poniedziałek, 14 maja 2018

Mieszane uczucia, czyli albo mikser, albo "Infinity War"


Uwaga: spoilery!

Uwielbiam uniwersum Marvela od momentu, kiedy wydawnictwo TM-Semic wydało pierwszy numer Spider-Mana. Mieliśmy z bratem spore kolekcje, dzisiaj już rozproszone po galaktyce, ale umiłowanie do superbohaterów w trykotach pozostało mi do dzisiaj. MCU to dla mnie zatem prawdziwa przyjemność, zwłaszcza że zaskakująco, konkretne filmy odpowiadają moim superbohaterskim preferencjom również wykonaniem i tak jak nigdy nie mogłam się przekonać do takiego Kapitana Ameryki jako postaci, tak również Chris Evans z tarczą mnie nie powala, choć przyznaję, jest na kim oko zawiesić. W tej chwili uwielbieniem darzę zwłaszcza Doctora Strange (pan doktor jest obok X-Menów oraz Sersi z Inhumans moją najulubieńsza postacią Marvela od lat 90. i cieszę się, że filmu nie zepsuto) oraz Czarną panterę, choć i pierwsi Avengersi bawią mnie jako film czysto popcornowy. Z drugiej strony, Czas Ultrona to ewidentnie film na raz.


Tym, co mnie zwłaszcza zachwyca w MCU, jest spójność wewnętrzna wszystkich opowieści, dodatkowo tworzona przez sławetne sceny po napisach. Z jednej strony wszystko łączy się w jedną całość, prowadzącą do ekranizacji tego lub tamtego crossovera, z drugiej jednak jeśli opuścisz jedną z premier, właściwie nie przeszkadza ci to tak bardzo w zorientowaniu się w sytuacji. Przyznaję, przegapiłam Ant-Mana i jakoś mi się nie śpieszy, by to nadrobić, mam też dziwne wrażenie, że nigdy nie zmusiłam się do obejrzenia Winter Soldier. Teraz, od momentu wprowadzenia Kamieni Nieskończoności w Strażnikach galaktyki, wszystkie opowieści prowadziły do kolejnego wielkiego storyarca marvelowego świata: Infinity War.

Ostrzyłam sobie na ten film zęby już od dawna, tym bardziej klęłam w żywy kamień, że premiera miała miejsce podczas mojego wyjazdu i modliłam się, żeby nikt mi mniej lub bardziej filmu nie zespoilerował. Jasne, człowiek mniej więcej wie, czego się spodziewać, ale to wszystko, co po drodze, też sprawia przyjemność. Dotarłam zatem w końcu do kina i… mam mieszane uczucia.

Zetknięcie się Pajączka z Doktorem Dziwago to jeden z najfajniejszych momentów filmu.

Przede wszystkim cała fabuła jest kompletnie przewidywalna, a najbardziej widać to, kiedy Thanos staje przed swoją próbą zdobycia Kamienia Duszy. Moment, w którym powiedziane zostaje, że musi zabić tego, kogo kocha, człowiek kwituje wzruszeniem ramion, bo już dawno domyślił się, kto nim się okaże. Przyznaję, że zastanawia mnie teraz jedynie, czy prośba Gamory skierowana do Star Lorda, dotyczyła właśnie tego (jeśli znała mapę prowadzącą do tego świata, mogła też co nieco o próbie usłyszeć), czy też będzie coś jeszcze (patrząc na kolejne sceny, liczę na to drugie). Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że pozostałe odsłony MCU były wyjątkowo oryginalne i zaskakiwały rozwiązaniami, ale łapka w górę, kto spodziewał się grootowego poświęcenia w Strażnikach galaktyki. To nie chodzi o zakończenie, ale o sposób, w jaki do niego się dochodzi. Tutaj sytuacja z Gamorą stanowi tylko początek, identycznie jest w momencie, gdy Mantiss odczytuje uczucia Thanosa i już wiadomo, że cały genialny plan w piz….u. Albo i nie, ale o tym za chwilę.

Co za czasy nastały! Strażnicy galaktyki mnie nie ruszają!

Przewidywalność psuje też, niestety, chwile, mające pewien potencjał na wzruszające, jak choćby w przypadku Visiona i Scarlet Witch. Wanda musząca zniszczyć swojego ukochanego, by uratować wszechświat to ten dylemat, który fani lubią najbardziej – bo w gruncie rzeczy tutaj najłatwiej zasiać nutkę niepewności – będzie w stanie czy nie? Zwłaszcza jeśli chodzi o postać taką jak Scarlet Witch, w pewnych odsłonach marvelowego świata będącą najbardziej niebezpieczną żyjącą istotą (i tak, nie mogę odżałować tego, że tutaj nie jest w żaden sposób spokrewniona z Magneto, ale wiadomo, prawa licencyjne…). Tak więc mamy wielkie bum, Wanda poświęca swoje uczucia dla ocalenia świata, publika oddycha z ulgą, bo w ten sposób Thanos nie zdobędzie kompletu, ale… No właśnie, osoba pamiętająca, że przecież chwilę wcześniej otrzymał od Strange’a Kamień Czasu, doskonale wie, co się wydarzy.

No jest to jedna z moich ulubionych marvelowskich par.

Pamiętam, jak mówiono, że w Infinity War odbędzie się prawdziwa rzeź superbohaterów i patrząc na sam początek, kiedy łomot dostaje Thor, a Loki… sami wiecie, człowiek spodziewa się porządnej dawki niszczenia psychiki. Tymczasem pomijając owo wprowadzenie i wspomnianą Gamorę, tych ofiar jakoś tak niewiele jest, superbohaterowie potrafią się obronić, choć czasami wymaga to sporego wysiłku, jak choćby w przypadku Strange’a, Iron Mana i Spideya w kosmosie. Przyznam, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy okazało się, że Drax i Mantiss po zetknięciu się z Thanosem u Kolekcjonera jednak żyją. Gdzie ten brutalny zbrodzień? Odrobinę wysiłku widać już w tej końcowej bitwie i ma się nadzieję, że kogoś zaraz diabli wezmą, tymczasem… Tymczasem poza Visionem wszyscy mają plot armor gruby jak biceps Colossusa i trzeba samej końcówki, tego mitycznego pstryknięcia palcami przez Thanosa, by ta rzeź się wreszcie dokonała. Nie wiem, może ja nienormalna jestem (choć mój psychiatra tego nie potwierdza), ale naprawdę wolałabym, żeby te wszystkie śmierci były tymi w walce, żebyśmy mieli choćby odrobinę czasu na żałobę – a nie obserwowali kolejne postaci zmieniające się w pył, kwitując to wzruszeniem ramion, bo teraz człowieka zaledwie ciekawi, kto jeszcze.

W dodatku, jeśli się dobrze zastanowić, coś podpowiada, że jest to kompletnie tymczasowe. Pamiętacie, jak Doctor Strange wspomniał, że jest tylko jedna opcja, w której wygrywają? Myślicie, że nie zwróciłby uwagi na możliwy wyskok Star Lorda? Oczywiście, że nie. A zatem oddanie Kamienia Czasu Thanosowi i ocalenie Tony’ego Starka było kluczowe, zwłaszcza jeśli pamięta się słowa o tym, że Stephen poświęci każdego, by ratować wszechświat. Czyli wszechświat jest do uratowania i wszyscy mają szansę powrócić. Nie wiem, mnie to kompletnie odbiera szansę na przejęcie się takim, a nie innym zakończeniem Infinity War.

Zaczynam powoli mieć dość sugestii, jaki to Kapitan Ameryka wspaniały... a to młot Thora,
a to rękawica Thanosa...

Zawiodło mnie też to, co jest siłą pojedynczych części – tak jak chociaż humor Star Lorda. Ja wiem, że Quill rzeczywiście na początku zachowywał się jak napalony nastolatek, zwłaszcza w towarzystwie Gamory, ale ta przepychanka z Thorem jakoś mnie nie śmieszyła, raczej drażniła. Dotychczas wydawało mi się, że ta postać potrafi jakoś balansować między śmiesznością zabawną a groteskową, a tutaj… No nie. Po prostu nie. Chwalić bogów, Thor jest raczej rodem z Ragnaroku i jego teksty rzeczywiście bawią (ach, nazywanie Rocketa królikiem!). Chyba próbowano do tej opowieści zmieścić za dużo motywów o kompletnie innej stylistyce, próbując ją utrzymać niemal na siłę, nie zwracając uwagi na to, że pewne tematy wymagają innego typu narracji.

Żeby jednak nie wyszło, że tylko marudzę – szaleńczo podobają mi się drobiazgi, zwłaszcza te, gdzie humor został dobrze wykorzystany. Płaczę ze śmiechu na wspomnienie Petera Parkera błagającego, by Mantiss nie złożyła w nim jaj. Zrobił na mnie wrażenie Ebony Maw – jeden ze sług Thanosa, ten z beznamiętnym głosem i talentami telekinetycznymi. Naprawdę, dużo bym dała, by pozostał na scenie do finału filmu, bo w przeciwieństwie do pozostałych błaznów, został świetnie zagrany i napisany. Efekty są świetne, choć to akurat norma w MCU, zastanawiam się tylko, czy zestarzeją się kiedyś tak, jak choćby te w prequelach Gwiezdnych wojen.

Ogólnie mówiąc, Infinity War to nie jest film zły, raczej film przeciętny. Są chwile, kiedy widz bawi się znakomicie, a są takie, w których zaczyna po prostu ziewać – tak, przytrafiło mi się to kilka razy. Nie wyobrażam sobie jednak obejrzenia go ponownie, chyba że będzie gdzieś tam sobie leciał „w tle”. Ot, przeciętniak SF z kilkoma postaciami, które lubię.

Avengers: Infinity War, reż. Anthony i Joe Russo, wyk. C. Evans, R. Downey Jr., C. Hemsworth, Z. Saldana, S. Johansson, B. Cumberbatch i inni, USA 2018.

2 komentarze:

  1. O,to fajnie,ja komiksów nie znam.
    Czas Ultrona to ewidentnie film na raz.
    O,tak!
    dodatkowo tworzona przez sławetne sceny po napisach.
    Nie wszystkie są fajne..
    Przyznaję, przegapiłam Ant-Mana
    A wiesz,sympatyczne t obyło.
    nigdy nie zmusiłam się do obejrzenia Winter Soldier. T
    Rany,to masz fajnie! Przed Tobą jeden z lepszych filmów!
    Przede wszystkim cała fabuła jest kompletnie przewidywalna
    No...w sumie ..Ale mnie mało co w takich filmach zaskakuje.Chociaż np w Ironmanie III wątek Mandaryna mnie zaskoczył.
    nie obserwowali kolejne postaci zmieniające się w pył
    Bo ja wiem? Tak są bardziej bezsilni.
    wszyscy mają szansę powrócić.
    Eee,Loki i Gamora też?
    Mnie się kierowca autobusu podobał:co małolaty?Nigdy nie widzieliście statku obcych?
    Dzięki za recenzję!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem właśnie rozwiewanie się w pył było bardziej "żałobne", bo śmierć w walce - ze względu na tempo scen bitewnych - byłaby pewnie pokazana bardzo szybko. Natomiast wiadomo, że rozwiani powrócą (ci zabici klasycznie raczej nie, ale wyjaśnij, o co Ci chodziło z "dalszymi scenami" w kontekście Gamory, bo to ciekawe), więc trudno ich żałować - mnie było smutno raczej z powodu przyjaciół, którzy musieli na to patrzeć.
    Achika

    OdpowiedzUsuń