Jeśli ktoś zapytałby mnie w tej
chwili, który sezon serialu uważam za najgorszy, bez wahania
odpowiem: „Dziesiąty”. Do niedawna tę niechlubną palmę
pierwszeństwa dzierżył oczywiście siódmy, za bzdury fabularne i
kiepsko poprowadzony główny wątek. Oraz – last but not least
– uśmiercenie postaci, która znajduje się dosyć wysoko na
liście moich faworytów. Lewiatany jako to niesamowite zagrożenie
wyciągnięte z odwłoka (a raczej z Czyśćca) charakteryzowały się
tym, czym właściwie żaden przeciwnik Winchesterów dotychczas się
nie odznaczał: absolutnym brakiem poczucia zagrożenia. Tak,
wiedzieliśmy, że gdzieś tam sobie knują, gdzieś tam sobie
siedzą, jednak skupowanie nieruchomości i szeroko zakrojona
działalność na polu M&A nie były w stanie mnie specjalnie
wzruszyć. Wiedziałam tylko, że umrzeć muszą – za Bobby’ego!
Cały ich szeroko zakrojony plan ujawniony w ostatnim sezonie nie
znaczył dla mnie nic, będę szczera. Wraz z nimi pojawiły się
kolejne elementy z Nieba tym razem wyjęte, czyli tablice ze Słowem
Bożym, które same w sobie złe nie są i stanowiły fajny element
fabularny dla sezonu 8, ale niech mi ktoś drukowanymi literami
wyjaśni, skąd lewiatany o nich wiedziały. Bóg, zamykając je,
oznajmił: „A tak przy okazji, zamierzam napisać podręcznik
dla opornych z waszymi słabymi punktami. A co! Wprawdzie jeszcze nie
wiem, kto je spisze ani kto wykorzysta, ale kto bogatemu zabroni?”
No innego wyjścia nie ma.

Niestety, teraz na prowadzenie wysunął
się sezon dziesiąty, o czym piszę naprawdę z wielkim bólem, jako
że zapowiadał się naprawdę niesamowicie. „Let’s go take a
howl at that moon” i wszystko jasne. Plus, odcinki poświęcone
potworom tygodnia były absolutnie cudowne. A jednak nie wyszło...
Dlaczego? Nietrudno na to odpowiedzieć...
Skandaliczne zlekceważenie
Demonicznego Deana.
Całe lato czekałam na pierwszy
odcinek, obgryzając wręcz paznokcie. Dean Winchester, który jest
zły, puściły mu wszelkie hamulce... O mamo!!! W moim headcanonie
stał się seryjnym mordercą, podobnie jak Bezduszny Sam, którego
zachowanie pamiętamy chociażby z The Man Who Knew Too Much.
Możliwe, że nadal próbowałby zabijać potwory, jednak demonie
jestestwo plus sojusz z Królem Piekła, który kiedyś naprawdę
mroził krew w żyłach, miały w moim wyobrażeniu dać coś, czego
moglibyśmy się bać. No niestety. Bo przy okazji można byłoby
znielubić bohatera, a jak to możliwe... Dostaliśmy zatem
nostalgicznie pijącego Deana, sypiającego z kelnereczkami i od
czasu do czasu zabijającego podesłanego przez Crowleya demona.
Brak interesującego głównego
wątku.
No dobrze, skoro już nie będzie ten
czarnooki Winchester bohaterem sezonu, to może coś innego?
Promocyjne hasła głosiły „Who is the real monster?” i
choć rzeczywiście, dawało to czasami do myślenia, jednak
przeważnie dawało to do myślenia blogerom i recenzentom. I
jakkolwiek upadek moralny młodszego i ogólny starszego czasami
podpadał pod to zdanie, tak jednak na pewno nie był to wątek
przewodni sezonu. A co nim było? Hmmm, zdjęcie Znamienia Kainowego
z ramienia Deana Winchestera. Dałoby sie z tego coś fajnego
wyciągnąć, tylko że Carverowi się to absolutnie nie udało.
Najlepszym dowodem odcinki poświęcone głównemu wątkowi, a które
były tak słabe, że ponownie obejrzałam może dwa. Zważywszy na
to, że wcześniejsze sezony oglądam niejako w tle i są odcinki,
które widziałam kilkadziesiąt razy, to o czymś świadczy.
Zabicie Kaina.
Kain był jedyną postacią, która ten
wątek główny mogła pchnąć w miarę ładnie do przodu i uczynić
go interesującą. No właśnie... Był... Mam wrażenie, że
scenarzyści mają taką listę z hasłami, które należy w danym
sezonie odfajkować. Jedną z nich jest „Zabić jedną z postaci z
głównej mitologii”. Niefortunnie dla nas, padło na Kaina, który
choć w First Born nie robił zbyt wiele poza serwowaniem
herbaty i obieraniem kukurydzy, wrażenie wywarł naprawdę spore.
Przynajmniej na mnie. Jego pojawienie się w The Executioner’s
Song było spełnieniem moich marzeń – Kain w akcji!
Nareszcie! Zimny psychopatyczny morderca, któremu puściły
hamulce... Może on wreszcie będzie tym głównym złym sezonu... bo
do tego momentu nie było specjalnie nic widać. No niestety. Kain
się pojawił, Timothy zarzucił grzywą i na tym się skończyło,
bo pozycję na liście odfajkować trzeba. Mówiąc szczerze, nie
stało się to nijak punktem rozwoju dla Deana, który jak wcześniej,
tak i po zabiciu Kaina, chodzi i smędzi, czasami jeszcze
przesiadując w bibliotece. No do jasnej cholery!

Bohaterowie chorzy na
schizofrenię.
Zresztą, o jakim rozwoju mówimy? Jak
we wcześniejszych sezonach (najbardziej 1-5, nie da się ukryć)
można było obserwować absolutnie przepięknie pokazane dojrzewanie
i ewolucję braci Winchesterów, tak w sezonie dziesiątym chłopcy
zachorowali na schizofrenię. I to w dodatku Sam chyba zaraził się
od Deana – bo na początku sezonu to Dean skacze od „wszystko
OK, będę walczył” po „O matko, nie ma dla mnie
przyszłości”, do „I must kill my brother... because why
fucking not, a dramaturgia odcinka wymaga czegokolwiek...” To
nawet nie jest już dwubiegunówka. Sam albo zachorował, albo
klasycznie zgłupiał, sama już nie wiem. Tak czy siak, z odcinka na
odcinek zachowują się inaczej i nie ma dla tego żadnego
uzasadnienia.
Brak storyline’a dla pobocznych
bohaterów.
Podobnie uzasadnienia nie ma dla
obecności na ekranie Casa i Crowleya. Tak, mówię to ja, nie zła
siostra bliźniaczka Cathii z innej galaktyki. Castiel zupełnie nie
ma co robić, choć na początku sezonu ma jakąś tam Misję,
koniecznie przez duże M: sprowadzić do Niebios anioły, które
postanowiły zostać na Ziemi, czyli wykazały się tym, czego Cas
tak bardzo dla nich chciał: wolną wolą. Jednak nagle to jemu
zaczyna ta wolna wola przeszkadzać. Jest to tak ważne, że gdy
towarzysząca mu Hannah uczy się doceniać ludzi i ich wybory, gdy
porzuca ciało swojego vessela i wraca do Nieba, Castiel uznaje, że
cała ta misja jest właściwie bez sensu i zaczyna interesować się
tym, co pozostało z rodziny Jimmy’ego Novaka... tak bardzo ważne.
To prowadzi do wprowadzenia jednej z najbardziej irytujących
małoletnich postaci od czasów Kristy, ale o tym sobie jeszcze
porozmawiamy. Nie może wskrzeszać, czasami nie może uzdrawiać, a
choć to fabularnie nieuzasadnione, nie może też się teleportować,
choć stał się człowiekiem zanim anioły spadły na Ziemię.
Podobnie zresztą ma Crowley – w tym sezonie siedzi głównie na
tronie i przekomarza się z mamusią, konsekwentnie niszcząc image
budowany przez ostanie sześć sezonów. Nagle ta skryta, ufająca
tylko sobie postać, zwierza się wszelkim możliwym podwładnym,
daje sobą publicznie pomiatać, a w zanadrzu nie ma jakiegokolwiek
Planu, tylko w pewnym momencie oznajmia, że „chciał tylko być
dobrym.” Pewną nadzieją napełniała mnie scena w The
Prisoner, ale jak się okazało, Crowley znowu był badassem
tylko do następnego odcinka, kiedy znowu stał się chłopcem na
posyłki. Nie, nie, nie... Marie miała rację, to najgorszy fanfik,
o jakim słyszałam!!! #IStillBelieveInCrowley

Wstawianie na siłę
„interesujących” postaci kobiecych i dziewczęcych.
Mieliśmy w tym sezonie dostać
interesujące i silne postaci kobiece, dostaliśmy Claire Novak i
Rowenę. Pierwsza to chodzący koszmar i nawet jeśli miałabym wziąć
poprawkę na to, że to nastolatka z problemami (a uczyłam takie
swojego czasu!), to wszystkie jej posunięcia kupy się nie trzymają.
Jakim cudem ona przeżyła do tego 18 roku życia, skoro jej
streetwise ma ujemne modyfikatory i cały czas kończy ufając
nie tym, co trzeba, tudzież wchodzi do baru, chcąc kogoś
zastraszyć całą swoją nastolatkowością i jest zdziwiona, że
nie wychodzi. Nie, po trzykroć nie. Nie jestem w stanie ani jej
współczuć, ani nawet przejąć się jej losem, podobnie jak w
przypadku młodocianej hunterki Kristy, wcześniej już
przywoływanej. Drugim „odkryciem” tego sezonu jest Rowena i tu
już sięgam po kieliszek, bo na trzeźwo się nie da. Rozumiem,
knuje. Rozumiem, to mamusia Crowleya. Natomiast w tym wszystkim jest
absolutnie nieznośna, jej maniera wywołuje u mnie ból głowy, a
finał irytuje. Znaczy, w pełni przyjmuję to, że wykiwała
wszystkich, bo niczego innego bym się nie spodziewała, jednakowoż
wprowadzenie nagle tej jedynej osoby, którą pokochała, a której
potem ot tak, po prostu, poderżnęła gardło (czy co zrobiła, nie
zmusiłam się jeszcze do ponownego obejrzenia finału), jest
drażniące. Choć przyznam, że przynajmniej w jej przypadku widać
rozwój postaci i to jak! Roweny się jednak nie pozbędziemy, idę o
zakład, że w nią wcieli się Ciemność w sezonie jedenastym i od
czasu do czasu będziemy ją widywali w odcinkach głównowątkowych.
Oby jak najrzadziej.
Wprowadzanie do mitologii
elementów, które jej zaprzeczają.
I doszliśmy do mojej najgorszej traumy
tego sezonu, czyli Ciemności. Jak, powtarzam, jak można było to
zrobić całemu wielkiemu wątkowi apokaliptycznemu i głównemu
elementowi serii, jaką jest wolna wola??? To po pierwsze, po
drugie... na cholerę wprowadzać coś takiego w finale sezonu, a nie
pierwszym odcinku następnego??? Toż nawet z lewiatanami postąpiono
inaczej. Kolejna rzecz – zabicie Śmierci. Jeśli nie będziemy
mieli zombie apokalipsy od następnego sezonu, strzelam focha.