peterze Cushingu.
A przy okazji widać krzesełka.
Fotki: Chomik.


Pomijając jednak moje marudzenie na zbyt dużo paneli czy szkołę konwentową, program był naprawdę zacny i śmiem twierdzić, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie (no może poza znanym wszystkim fanom Star Wars Mistrzem Warzywem, ale to już folklor…). Pojawiły się reprezentacje wszystkich fandomów, mieliśmy sporo prelekcji naukowych czy historycznych, naprawdę doskonały wybór i bardzo dobrzy prelegenci. Mnie wreszcie udało się pokonwentować ze względu na te nieliczne swoje punkty programu i gorąco sobie chwalę wystąpienia Simona Zacka, Krzyśka Piskorskiego (ale on to naprawdę może opowiadać o zbiorze kapusty), Jacka Komudy, Klaudii Heintze oraz tradycyjnie Anety. Niestety, jak to zwykle bywa, część punktów, na które miałam bardzo wielką ochotę, odbywało się dokładnie w tym samym czasie, co moje i już wiem, że w przyszłym roku będę błagać, by np. nie dawano mi prelekcji wtedy, kiedy ma je Diaz… Obie mi się pokrywały i byłam niezmiennie nieszczęśliwa.

Kantyna była absolutnie cudowna i - jak widać - również używana przez oficerów ISB.

Doskonałym rozwiązaniem, szczęśliwie już coraz częściej stosowanym, jest również gżdacz dyżurujący w każdej z sal i przypominający prelegentowi o upływającym czasie… Jeśli ktoś jest taką gadułą jak ja, jest to czyste zbawienie!

Oczywiście, żaden konwent nie obejdzie się obecnie bez hali wystawców czy gamesroomu. Wystawcy oraz strefa inicjatyw fantastycznych była w tym roku rozłożeni byli całościowo na jednej hali, jako że scena i strefa gastro wylądowała w oddzielnym namiocie. Zapewniło to całe mnóstwo wolnej przestrzeni na przejścia i na stoiska, można było w spokoju przejść, przyjrzeć się temu, co przykuło naszą uwagę i nie być co sekunda potrącanym przez kolejnego przechodnia. Dużo różności, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Bardzo ucieszyło mnie, że zarówno Fabryka Słów, jak i Uroboros potraktowali konwent baaardzo poważnie i obowiązywała u nich stała zniżka 25%, co, niestety, nie poprawiło mojej sytuacji przestrzeniowo-książkowej w domu, ponieważ z konwentu oprócz pary kolczyków od Beaty oraz prezentów od Chomika i Zosi przywieźliśmy z małżem li i jedynie książki. Szczęśliwie, mąż też kupił ich całkiem sporo, zatem czuję się rozgrzeszona. Chyba mam w domu już za dużo koszulek i kubeczków i zaczynam być rozsądna (straszliwe uczucie!).


Widać przestrzeń :)
Fotka: Gavran.



Przy stoisku promocji Wojsławic można było spotkać Jakuba i zasiąść na Drewnianym Tronie :)
Fotka górna: Gavran.

Wspominałam o przeniesieniu sceny i strefy gastro do innego namiotu, co byłoby w sumie niezłym rozwiązaniem, gdyby nie fakt, że większość znanego mi fandomu na konwenty jeździ również dla spotkań ze znajomymi i dla radosnych konwersacji przy złocistym napoju. Skoro już można go było nabyć, miło byłoby go również spożyć we względnym spokoju. No niestety, uniemożliwiała to scena, co było szczególnie upierdliwe wieczorami, kiedy naprawdę miało się ochotę pokonwersować, a na Stare Miasto z zapleczem pubowym jednak jest kawałek – zwłaszcza, jeśli chce się jeszcze uczestniczyć w późniejszych punktach programu. Do rozważenia na przyszły rok, ale z naciskiem na to, by strefa gastro pozostała w swojej obecnej formie, bo jest naprawdę zacna – żałuję tylko, że tym razem w ofercie nie było cydru. Jeśli ktoś preferował słodycze, cudowne stoisko z muffinkami znowu było obecne przy wejściu i jest to jednak straszliwe zło! Na pięterku był też barek i małe stoisko z zapiekankami/kawą, można było zatem przeżyć. Także pod tym względem Falkon się sprawdza bardzo dobrze.

Zło w obiektywie Ilira... 

Pewną nowością było uwzględnienie potrzeb osób niepełnosprawnych, również słuchowo i przeznaczenie dla nich specjalnych miejsc – inicjatywa godna pochwały! Uruchomiono także telefon zaufania, opracowano też system sygnalizacji awaryjnej, więc jestem pod wrażeniem tego, że organizatorzy pomyśleli o wielu rzeczach, które niekoniecznie innym przychodzą do głowy.

Oczywiście, konwent to nie tylko prelekcje i inne formy zorganizowanego spędzania czasu, ale przede wszystkim ludzie! Jak zawsze, można było spotkać i pogadać ze starymi znajomymi, z którymi innej formy kontaktu na ogół nie ma (no, może FB). Jak zwykle nie mogłam się napatrzyć na niektóre cosplaye! Niektórzy mają cudowną wyobraźnię i niesamowity talent… Nie przyszłoby mi do głowy, że czasami potrzeba tak bardzo niewiele, by osiągnąć tak wiele…


Absolutnie cudowne cosplaye. Pan Kleks powinien wygrać każdy konkurs cosplayu, nawet w nim nie uczestnicząc...

Ciekawa jestem przyszłorocznej edycji Falkonu, bo ta podniosła poprzeczkę dosyć wysoko. Pobito też lubelski rekord frekwencji – 9500 ludków, co mnie zaskoczyło, jako że tej ilości osób się zwyczajnie nie czuło – wszyscy się jakoś rozeszli, choć wbicie się w sobotę na niektóre prelekcje było zwyczajnie niemożliwe… Następny Polcon to również Lublin i jeśli będzie go organizować ta sama ekipa, może wyjść równie zacnie, czego gorąco sobie i wszystkim życzę.

No dobrze, na tym zdjęciu widać tłumy :)
Fotka: Gavran.

I jak to zwykle bywa, relacja z konwentu nie byłaby relacją, gdyby nie podziękowania. Wybiórcze, bo nie da się wymienić dokładnie wszystkich…

Gandalfowi – za stałą obecność i tula; Oli a.k.a. Chomikowi – za bycie dobrym duchem konwentowym, cudownym towarzyszem konwersacji i radosnych spekulacji; Ani, Michałowi, Diazowi, Magdzie – za niezmiennie doskonałe towarzystwo i lożę szyderców; Lubelskiemu oddziałowi fandomu cathiowego: Litwinowi, Darklingowi, Mongwardowi, Lestatowi i Sethowi – za wspaniale spędzony czas i poświęcenie, jakim było wstanie bladym świtem w sobotę, by mi pokazać cmentarz na Lipowej; Beacie – za pogodę, optymizm, radosne fangirlowanie i użyczenie fragmentu stoiska; Lierre – za ciężką pracę orgową, którą było widać na każdym kroku; Fandomowi SPNowemu en masse – za to, że są od lat wspaniali.

I wszystkim, z którymi się zetknęłam, za uczynienie konwentu jeszcze lepszym!

Co: Falkon
Kiedy: 4-6 listopada 2016
Gdzie: Lublin

niedziela, 29 listopada 2015

Serialkonowo mi... Relacja.

Chociaż seriale zajmują już od lat poczytną pozycję w ogólnopojętej fantastyce i prelekcje im poświęcone są coraz częściej umieszczane w programach konwentów, nie da się ukryć, że wszystko zależy od popularności danego odcinkowca. Powiedzmy sobie szczerze – niemal zawsze w harmonogramie znajdzie się coś poświęcone Doktorowi Who, Supernaturalowi czy innych fantastycznym produkcjom, jednak trochę gorzej z czymś, co powstało kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Nie jest to zaskakujące – w końcu zważywszy na to, że część konwentów zaczęło aspirować do miana festiwali (dwa już rzeczywiście nimi są), organizatorzy próbują zorganizować wszystko tak, by jak największa część przybyłej publiki miała co robić. A jaka jest szansa, że wśród tych kilku tysięcy osób znajdzie się z 50 fanów serialu powstałego w czasach, kiedy dinozaury dostrzegły ten wielki płonący kamień na niebie?


Osobiście obstawiam, że dosyć duża, jednak sale i programy nie są z gumy, rozumiem więc decyzje, które sprawiają, że o obecności takich dzieł jak Battlestar Galactica (stara wersja), Babylon 5, The Outer Limits czy choćby startrekowy TOS można raczej tylko sobie pomarzyć. Oczywiście, prelekcje zgłaszają ludzie, więc można założyć, że nikt tego tematu nie porusza, jednak skłaniam się raczej ku temu, że są odrzucane, zwłaszcza na takich konwentach, gdzie ludzi naprawdę sporo. A już na pewno nie dziwi mnie fakt nieobecności seriali nijak z fantastyką nie związanych, choć na festiwale powoli przedostają się tylną furtką – to tematy bardzo popularne.

Szczęśliwie, istnieje konwent poświęcony li i jedynie serialom, więc można liczyć na to, że znajdziemy na nim dużo dobra ogólnoserialowego. To oczywiście Serialkon, którego druga edycja odbyła się w ubiegły weekend. Pamiętam, jak po jego debiucie wszyscy prosili bogów o to, by następna odsłona była co najmniej dwudniowa. Modły zostały wysłuchane! Tym razem do dyspozycji były aż dwa dni, po brzegi wypełnione propozycjami, które mogły zadowolić najbardziej wybrednego wielbiciela seriali.

Kiedy ma się blisko 17 lat jeżdżenia na konwenty na karku, trudno tak naprawdę znaleźć coś, czego się jeszcze nie słyszało (no chyba, że dotyczy absolutnej nowości), zazwyczaj spędzam więc czas na swoich własnych prelekcjach oraz na spotkaniach ze znajomymi (tudzież na stoisku z kartkami, choć to raczej na ogół przypadek Pyrkonu). Nie na Serialkonie! Tutaj patrząc na rozpiskę człowiek rozpaczliwie szuka zmieniacza czasu albo błaga Doktora, by wpadł z wizytą i wypożyczył nam TARDIS.

Tym razem równocześnie odbywało się siedem ścieżek programowych, podobnie jak w ubiegłym roku zarówno w budynku Biblioteki Wojewódzkiej, jak i w Artetece. Szczęśliwie tym razem Akwarium, czyli sala na 2 piętrze Arteteki przeznaczona została głównie na konkursy, ponieważ komfortowo może w niej przebywać chyba 20 osób, nie więcej. Na pierwszym piętrze znalazło się miejsce na panele oraz wystawców. Tych ostatnich było znacznie więcej niż w ubiegłym roku, choć najlepszą sprzedaż nie bez powodu miały stoiska oferujące rzeczy najsilniej związane z serialami – koszulki, gadżety, biżuteria. Wybitnie złe miejsca. Panele odbywały się nie w sali, a na otwartej przestrzeni, co umożliwiało tłumom wbicie się na wybrany punkt, obstawianie ścian i schodów… Dobra opcja, zwłaszcza że akurat ten blok był dosyć popularny, zważywszy na mnogość tematów i znanych rozmówców. II wojna światowa, Hannibal, telewizyjne adaptacje literatury, space opera, sposób pisania o popkulturze, wzorce meskości w serialach… Naprawdę, dla każdego coś miłego. Był to zarazem jedyny blok transmitowany na żywo na YT, więc jeśli ktoś nie mógł się na dyskusji zjawić tudzież w ogóle nie mógł przybyć na Serialkon, mógł nadrobić.

Nowością był blok tylko i wyłącznie anglojęzyczny, w którym wzięło udział kilku zaproszonych zagranicznych gości: Andrew Ellard, Rowan Ellis i Gavia Baker-Whitelaw, ale udzielały się na nim również i znane z polskiej blogosfery twarze. Dodatkowym atutem tego bloku była jego lokalizacja – w salce wydzielonej z kawiarni na dole Arteteki, co umożliwiało delektowanie się strawą duchową na równi z tą fizyczną.


Kolejkon teoretycznie wyglądał przerażająco, ale rozładowano go błyskawicznie.

Konwent rozpoczął się w sobotę rano, zanim jednak zaczęliśmy szturmować jego bramy i formować kolejkon, postanowiliśmy uczcić spotkanie z kilkoma znajomymi śniadaniem i tak załamaliśmy obsługę, zjawiwszy się tuż po otwarciu drzwi knajpy. Jedzenie było smaczne, towarzystwo znakomite, tematy rozmów więcej niż zacne, Daleki obecne, więc nic dziwnego, że udaliśmy się na sąsiednią ulice w nastrojach mocno szampańskich. Zanim tam dotarliśmy, doszły nas słuchy, że zamiast siedzieć i delektować się pysznym jedzonkiem, powinniśmy raczej stać w kolejce, bo już się uformowała. Nie było jednak tak źle! Akredytacja działała więcej niż sprawnie, zdecydowanie pomaga brak opłaty za konwent! Tegoroczne plakietki były bardzo porządne, program również wydrukowany bardzo ładnie, już samo to pokazuje, jak długą drogę przeszedł Seriakon od ubiegłego roku (nie, żebym narzekała na poprzednią edycję, piekielnie mi się podobała!), w gratisie było również CD Action i Fantasy Komiks, gdzieniegdzie można było znaleźć kolorowankę od Stabilo. Pakiet niemalże VIPowski, który dostałam, dodatkowo zawierał kilka cienkopisów, książkę, przypinkę i klasycznie już ulotki. Bycie gościem zawsze na propsie, zdarzyło się po raz pierwszy od wielu lat. I nadal nie pojmuję, dlaczego ;)

Konwent de facto otwierałam i zamykałam, ponieważ pierwszą prelekcję miałam w sobotę o 12, ostatnią w niedzielę o 16. Pierwszą był Supernaturalowy flirt z popkulturą w sali-widmo, do której podobnież ciężko było trafić. Mnie pokierowano właściwie, jednak z tego, co wiem, liczne osoby miały problemy z trafieniem do odpowiedniej windy i to rodziło problemy. Sale jednak były ładnie oznaczone, więc koniec końców dawało się trafić niemalże wszędzie, tyle że czasem można było stracić początek prelekcji. W sali zakochałam się miłością szczerą i prawdziwą, miała doskonały sprzęt i nagłośnienie, mnóstwo miejsca oraz działało wi-fi (czy ja przypadkiem nie sprzedałam gdzieś duszy?). Rzadko się zdarza, żebym nie musiała wyciągać mojego laptopa, więc doceniam każdą taką sytuację – wszystko działa i nie muszę się martwić! Ha, lubię to! Tłumy dzikie, już mnie to nie dziwi, Supernaturalowa Rodzina jest naprawdę sporym fandomem, w tym jedna sztuka przebrana za Demon!Deana z pierwszorzędnie wykonanym Pierwszym Ostrzem… Miałam sobie zrobić z nią zdjęcie, ale, niestety, skleroza nie boli, ucieczka na najbliższe punkty programu również… Myślę, że było całkiem sympatycznie, w końcu przegląd popkulturalnych tropów w naszym ukochanym serialu to temat rzeka i w dodatku bardzo przyjemny!


Cathia gadająca. Jak zwykle. Ale tym razem stała w miejscu!
Zdjęcie autorstwa Chomika.

Potem mój wybór stał się nieco bardziej skomplikowany. W końcu zdecydowałam się udać do Arteteki, spojrzeć na wystawców, co okazało się błędem. Wielkim błędem. Uprzejmości Beaty z Biżuteria tematyczna zawdzięczam to, że nie zbankrutowałam, jako że udostępniła mi na godzinkę kawałek swojego stoiska na moje kartki. Mogłam szaleć… Na pogaduszkach, śmichach i dealowaniu zeszły mi najbliższe dwie godziny i musiałam biec na swoje panele.


Zdjęcie panelowe.
Fotka: Konwenty Południowe.

Pierwszy poświęcony był serialowym geniuszom, a dyskusję miałam okazję prowadzić z Anną „Myszą” Piotrowską i Piotrem „Ramzesem” Mrowcem, a także Katarzyną „Katlą” Bajką jako prowadzącą. Rozmowa była bardzo przyjemna, przelecieliśmy przez bardzo wiele seriali, a wniosek jeden – należy obejrzeć Limitless, którym zachwyca się Mysza. Mysza poleca dobre rzeczy, więc była to pierwsza z pozycji wpisanych w ciągu Serialkonu na listę. Zaraz później wraz z Agnieszką „Aeth” Jędrzejczyk, Marcinem „Sejim” Segitem i Simonem Zackiem oraz prowadzącym – Radkiem Polańskim rozpoczęliśmy znęcanie się nad space operami. Temat po prostu znakomity, wszyscy rozmówcy zaprzyjaźnieni ze sobą nie od dziś, więc była to absolutnie przemiło spędzona godzina i gdyby nie mikrofony, pewnie nie pamiętałabym, że znajdujemy się na panelu, obstawiałabym raczej knajpę.


Potem pobiegłam na dół, do kawiarni, posłuchać Myszy i jej prelekcji o „Penny Dreadful on gender, orientation and sexuality”. Była absolutnie znakomita! Najpierw dowiedzieliśmy się co nieco o podziale ról i obyczajowości starej dobrej wiktoriańskiej Anglii, a później prowadząca odniosła się do tego w serialu. Słuchało się bardzo przyjemnie, dowiedziałam się całego mnóstwa ciekawostek, żałuję tylko, że nie mogłam zostać do końca, bo zaraz była moja prelekcja o BSG, a trzeba było zmienić budynek.


Mysza mówi, tłumy słuchają...

Batllestar Galactica okazała się być tematem wybitnie kameralnym, co sprawiło, że przyjemnie od czasu do czasu dyskutowało się z tymi osobami, które postanowiły się zjawić. Byłam okrutna i zniszczyłam psychikę co poniektórych osób, uświadamiając im rozmiar klęski, jaką była Galactica 1980, jednak nie da się, niestety, od tego uciec.

Właściwie to miał być koniec tego dnia konwentowego, ale nieoczekiwanie Aeth i Seji powiedzieli, że teraz będzie quiz popkulturalny… Poszliśmy. Sformowaliśmy drużynę o jakże znamienitej nazwie „Big Damn Heroes” i… Powyliśmy do księżyca. Prowadząca konkurs Joanna Kucharska zrobiła naprawdę dobrą robotę, przygotowując sto pytań odnoszących się do seriali bardziej i mniej znanych (zwłaszcza tych mniej!), w dodatku pytań wybitnie szczegółowych. Każda drużyna dostała do ręki arkusz, gdzie należało wpisywać odpowiedzi i bardzo mało czasu na jej udzielenie, można było zatem swobodnie założyć, że nikt nie próbował wyszukiwać podpowiedzi w sieci. Kategorii było pięć – Sci Fi, Komedie i sitcomy, Dramy, Oldiesy i pytania związane z produkcją i nie wstydzę się powiedzieć, że strzelaliśmy w niektórych przypadkach straszliwie. Dodam też, że straszne z nas skamieliny, jako że najlepiej poszła nam kategoria Oldies. No cóż, można nie pamiętać serialu Haven, ale wszyscy doskonale wiedzą, jak nazywała się pierwsza żona Blake’a Carringtona. Szczerze ubawił mnie też moment, kiedy Aśka oznajmiła, iż prosi teraz Cathię o zachowanie spokoju, bo pytanie dotyczy Marka Shepparda. I am a fangirl, I don’t do calm! Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem wygraliśmy, bo był to najcięższy konkurs, na jakimkolwiek byłam (w efekcie zostaliśmy okrzyknięci totalnymi nołlajfami :D), a nagrody były… Ojej, cudne. Wielką torbę gadżetów z różnych produkcji ufundowała Aśka i cieszyłam się tylko, że wracam samochodem, nie autobusem czy pociągiem, bo moja jedna czwarta łupu była i tak olbrzymia!


Drużyna zanim jeszcze dowiedzieliśmy się o wynikach. Jak widać, humor i tak dopisywał :)


Z częścią łupów. Naprawdę nieliczną częścią.

Wieczór spędziliśmy klasycznie – piwo, pizza i Polaków rozmowy. Pozostało się cieszyć, że wyspałyśmy się z Olą z piątku na sobotę, ponieważ gadałyśmy tym razem do trzeciej nad ranem. Ranek był ciężki, choć zaczął się, podobnie jak sobota, od genialnego śniadania w znakomitym towarzystwie.

Niedziela była dla mnie dniem uczestniczenia w prelekcjach i były to rzeczy naprawdę dobre. Rozpoczęliśmy od prelekcji Myszy i Katarzyny Czajki – „Zwierza Popkulturalnego” o tym, jaki sposób oglądania seriali jest lepszy – maraton czy trucht. Zarówno Mysza, jak i Zwierz są absolutnie cudnie zakręcone, mówią o wszystkim z niesamowitą pasją i tak naprawdę są jedną duszą w dwóch ciałach, więc argumentów przemawiających za oboma metodami słuchało się wybitnie dobrze, gdzieniegdzie kiwając głową z absolutnym zrozumieniem. Problemy jednej fangirl są problemami wszystkich, więc nie da się ukryć, że znamy ból towarzyszący nie tylko czekaniu na rozstrzygnięcie cliffhangera w przypadku oglądania zgodnie z zamysłem twórców podczas sezonu, ale i gdy skończymy maraton i więcej nie ma… Zło.

Potem planowaliśmy zostać na wykładzie poświęconym kawie w serialach, jednak był to jeden z (nielicznych) przypadków, kiedy prelegent nie dotarł, więc po 20 minutach oczekiwania przenieśliśmy się piętro niżej, posłuchać o przedstawieniu fandomów w naszych ulubionych produkcjach. Zdążyliśmy się załapać na Sherlocka i Supernaturala, więc nie wyszło źle, choć nie lubię wbijać się na salę komuś w połowie prelekcji. Przycupnęliśmy sobie z tyłu i posłuchaliśmy opowieści Joanny Milanowskiej o tym, co Moffat zrobił fandomowi w The Empty Hearse i jak wiele tego, co pojawiło się na ekranie, było przedmiotem rozważań fanów w rzeczywistości. Potem oczywiście mowa była o Becky Rosen, konwencie supernaturalowym i shipperkach. Słuchało się bardzo przyjemnie, choć krótko – również z naszej winy. Prowadząca przyznała się potem, że było to jej pierwsze wystąpienie, więc chciałabym jej ponownie pogratulować – trema jej nie zjadła! Oby tak dalej!

Zostałam już w tej sali na najbliższe trzy godziny, bardzo kameralne, jak się okazało. Postanowiłam pozwolić zrobić sobie krzywdę, a mianowicie posłuchać Aeth opowiadającej o najnowszych i niedawnych propozycjach stacji SyFy. Moja lista rzeczy, które chcę obejrzeć, niebezpiecznie się wydłużyła! Potem pałeczkę przejął Simon, przybliżający publice fenomen Robina z Sherwood. Prelekcja zamieniła się w festiwal wspomnień (dla mnie również z tego powodu, że byliśmy z prowadzącym w Nottingham na wymianie szkolnej równo 20 lat temu), ponieważ każdy, kto przyszedł, kochał ten serial w dzieciństwie. Bardzo mile spędzona godzina, uwielbiam takie punkty programu! Najbardziej żałuję, że nie dane mi było zostać na całej prelekcji Sejiego, przeglądowi starych seriali (i to naprawdę starych!). Znowu okazało się być to przyjemną wyprawą w przeszłość, bo Seji nie tylko mówił o takich klasykach jak The Outer Limits, Star Trek czy BSG, ale także o takich fenomenach jak Drużyna A czy Tajemnicze złote miasta. Niestety, musiałam uciekać na swoją prelekcję, ale Chomik mówi, że o B5 oraz Firefly też było… I nie tylko!


Prelekcja o Robinie była przecudowną nostalgiczną wyprawą w przeszłość.

Tymczasem poszłam zamykać konwent prelekcją o tym, jak zostać łowcą, czyli zwariowanym przeglądem najważniejszych rzeczy w życiu każdego, kto chce poświęcić się walce z nienazwanym. Była to akurat powtórka prelekcji pyrkonowej, ponieważ kiedy zostałam poproszona o przygotowanie jeszcze jednego punktu programu, nie miałam już czasu na nic, jednak chyba nikt z obecnych nie był w Poznaniu, mam wrażenie, że bawili się równie dobrze jak ja. Trochę dziwnie czułam się, proponując takie zupełnie fanowskie punkty programu na Serialkonie, którego siłą jest wręcz akademickie podejście do tematu, a prelegenci nierzadko mają odpowiednie skróty przed nazwiskiem, ale patrząc na frekwencję – chyba jest na to zapotrzebowanie :) Pozdrawiam również serdecznie członków cathiowego fandomu – chyba czas na koszulki! :)

Z małą reprezentacją Fandomu ;)
Zdjęcie: Monika Kujawa.

Zakończyliśmy konwent tak samo jak w poprzedni dzień – posiedzeniem w bardzo sympatycznej włoskiej knajpce i poczuliśmy, jak dopada nas con blues. Jeszcze tylko pogaduszki po spakowaniu się i trzeba było powoli kończyć znakomity weekend…

Serialkon się rozrósł i bardzo mnie to cieszy. Jest to, póki co, jedyny znany mi konwent, na którym znajdzie się miejsce i dla seriali bardzo popularnych, jak i dla tych, które żyją już tylko w pamięci starszych fanów i czasami na paśmie powtórkowym. Organizacja na piątkę z plusem, nie mogę sobie przypomnieć żadnej wpadki i bardzo się cieszę, bo świadczy to o poważnym podejściu orgów do tematu i daje nadzieję na jeszcze lepszą przyszłoroczną edycję! Już się nie mogę doczekać!

Co: Serialkon
Organizator: Krakowskie Smoki i Pulpozaur.pl
Kiedy: 21-22 listopada 2015
Gdzie: Kraków