Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl inkwizytorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl inkwizytorski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 listopada 2024

To mnie Piekara zaskoczył...!

Kiedy ostatni raz pisałam tutaj o serii inkwizytorskiej trafiał mnie – delikatnie mówiąc – szlag i wcale ale to wcale nie śpieszyło mi się do poznania jej kolejnej odsłony. Jednak w międzyczasie zmieniło się choćby wydawnictwo publikujące kolejne przygody Mordimera i stwierdziłam, że może dam mu jeszcze jedną szansę. Wprawdzie dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim w ogóle się zorientowałam, że następny tom inkwizytorski w ogóle się pojawił, bo – rzecz jasna – zmieniła się też i szata graficzna serii. Nowa kompletnie nie przypomina tego, co oferowała Fabryka Słów, co oczywiście rozumiem, ale co sprawiło, że ta okładka kompletnie nie kojarzyła mi się z Mordimerem. Pamiętam, że tak rzuciłam okiem u przyjaciół na stole, bez żadnego zatrybienia. Na przyszłość sugerowałabym jednak owo charakterystyczne Ja, inkwizytor dać nieco większą czcionką.

A co w środku? Ano ponownie powieść, choć dzięki Jezusowi Bezlitosnemu skończyliśmy już z tą cholerną Rusią. To od razu naprawa nieco większym optymizmem. Nasz bohater zostaje jak zwykle uwikłany w rozgrywki możnych, oczywiście nie za darmo. Robótka z założenia miała być lekka, łatwa i przyjemna, bo oto Mordimer podróżuje do Italii, by odzyskać relikwie świętego Alodiusza i przekazać je zleceniodawcy, księciu von Solheim. Wszystko wydaje się całkiem banalne, gdyby nie jeden mały szkopuł – rodzina, w której posiadaniu od jakiegoś czasu owe relikwie się znajdują, mieszka w mieście zarządzanym przez potężnego przeora, mającego niezwykle dalekosiężne plany odnośnie do przyszłości tego zakątka i samej religii. Czy w miejscu, gdzie potęga Świętego Officjum nie jest aż tak niezachwiana, inkwizytorowi uda się wykonać swoje zadanie i nie wejść w drodze żadnej potędze – z tego lub innego świata?

Powiem Wam, że całkiem przyjemnie mnie ta książka zaskoczyła. Oczywiście, Miasto Słowa Bożego do pięt nie dorasta pierwszym zbiorom opowiadań z cyklu, ale czyta się je całkiem przyjemnie. Mordimer nieco bardziej przypomina tego pierwotnego siebie (wiem, na osi czasu serii to stwierdzenie nieco skomplikowane, ale odnoszę się generalnie do Sługi Bożego), cynicznego, wrednego, ale niegłupiego faceta, co to zadba i o swoją kiesę, i o chwałę Bożą. Co widać, to fakt, iż zapewne Piekara nie wróci już do takiego samego traktowania kobiet przez bohatera, co mocno wali po oczach, bo chociaż Mordimer nadal postrzega je głównie jako obiekty do zaspokojenia żądzy, to jednak poglądy wygłasza nieco mniej radykalne. I tak, nie ma w tym nic złego, ale jeśli jest to PREQUEL do opowiadań, fajnie byłoby pokazać, jak do tego doszło. Ale tego się pewnie nie doczekam, bo autor już nam w pewnym posłowiu wyłożył, że może robić, co mu przyjdzie do głowy we własnym uniwersum. „Vanity, my favorite sin”.

Podobają mi się bohaterowie drugoplanowi Miasta – towarzysze inkwizytora wręcz zadziwili mnie tym, że są właśnie tymi, na jakich wyglądają, świetnie wyszło też rozwiązanie wątku Riegera. Język – jak to u Piekary – jest barwny, nieprzesadzony i przeczytałam książkę po prostu bezboleśnie i błyskawicznie. To naprawdę niezła odsłona cyklu i wierzcie mi, sama jestem tym niezmiernie zaskoczona.

Są jednak też i „ale”. Powieść wydaje się mocno przegadana, naprawdę, niewiele by straciła, gdyby wyciąć jakieś kilkadziesiąt stron pieprzenia o niczym, najlepiej początkowej „pornografii bez mięsa” (jak to ujął mój małżonek). Rozumiem, liczba znaków musi się zgadzać, jednak choć mamy dużo tego lania wody, końcówka dotycząca realizacji planów przeora del Monte jest na maksa skrócona, szast prast, szacher macher inkwizytorów i po sprawie. Next please. Czuję się tym mocno rozczarowana, bo napięcie w tej kwestii było bardzo konsekwentnie budowane od początku tego wątku i naprawdę zabrakło mi takiego porządnego rozwiązania tej sprawy.

Możliwe jednak, że to tylko moje wrażenie i nie wszystkim będzie to przeszkadzało. Mam nadzieję, że Miasto Słowa Bożego oznacza powrót Piekary do formy i czegoś takiego jak ta cholerna ruska trylogia już nie uświadczymy. Szczęśliwie, nie trzeba jej znać, by zabrać się za tę powieść, więc nawet jeśli nie zdzierżyliście tamtego badziewia, ta odsłona cyklu może wydać Wam się zdecydowanie bardziej strawna.

Jacek Piekara, Miasto Słowa Bożego, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2024.


niedziela, 16 lipca 2023

Bo nudzić to trzeba umieć!

Pierwszy tom Płomienia i krzyża zapowiadał coś nowego, rozszerzał świat uniwersum Mordimera Madderdina o nowe postaci i wydarzenia, ale jednocześnie w interesujący sposób – z perspektywy narratora innego niż dotychczasowy – zapoznawał czytelnika z pewnymi szczegółami z jego życia, jak choćby niesławną bitwą pod Schengen. Napisany dokładnie w tym samym stylu, co główny cykl (dla jednych wada, dla innych zaleta – ja akurat należę do tej drugiej grupy), z ciekawym nowym bohaterem i tajemnicą jego pochodzenia, do której powoli, powoli się wraz z nim dokopywaliśmy. Arnold Löwefell był dojrzalszy od Mordimera, a z jego przeszłością wydawało się oczywiste, że będzie nam dane zajrzeć do tajemniczego Wewnętrznego Kręgu Świętego Officjum – ot tak, by zaledwie uchylić rąbka tajemnicy. Nie tylko ja nie mogłam się doczekać kolejnego tomu przygód Löwefella, wydawał się, niestety, dzielić los Necrosis, bo autor postanowił się skupić na młodości Mordimera – ma do tego święte prawo, tyle że wszyscy wiemy, jak to wyszło w praktyce.

I w końcu, po dekadzie, pośrodku zalewu książek o młodym, naiwnym i nudnym jak flaki z olejem Mordimerze wyszedł tom II, poświęcony już Wewnętrznemu Kręgowi i istotom z nim współpracującym. Odkryto niektóre sekrety znanych nam już z głównego cyklu postaci (choćby Enya), zbudowano pewną podstawę pod kolejne... bo tom III pojawił się całkiem szybko i był związany z tą przeklętą trylogią ruską, na którą tutaj wyklinałam. Przyznam, że niczego z niego już nie pamiętam, oprócz tego, że był równie nijaki co ostatnie przygody Mordimera.

Teraz z kolei ukazał się tom IV. Choć ostatnio za każdym razem srodze cierpiałam przy cyklu inkwizytorskim, tak miałam cichą nadzieję, że może Arnold i Wewnętrzny Krąg zapewnią mi odrobinę rozrywki lub chociaż dostarczą jakiejś treściwej lektury. W końcu w książce zawarte są aż cztery teksty!

Pierwszy, Wiedźmy, koncentruje się na przesłuchaniu księżniczki Nontle dotyczącym wydarzeń z tej cholernej trylogii ruskiej. Czy dowiadujemy się czegoś nowego? Kompletnie nie, oprócz nieustannego podkreślania, jakiż to niezwykły kowen los postawił na drodze Madderdina. Przez ponad 160 stron postaci streszczają nam wydarzenia tamtych trzech książek (może słusznie zakładając, że nikt nie był w stanie tego zmęczyć), podają trochę informacji dotyczących wiedźm i to właściwie wszystko. Również kolejne opowiadanie, Esencja ducha i życia, wiąże się z wydarzeniami na Rusi, a także wcześniejszych tomów, ale nie wnosi do świata nic poza ciekawą interpretacją tego, jak Islandia stała się tak niegościnnym miejscem. Kilkanaście stron Klasztoru to dywagacje na temat natury Amszilas, bez których spokojnie moglibyśmy się obejść. I wreszcie Czarny Wiatr – historia ukazująca kulisy wydarzeń z Łowców dusz, ale ponownie – niewiele wnosząca do tamtej opowieści.

Jak pokrótce określić tę książkę? NIEPOTRZEBNA i PRZEGADANA. Na ponad 300 stronach nie dzieje się absolutnie nic, wszyscy przechadzają się i dywagują, a wspomniane perełki czytelnik wygrzebuje spomiędzy nudnej sraczki słownej. Zastanawiałam się, dlaczego niewiele pamiętam z tomów II i III, ale chyba już się domyślam, tam też niewiele się działo, choć bohaterowie przynajmniej gdzieś podróżowali i coś robili. Tutaj? Zapomnijcie! W pewnym momencie nawet pomyliły mi się dwie postaci o podobnych imionach – bo jedna była świetnie przedstawiona w tomie I i ją doskonale pamiętam, a o drugiej, z tomu II, już kompletnie zapomniałam. Nie wiem, co skłoniło autora do założenia, że kogokolwiek interesują moralne rozkminy Wewnętrznego Kręgu, które tak – mogłyby rzeczywiście okazać się ciekawe, gdyby nie fakt, iż od kilkunastu lat znamy ich rezultat!

Szczerze uważam, że tom IV Płomienia i krzyża to nędzny skok na kasę tych niedobitków, którzy jeszcze się łudzą, że Piekara wróci do formy, bo nawet w Dzienniku czasu zarazy coś się działo. Nie była to pozycja specjalnie wciągająca, ale istniała jakaś fabuła. Tutaj mamy jedynie snucie się od komnaty do komnaty, wykłady i streszczenia wydarzeń z poprzednich książek, próbę udawania, że coś się w końcu zadzieje. Czy jest w tej książce cokolwiek dobrego? Tak – ilustracje Pawła Zaręby, cudownie klimatyczne i niepokojące, chętnie widziałabym je na gadżetach – kupiłabym! Jednak jako że tomem tym Piekara żegna się z Fabryką Słów, możliwe, iż to ostatni raz, kiedy widzieliśmy te cudeńka. No cóż, nie wiem, czy życzyć autorowi powodzenia na nowej drodze życia... może z jakimś nowym cyklem, bo ten niech już może lepiej skończy...

Jacek Piekara, Płomień i krzyż tom IV, il. Paweł Zaręba, Fabryka Słów, Lublin 2023.

piątek, 25 września 2020

Porzućcie wszelką nadzieję Wy, którzy zamierzacie TO czytać…

Uwaga, tekst zawiera spoilery, spore spoilery. Choć właściwie: jakie spoilery? Zakończenia się już dawno domyślaliśmy…

Uczciwie uprzedzam, że ten tekst nie będzie recenzją. Nie da się napisać recenzji tego czegoś, bo wymagałoby ode mnie poważnego potraktowania potwornego gniota. Skoro jednak poważnie nie traktuje mnie autor, to ja też nie będę się nawet wygłupiać.  

Pamiętacie, czym zakończyła się poprzednia część cyklu? To macie szczęście, bo ja kompletnie nie. A żeby nie było – fabułę pierwszych tomów opowiadań pamiętam do dzisiaj! Szczęśliwie na Rusi dzieje się niewiele, a przejęcie zamku i grodu Ludmiły przez jej wuja to zaledwie pomniejsza przeszkoda – choć tutaj przynajmniej pojawiła się ciekawa sztuczka mateczki Olgi. W ogóle czarownice z bagien to chyba jedyny interesujący element tej książki, a i tak… ale o tym później! Cokolwiek zapomnieliśmy z poprzednich części (niewiele do zapomnienia, tak między Bogiem a prawdą), przypomnimy sobie na kilku następnych stronach: Ludmiła jest po swojemu racjonalna i czasami litościwa, Nataszka potężna, Mordimer nie znosi, jak się ją nazywa wiedźmą, mateczka Olga ma własne plany, a Ruś śmierdzi i jest pogańska (o właśnie, autor sobie łaskawie przypomniał o czułym powonieniu Mordimera).

W połowie książki, w połowie pitolenia o miłości Mordimera i Nataszy, dyskusji o planach Izjasława, wreszcie zaczyna się coś dziać – i powiem Wam, że pojawiła się we mnie nadzieja. Wspomniany przez księcia demon pozwala się łudzić, że po dwóch tomach o niczym wreszcie dostaniemy przygody INKWIZYTORA, a nie podnóżka ruskiej księżnej. My reagujemy z radością, Mordimer rzecz jasna, nie. Musiałby się jeszcze od Nataszki oderwać. A i Ludmiły chronić nie będzie mógł. I tak mimo przebłysku dawnego klimatu, ponownie zanurzamy się w peczorskiej nudzie. I błocie, nie zapominajmy o błocie.

Szczęśliwie wygląda na to, że ktoś w wydawnictwie się opamiętał i zorientował, że większość czytelników tego już nie zniesie, więc zróbmy z ruskich przygód Madderdina trylogię, a to oznaczało, że Piekara musiał się nagle zmieścić z zakończeniem na ostatnich dwustu stronach. Pewna osoba zatem kompletnie zmienia swój charakter, z potężnej i wielce inteligentnej postaci stając się rządzoną humorami nastolatką. Przecież wszystkie baby zamieniają się w idiotki, kiedy w grę wchodzą dzieci, nieważne, że poprzednio w ogóle nie było o tym mowy – jakoś w końcu trzeba tę sielankę zakończyć… Rachu ciachu, włącza się instynkt macierzyński i nagle z zaplanowanej intrygi wychodzą nici. Pewnie te, którymi była szyta, bo grube jak cholera. Nagle wszystko galopuje na łeb na szyję i znienacka pojawiają się NARESZCIE interesujące wątki. Nie łudźcie się, tylko po to, by się zakończyć w kompletnie idiotyczny sposób.

Na końcu pojawia się deus ex machina, twierdzący, że wcale nim nie jest. Utrzymuje przy tym, że wszystko, nad czym męczyliśmy się przez ostatnie trzy tomy, ma sens, nawet jak tego sensu nie widzimy. Przy okazji – mam wadę wzroku, zowie się jasnowidztwem – pamiętacie, co wymyśliłam, żeby Piekara mógł wyjść z tego bajzlu z czymś na kształt twarzy? No więc właśnie. Załatwiamy gwałtowną zmianę charakteru postaci w połowie istniejącego już cyklu wymazaniem pamięci. RILI, panie Piekara, RILI?

ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI!

I co? I wygląda na to, że mordimerowe przygody (głównie w łóżku) i jego (nader chętna) współpraca z wiedźmami to element planu Inkwizytorium (Wewnętrznemu Kręgowi rozum kolektywnie odebrało). Inkwizytor, planujący z własnej woli odejście od obrony Świętej Wiary i zamieszkanie z niezwykle potężną ruską wiedźmą, nie jest postrzegany jako zagrożenie, ale jako atut. No bo wiecie, okoliczności. No i Szachor Sefer (tak, każdy ją pragnie z Mordimera wyciągnąć, nawet jak nie wie, co to) – jakim cudem ten chłop przeżył w Cesarstwie, gdzie (jak dowiadywaliśmy się w opowiadaniach) heretyków i czarnoksiężników nie brakuje? Przepraszam, ale po tym wszystkim Amszilas powinno zamknąć chłopaka w swoich przepastnych wnętrzach i trzymać pod ręką, bo wcale nie widać, by był nadmiernie lojalny wobec Inkwizytorium. Zakończenie się zatem kupy nie trzyma, nie tylko pod tym względem. Jesteśmy pomiędzy tomami opowiadań, to nie jest Mordimer z początku Ja, Inkwizytor, zdolny zakochać się do niepamięci w bóstwie leśnym i któremu imponuje wizyta w ekskluzywnym burdelu. To cynik, nie zakochany debil. Tymczasem wydaje się, że krew permanentnie przebywa w jego drugiej główce. Ach, i jeszcze jedno – u boku Mordimera non stop przebywał przecież Anioł. I co? Nagle go wywiało? Poszedł na dziwki? No ludzie! Ta potężna istota, którą poznaliśmy w opowiadaniach, raczej na pewno nie pozwoliłaby swojemu podopiecznemu na aż takie zbratanie się z wiedźmami i udział w praktykach nekromanckich nie mających związku z obroną Świętej Wiary.

Właśnie, wiedźmy… zanim zapomnę! To jedyny jasny promyczek tej książki, zarówno mateczka Olga, jak i Tamara są fascynujące (na pewno bardziej niż Wychędoż-i-Kochaj-Mnie-Mordimerze-Natasza). To Olga pojawia się w jedynych interesujących scenach w książce (szczęśliwie chędożenie w strumieniach krwi i innych wydzielin szczegółowo opisywane nie jest), udowodniając swoją potęgę, a i z Sabatem na bagnach mocno powiązano zakończenie. Tyle że… poprzez popierdułki o Nataszy i Mordim w dwóch poprzednich książkach, za dużo się na ten temat nie zmieściło, trzeba było zatem wepchnąć to na ostatnie 200 stron. Najciekawszy wątek (och bogini, ów kamień z niebios!), pojawiający się, gdy wszyscy już stracili nadzieję, wrzucono ot tak, potem sprawie łeb ukręcono (w sumie niemal dosłownie). Rozwój wydarzeń miał nas przy okazji upewnić, że te baby mogą być sobie potężne, ale są zbyt ambitne, zbyt niecierpliwe i marnie kończą. Rozwinięcie tematu Piekara zostawił sobie na przyszłość. Ręce i cycki opadają.

I nie jest to mój wniosek wyciągnięty z czterech liter, Piekara pisze o podobnej możliwości w posłowiu, które trochę hadko czytać, bo przepełnione jest takim poczuciem samozajebistości, że aż dziw, iż kolejne tomy nie pojawiły się już dawno. Nie ukrywam, chętnie poczytałabym o Mrocznych Wiekach, o Walerii czy wreszcie o dalszych losach Mordimera po Łowcach dusz, ale patrząc na to, jak autor obecnie prowadzi narrację i wypacza charaktery postaciom, chyba jednak wolę, by główny cykl pozostał nieskończony.

Autor przy okazji broni się tym, że będzie pisał, jak pisze, bo ludzie książki kupują. Oczywiście, jego święte prawo. Tylko powiem Wam szczerze, że gdyby nie fakt, iż mój małżonek nabywa wszystko piekarowe w ciemno, to ja bym już sobie tych książek oszczędziła. 44 złocisze w kieszeni, a i brak tego paskudnego posmaczku bycia dojną krową. To już nie jest ten Mordimer, to nie to Inkwizytorium. Zamiast grozy mamy fejspalm. Zamiast przygody i walki ze Złem, tomiszcza o Wielkiej-tfu-Miłości i marzeniach o karierze karczmarza. Odradzam, gorąco odradzam.

Jacek Piekara, Przeklęte przeznaczenie, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.

środa, 15 lipca 2020

Przeklęte... już właściwie nie wiem co...


Myślę, że na stronach tego bloga już dawno doszłam do wniosku, że Piekara, pisząc kolejne odsłony przygód Mordimera Madderdina, odcina kupony od pierwszych tomów opowiadań, ale jestem głupia, a nadzieja matką głupich… No niezmiennie mam nadzieję, że coś tu się ruszy, niezmiennie liczę na to, że może powróci do podstawowego cyklu i wreszcie zahaczy o ową Czarną śmierć, obiecywaną od wielu wielu lat…

Póki co dostaliśmy kolejną odsłonę serii Ja, inkwizytor, ciąg dalszy crossovera z Płomieniem i krzyżem. Tak, tego z magiem Narsesem, a potem z wyprawą na tę dziką Ruś, co to nahajem mieszkańców trza, bo inaczej nie zrozumieją. Jeśli pamiętacie, Mordimer, z racji zetknięcia się już wcześniej z wampirem, zostaje zwerbowany do towarzyszenia członkom Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, którzy to radośnie akceptują młodziaka, mimo iż „skrywa jakąś tajemnicę”, a potem równie radośnie postanawiają go w owej dzikiej krainie pozostawić, gdyż tego zażądała lokalna księżna, niejaka Ludmiła. W poprzednim tomie dowiedzieliśmy się, że na księżną rzeczywiście czyhają rozmaite niebezpieczeństwa, a że sam szkolony Inkwizytor to za mało, dostał do towarzystwa „dziewczynę wołcha”, Nataszę, doznającą rozmaitych wizji podczas seksu. Oczywiście, że podczas seksu. Nataszka piękna, seksowna, inkwizytor zakochany po uszy… po prostu idealnie, a że jakieśtam zagrożenia od czasu do czasu…


No i znowu wracamy do Peczory, do Ludmiły i Mordimera oraz Nataszy. Tym razem w księstwie podniósł się bunt, zatem władczyni, chcąc nie chcąc, musi się wyprawić, by ukarać niepokornego zuchwalca. Pełniący rolę ochroniarza Inkwizytor towarzyszy swej pani, w końcu to wojna, a na wojnie różne rzeczy się zdarzają… poza tym to dzika Ruś…

Przy takim początku należałoby się spodziewać krwawych opisów bitew, ewentualnie szarpiących nerwy podchodów zgoła partyzanckich… tymczasem nie. Owszem, są potyczki, pojawi się kwestia tajnej misji mającej na celu zabicie uzurpatora… niestety, wszystko opisane tak, że jeśli ktoś cierpi na bezsenność, Przeklęte kobiety mogą stanowić fenomenalną alternatywę wobec leków. Mordimer przede wszystkim rozmawia: z Nataszką, z Ludmiłą, z dworzaninem Andrzejem, z kolejnymi postaciami oferującymi mu niemal wszystko, czego zapragnie… W dodatku cierpi na nastolatkowe zapalenie mózgu objawiające się tym, że na rozum mu panienka padła i jako ten refren powtarza „Nataszka nie jest wiedźmą”. Nie no, anioł wcielony.

Oczywiście, cykl Ja, inkwizytor miał opowiadać o tym naiwnym młodym chłopcu, świeżo po Akademii, dopiero odkrywającym świat, stającym przed pierwszymi poważnymi dylematami itp., bardzo wyraźnie widać to było w pierwszych tomach (niemal prawiczkowa miłość do tej cholernej Dorotki, boginki!), natomiast na tym etapie opowieści to już Mordimer po Słudze bożym, wredny cyniczny sukinsyn, kobiety traktujący zaledwie instrumentalnie. Nagle zaczyna zachowywać się jak kretyn, inkwizytorskie doświadczenia wsadzając sobie głęboko w odwłok, właściwie już nie wiedząc, komu i jakiej sprawie służy.

I to największy problem tego połączenia cykli – przecież wiemy, co będzie z nim dalej, jakim jest człowiekiem w kolejnych odsłonach głównego cyklu. Zważywszy na to, o jakie tajemnice Inkwizytorium otarł się przy okazji spotkania z członkami Wewnętrznego Kręgu, nie ma prawa w kolejnych tomach zachowywać się tak, jak już to zostało opisane całe lata temu. Chyba że… chyba że zastosujemy jakiś tani chwyt w stylu wymazania wspomnień, opętania przez wiedźmę czy równie zręczną hipnozę. Już we wstępie do poprzedniej książki Piekara wspomniał, że musi zrobić mały retcon, niezmiennie uważam, że jest po prostu leniem, któremu potrzeba pieniędzy, a zabrakło pomysłu na główny cykl. Oburzałam się kiedyś na powstanie kolejnego tomu Oka jelenia Pilipiuka, uważałam ten cykl za zamknięty, ale odszczekuję to głośno i spod stołu: hau hau, Andrzej miał bardzo dobry pomysł, wyszło naprawdę zgrabnie. Tymczasem u Piekary wszystko się ciągnie jak przeżuta guma, która przykleiła nam się do podeszwy. Brakuje lekkości i pewnego cynicznego stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas pierwsze cztery tomy opowiadań o Mordimerze, te same, które wzbudziły zainteresowanie czytelników, pewnie równie głupich jak ja, bo nadal czekających na ciąg dalszy w podobnym klimacie. Cytując Shreka: „To se jeszcze poczeka”.

Cóż mogę powiedzieć i za bardzo nie przeklinać? Generalnie odradzam wszystkim lekturę Przeklętych kobiet – książka jest po prostu rozpaczliwie nudna, przegadana, praktycznie nic nie wnosi do cyklu, a tytuł już w ogóle został wymyślony tylko po to, by stanowić nawiązanie do poprzedniej części. Jeśli nie chcecie się zgubić w cyklu, polecam przeczytanie streszczenia. Może przy spadku sprzedaży Piekara zorientuje się, że nie na to czekają jego (wierni przecież) czytelnicy. Ja już popełniłam błąd i książkę kupiłam – Wy nie musicie!

Jacek Piekara, Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety, wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2020.

niedziela, 14 lipca 2019

Przeklęte, oj przeklęte...

Naprawdę lubię cykl inkwizytorski. Dobrze, uściślę – stary cykl inkwizytorski, kiedy Mordimer nie był jeszcze młodym niedoświadczonym ptaszątkiem, a wrednym, złośliwym i cynicznym sukinsynem. Ja Inkwizytor niespecjalnie przypadło mi do gustu ze względu na bohatera, ale świat przedstawiony w opowiadaniach był równie interesujący jak chociażby w Słudze bożym. Pomysły też potrafiły zaciekawić, zadziwić czy nawet ubawić. Wiadomo jednak, że czekaliśmy (i w sumie nadal czekamy) na kontynuację głównego wątku, czyli czarnej śmierci, buntu w Cesarstwie i tego, co wyniknie z tajemnicy Klasztoru Amszilas.

Lata mijają, myślę, że się już nie doczekamy, a przynajmniej niezbyt prędko. Piekara sięgnął bowiem po inny (pod)cykl – Płomień i krzyż, recenzowałam kolejne jego odsłony tutaj i tutaj. Szału nie ma, ale obleci. Po tragicznym zmarnowaniu postaci Mordimera w Ja Inkwizytor, była to w pewien sposób miła odmiana, choć jak wiecie, nie do końca dokładnie tekst, na który się czekało. Jednak Wewnętrzy Krąg i Arnold zdecydowanie okazują się ciekawsi niż smarkacz zakochany w górskiej bogince (do dzisiaj zaliczam facepalm na samo wspomnienie). Wprowadzenie do akcji Mordimera nadal nie wydaje mi się być właściwe, bo powinno to wywrzeć na nim olbrzymi wpływ i wybaczcie, ale von Bohenwald nie powinien już go w żaden sposób zaskoczyć, chronologicznie później – na etapie Młota na czarownice! No ale stało się jak stało, mamy Mordimera i w tej opowieści już nie tylko wspomnianego mimochodem (syn pięknej Katarzyny, wzdech). No dobrze, niech już sobie będzie tym bohaterem drugiego planu, ale niech nie zajmuje pierwszoplanowej pozycji. Tymczasem… niestety. Kolejna odsłona naszego alternatywnego świata opisuje już przygody samego Madderdina.

Zasadniczo nie stanowi to wady samej książki, ale jeśli znowu spojrzeć na całość cyklu, wydaje mi się, że po przygodach na dworze księżnej Ludmiły nasz Inkwizytor byłby kompletnie inną osobą, a już na pewno nie kupuję w tym przypadku życia od pierwszego do pierwszego (czy od spalenia do spalenia, w zależności od preferowanego sposobu liczenia upływu czasu). Bo co się dzieje? Pamiętacie, w poprzednim tomie Mordimer stał się częścią inkwizytorskiej ekipy wysłanej na Ruś do walki z wampirem. Jednocześnie pokazał się również od całkiem niezłej strony jako ochroniarz i pies łańcuchowy i w takim charakterze księżna Rusi pragnie go zatrzymać u swego boku. Obawia się bowiem zamachu na swoje życie, a jej lęki są w pełni uzasadnione, jako że już ktoś próbował przeprowadzić taki atak, używając czarnej magii. Inkwizytor, prócz tego, że sprawnie wyszkolony we władaniu bronią, potrafi także co nieco w świecie paranormalnym. Wewnętrzny Krąg zostawia go zatem w miejscu, gdzie wszystko zależy od kaprysu władcy, samego, niespecjalnie zdolnego do porozumiewania się z miejscowymi i odjeżdża radośnie w stronę zachodzącego słońca, znowu nie przejmując się tym, co podobnież w Mordimerze siedzi.


No dobrze, co teraz? Oczywiście cudownie okazuje się, że z księżną też daje się porozmawiać, a nasz łowca czarownic potrzebuje do pomocy wiedźmy i jej uczennicy, które normalnie po prostu spaliłby na stosie. Oczywiście jest to pretekst, by radośnie poopisywać kolejne łóżkowe przygody naszego Inkwizytora (tak, ta również wrzeszczy w łóżku, na wypadek, gdybyście się zastanawiali), bo przecież uczennica piękna i utalentowana, a w dodatku wszyscy jej się boją. Jakkolwiek rozumiem to ostatnie, przysięgam, że chciałabym zobaczyć, jak któraś z tych „mądrych babek” – i to taka, która musi Madderdinowi ogrzewać łoże – okazuje się niezbyt atrakcyjną istotą… Już powyżej uszu mam tych pięknych utalentowanych istot, jedna Olga wiosny nie czyni. Oprócz tego mamy opisy życia na dworze, tytułowych przeklętych krain (mrocznych, pradawnych i bluźnierczych), wizje, kupę za przeproszeniem nudzenia i pod sam koniec książki, kiedy już dawno zapomniałam, o co chodziło, zagadka zamachów na życie księżnej zostaje rozwiązana. Przyznam szczerze, że kompletnie mnie nie obchodziło, kto, gdzie i dlaczego. Zdążyłam gdzieś tam zgubić ten główny wątek…

Mam wrażenie, że Piekara miał pomysł na całkiem zgrabne opowiadanie, ale jednak postanowił go rozpisać w powieść i nadliczbowe strony musiał czymś wypełnić, w efekcie kompletnie rozmywając sedno sprawy. Straszna szkoda, bo czytało się przyjemnie (choć czasami się człowiekowi wyrywało takie szczere Znoooowu?), to jest kawał dobrej rzemieślniczej roboty. Niemniej smutno, że po przeczytaniu ostatniej strony, kiedy próbuję sobie przypomnieć, o co w tym wszystkim chodziło, muszę się zastanawiać naprawdę dosyć długo.

Coraz bardziej frapuje mnie także, czy autor dojdzie kiedyś do głównego cyklu… Obstawiamy?

Jacek Piekara, Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2019.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Grzech na N


15 lat temu wpadła w moje łapy stosunkowo niegruba książka zatytułowana Sługa Boży. Tak się składało, że wszystko wydane wówczas przez Fabrykę Słów łykałam jak młody pelikan, więc i za tę wzięłam się całkiem szybko. I wiecie co? I bardzo mi się spodobało.

Świat wykreowany przez Piekarę był reklamowany jako „bluźnierczy”, nic dziwnego, skoro Chrystus nie umarł na krzyżu, ale z niego zszedł, przynosząc prześladowcom ogień i zagładę. Europa przedstawiona na kartach książki przypominała nieco to, co pamiętamy z lekcji historii, jednak z Takim wydarzeniem leżącym u podstawy epoki nowożytnej, nic nie mogło być dokładnie tak jak dawniej. Tym bardziej, że nadano mu pewne cechy fantasy, a zatem magię. Doskonała baza do zajmującej opowieści.

Spodobał mi się również bohater. Mordimer Madderdin, Inkwizytor, narzędzie hartowane w ogniu wiary do walki z heretykami i wiedźmami. Niezwykły Madderdin, bo przecież główny bohater w takim świecie nie mógłby być zwykły. Dziwkarz, kombinator, oszust, postać obrzydliwa, jakiej nigdy nie chciałoby się tak naprawdę spotkać, jednak przedstawiona tak dobrze, że kochało się sukinsyna nienawidzić.

Oczywiście, w ślad za sukcesem pierwszego tomu, pojawiły się kolejne opowiadania, rozszerzające świat i otoczenie Inkwizytora. Coraz częściej sypały się aluzje dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości nie tylko bohatera, ale i wszystkiego, co go otacza. I tu, niestety, pojawił się pierwszy problem. Piekara się zakałapućkał. Nieeleganckie owo określenie oznacza w tym przypadku sytuację, w której autor tworzy wątki prowadzące do czegoś, na co nie ma pomysłu. W pewnym momencie hasło „kontynuacja Inkwizytora” stała się zresztą powodem do żartów jeszcze okrutniejszych niż następny tom sagi George’a R.R. Martina.

A tak wyglądają wszystkie pierwsze wydania cyklu. Niezły kawał historii, widać choćby ewolucję logo Fabryki Słów. Szkoda tylko, że w efekcie nic do siebie nie pasuje, a kolejne wydania cyklu niejednokrotnie wywoływały pełne pasji przekleństwa, bo nieuważni czytelnicy łapali za książkę z nową okładką, ale starą zawartością.

I tak zamiast dostać ciąg dalszy przygód Madderdina, dostaliśmy prequele. Oook, posunięcie dobre marketingowo, ale nie były to już te same książki. Przede wszystkim zmienił się bohater, zamiast cynicznego sukinsyna mieliśmy młodziutkiego, naiwnego i pełnego wzniosłych idei młodzieniaszka, i owszem, Inkwizytor, ale jakże nieopierzony. To nie do końca ta postać, której przygody chciałam poznawać. Zwłaszcza że i opowiadania, a także potem powieść, nie wywoływały specjalnego dreszczyka.

Razem z tym cyklem pojawił się również Płomień i krzyż, stanowiący niejako przyczynek do historii Mordimera, ale poświęcony kompletnie innej postaci – innemu Inkwizytorowi, Arnoldowi Löwefellowi, również skrywającemu pewną tajemnicę. Czytało mi się to świetnie, bo klimat tej odsłony opowieści przypominał najwcześniejsze książki inkwizytorskie. Brutalny, bezlitosny świat, opisany dosłownie, a wśród tego przeżywający rozmaite przygody Bohater ze Skazą, o jak najbardziej ze Skazą. Bohater z Przeszłością. I to jaką! W dodatku to tutaj coraz głębiej zanurzyliśmy się w tajemnicy Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, organizacji wewnątrz organizacji. Zaczęło się robić naprawdę ciekawie.

Niestety, na drugi tom przyszło nam czekać 10 długich lat. 10 lat, podczas których sporo się wydarzyło i zmieniło się nieco środowisko fanowskie i chyba sam autor. Wyczekiwany z dawien dawna nowy tom przygód inkwizytorskich w efekcie jest… po prostu nudny.


Siłę całego cyklu stanowiła zawsze akcja, kolejne pomysły, kolejne opowiadania, kolejne zmagania braci Inkwizytorów ze złem. Tymczasem w II tomie Płomienia i krzyża tego nie uświadczymy. Sam autor pisze, że jest on „w odróżnieniu od tomu pierwszego książką dużo silniej umocowaną w świecie magicznym i nieco mniej zajmuje się rzeczywistą obyczajowością historyczną.” Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla Jacka Piekary jest to zaleta tej powieści, tymczasem… Tymczasem dla osób, które pokochały cykl za tę właśnie obyczajowość będzie to wada. Opisy podróży do Nie-Świata ciekawiły mnie zawsze o tyle, że stanowiły pewną część przygód Inkwizytorów, tutaj jednak jest ich po prostu za dużo. Co gorsza, pomijając te wyprawy… mało co się dzieje. Nie sięgam po cykl inkwizytorski, kiedy chcę sobie poczytać pozycję, w której nic się nie dzieje. Pod koniec książki wiemy o tajemnicy bohatera i jego otoczenia dokładnie tyle, ile na początku, co sprawia, iż mamy wrażenie, że przebrnęliśmy przez sporo mało interesującego ględzenia, nie dostając nic w zamian. Kompletnie nic.

Nie mogłam znaleźć tutaj też jednej postaci, która by mnie w pełni zainteresowała. Główny bohater zdecydowanie się miota i traci znacznie w porównaniu z tomem I. Wyjątkowo u Piekary dostajemy całe mnóstwo kobiet silnych, odważnych i istotnych, ale… jednocześnie są one straszliwie płaskie. I tak, przeszkadza mi fakt, że są takie ważne dla akcji, tak potężne, ale znowu ni cholery nie wiemy, dlaczego.

Zresztą, to zaczyna być problem trapiący cały cykl inkwizytorski – nakreślone kiedyś zarysy i tajemnice domagają się kiedyś wyjaśnienia. Tak, dowiedzieliśmy się wreszcie po latach, czym jest wielki sekret Klasztoru Amszilas, ale zbyt wiele rzeczy należałoby wreszcie dookreślić. Bo bardzo Was proszę, jeśli mamy za sobą ponad 300 stron książki, a akcja niewiele idzie do przodu, bo wszystko jest zwyczajnie przegadane, to mamy do czynienia z największym grzechem literackim – Nudą.

Nigdy nie sądziłam, że napiszę takie słowa o cyklu inkwizytorskim. Szownistyczny, jasne. Epatujący okrucieństwem, czasem wręcz niepotrzebnym? Nie będę się kłócić. Nierówny? Oczywiście. Ale nudny? Dotychczas było to ostatnie słowo, którym mogłabym określić te powieści. Niestety. Po cichu liczę, że jeśli pojawi się następny tom, będzie raczej przypominał poprzedni niż ten… Cóż, jak mawiają, nadzieja matką głupich…

Jacek Piekara, Płomień i krzyż. Tom II, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2018.