Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2021

Powrót do klasyki

Wprawdzie wampiry miały ostatnio dosyć kiepską prasę, jednak fan grozy zawsze może odgonić straszliwe myśli o błyszczących w słońcu klatach, sięgając po prostu po klasykę. Tej szczęśliwie jeszcze nie zdołano sprofanować, choć czasami pojawiają się dziwne przeróbki, po lekturze których człowiek chciałby sobie oczy mikserem wydłubać niczym człowieczek ze znanego mema. Nie zawsze, niestety, branie na warsztat tej samej historii po raz kolejny wychodzi jej na dobre, jednak próba podjęta przeze potomka samego Brama, niejakiego Dacre Stokera oraz J.D. Barkera zaintrygowała mnie na tyle, by sięgnąć po Dracula, wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

Reklamowana jako powrót do korzeni gotyckiego horroru książka wykorzystuje twórcę klasycznej Draculi nie tylko jako źródło tematu. Bram Stoker to jej główny bohater, z którym zapoznajemy się już od pierwszych stron. Uzbrojony w liczne środki z arsenału antywampirzego, od lat istniejące w kanonie, toczy wewnętrzną i zewnętrzną zaciekłą walkę z budzącym grozę przeciwnikiem. Noc jest jednak długa, a Bram aż do świtu musi zachować czujność i nie zasnąć… Zaczyna zatem czytać swój dziennik.

Ten bardzo prosty zabieg fabularny umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z bohaterami i powolne zrozumienie wydarzeń prowadzących ich do tego miejsca w tym konkretnym momencie. Odkrywamy zatem dzieciństwo Brama, spędzone do pewnego momentu przeważnie w łóżku ze względu na dręczącą go chorobę. Pocieszeniem chłopca jest ukochana siostra Matylda i opiekunka, ciocia Ellen, darząca go szczególną sympatią. Domostwo Stokerów wydaje się spokojnym miejscem, przepełnionym miłością i zrozumieniem, jednak od czasu do czasu w okolicy dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Zgłębianie ich natury doprowadzi Brama i Matyldę do tajemnicy, której sedna dociec nie mogą, a dotyczącej właśnie Ellen. Kto normalny przecież trzyma śmierdzącą ziemię pod łóżkiem? Dlaczego to właśnie Ellen pomogła Bramowi pokonać najcięższy atak jego choroby i jak to właściwie zrobiła? Pytania się mnożą, a odpowiedzi brakuje. Przynajmniej na razie. W miarę dorastania i podejmowania kolejnych obowiązków Bram i Matylda oraz ich starszy brat Thornley znajdują jednak kolejne klucze do rozwiązania zagadki.

Oczywiście, fan gatunku już po tym krótkim streszczeniu domyśla się, kim tak naprawdę jest Ellen i nie w tym tkwi sedno książki – wszystko to już czytaliśmy i widzieliśmy. Kolejne motywy i postaci pojawiające się na kolejnych stronach są również przewidywalne i na pewno nikogo nie zaskoczą. Nie o to jednak chodzi. Dracul nawiązuje do klasyki gatunku również formą – to nie powieść sensacyjna, to horror gotycki. Akcja toczy się wolno, poznajemy ją nie tylko klasyczną narrację, ale również listy i pamiętniki. Nawiązanie do starej formy wychodzi autorom wręcz znakomicie.

Równie fantastycznie wykorzystują elementy biografii Brama Stokera, czyniąc z niej podwalinę samej opowieści, w końcu Stoker rzeczywiście do siódmego roku życia był złożony chorobą, która nie pozostawiła jednak większego śladu na dorosłym człowieku. Miejsca przez niego odwiedzone, inspiracja do kolejnych scen i lokalizacji w jego opus magnum, stają się w Draculu przystankami, pozwalającymi bohaterom zrozumieć naturę ich przeciwnika i odkryć kolejne sekrety cioci Ellen. Stoker i Barker sięgają również do korzeni – do irlandzkiej legendy o niejakiej Dearg Due, wampirzycy mszczącej się za swoją krzywdę, a wszystko to łączy się w naprawdę fascynującą historię.

Kto powinien sięgnąć po Dracula? Na pewno nie polecam tej pozycji fanom współczesnych horrorów, szybkich, przepełnionych bezsensowną przemocą i ociekających litrami krwi. Oczywiście, krwi, jak to w opowieściach o wampirach, nie zabraknie, jednak jak w przypadku dawnych powieści gotyckich, płynie ona niejako na marginesie. Książka przesycona jest owym mrocznym klimatem, stanowiącym podstawę gatunku. Kiedy jeszcze dołączymy do tego pierwszą zasadę horroru, głoszącą, iż najstraszniejszy wydaje się potwór, którego nie widzimy, staje się jasne, że nie o takich czytelników autorom chodziło. Jeśli z kolei uwielbiacie właśnie ten powoli, choć umiejętnie wyczarowywany nastrój, to zdecydowanie warto zapoznać się z Draculem. To może nie literatura najwyższych lotów, ale wystarczająco dobra, również pod względem rzemieślniczym, by zapewnić czytelnikowi kilka godzin przyjemności znajdowanej w grozie. Zdecydowanie polecam, a przecież podchodziłam do tego „odcinania kuponów” całkiem sceptycznie!

Dacre Stoker i J. D. Barker, Dracul, tłum. Szymon Żuchowski, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2020.

sobota, 23 marca 2019

Wyprawa, ale bez Pierścienia...


Narzekałam poprzednio na drugą odsłonę cyklu Płomień i krzyż, a tu niespodziewanie wyszła kolejna część. Tym razem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Piekara starał się naprawić wszystkie problemy poprzedniej. Jak się udało, a co ważniejsze - CZY się udało?

Dobra nowina – nareszcie coś się dzieje! Jeśli zdołamy przypomnieć sobie zejście Arnolda do Studni Dusz (zabijcie, miałam problem z zapamiętaniem, co było w poprzednim tomie), okaże się, że element jego przeżycia nakieruje Inkwizytorów na mityczne istoty, dotychczas istniejące rzekomo jedynie w opowieściach ludowych – wampiry. Stali czytelnicy cyklu zdają sobie sprawę, że nie są to zaledwie opowieści, podobnie zresztą jak niektórzy członkowie Wewnętrznego Kręgu. Istnieje szansa na dopełnienie poprzedniej misji, ale wymaga to konfrontacji z najstarszym z potworów – Herenniuszem Furiusem. Co gorsza, taka wyprawa zajmie całe miesiące, bowiem stworzenie ukrywa się na Rusi. Oczywiście, Arnold nie ruszy sam, towarzyszyć będą mu także inni doświadczeni Inkwizytorzy. Pojawia się zatem kilku innych bohaterów, którzy jednak nie zostaną nam w pamięci na długo – poza jednym wyjątkiem – czarnoskórą księżniczką Nontle. Piękna podróżniczka o niezwykłych talentach jest, w przeciwieństwie do kobiet z poprzedniego tomu, naprawdę interesująca, w dodatku nigdy nie wiadomo, jakie są jej prawdziwe priorytety. W ogóle w tym tomie jest zdecydowanie lepiej z postaciami, Piekarze miejscami udało się wykreować bohaterów różniących się od siebie, innych, odmiennych też od nudnego już standardu serii. Całkiem sensownie pogłębił również postać Löwefella, coraz głębiej sięgając w jego przeszłość, a może raczej w przeszłość maga Narsesa. Moje podejrzenia co do przeszłości tej postaci okazały się kompletnie mylne i, kurczaki, cieszy mnie to! Możliwości Wewnętrznego Kręgu i jego znajomość magii coraz bardziej zaskakują, wzbogacając świat!

Właśnie, miłym zaskoczeniem po arcynudnej poprzedniej części jest powrót do tego, z czego autor rozmyślnie uprzednio zrezygnował: tej nietypowej obyczajowości inkwizytorskiego świata, interesującej i wybuchowej czasami mieszanki magii i historycznej rzeczywistości. Tym razem będzie jeszcze ciekawiej, właśnie ze względu na wyprawę na Ruś, z jej kompletnie innymi krajobrazami oraz zwyczajami, nierzadko kompletnie zaskakującymi przybywających z „oświeconej” części Europy Inkwizytorów. Podobało mi się zwłaszcza „dzikie” podejście do magii, nawiązania do ludzi prostych, acz posiadających nietypowe uzdolnienia, ślepych dziadów wrażliwych na ponadnaturalne. Interesujące są również postaci rządzących krainą – odmalowane na kartach książki dwa kontrastujące ze sobą portrety ludzi władających miejscem, w którym przetrwają tylko najwytrwalsi.


Naprawdę byłoby wręcz idealnie, gdyby nie jeden drobiazg, a imię jego Mordimer Madderdin. Z racji tego, że bohater innego cyklu miał już do czynienia z wampirami, Wewnętrzny Krąg postanawia zabrać go na tę wyprawę. Tak, tego samego Mordimera, w którego umyśle zaklęto księgę, na którą poluje tak wiele osób! To wcale nie jest proszenie się o kłopoty, prawda? Ale furda z Madderdinem i Szachor Sefer! Kiedy po raz pierwszy został wspomniany na kartach książki, chronologia jakoś przestała mi się zgadzać i czytałam z mocnym postanowieniem sprawdzenia czasu akcji w cyklu podstawowym. Nie musiałam. Autor sam przyznaje się, że zaszalał nieco w tej kwestii, ale usprawiedliwia się, że „taka jest cecha plastycznego i ciągle ewoluującego świata, iż trzeba w nim wprowadzać zmiany dotyczące pewnych wydarzeń z przeszłości.” Otóż nie – to straszliwe pójście na skróty, karygodny brak zwracania uwagi na elementy własnego świata. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że Piekara tworzy fabułę, jak mu pomysł do głowy wpadnie i dopiero później zauważy, że coś nie gra, ale na litość boską! Przecież taka wyprawa Mordimera i współpraca z Wewnętrznym Kręgiem bez wątpienia odcisnęłaby na nim swoje piętno. Nie wspominam już o innych perypetiach Inkwizytora, bo nie chcę rzucać spoilerami, ale też miałyby na niego bez wątpienia wpływ. No, chyba że Piekara zamierza użyć kolejnego skrótu fabularnego i na przykład pozbawić Madderdina pamięci.

Mimo to mam szczerą nadzieję, że kolejne odsłony Płomienia i krzyża będą raczej przypominać ten tom niż poprzedni. Jak pisałam wcześniej, to koncepcja mordimerowego świata była jednym z czynników decydujących o popularności serii i nie wolno z niego rezygnować. Szkoda tylko, że fabuła wydaje się rozwijać na podobieństwo scenariusza gry komputerowej – zrobimy tego questa, wypłynie z niego następny, a potem następny, bo to, niestety, oznacza, że jak Piekarze skończą się pomysły, i ta seria zostanie zawieszona. Choć szczerze liczę, że tu ma przynajmniej jako taki pomysł. A między nami – Arnold jest znacznie ciekawszym bohaterem niż wiecznie chlejący i chędożący Mordimer.

Jacek Piekara, Płomień i krzyż. Tom III, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2019.

niedziela, 5 marca 2017

Siakoś tak nijako...

Kurczaki, nie lubię wampirów. Nie wiem, co z krwiopijcami jest nie tak, ale mam do nich jakiś uraz i to jeszcze sprzed czasów zmierzchowych, oj, na grubo przed nimi. W ostateczności toleruję klasycznego Draculę w wykonaniu sir Christophera Lee, ale to koniec mojej wytrzymałości. Wampirów supernaturalowych też nie lubię – poza jednym wyjątkiem – więc podejrzewam, że będę się w tej recenzji skupiać głównie na tym, co dotyczy Winchesterów. Wybaczcie.

What is this bullshit?

Podobało mi się kontynuowanie dokładnie w miejscu, gdzie zakończyliśmy poprzedni odcinek. Zdecydowanie wolałam widzieć to wszystko zagrane i powiedziane, a nie tylko wspomniane przez braci. Całkowicie kupuję ich urazę i żal do matki, która oszukała ich po prostu koncertowo, nie biorąc pod uwagę tego, że synowie naprawdę mają dobry powód, by nie ufać Brytolom (ona w sumie też – kobieto, torturowali ci syna!). Zraniony Dean był jednym z lepszych Deanów, których widziałam w tym sezonie. Strasznie żałuję, że tak nie zostało.

Owszem, podejrzewałam, że chłopcy, kiedy już ochłoną i przemyślą, co trzeba, spróbują zażegnać ten konflikt i pierwszym, który wyciągnie rękę, będzie Sam. To było dokładnie do przewidzenia. Niemniej jednak zupełnie nie rozumiem tego, że młodszy Winchester tak po prostu postanowi przyłączyć się do Ludzi Pisma, bo…? Bo co? Bo mają wyposażenie? Bo mają zajebiaszczą zbrojownię? Bo są pierdołami życiowymi i jeśli nie ma w pobliżu pana Ketcha lub innych wynajętych łowców, to zginą marnie? Przyznam, że już najbardziej przemawia do mnie ten ostatni argument… To brzmi jak Sammy. Poszło to zdecydowanie za szybko, po prostu za szybko. Choć z drugiej strony Sam jest gadżeciarzem i może po prostu chce się pobawić… A Ludzie Pisma mają dużo fajnych zabaweczek… Ach, przy okazji młodszy Winchester zyskał coś do ukrywania przed bratem – taaaak, bardzo dawno nie mieliśmy tego wątku… A tak się cieszyłam, że chłopcy wreszcie zaczęli się porządnie dogadywać i niczego przed sobą nie chowają… Ja, naiwna Cathia. W ostateczności dopuszczam możliwość, że robi to specjalnie, by stać się szpiegiem w obozie wroga. Jeśli tak się nie stanie, strzelam focha.


Ja też czasem piję. Wino. I chcę kogoś pozabijać... Często. Nadaję się do klubu?

Zastanawiam się, jak na to wszystko zareaguje Dean, kiedy się wyda. Bo wydać się musi… Zaskakujące, że to właśnie on, choć teoretycznie powinien się w jakiś sposób dogadać z Ketchem, nadal nie ma przekonania do Anglików. Nie podobają mu się ich metody, to na pewno, plus im nie ufa. Bardzo słusznie chłopie, bo przy tych wszystkich możliwościach mogliby zapewne powstrzymać Apokalipsę, tylko im się nie chciało. Mnie z kolei trochę zirytowało to, jak pokazano, że Dean się jednak od brytyjskiego siepacza jednak różni. Z jednej strony siedzą i radośnie rozpijają przyniesioną przez Angola flaszkę i widać, że w gruncie rzeczy obu cieszy zabijanie potworów. Natomiast potem mamy scenę, w której Ketch próbuje wytłuc informacje z wampirzycy, a Dean po prostu dostaje wszystko na talerzu, bo obiecał jej szybki i bezbolesny koniec. Pomijam już fakt, że ta wąpierzyca powinna nimi podłogę zamieść – w końcu nie każdy może mieć odpowiednie przygotowanie, ale strasznie to łopatologicznie wyszło.

Do umiejętności pana Ketcha należy dorzucić jasnowidzenie...
Swoją drogą, ciężko było nalać te następne kolejki...

Ludzie Pisma denerwują mnie coraz bardziej. Znienacka są w stanie postawić ośrodek z wypasionymi zabezpieczeniami, a wystarczy banda wampirów, by im wykasować jednego (słownie JEDNEGO) strażnika i wbić im się do tej bazy… Jak na to, że mają TAKIE możliwości, są po prostu rozczulający. Rozumiem, mają problem z rekrutacją łowców, ale od czego są w takim razie najemnicy, którymi spokojnie mógłby zapewne dowodzić pan Ketch… Nie wierzę, że nikt się jeszcze na świecie, poza łowcami, nie skapnął, co kryje się w mroku. Blah. Coraz mniej mi się to podoba.


Mamy taaaaakie środki finansowe... Nie potrafimy zatrudnić najemników.

Szczerze pisząc, jedyna rzecz, która mnie w tym odcinku wzruszyła, to był Alfa Wampirów. Alfa, który podobnie jak większość złych bohaterów w tym serialu zaliczył po drodze lobotomię. Ten zimny sukinkot, tak ładnie wyrywający się z więzienia, jakie przygotowali dla niego Campbellowie, nieoczekiwany sojusznik Winchesterów w walce z lewiatanami, nagle oszalał i postanowił osobiście pójść do walki z ludźmi, którzy powoli wytłukują mu podwładnych? Rozumiem, władca feudalny i inne takie, ale w momencie, kiedy pojawił się na scenie Kolt, powinien dać nogę. Tak, blef blefem, ale on zdecydowanie nie był jednym z 5 stworzeń, których Kolt nie może zabić. I raczej o tym wiedział. Ponadto, jeśli widz przejrzał sztuczkę Micka i Sama jeszcze zanim pokazano to tym, którzy myślą nieco wolniej, to nie widzę starego jak świat Alfy, który tego nie zrobi… Szkoda tej postaci… Straszne dorzynki się nam ostatnio zrobiły i trochę się boję tego, że kiedy wprowadzeni zostaną nowi źli, będzie to albo na chwilę, albo będą znacznie słabsi…


Będę tęsknić...

Nie wiem, ten odcinek jakoś nie wywołał u mnie żadnych emocji. Jak mówię – nie lubię wampirów, więc to może być jeden z powodów, drugi to ta łopatologia i wrażenie, że wszystko było jakieś takie… sztuczne… i nijakie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale szczerze mówiąc – akurat tego wątku nie jestem zupełnie ciekawa.


Supernatural 12x14 The Raid, scen. R. Berens, reż. J. MacCarthy, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, S. Smith, D. Haydn-Jones i inni.