środa, 31 maja 2017

Coś się skończyło... ale coś się zaczyna...

Wreszcie nadrobiłam i finał, bo w sumie nawet byłam już ciekawa, co się w jakich okolicznościach wydarzyło. Kiedy jest się na Twarzoksiążce, ciężko, naprawdę ciężko unikać spoilerów, zatem dwie główne śmierci miałam już obczajone… Wiem, mam cztery odcinki zaległości, ale nie będę się już bawiła w pojedyncze recenzje, spróbuję swoje wrażenia zamknąć tutaj. Pozwolicie, że popełznę punkt po punkcie, tak łatwiej.

1. Bracia

Sam i Dean znaleźli się w punkcie, w którym są co sezon – ratowanie świata. Co mi się tutaj jednak podobało, to fakt, że pracują jako zespół, nawet jeśli jeden zostaje w Bunkrze, a drugi rusza zbawiać Amerykę. Wreszcie doczekaliśmy się sensownej braterskiej akceptacji i to nie rozwiązań samobójczych, jak to było już wcześniej. Piękna przemowa Deana do młodszego brata, kiedy przyznaje, że ten dorósł do tego, by zostać przywódcą, to chyba jeden z najładniejszych momentów tych kilku odcinków. Przyznanie, że był dla niego ojcem i matką podczas psychicznego połączenia z Mary też nie było odkrywcze, ale miło to usłyszeć od Deana, który najszczerszy bywa chyba tylko z butelką. Chłopcy nareszcie dorośli. Mam szczerą nadzieję, że zostanie im tak na stałe, a nie w wyniku ranta po rozlicznych odejściach zmieni się znowu w braterski angst. Proszę, zatrzymajcie tę nową lepszą jakość!

Potrójny uścisk winchesterowy.

A przy okazji – bardzo mi się podobało to, że inny wymiar to świat bez Winchesterów. W końcu bez nich nikt by świata nie uratował. Nawet Bobby Singer i Rufus Turner.

A wrzucam Bobby'ego, bo jego teraz rzadko mogę umieścić.

2. Mary Winchester

W tym przypadku powiem tak – mam nadzieję, że przejście do drugiego świata jest zamknięte na dobre. Przywrócenie Mary dało kilka okazji do dramy, mniej lub bardziej ciekawej, jednak jeśli było przewidziane na straszliwe wręcz udręki fabularne w tych ostatnich odcinkach, to przykro mi, ale zupełnie mnie nie wzruszyło. Może kiedyś scenarzyści mieliby na tyle jaj, by zmusić chłopców do odstrzelenia własnej matki w samoobronie, teraz byłam już tylko pewna, że w końcu komuś uda się ją przywrócić do stanu normalnego. Nie powiem, uścisk na końcu Who We Are naprawdę mnie wzruszył, ale to nie mogło potrwać zbyt długo. Prześliczna była natomiast scena z Kelly – nie wiem, czy Mary orientowała się, że dziewczyna naprawdę umiera, ale tego mi najczęściej brakuje w serialowych/filmowych porodach – mniej wrzasków i parcia, a trochę takiego babskiego porozumienia, na którego zasadzie poród był dawniej rzeczą niewieścią. Nie wiem, czy potrafię to jasno wyrazić, ale zdecydowanie polubiłam panią Winchester za ten moment. Niespecjalnie podobał mi się już fakt, że znowu kolejny członek familii znalazł się gdzieś tam uwięziony z Lucyferem, szczerze wolałabym, żeby to był koniec. Zresztą, najprawdopodobniej jest, choć poza ekranem.

Swoją drogą, jak tak patrzę na brzuszek Kelly w niektórych ujęciach, to jej dziecko to nie nefilim. To alien.

3. Castiel i Crowley

Załatwiam C2 w jednym punkcie, bo oni obaj na wysokości sezonu dwunastego osiągnęli moment, w którym albo należałoby drastycznie zmienić sposób ich pisania, albo wykończyć. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to faktycznie nastąpi, naprawdę. I przyznam szczerze: nie rozpaczam. Nie rozpaczam ani trochę, choć spodziewajcie się tutaj długiego następnego posta na temat Crowleya i markowego rozstania z serialem. Najwyższy czas. Podoba mi się również to, jak ich sceny napisano. Crowley, jeśli odchodzi, to na własnych warunkach. Wie, że spieprzył sprawę, zdaje sobie sprawę z tego, że to jego własna duma doprowadziła do obecnej sytuacji, więc on jest tą osobą, która powinna ją naprawić tu i teraz. Bardzo, bardzo brakowało mi tej wyciętej Markowi linijki „Even when I lose, I win”, ponieważ pasowałaby do tej sytuacji naprawdę doskonale. Ale o tym sobie jeszcze powiemy następnym razem. 

Mimo wszystko nie jestem w stanie wrzucić umierającego Crowleya, więc moment przed...

Co do Castiela… Zginął, broniąc tego, co poprzysiągł uratować – Jacka, Kelly, Winchesterów, świat… Owszem, ta śmierć nie jest ładna, nie z bronią w ręku, wydaje się wręcz przypadkowa, jednak… to tak bardzo pasuje. Nie zawsze odchodzi się w glorii i chwale, wjeżdżając cały w bieli… Nie, najczęściej jest to cios w plecy wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy i ja w pełni tę śmierć akceptuję. Jeśli fani rzeczywiście wywalczą prośbą i groźbą powrót Mishy, to… Nie. Nie przestanę oglądać, ale to paskudnie zaprzeczy temu, jak to pokazano. Jak w przypadku Gabrysia i jego chwilowego pojawienia się w Metafiction. Gratuluję Andrew Dabbowi, że był w stanie wreszcie wykończyć obu panów. Szkoda mi, bardzo mi szkoda, ale rozpaczałabym na wysokości sezonu 6. Teraz po prostu przyszła pora.

Skrzydła, panie i panowie. To ostateczne w tym uniwersum. Chyba że znowu zlekceważą mitologię.

4. Brytyjscy Ludzie Pisma

W ostatnich odcinkach pokazali, jak bardzo są niekompetentni i tak naprawdę wycierają sobie gębę tym ratowaniem świata, tak naprawdę mają jego dobro w odwłoku. Układy z demonami niezgorsze niż Winchesterowie – ogar od Crowleya? Doskonałe namiary na jego siedzibę? Wiedzą, że więzi Lucusia i nie robią nic, by się pozbyć problemu? Od początku sezonu twierdzę, że to najgorszy pomysł fabularny i to się nie zmieniło – Ludzie Pisma zostali wprowadzeni bez sensu, bo jako ta niesamowita organizacja walcząca ze Złem są o kant tyłka potłuc… Mają arsenał, mają wiedzę, ale nie potrafią się zupełnie dogadać z nikim. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam? Ten kretyński zwyczaj pozbywania się swoich ludzi, by udowodnić, że jest się lojalnym? Zmądrzeli wprawdzie nieco, bo baza była broniona – albo w końcu przestali sępić na najemników, albo zaimportowali kilku panów z Wysp, ale jednocześnie ta świetna baza, pełna wyszkolonych ludzi pada pod naporem kilku amerykańskich łowców… seriously? Nie no, ja się cieszę, że chociaż Jody przeżyła tę masakrę (Eileen, chlip…), ale za prosto to poszło, za prosto… czy w przyszłym sezonie panowie znowu będą stawiać czoła Ludziom Pisma? Nowej inwazji? Kończcie, wstydu oszczędźcie…


5. Lucyfer i jego potomek

Lucyfer nie zaskakuje, idzie jak czołg i eliminuje wszystko, co jest w stanie mu zagrozić. Zresztą, nie tylko jemu, ale i nefilimowi. Mało w tym finezji, ale w sumie on nigdy nie był subtelny. Uczy się też na błędach, o czym świadczy chociażby spopielenie ciała Roweny, choć kto wie, czy stara wiedźma nie miała czegoś w zanadrzu (choć należała jej się śmierć na ekranie, naprawdę! nie żebym ją nadmiernie lubiła, ale zasłużyła, plus ten sezon wreszcie zaczął nieco pogłębiać jej postać). Cieszy mnie jedynie to, że gra Mark Pellegrino, ponieważ on naprawdę wymiata przy tych minach i sarkastycznych uwagach… Martwi mnie jedynie, że może będzie potrafił powrócić do właściwego wymiaru, w końcu to nie było takie trudne, skoro losowi aniołowie znali recepturę przejścia. Ale może nie. Może w tym innym wymiarze poprowadzi Piekło przeciw Niebu i będzie rządził, urągając swemu Ojcu. Zobaczymy. Z Winchesterami pozostaje jednak Jack, który jest zagadką. Z jednej strony to on właśnie ułożył udręczone ciało swojej matki w pozycji, w jakiej zastaje ją Sam, ale jego ślady pozostawione na podłodze sugerują, że jest wynaturzeniem niegodnym nawet tego, by kroczyć po tej Ziemi. Naprawdę ciekawa jestem, w którą stronę to pójdzie…

A tutaj niemalże brakowało mi "The Hills Are Alive With The Sound of Music"...

6. Nawiązania rozmaite

Te kilka odcinków dało nam naprawdę przyjemne nawiązania do poprzednich sezonów i tych rzeczy, których w serialu już od dawna nie widzieliśmy. Kiedy Alex mówi do Jody „Kick it in the ass”, a chłopcy przerzucają się tradycyjnym „Bitch! Jerk!”, mnie mimowolnie pojawia się na twarzy uśmiech. Bo te elementy tak ładnie tutaj pasowały, wcale nie były na siłę. Nieco większy mam problem z nawiązaniami do The French Mistake – chociaż „ten wymiar, gdzie byłeś Polakiem” wywołuje u mnie spory uśmiech. Crowley, wydobywający się z grobu, w którym pochowali go jego dawni podwładni to przecież taka ładna referencja do Lazarus Rising i deanowego powstania z martwych… Dean wreszcie używa swojego wyrzutnika granatów! Poczułam się dopieszczona, ale nie rozpuszczona.




Właściwie tak jest z całym tym finałem… Jest… ładny. Jako fan czuję się uszanowana, nie przeszkadza mi ubicie tak wielu postaci, choć z drugiej strony takie to smutne, że wydarzenia na skalę kosmiczną nic im nie zrobiły, trzeba było Lucyfera… Jednak patrząc na mitologię serialu i jego początki ma to swój karkołomny sens. 

4 komentarze:

  1. Wskrzeszenie Mary było idiotyczne i jakieś takie bez sensu fabularnie.Zamiast się nacieszyć chłopakami odeszła żeby polować? Polowała mając małe dzieci? Nie, serio?!
    Jej seks z Ketchem był bezsensu,pranie mózgu też- poco?
    Śmierć lady Antonii -najpierw mówi,że chce wrócić do syna,potem Ketch podrzyna jej gardło..Nie,nie mogę.
    Opłakałam Bobby'ego ..A teraz go przywrócą? Eeee...
    I dziecko z czerwonymi oczkami...

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam ten ostatni odcinek, innych nie nadrobię na pewno, ale ten nawet mi się podobał.
    Nie wiem, czy wcześniej Lucyfer był aż tak zdziecinniały, ale co tam, może mu się pogorszyło. W każdym razie był najciekawszą postacią w finale. Miło, że w końcu ubili Crowleya i Castiela, ale powinni byli to zrobić kilka sezonów temu. Szkoda, że Lucek nie zabił Winchesterów -.-
    AU z demonami i apokalipsą to ciekawy pomysł, gdyby wrzucili to wcześniej, przed tymi sezonami z siostrą Boga i Ludźmi Pisma, to może jeszcze bym oglądała xD
    Możliwe że Jack okaże się zły i będą musieli współpracować z Lucyferem, żeby go pokonać. A, i nie wierzę w śmierć Castiela, fanki się przecież zapłaczą. Pewnie ten nefilim go ożywi w I odcinku. Winchesterowie straszliwie działają mi na nerwy, btw.

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem szczerze - nie bardzo wierzę w permanentną śmierć Castiela i Crowleya. Raz - ten serial już dawno wypalił się scenariuszowo i zielone światło na kolejne sezony zapewniają mu tylko słupki, a słupki podbijane są na ten moment głównie przez prawdziwe fanki, z których grono wzdycha do w/w panów. Dwa - jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby aktorzy tak łatwo zrezygnowali z czeków wystawianych przez the CW, przy dniówce, która pokryłaby zapewne większość przeciętnego kredytu hipotecznego przeciętnego Polaka (no, chyba że bezpardonowo wykopała ich góra, w co jednak nie dowierzam, patrz punkt 1).

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna recenzja Cathia, zgadzam się z nią całkowicie. Też miałam takie odczucia. Co do Crowleya wiem, że to koniec, Mark potwierdził wielokrotnie, wielka szkoda, lecz jak napisałaś, przyszedł czas na tę postać. Co do Castiela, niestety chyba powróci, gdyż ostatnio wygadał się Jared w Rzymie. I to będzie wielkie moje rozczarowanie, gdyż mam po dziurki w nosie Mishy. Z Mary pożegnałam się bez żalu, mam nadzieję, że na stałe. Lucyfer jedyny w swoim rodzaju, a Mark Pellegrino to wg mnie mistrz i chociaż nie chciałabym, żeby Lucyfer wrócił to jednak chyba bym chciała ;-) A bracia? Najlepszy finał (mówiąc finał bardziej chyba mi chodzi o odcinek 22 niż 23, albo ujęte te dwa odcinki razem) od pamiętnego 5 sezonu jak dla mnie. Oby tak dalej...

    OdpowiedzUsuń