piątek, 20 lutego 2015

Nigdy nie lekceważ zasady nr 1!

Jak przewidywałam tydzień temu – ten odcinek zniszczył mnie emocjonalnie. Co w sumie nie jest złą rzeczą, zwłaszcza zważywszy na to, jak bardzo obojętną pozostawia mnie ostatnimi czasy główny wątek. Oczywiście, jest to ściśle związane z SPNową zasadą numer 1 – NIGDY nie przywiązuj się do JAKICHKOLWIEK postaci w tym serialu – albo je zabiją na śmierć, albo zrobią im lobotomię. Jak pokazują ostatnie sezony, pierwsze rozwiązanie wcale nie jest takie najgorsze w obliczu potencjalnych idiotycznych rozwiązań (Gabryś!),bo drugie sprawia, że nawet zagorzali fani danej postaci liczą na to, że w końcu zejdzie – z litości dla psutego konsekwentnie image’u. Innymi słowy: powinnam być przygotowana. Nope. 

Cień Kata...
 Bogowie, jakie piękne te kainowe ujęcia były w tym odcinku!

Co dotychczas zawiera każdy odcinek poświęcony głównemu motywowi? Blebranie o Znamieniu, ewentualnie jakieś próby jego pozbycia się, Castielowe miotanie się bez sensu i równie idiotyczne przygody Króla Piekieł, pokazujące, jak powoli staje się pantoflem. W The Executioner’s Song dostaliśmy dwa motywy – Znamię i Crowley, Castiel zachowywał się całkiem sensownie i był pomocny, a dwie pozostałe składowe były całkiem zacne. 

Team Sam i Team Dean, skład dosyć niecodzienny.

Oczywiście... KAIN!!! Tęskniłam za tą postacią od roku, od First Born. Jasne, Timothy był zajęty, nie dało się go wpisać do serialu wcześniej, w efekcie dostaliśmy bredzenie o niczym, równie bezsensowne mignięcie Metatrona i tony scen prowadzących donikąd – jak choćby zdrowe żarcie i abstynencja. Jednak w momencie, kiedy pojawił się Kain... No dobrze, w momencie, kiedy pojawiło się promo, wiedziałam, on tego nie przeżyje. Liczyłam jednakowoż na jakiekolwiek rozwiązanie, którego... nadal nie ma!!! Bo nie ma. Wzięto na tapetę jedną z lepszych postaci ostatnio stworzonych, a potem ją zabito, by zapełnić odcinek (inaczej pewnie dostalibyśmy kolejne załamujące dylematy Castiela, bo przecież przed przerwą powinno się zarzucić jakiś odcinek z głównego wątku) i tak bardzo nie wnosi to niczego do problemu.

Zachwycania się ciąg dalszy.

No bo przyjrzyjmy się sytuacji – ostatni odcinek, tak chwalona przeze mnie rozmowa w Impali, Dean zapowiada, że będzie walczyć i zejdzie walcząc. Na plus policzę tu to, że Dean przyznaje się bratu, że po prostu się boi, że przyjdzie mu zejść tak szybko – ponieważ Dean tak naprawdę liczy/ma nadzieję na to, że zejdzie. Jego śmierć z ręki Pierwszego Zabójcy prawdopodobnie załatwiłaby sprawę, wszak nawet Rycerzyca Piekła potraktowana Ostrzem nie wróciła na ten padół łez. Wiemy też, że użycie Ostrza przez jego prawowitego właściciela przeciwko sobie samemu kończy się w bardzo zły sposób, a przynajmniej nie daje takiego efektu, na jaki właściciel liczył. Jednak jeśli właściciel Ostrza wrazi je pod żebro drugiemu? Może to jest właśnie ta luka w przepisach, która miała dać Deanowi szansę na przerwanie błędnego koła? Niestety, nie dała, bo Kain przywołał najgorszy koszmar Deana – że ten zabije własnego brata. I tu następuje przeładowanie systemu. Kain zresztą sam wskazuje nam przyczynę – zabicie Crowleya wywoła u Deana te same uczucia, co u mnie 10 sezon – teściowa-samochód-rzeka, zabicie Casa będzie bolało ponad miarę, jednak to zabicie Sama sprawi, ze Dean tego nie przetrwa jako Dean, przekroczy pewną granicę i stanie się takim samym szaleńcem jak Kain. Wtedy Dean zaczyna walczyć i walczy skutecznie. Nie jest jednak w stanie zrobić jednego – zabić przeciwnika patrząc mu w twarz, boi się spojrzeć na własną przyszłość, bo ze Znamieniem – nawet przy najlepszej samokontroli – dokładnie taka przyszłość go czeka. Nie teraz, kiedy indziej, ale jest to nieuniknione. Bo Dean, jeśli dotychczas mało mu było, będzie przeklęty jeszcze bardziej. Dokładnie mówiąc: siedmiokrotnie bardziej. 

Ale Pan mu powiedział: „O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!”
Rdz 4,15

TA scena. Ciary, po prostu ciary mnie przeszły.

Jesteśmy zatem w punkcie wyjścia – Dean nie tylko nadal ma Znamię, ale też zostało ono dodatkowo podrażnione krwią jego oryginalnego nosiciela. Postać Kaina została, mówiąc szczerze, nieco w ten sposób zmarnowana, choć dało nam to odcinek dobry. Podoba mi się szaleństwo, w jakie Pierwszy Zabójca popadł, spowodowane tym, że po raz pierwszy od ponad 100 lat zabił, choćby były to tylko demony. Minął rok, może jeszcze przez chwilę próbował się powstrzymywać, choćby ze względu na pamięć Collette, ale potem postanowił zadziałać, usprawiedliwiając się działaniem na korzyść szeroko pojętej ludzkości. Jego plan? Zabicie wszystkich, którzy się od niego wywodzą jako tych, których krew jest skażona! Oczywiście, jak sam przyznaje, nie wszyscy są zabójcami, a niektórzy zabójcy nie są jego potomkami, ale statystyka nie działa na ich korzyść... Co daje, jak sam stwierdza, 1/10 ziemskiej populacji. Rachunek mnie początkowo zaskoczył, choć oczywiście, nigdzie nie jest powiedziane, że cała ludzkość wywodzi się od synów Adama i Ewy, gdzieś, o ile pamiętam, plączą się po Księdze Rodzaju i mitologii chrześcijańskiej inne postaci, które jakieś tam potomstwo mieć powinno, choć jego część traktowana jest jako wynaturzenie (patrz nefilimy). Nie wiemy w sumie nic o potomstwie Abla, ale Set, trzeci brat, był zdecydowanie płodny. Tak, czy siak, to faktycznie podchodzi już pod ludobójstwo, nie zaledwie pod masakrę. Zatem Kain staje się potworem, a potwory należy likwidować. Zresztą, sam to przewidział. “When I call you -- and I will call -- you come find me and use the Blade on me. For what I'm about to do.” Kain znał potęgę Znamienia, wiedział, że karmione krwią, nawet przelaną w sprawie słusznej, dojdzie do głosu. I doszło. 

 Piękne te ujęcia. Zachwycam się bezgranicznie.

Powiem tak – Supernatural ma to do siebie, że bardzo często sprawia, że czuję się złym człowiekiem. Dlaczego? Nienaturalnie wiele razy kibicuję antagonistom, dlatego, że moralność moralnością, ale sprawiedliwość powinna być po ich stronie. I naprawdę nie dzieje się tak tylko dlatego, że są przystojni – żeby daleko nie szukać, przypomnę Andrew z ostatniego odcinka. Przypomnę Jake’a Tally’ego. Przypomnę Maxa Millera. Przypomnę Lucyfera, który w swój pokręcony sposób miał rację. Przypomnę bogów z Hammer of the Gods. Teraz do tej listy dopisuję Kaina. Jasne, był masowym mordercą, jasne, zamierzał z zimną krwią wyrżnąć 1/10 stanu osobowego naszej planety. A jednocześnie zapytam tak od niechcenia – a dlaczego właściwie noga mu się powinęła? Tak, Deanie Winchesterze, tak, Crowleyu, patrzę na was. Kain miał wysoko rozwinięte poczucie odpowiedzialności, a zważywszy na to, że Abaddon była jego tworem (no bo jednak w tej wersji nie ma słowa o upadłych aniołach, podobnie jak to było w przypadku Azazela), musiał w jakiś sposób spróbować pomóc pozbyć się zarazy z powierzchni Ziemi. Osobiste powody zapewne tylko pomogły mu podjąć decyzję. A pomoc, niestety, uwzględniała nie tylko przekazanie Znamienia Winchesterowi, ale także zapewnienie mu jakiejś drogi ucieczki, a taką mógł mu tylko dać, biorąc na siebie demony poszukujące Deana i Crowleya. I to był ten kamyczek, który dał początek lawinie. No szkoda mi tej postaci, tak strasznie mi jej szkoda...

 Kolejna rewelacyjna scena i niesamowite ujęcie. I jak to ktoś zgrabnie podsumował na Tumblrze - tylko fani SPNa mogą zachwycać się scenerią masowego pochówku.

O kolejnej składowej odcinka, czyli Castielu, mogę powiedzieć niemal same dobre słowa, a to, co niedobre, nawet sensownie uzasadnić. Nasz pierzasty bohater wreszcie zachowuje się nawet z sensem, pomaga, nie rzuca się zanadto w oczy, a pierdołowaty jest w normie, znaczy wobec istoty obdarzonej znacznie większą mocą. Co mnie właściwie zastanawia, bo w gruncie rzeczy Kain był stworzeniem innego anioła, zatem powinien mieć moce nie przewyższające stworzyciela. Oczywiście, możemy wziąć pod uwagę fakt, że za jego powstanie odpowiadał Lucyfer, archanioł, a przez tysiące lat Kain zapewne dokształcił się w rozmaitych zaklęciach, jednak... hmmm... Hmmmm... Jasne, rzucanie Casem i anielskim ostrzem o ścianę odpowiednio o wóz i ziemię było widowiskowe, ale zdziebko pozbawione sensu. Jednak jestem w stanie to przeżyć, oglądając Casa w trybie „wojownik Pana”, przesłuchającego demona w celu ustalenia miejsca pobytu Kaina. Wyjątkowo do niego nie mam pretensji za zabicie demona wraz z nosicielem, bo akurat na to Castiel nigdy nie zwracał uwagi, choć zapewne akuat on mógłby przeprowadzić sensowny egzorcyzm. No ale cóż, nie miał się od kogo hasłem „Saving people, hunting things” zarazić, bo chyba jedynym tego przejawem za jego kadencji była próba ocalenia miasta, w którym miał się zamanifestować Samhain, przed gniewem anielskim.

 Cas niepierdołowaty. "Zdziwniej i zdziwniej, zawołała Alicja."

I tak dochodzimy do Crowleya. Teściowa-samochód-rzeka. I w dodatku mi go żal, co jest uczuciem straszliwym w przypadku naszego Króla Piekieł, bo dotychczas przeważała u mnie dzika fascynacja, jeśli nawet zdarzał się ostatnio facepalm. Powiem tak – na początku tego odcinka zaświtała we mnie dzika nadzieja, że Plan rzeczywiście istnieje, a Rowena mogłaby się nauczyć, że „you don’t con a conman”. Rozmowa o manipulacji sprawiła, że zakrzyknęłam „W tym szaleństwie jest metoda!” Otóż może Crowley, wiedząc, co się dzieje, udaje podatnego na jej wpływy, by – po pierwsze – zamydlić jej oczy, po drugie – przekonać demony o własnej nieszkodliwości i zdebileniu, co mogłoby niezadowolonych sprowokować do działania i oczywistego ujawnienia się. Ewentualnie, przekonać, że za całe zło odpowiedzialna jest mać i lekiem byłoby anonimowe poderżnięcie jej gardła. Bo przecież zdawał sobie sprawę z bycia manipulowanym i wyglądało na to, że właściwie w pewnym momencie odcinka zaczęło go to nawet bawić. Tymczasem... no cóż, tymczasem Dean okazuje się być Deanem, stosującym klasyczne „Cel uświęca środki”. I tak, wiedząc, że co jak co, ale umowa to dla Króla Piekieł rzecz święta, najpierw kłamie mu w żywe oczy, a potem oddaje Pierwsze Ostrze Castielowi. I przypominam, zarówno Sam, jak i anioł byli zaskoczeni tym ruchem, bo umowa – powiedzmy sobie szczerze – jest umową. Nie żeby Castiel sam nie próbował onegdaj wykiwać Crowleya wręcz koncertowo.

 

Wiemy, że Trzecia Próba sprawiła, że Crowley stał się częściowo człowiekiem, w mniejszym lub większym stopniu, jako że nigdy nie została dokończona. Stał się jednak wrażliwy na ludzkie emocje, czy to odczuwane przez niego, czy przez samego siebie. Pamiętamy sławetne „I need to be loved” i dokładnie tego pragnie Crowley – związku z drugim człowiekiem, drugą istotą. Lola się przypomina, aczkolwiek nie jest to przyjemne wspomnienie. Oglądanie Casablanki się przypomina, jak wyżej. Bromance z Deanem jest tylko tego potwierdzeniem. Jasne, Dean okazuje się nie do końca być tym, w co chciał go przekształcić Crowley, więc Crowley przekazuje go Samowi, jednak choćby po tych koszmarnych flashbackach wiemy, że tęskni za tym specyficznym związkiem emocjonalnym. To, jak bez wahania przychodzi na pomoc Winchesterom, kiedy tylko zostaje wezwany, nawet nie żądając niczego w zamian, co jest dziwne, jeśli o niego chodzi, świadczy o tym, że ma do nich określoną słabość, zwłaszcza do Deana. 

 Tak, masz przerąbane. Odtwórca Twojej postaci, Wasza Wysokość, został regularem, musiał dostać storyline. Emotions, feelings, te sprawy...

I to właśnie ten Dean kopie go teraz w dupę z pełną premedytacją. Wraca zatem do Piekieł i piekielna mamusia, którą mam ochotę udusić gołymi rękoma za głos, sposób bycia i ogólny poziom wkurwialności mnie samym byciem na ekranie (dobra robota, scenarzyści i Ruth Connell!), dosyć konkretnie uświadamia mu to, co my właściwie w jakiś sposób wiemy. Ma koronę, ale nie jest królem. Jest manipulowany nie tylko przez mamusię, ale równie uroczo wykorzystywany przez Winchesterów. „You’re not the King, not anymore. You’re their bitch.” Oczywiście, nie wierzę w bezinteresowną troskę Roweny, wszak zrobi wszystko, by położyć łapę na środkach, które zapewnią jej ochronę i zemstę na Wielkim Kowenie, a to wszak Winchesterowie sprawili, że syn na ostatnią akcję się nie udał, ale jakby na to nie patrzeć – ma rację. Mistrzostwem manipulatorstwa jst w tym momencie odejście od dziecięcia, które jest w niekwestionowanym szoku, ale... Kurczę, żal mi Crowleya. I albo się chłopak weźmie za siebie i znowu będzie tym bezlitosnym skurwielem, którego pomocy należy bać się tak samo jak zemsty, albo rozpadnie się na łatwe do wykorzystania przez mamusię strzępy. Lub – a bit of both. Mało to optymistyczne, cholera, jednak jakiś tam plan rozwoju postaci widzę. Choć wcale nie napawa mnie optymizmem. 

 Mistrzostwo świata.

To był dobry odcinek, dawał solidnie do myślenia. Wizualnie był absolutnie przepiękny, zwłaszcza w scenach z Kainem. W dodatku lekcje odrobiono naprawdę solidnie i wreszcie dostaliśmy nawiązanie do słów Michała z The Song Remains the Same: „It's a bloodline. Stretching back to Cain and Abel.” Jest mi jednak cholernie ciężko na duszy, bo po pierwsze strasznie martwi mnie storyline crowleyowy, po drugie… KAIN!!! Wprowadzić tę postać po to, by właściwie nie dała żadnego rozwiązania... Dziękuję Wam, twórcy Supernaturala, za rujnowanie mnie psychicznie... Jakbym tego, cholera, dodatkowo potrzebowała...

A teraz mamy hiatus. Do 18 marca. Bosko. Trzy dni przed konferencją, na którą się muszę solidnie przygotować i będę się stresować jak cholera. Idealny moment na emocjonalną załamkę ;)

Supernatural, 10x14 The Executioner’s Song, scen. R. Berens, reż. P. Sgriccia, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, M. Sheppard, M. Collins, T. Omundson i inni.

piątek, 13 lutego 2015

„Koszmar minionego lata” i „Oszukać przeznaczenie” – wersja winchesterowa

Nie przestanie mnie w tym sezonie zadziwiać to, że odcinki MOTW są zrobione naprawdę fajnie i nawet jeśli nie należą do specjalnie wymagających intelektualnie i przyprawiają czasami o facepalm, a zawieszenie niewiary idzie na grzyby, to nadal jest to kawałek sympatycznej i miodnej telewizji. Tak jest i z tym odcinkiem – nie należy do wybitnych, ale oglądało mi się go naprawdę przyjemnie i z uśmieszkiem, chociaż w tym przypadku raczej kpiącym. 

 Nawiedzony samochód :) 

 Nawiedzony akademik - raj dla Deana Winchestera. Cały czas tylko zastanawiałam się, jak oni nie wpadli na to, że laska trzyma komórkę w dłoni cały ten czas?

Fabuła odcinka nie jest specjalnie skomplikowana – ot, czwórka nastolatków pada ofiarą tajemniczych śmierci, powiązanych krótkim „810”, elektroniką i wysokim poziomem nieprawdopodobieństwa. Potem dowiadujemy się, że stali się nieumyślnymi sprawcami śmierci przypadkowego mężczyzny, oczywiście, uciekli z miejsca wypadku, bo nieważne prawo jazdy, te sprawy... Przy tak wysokim stężeniu iknowhatyoudidlastsummerowości mimowolnie szukałam na ścianach wiadomego plakatu filmowego i już wiedziałam, czego się właściwie spodziewać. Wrażenie oglądania kiepskiego horroru klasy C podkreślały efekty specjalne, na czele z kabelkiem owijającym się wokół szyi studentki blondynki, a który nachalnie przywodził mi na myśl równie wyszukane chwyty z serii Oszukać przeznaczenie. Przepis na katastrofę? Ależ nie! Ja uwielbiam kiepskie horrory – im gorsze, tym lepsze. Oczywiście, pod warunkiem, że ma się pod ręką jakiś napój rozweselający (mówiąc szczerze, ciężko być fanką Marka Shepparda i nie być lubić kiepskich filmów grozy czy SF, wtedy oglądanie arcydzieł kinematografii SyFy z jego udziałem staje się torturą...). Poza tym, sytuacja była wręcz wymarzona – ile razy człowiek oglądał tego typu dzieła i miał w głowie takie „Rany boskie, dlaczego Sam i Dean nie przyjadą i nie zrobią z tym porządku w 40 minut?”. Jak pokazuje obrazek poniżej, nie tylko ja tak mam (Kobieta-Ślimak jest wielka!). W tym odcinku otrzymaliśmy odpowiedź na nasze modły przy kiepskich horrorzydłach. Swoją ścieżką, dostałam ciężkiego ataku śmiechozy, kiedy Dean i panienka polecieli – wzorem każdego bohatera horroru – gdzie? Do piwnicy!!! Choć w tym przypadku miało to jakiś sens.

 Święte słowa.
Źródło: Kobieta Ślimak

Odcinek miał wszystko, co powinien mieć porządny odcinek MOTW. Potwór był świetny – ja cholernie lubię żądne zemsty duchy, przy tych historiach naprawdę można wywinąć niezły twist, tak jak w przypadku jednego z najgorszych momentów SPNa ever, czyli Mannequin 3: The Reckoning. To było tak bardzo złe, ale motyw z nerką nawiedzoną przez ducha wywołał u mnie banana na twarzy. Chwalić bogów, były to jeszcze czasy, gdy panowie przynajmniej udawali, że interesują ich ratowani ludzie, nie zabijali ich domyślnie, więc gdyby nie opkowe przypadkowe rozwiązanie, mieliby spory problem. Wracając jednakowoż do naszych baranów... Andrew był duchem niestandardowym, bo poza mordowaniem w wymyślny sposób swoich zabójców, był jednocześnie czułym mężem dla przedwcześnie owdowiałej Corey. Plus, duch nawiedzający wi-fi? To jest zdecydowanie straszniejsze niż cmentarze lub stare zrujnowane domy!!! Wi-fi jest wszędzie! Oczywiście, chwyt zastosowano już wcześniej w Doctorze Who, nie zmienia to jednak faktu, że jest fajny i ciary człowieka przechodzą. Plus, wielkie brawa za to, że był to kolejny duch, który postanowił odejść w spokoju – bardzo lubię ten efekt specjalny!

Dobra charakteryzacja to podstawa. Jak i w Bad Boys, duch ładny nie był, ale to podkreślało efekt odejścia.

Ofiary ducha były klasycznymi ofiarami horroru klasy D, niesympatyczne buce (może być w znaczeniu krakowskim), znalazła się nawet blondynka (#slut), było też dziewczątko o wrażliwym serduszku. Szczerze mówiąc, dawno nie zdarzyło mi się tak mocno kibicować duchowi. 
 
Blondynka idiotka i kabelek od tyłu.

Ruda wyglądająca tutaj nawet na czterdziestkę. Dobrze zakonserwowaną.
 
Swoją ścieżką, Delilah jest chyba nielicznym z przypadków, w którym zespół castingowy serialu dał ciała na całego, bo jak na nią patrzyłam, to nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to co najmniej trzydziestolatka udająca nastolatkę. Może to ten agresywny kolorek włosów, może zmarszczki pod oczami, nie wiem. Moje zawieszenie niewiary miało z tym duży problem, do tego doszły hackerskie sztuczki Sama. Ja wiem, ze oni zawsze wyczyniają niesamowite rzeczy na komputerach, tracking, hacking, te sprawy, ale przeważnie robią to na swoim sprzęcie i wtedy ja sobie powtarzam, że mają tam zainstalowane specjalne programy, w końcu wśród łowców niejeden utalentowany informatyk może się znaleźć, a od dwóch lat dostarczycielem dobra bez wątpienia jest Charlie. W momencie, kiedy Sam przywraca na komputerze panienki skasowaną rozmowę z Fejsbuka, zawieszenie niewiary zerwało kołek, na którym wisiało. Nie. Po prostu nie. Może też nie jestem przedstawicielką tego pokolenia, ale nie słyszałam nikogo, kto mówiłby hashtagami, choć przecież nie obracam się w towarzystwie ludzi mówiących li i jedynie poprawną polszczyzną. Sama nią nie mówię cały czas - nierzadko zdarza mi się mówić totalnym ponglishem, ale to w sumie dlatego, że nie przejdzie mi przez usta polski odpowiednik vessela i inne tego typu kwiatki. Sztuczne to było jak linoleum, cholera.

Różowy laptopik mnie zabił.

Na szczęście była to scena, która jednocześnie napawała mnie olbrzymim fanowskim szczęściem, bo Dean wcinający lanczyk w collegowej stołówce był żywym odzwierciedleniem Deana pożerającego catering w Hollywood Babylon. W ogóle ich przekomarzania były rodem z drugiego sezonu – zwłaszcza Dean nie bardzo orientujący się w sprawach komputerowych (zważywszy, że częściowo były wyssane z palca, w sumie mu się nie dziwię), aż przypomina mi się jego zwiecha na wspomnienie o MySpace (R.I.P.). Znowu to Dean jest kopalnią wiedzy o popkulturze, piosenkach i filmach (choć zakładam, że w sumie Christine mógłby jednak przeczytać), znowu ogląda się za panienkami, a jego przeprosiny za zabranie brata ze Stanford, gdzie takie widoczki zapewne również były na porządku dziennym, wywołały u mnie ryk śmiechu. Te spojrzenia w bibliotece, te akademiki... Jako fan tęskniący za starym klimatem poczułam się dopieszczona. Dobrze zrobiło mi się również, kiedy panowie się przedstawili – agenci Cobain i Grohl – ach, ach, stare dobre czasy!

Agenci Cobain i Grohl - hej, to są znane nazwiska! Chyba nawet Amerykanie by się zorientowali, że coś jest nie tak!

Stęskniłam się za takim Deanem.

Kolejna rzecz warta odnotowania – brak Angstu! To już kolejny odcinek i nie wiem, czy to się w końcu skumuluje, czy jednak naprawdę dostajemy powtórkę z drugiego czy pierwszego sezonu. Wręcz przeciwnie, bracia mówią ludzkimi głosami, z sensem, nie zakładają, że jeden wie lepiej, co dla drugiego lepsze. I jakkolwiek głębokie mowy w Impali ostatnimi sezonami człowiek już trochę olewał, tak cholernie podobała mi się rozmowa w tym odcinki. Bardzo spodobało mi się też nastawienie Deana – olać zdrowe żarcie i abstynencję czy zamykanie się w Bunkrze, terapia przez pracę to też terapia. „If there’s a will, there’s a case” hasłem tego sezonu! Nie da się również ukryć, że słowa “So I'm gonna fight it, till I can't fight it anymore. And when all is said and done, I'll go down swinging” wywołały u mnie wielki aplauz i mam tylko nadzieję, że za dwa odcinki jeden ze scenarzystów nie zapomni przeczytać mema dla ekipy i znowu nie wywinie jakiegoś ciężkoangstowego odcinka. 

Powiem Wam, że jestem na etapie, na którym główny wątek i poboczni bohaterowie – niejacy C2 – mnie guzik z pętelką obchodzą. Jeśli mam dostawać takie odcinki, przeżyję nawet niepojawianie się Marka Shepparda na ekranie, a zważywszy na to, co ostatnio robią z moim Panem i Władcą, jest to wskazane dla mych nerwów i wątroby. Niestety, zapowiedź następnego epizodu, o jakże wiele mówiącym tytule – The Executioner’s Song – podpowiada mi, że wątroba będzie miała spore problemy. Jeśli mi zabiją Kaina, to mnie chyba szlag trafi. Tym optymistycznym akcentem...

Supernatural, 10x13 Halt & Catch Fire, scen. E. Charmelo i N. Snyder, reż. J. F. Showalter, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, A. Milner, B. Kottmeier i inni.

piątek, 6 lutego 2015

Ja chcę więcej!

Przyznam szczerze, naprawdę dawno nie miałam takiego wyszczerzu na twarzy podczas oglądania Supernaturala, dawno nie rżeliśmy tak radośnie z małżonkiem. Ostatnim takim przypadkiem był chyba Dog Dean Afternoon. Wreszcie! Dostałam w tym odcinku wszystko, czego było mi trzeba, wszystko, za czym tak tęskniłam od kilku odcinków, zwłaszcza tych teoretycznie poruszających główny wątek (jaki główny wątek?).

 Od lewej: młodszy i starszy brat :D

About a Boy jest pięknym przykładem rozgrywki w starym stylu, który teoretycznie stanowi MOTW, ale przy okazji wnosi coś do motywu przewodniego: czy to sezonu, czy to większego storyarcu. Home i sławetne „I’m sorry” ducha Mary Winchester się kłania. Niby mamy historię tajemniczych zaginięć, a jednocześnie cały czas obecny jest, w dodatku całkiem nienachalnie, motyw Znamienia oraz, co już mnie bardzo ucieszyło, nareszcie wygląda na to, ze wprowadzenie Roweny to nie tylko okazja do ustawienia kilku zabawnych scenek z mamusią i synkiem w roli głównej, ale część szeroko zakrojonego Planu. Bogini, tak!

 

  Jaś i Zła Czarownica. Kto jeszcze na widok wiedźmy zakrzyknął radośnie "Pani Patmore?!?"

Jeśli na chwilę zapomnimy jednak o tym większym Planie, sam odcinek broni się doskonale. Naprawdę, co jak co, ale stand alony wychodzą w tym sezonie znakomicie. Przyznam, że kiedy zobaczyłam promo i nastoletniego Deana, trochę bałam się, co i jak, ale rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Mamy odmłodzonych delikwentów, mamy damsell in distress, w dodatku blondynkę, co już w ogóle tak przyjemnie nawiązuje do tego, co działo się chociażby w sezonie pierwszym, a radosne wykorzystanie baśni o Jasiu i Małgosi wywołało u mnie przypływ szczerego entuzjazmu. Bedtime Stories, bazujące na podobnym koncepcie, jest jednym z moich ulubionych odcinków serialu, więc jeśli o mnie chodzi, łapię to jak młody pelikan i proszę o więcej. Retellingi w przypadku Supernaturala zawsze sprawiają się świetnie. Po raz kolejny mieliśmy też zagadkowe zniknięcie na parkingu, rąbniętego świadka i nawiązania do obcych oraz niekończących się testów (a w mej głowie nucił Chris de Burgh)! Co, rzecz jasna, doprowadziło do tekstu, który spokojnie mógłby paść w sezonie czwartym – „Angels or aliens? I’d rather have the little green dudes!” Swoją drogą, chłopcy powinni być już otrzaskani z krwawnikiem, z którym zresztą powinien się zaprzyjaźnić Dean – zioło nie tylko sluży do przywołań, ale jest także używane w zaklęciach mających przywrócić równowagę psychiczną osobnika. 

Widok jak ze Scarecrow - odprowadzanie dziewczyny na dworzec autobusowy, bo nie zostało jej nic innego jak układanie życia od nowa. Biedny Dean, tak bardzo chciałby też dostać nieoczekiwanie tę "drugą szansę".

Tym, co mnie absolutnie i bezwarunkowo zaczarowało, była chemia między braćmi, właśnie na poziomie pierwszych sezonów, kiedy mimo wiszącego im nad karkami Nieznanego Zagrożenia Ze Strony Żółtookiego Demona, robili durne dowcipy i docinali sobie na każdym kroku. Wycieczki personalne chyba nigdy nie sprawiły mi tyle radości, a bardzo wyrażnie widać, że potencjał jest tam cały czas, trzeba tylko dobrego scenariusza i „olania” głębokich pokładów Angstu, zalegającego od mezozoiku. I tak bardzo cieszyłam się jak na końcu odcinka padło to sławetne „We’ll figure it out, we always do.”

 "Zaskoczony Łoś nie reaguje od razu. Z racji odległości pomiędzy mózgiem a ciałem musi minąć kilkadziesiąt sekund, by układ nerwowy przetworzył sprzeczne sygnały z mózgu. Organizm Łosia potrzebuje wtedy zwiększonych dawek tlenu, dlatego często stoi z szeroko rozdętymi chrapami lub otwartymi ustami. Czytała Krystyna Czubówna."

Bo młody Dean nie tylko uzyskał ciało bez znanego nam piętna, ale miałam wrażenie, że zrzucił z siebie wszystko, co przeszedł. Młody zachowywał się dokładnie jak w tych wczesnych sezonach, zanim jeszcze Dean miał ciężkiego guilt tripa po śmierci ojca, sprzedaniu duszy, pobycie w Piekle etc. Miał tego świadomość, jednak nie przyginało go to tak do ziemi jak Deana dorosłego. Może to te hormony albo błyskawiczne pozbycie się produktów ubocznych metabolizmu alkoholu, które się nawarstawiają po każdym cudownym uzdrowieniu tak czy siak. No dobrze, żartuję. Jednak oglądanie takiego Deana to naprawdę rzadka, ale jakże olbrzymia przyjemność. Nawet one-linery miał w starym dobrym stylu, zwłaszcza ten z „I prefer a functioning alcoholic.” W dodatku Dylan Everett naprawdę odwalił kawał dobrej roboty – ja po prostu widziałam Jensena Acklesa w każdym jego geście, słyszałam jego intonację w każdym wypowiedzianym tekście!

 Też byłabym w ciężkim szoku, budząc się w swojej nastoletniej wersji...

Niemniej Dean jest Deanem, a tym, co go w sumie definiuje, jest odpowiedzialność. W momencie, kiedy zagrożony jest jego brat, niezależnie od tego, że w danym momencie to on jest tym młodszym, Dean porzuca wszelkie rozważania i wkracza do akcji, nawet jeśli oznacza to powrót do strapionej egzystencji. Oczywiście, wiedzieliśmy, że pozostanie w ciele nastolatka nie jest rozwiązaniem problemu Znamienia, bo jeśli dorósłby, problem by powrócił, poza tym – hej – nikt przy zdrowych zmysłach nie pozbywałby się Jensena nawet na dwa odcinki, ale mimo wszystko w tych kilku rozmowach i scenach zdołano nam przekazać to, że mimo typowych problemów wieku młodzieńczego i upodobania do muzyki Taylor Swift, Dean wolałby tę wersję, w związku z tym bohater ma pewien dylemat. Nawet jeśli rozstrzygnięcie go jest oczywiste.


 Dean czytający. Zdecydowanie lepsza wersja niż Dean wcinający zdrowe żarcie.

Podobało mi się, jak fajnie zaznaczono deanowe próby okiełznania problemu. Który z braci zazwyczaj kojarzy się z toną książek i grzebaniem w źródłach? Cały czas jeszcze Sammy, choć chłopaki idą ostatnimi czasy łeb w łeb. Jednak to Dean w rewelacyjnym montażu próbuje znaleźć jakąkolwiek informację na temat Znamienia. To już postęp w stosunku do samoumartwiania się z odcinka poprzedniego, bo to, jak wiemy, nigdy nie mogło skończyć się dobrze, zresztą, widać, że starszy Winchester stwierdził jednak, że abstynencja nie jest najlepszym rozwiązaniem jego problemów. Choć z drugiej strony, rozumie, jak pogłębia to jego wrażliwość na podszepty Znamienia, więc jest trochę w sytuacji bez wyjścia. Zamykanie się w Bunkrze też jest raczej desperackie, znowu pozostaje zatem złoty środek  i samokontrola, ale nie, na bogów, abstynencja! 

A teraz, wzorem bohaterów Lesia, wchodzę pod stół i odszczekuję moje marudzenie na temat braku czarownic w sezonie, który miał ten wątek poruszać. Hau, hau, scenarzysta nie jest bydlę i świnia! Hau, hau, Carver chyba wie, co robi. Oczywiście, obecność wiedźmy przy przeróbce baśni o Jasiu i Małgosi była niezbędna, ale połączenie tego (wreszcie!) z Roweną i jej problemami z Wielkim Kowenem, daje to, za czym wszystkim nam było tak bardzo tęskno – zaczątek dużej historii, pewność, że coś tam się w tle dzieje. Swoją ścieżką, co takiego zrobiła Rowena, że Kowen, do którego należą kanibale, uważa to za niedopuszczalne??? Btw, wiedźmy chyba rzeczywiście wynalazły eliksir młodości, tak się szlajają po historii od kilku wieków... Widać jednak, że Rowena nie pojęła starych dobrych zasad Boffo... Przyznaję – już nie mogę się doczekać, co tam dalej w polityce będzie słychać i czy to doprowadzi do nieoczekiwanego sojuszu Winchesterów i wiedźm. 

 Jedyny element, który mnie z lekka zirytował - Samsell in Distress. ZNOWU!

Wow, nie mogę się przestać uśmiechać na myśl o tym odcinku. Rozrywka w dobrym stylu... pożądam więcej i więcej, i więcej!!! Jak ten facet, co to przyszedł do apteki po lek na zachłanność. Btw, czy wiecie, że podobnież zła czarownica miała na imię Katja? Poczułam się taka... zła :D
A Dean znowu nie dostał ciasta.

Supernatural, 10x12 About a Boy, scen. A. Glass, reż. S. Ladouceur, wyst. J. Padalecki, J. Ackles, D. Everett, L. Nicol i inni.

PS: A teraz rozwiązanie zagadki z poprzedniego wpisu. Aktorzy, którzy pojawili się w There's No Place Like Home, a którzy już wcześniej wystąpili w Supernaturalu, to: Duncan Fraser (Clive Dillon), Barclay Hope (Russell) oraz Paul McGillion (sędzia). Duncan i Barclay grali odpowiednio Odyna (Hammer of the Gods) i profesora erotomana (Tall Tales) - kłania się mój ukochany Trickster :D Paul pojawił się w Fallen Idols jako osoba kręcąca filmik z przyjacielem i jego wymarzonym samochodem.

 
 W bonusie Odyn. Bardzo mi się podobał. Mniej mi się podobała łatwość, z jaką Luckowi przyszło bogów pozabijać.