środa, 14 lutego 2018

Fantasmagoria - małe a fajne!

Od kilku lat jakoś tak się składa, że jeżdżę głównie na duże konwenty, które i owszem, są fajne, ale czasami po prostu zbyt… przytłaczające. Zwłaszcza Pyrkon, bijący kolejne rekordy frekwencyjne i już będący raczej popkulturalną imprezą masową, co nie jest oczywiście, złe, tylko tak czasami człowiekowi zatęskni się za powrotem do źródeł, za małym kameralnym konwentem w szkole, bez dziesięciu bloków programowych i wszechobecnego tłumu.

Taka jest właśnie gnieźnieńska Fantasmagoria, o której i w zeszłym roku słyszałam bardzo pochlebne opinie, a to przecież już dziewiąta edycja. Jako że luty to dla mnie czas raczej luźniejszy, postanowiłam za namową krewnych i znajomych króliczka udać się do pierwszej stolicy Polski i sprawdzić, jak to właściwie wygląda. Przyznam, że początki były mało zachęcające, choć zupełnie z innych powodów – wpadlibyście na to, że noclegi w Gnieźnie w lutym są w barbarzyńskich cenach? No właśnie ja też nie. Za stara jestem na sleeproomy i trochę mnie przerażało, że najwyraźniej przyjdzie mi się w takim zadomowić na dwie nocki. Ale nie ma tego złego… Twarda podłoga to naprawdę pikuś przy ogólnym ataku chichotów i szatańskich pomysłów.


Fota w pełni oddająca nasz nastrój na konwencie - pełna, zaawansowana głupawka.

Połączenia kolejowe są całkiem przyjemne (naprawdę jestem fanką kolei), wszyscy kochamy TLK, więc nieco tylko podmrożona zjawiłam się 9 lutego w Gnieźnie i bardzo szybko okazało się, w jak rewelacyjnej miejscówce ulokowała się impreza. Jasne, patrzyłam na mapce, co i jak, ale zawsze żywię taką pewną nieufność do dystansów na papierze, dopóki ich sama nie przejdę. Tymczasem faktycznie dostanie się z dworca do Miejskiego Ośrodka Kultury zajmowało 10 minut, a stamtąd do rynku i katedry kolejne 10. Wspominam o tym, bo impreza zaczynała się o 17, a byłyśmy na miejscu z Ithilnar o 12. Zaprowadzono nas więc do sleepa na miejscu, pokazano, co i jak (były prysznice! z ciepłą wodą! działały!), dano identyfikatory i zostawiono w spokoju. Wielkie wyrazy wdzięczności zwłaszcza dla gżdaczy, którzy pomogli nam zatachać walizki na drugie piętro MOKu! Jesteście najlepsi!


Nigdy nie zrozumiem używania słowa "dedykowany". Natomiast chciałabym tu grzecznie zaznaczyć, że podoba mi się koncepcja takiego sleepa, w dodatku z przylegającymi prysznicami. Brawa!

Dom jest tam, gdzie pelerynka i czapki twoje :P

Wspominałam tu o katedrze, bo oczekując na początek konwentu, postanowiłyśmy przejść się po mieście, chociaż temperatury zdecydowanie do tego nie zachęcały – jak to w lutym. Kawa, serniczek i zwiedzanie zajęło nam część wolnego czasu i strasznie tylko żałuję, że w katedrze trwa remont, co uniemożliwia obejrzenie kaplic bocznych. Podziemia i Drzwi Gnieźnieńskie obejrzałyśmy z przewodnikiem, co bez wątpienia wpłynęło na stan naszej wiedzy o polskich banknotach! Uwielbiam małe ciekawostki, będę miała o czym turystom opowiadać. Lubię zwiedzać nowe miejsca, a każdy pretekst jest dobry, by je odwiedzić.

 

Nie wiem wprawdzie, czy można było w katedrze robić zdjęcia, ale nikt mnie nie pogonił, więc chyba nie popełniłam jakiegoś straszliwego przestępstwa.

A tak w ogóle szczerze rozbawił mnie Bolesław, zadowolony po obiadku. No, pyszny był :)


Wróciłyśmy lekko zmarznięte na konwent, żeby się rozgrzać, spotkać starych i nowych znajomych oraz po prostu pogadać. Jak wspominałam, impreza raczej niewielka, ale miała pięć bloków programowych – prelekcyjny, warsztatowy, mangowy, larpowy i strefę postapo. Dodatkowymi atrakcjami były wystawa startrekowa, gamesroom, dyżury fotografa konwentowego, nieustające warsztaty origami oraz starwarsowy kącik dla dzieci – fajne, choć trochę słabo pozaznaczane w ulotkach z programem. Jak zwykle ostatnimi czasy, wystawcy kusili – niezbyt licznychi, bo i warunki lokalowe nie te, ale za to całkiem urozmaiceni: można było zaopatrzyć się w biżuterię, koszulki, kubeczki, peruki, gadżety mangowe, wyroby skórzane i kartki (nie moje, ale też nieco fandomowe). 

Sala wystawców wprawdzie niewielka, ale też nie było potrzeba znacznie większej. 

Gamesroom był absolutnie przeuroczy przez te lampiony i parasolki. 

Imperium i Rebelia postanowiły skontrolować prawilność gier.

Bardzo miłe było zróżnicowanie tematyczne prelekcji – sporo komiksów, trochę świata filmowego, psychologii, literatury, nauki czy mitologii, a blok anime oprócz wystąpień oferował również całkiem sporo konkursów. Szczerze zaskoczyły mnie też atrakcje nocne i nie, nie mówię tutaj o radosnych wrzaskach w sleeproomie (pomijając jednego dżentelmena w nocy z piątku na sobotę ekscesów nie stwierdzono, wręcz przeciwnie) – do wyboru były karaoke oraz kino nocnych marków. Podejrzewam, że bawiono się całkiem nieźle – my wybraliśmy zajęcia integracyjne w podgrupach.


Wystawa u trekkiesów.

Jakże piękna i wiele mówiąca nazwa wioski postapo.

Poprawianie programu własnymi ręcoma :)

Konwent to dla mnie zazwyczaj wydarzenie mocno towarzyskie i chadzam już na ogół tylko na swoje oraz „zaprzyjaźnione” punkty programu – o ile się, rzecz jasna, na nich zmieszczę, bo z tym już nawet na moim ukochanym Falkonie bywa bardzo różnie. Na Fantasmagorii miałam kilka (w tym debiutancko jako kompletny gaijin o Japonii), byłam też na paru, bo i tematy zachęcały, i świadomość, że nie muszę stać w kolejce, by się na nie dostać, bardzo pocieszająca. Prezentowały bardzo różne poziomy chociażby podejścia prowadzącego do tematu, ale każda z nich przygotowana została z wyjątkową pasją. Na pewno na przyszłość pojawię się u Pawła Ciećwierza, mówiącego o czymkolwiek, bo dyskusja o zafascynowaniu przemocą w kulturze europejskiej i fantastyce była świetnie przygotowana, wygłaszana z głowy – dawno już nie widziałam prelekcji bez slajdów, a sam prelegent wyjątkowo umiejętnie wciągał do dyskusji obecnych na sali. Doskonale bawiłam się też na przeglądzie „tych złych” w Marvelu u Dominiki „Iki” Komarnickiej, która wyjątkowo umiejętnie i z jajem przedstawiła tych mniej znanych złoczyńców (znaczy mniej jak mniej), choć raz sprawiła, że sięgnęłam nerwowo do mojej imperialnej piersiówki (czy Wy wiecie, ile dzieci mieli Sue i Reed Richardsowie? ja już tak…). Aż żałowałam, że nie dane mi było zostać na całej, ale PKP nie zaczeka.


Do villainów Marvela Ika zaliczyła również Scarlet Witch - nie da się ukryć, że to prawda, choć złol z niej zdecydowanie nietypowy.

Tutaj mowa o schemacie Campbella.
Fotka autorstwa Magdy Felis.



Gotowi na kłótnię prelegentów? Tak to już bywa w Imperium :)
Fotka autorstwa Tomka Lisaja.



Na prelce o mniej znanych miejscach w Japonii.

Przy tej ilości ludzi i szansie na załapanie się postanowiliśmy również pójść wielką grupą pod wezwaniem na konkurs cosplayowy, który wprawdzie odbywał się w innym budynku, ale nie była to jakaś straszna wyprawa, aż za róg. Mogliśmy nawet usiąść, ba, zostały wolne krzesła – nie ma to jak małe konwenty! Konkurs odbywał się w auli pobliskiej szkoły średniej, co czasem wywoływało nieoczekiwane dziwne wrażenia, zwłaszcza kiedy bardzo seksowna postapokaliptyczna cosplayerka dała dosyć zmysłowy pokaz na tle flagi i godła… Przyznam, że chociaż nie rozpoznałam tak z ¾ postaci, jestem naprawdę pod wrażeniem tego, jak niesamowicie ludzie się prezentują – na korytarzach czy w salach tak naprawdę nie do końca widać potencjału strojów. Na konkursie zapewniono oczywiście odpowiedni podkład muzyczny, opracowano scenki i widać, jak wiele czasu i wysiłku się w to wkłada. Po prostu rewelacja – chyba zacznę chodzić na ten punkt programu na innych imprezach. O ile się, po pierwsze, nań dostanę, po drugie, zacznie się o czasie. Orgowie, proszę brać przykład z Gniezna, da się!


Zbiorowa fotka z konkursu cosplay.

Mały zdecydowanie nie znaczy gorszy i definitywnie dotyczy to również konwentów. Dobrze od czasu do czasu zajrzeć na imprezę nieco bardziej kameralną, gdzie co drugi krok widzi się znajomą twarz, nie trzeba się tłoczyć, by dostać na bardziej interesującą prelekcję, a ludzie po prostu dobrze się bawią. Zwłaszcza jeśli wszystko jest naprawdę ładnie i sensownie zorganizowane (pozdrawiam gżdaczy pilnujących sleeproomu w MOKu za dbanie o to, by wszystko było w porządku), a takie właśnie odczucia mam po Fantasmagorii. I wiecie co? Za rok też pojadę.


No chyba że mnie obie strony konfliktu odstrzelą, to nie pojadę.

Klasyczne konwentowe podziękowania idą do Ithilnar, Angeliki, Roberta, Magdy, Łukasza, Marty oraz Izy (dzięki za namawianie!). Bez Was nie byłoby tak czadowo! 

Co: Fantasmagoria
Gdzie: MOK, Gniezno
Kiedy: 9—11 luty 2018 r.

środa, 7 lutego 2018

Cathiowy rozkład jazdy na Fantasmagorii

Zima to średni okres konwentowy, ale ponieważ lato będzie dla mnie pracowite i raczej nie będę miała okazji wtedy pojeździć, postanowiłam wybrać się na gnieźnieńską Fantasmagorię, imprezę z gatunku tych zdecydowanie mniejszych. Ale wiecie co? Stęskniłam się trochę za mniejszymi konwentami. A ponieważ ja nie mogę wybrać się nigdzie bez przygotowania jednej choćby prelekcji, poniżej znajdziecie moją rozpiskę.

Te miejsca w Japonii, o których mogliście nie słyszeć…

pt. godz. 19:00, sala mangowa

Wszyscy słyszeli o Fuji–san i obejrzeli Tokio Tower jeśli nie w internecie, to na pewno w losowym anime. Nie wszystkie miejsca jednak są aż tak znane, czasem po prostu trzeba trochę pogrzebać, by je znaleźć albo po prostu namęczyć się, by tam dojechać. Cathia zaprasza na opowieść o Japonii nieco mniej znanej, odwiedzanej w różnych porach roku.


25 najciekawszych kobiet w Gwiezdnych wojnach – razem z Ithilnar
sb. godz. 10:00, sala prelekcyjna

Pamiętacie te elaboraty o tym, jak to nareszcie są w Gwiezdnych wojnach interesujące postaci kobiece? My też je pamiętamy i do dzisiaj kręcimy głowami z pełnym niedowierzaniem. Zarówno w starym, jak i w nowym kanonie znaleźć można całe mnóstwo naprawdę niesamowitych kobiet i postaramy się Wam pokrótce przybliżyć ich sylwetki. Wybór ściśle subiektywny.


Droga bohatera w Gwiezdnych wojnach
nd. godz. 10:00, sala prelekcyjna

Dlaczego właściwie ta saga została okrzyknięta współczesnym mitem? W końcu jest wiele opowieści, snujących historię o młodym chłopcu ratującym księżniczkę! A słyszeliście o schemacie Campbella? Nie? Ano właśnie. Odpowiedź na nasze pytanie znajdziemy właśnie tam.

Do zobaczenia!


piątek, 2 lutego 2018

Lektury styczniowe

Stwierdziłam ostatnio, że straszliwie się opuszczam z czytaniem – po trochu czas, po trochu jakieś ogólne lenistwo, które mnie zżera od listopada… Postanowiłam się zatem nieco zdopingować i co miesiąc grzecznie się wyspowiadać z wszystkich grzechów mola książkowego, może kogoś ostrzec, może coś polecić… To lecimy ze styczniem, panie i panowie.

Część moich styczniowych lektur to zapewne efekt grudniowej wysyłki świątecznej, podczas której urozmaicałam sobie targanie ciężarów i mówienie brzydkich słów różnymi koncertami i filmami dokumentalnymi na YT. Pewnego pięknego dnia wsłuchałam się w tę piosenkę (tak, bardzo lubię Nightwisha)…


… i odezwała się stara miłość. Kiedy kończyłam liceum, składałam papiery na dwa kierunki, przy czym na filologii polskiej wylądowałam „w zastępstwie”. Moim pierwszym wyborem była geologia, ale że moja ocena z matematyki była raczej marniutka, nie udało się. Więc jest to trochę coś w rodzaju hobby, uwielbiam tematykę, a i czasem przydaje mi się w pracy (choć trzeba przyznać, że raczej rzadko)… Nic zatem dziwnego, że na liście znalazły się dwie pozycje z tej dziedziny.


Geologia historyczna – Włodzimierz Mizerski, Stanisław Orłowski
Teoretycznie uniwersalny podręcznik dla studentów wydziałów przyrodniczych, w praktyce fascynująca podróż przez historię naszej planety, aczkolwiek nie do końca opisana łatwo i przystępnie – to zdecydowanie nie jest książka popularno-naukowa, jednak jeśli ktoś siedzi w temacie, warto się w nią zaopatrzyć. Umieszczono w niej absolutnie rewelacyjną bibliografię, dzięki czemu już mam ze dwie kolejne ciekawe lektury.



Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach Ziemi – Michael J. Benton
Tak, to pokłosie pierwszej pozycji. Książka z założenia poświęcona została z kolei wymieraniu permskiemu, kiedy to wyginęła znakomita większość gatunków żyjących na Ziemi; wymieraniu większemu nawet od znanej już każdemu zagłady dinozaurów. Benton nie koncentruje się jednak na samym permie i wydarzeniach, które doprowadziły do katastrofy, snuje za to fascynującą opowieść o historii geologii, o tym, jak powoli dochodzono do niej jako do nauki i jak ciężko najpierw było uporządkować to, co my przyjmujemy za pewnik. Dla wielu osób może wydawać się przegadana, mnie podobało się szaleńczo.



Dupersznyty, czyli zapiski stanu szwajowego
Uwielbiam dwie autorki tzw. „literatury kobiecej” i żadna z nich nie jest ałtorKasią. Niestety, nie mam już co liczyć na nowe perełki, jako że obie odeszły obserwować rzeczywistość z tej białej chmurki nad nami: zarówno Maeve Binchy, jak i Monika Szwaja dostarczyły mi całego mnóstwa radości, wzruszeń, czasami refleksji i bardzo gorąco żałuję, że ich zabrakło. Jako że przeczytałam właściwie już wszystko, co napisały, ale i tak odświeżam regularnie, strata moja jest wielka, jednak szczęśliwie czasami na coś jeszcze można trafić – tak jak w przypadku Zapisków stanu szwajowego. To zbiór niepublikowanych wcześniej wierszy, felietonów, wywiadów i „pisadełek” pani Moniki, z których łatwo wyłowić inspiracje dla kolejnych powieści oraz żałować jeszcze bardziej, że tak cudownej osoby nam zabrakło. Bardzo, bardzo polecam (zwłaszcza limeryki i piosenki!).

Dom na klifie – Monika Szwaja
Po wysyłce świątecznej postanowiłam zrobić sobie jakąś przyjemność i dokupić brakujące mi powieści pani Moniki – wprawdzie wszystkie już znam, ale chciałam mieć je na półce. A skoro już je odebrałam z księgarni, to trzeba było ponownie poczytać, prawda? Dom na klifie to opowieść niełatwa, poświęcona zakładaniu rodzinnego domu dziecka. Oczywiście, jak to u Szwai, happy end jest gwarantowany, ale perypetie „po drodze” nie rokują dobrze i zmuszają do rozmyślań na temat absurdów życia codziennego. Jako że Monika Szwaja była „telewizorem” (kocham to określenie), większość motywów w jej twórczości jest „z życia wziętych” i szlag mnie jasny trafia, jak sobie pomyślę, że przecież nawet czasem czyta się o przypadkach podobnych do opisanych w powieści. Polecam, ale książka najlżejsza nie jest.


Matka wszystkich lalek – Monika Szwaja
Jak widać, jestem monotematyczna, ale też trochę tych książek kupiłam. Pamiętam, że kiedy Matka… pojawiła się na rynku, reklamowano ją jako próbę podjęcia bardzo ciężkiego tematu, Lebensbornu. Tak, rzeczywiście stanowi to jedną z dwóch osi powieści, tym razem poświęconej aż dwóm kobietom i ich losom, które w końcu się połączą. Trochę bałam się, jak poradzi sobie z nią „lekka i happyendowa” Szwaja, ale śpieszę donieść, że tak jak zwykle – śpiewająco. Czyta się z dużą przyjemnością, ale przyznam, że była to pierwsza pozycja tej autorki, po lekturze której popadłam w dosyć poważną zadumę – bo naszej bohaterce się, mniej lub bardziej, udaje powrócić do swojego dawnego życia. Ilu jednak nie? Och, jakbym chciała więcej takich książek od pani Moniki… Niestety…


Porwanie – Joanna Chmielewska
Uwielbiam Chmielewską, ale jednak tę starszą. Kiedy wylądowałam u moich rodziców na tydzień, po prostu złapałam z półki to, czego – jak mi się wydawało – nie czytałam. Nadal nie wiem, czy czytałam czy nie, bo możliwe, że po prostu wyparłam to „dzieło” z pamięci. Jasne, przywykłam od lat, że wszystko rozgrywa się przecież w gronie znajomych Joanny, ale nagromadzenie głupich przypadków w tym dziele sięgnęło szczytu i w pewnym momencie nie wiedziałam już zasadniczo, o co właściwie chodzi. Nadal nie wiem. Potworny, straszliwy chaos. Nie czytajcie, szkoda czasu, naprawdę.

Mało, strasznie mało. Obiecuję się poprawić w lutym – kilka fajnych pozycji już do mnie idzie, więc zacieram rączki i przymierzam się do czytania :)

piątek, 26 stycznia 2018

W Pretty Lake zaraza...

Wracam! Kryzysy wszelakie (oby!) się skończyły i mam trochę czasu/sił na pisanie. Jak wspominałam wcześniej, nie mam ochoty nadrabiać Supernaturala, zupełnie mnie nie wzrusza, na Rozdrożach znajdziecie zatem notki na temat książek, filmów, seriali i konwentów. Jak mawiają analizatorzy NAKWy – endżojujcie!

Koniec sezonu oznacza dosyć sporo czasu na tzw. „aktywności różne”, czyli czytanie, granie, pisanie fanfików, oglądanie… Zwłaszcza to ostatnie, odkąd Książę Małżonek wykupił abonament Netflixa, a ja z kolei odkryłam, że na youtube też znajduje się całkiem spory zasób filmów dokumentalnych. Wbrew pozorom Netflix nie oferuje mi aż tak wiele, niemniej coś tam się zawsze znajdzie. Przedwczoraj sięgnęłam po Between, kolejną produkcję tej platformy. I mam bardzo mieszane uczucia.


Akcja rozgrywa się w miasteczku Pretty Lake, w której nagle zmarli wszyscy mieszkańcy powyżej 22 roku życia. Sytuacja robi się tym groźniejsza, że wojsko i rząd obejmuje miejscowość i przedmieścia kompletną kwarantanną. Już wiecie, że to się nie może dobrze skończyć, prawda?

W Pretty Lake zostają dzieciaki – i te najmłodsze, i ci młodzi ludzie, którzy usiłują sobie poradzić w tej tak nieoczekiwanej nowej rzeczywistości. Tutaj scenarzyści mieli mnóstwo pola do popisu i muszę przyznać, że wybrnęli z tego w większości całkiem przyzwoicie, jako że bohaterowie są mocno zróżnicowani, a i ich reakcja na tak nieoczekiwaną sytuację jest kompletnie różna. Pojawią się więc altruistyczni i poświęcający się dla dobra społeczności dwudziestolatkowie, organizujący sierociniec dla dzieciaków. Jeden z nich pozbywa się nawet wszystkich zapasów spożywczych gromadzonych przez jego rodzinę i dzieli się nimi z pozostałymi, również mimo sprzeciwu swojej siostry.


Ale problemy pojawią się i tak – przede wszystkim wspomniany kryzys żywnościowy, jako że rząd nie kwapi się do jakiegokolwiek wsparcia ocalałych, nawet jeśli postępują zgodnie z ich poleceniami. Spuszczone ze smyczy dzieciaki nagle odkrywają, że tak naprawdę nikt nie ma nad nimi specjalnej władzy i organizują się po swojemu, choć i tak jest to dziwnie łagodne – ot, rozpoczynają handel ze strażnikami (widać zaraza nie tyka papieru, bo za odpowiednią ilość zielonych przeszmuglują dla nich nawet psa), piją, kradną – acz głównie jedzenie, zachowują się głośno. Bardzo przyzwoicie się zbuntowali, trzeba przyznać. Równie „porządni” są ich dorośli odpowiednicy – ludzie niejakiej Renee, którzy, wydaje się, zorganizowali się właściwie tylko po to, by jakoś razem przetrwać i zorganizować jedzenie. Latają wprawdzie ze spluwami, są raczej dosyć niegrzeczni, ale jak na gang, nie wygląda to źle.

Jednak jakby się porządniej przyjrzeć sytuacji, miasteczku właściwie brakuje „porządnych problemów”. No tak, powiecie, jeśli brak żarełka nie jest porządnym problemem, to co nim właściwie jest? Ano choróbska, nie licząc, oczywiście tego podstawowego świństwa, które zdziesiątkowało populację. W jednym z pierwszych odcinków pojawia się przypadek zapalenia wyrostka robaczkowego, zatem podjęta zostaje próba wysłania chorego poza teren kwarantanny w awionetce, którą wojsko niemal natychmiast zestrzeli. Ok, już wiemy – pierścień wokół Pretty Lake jest niemal całkowicie zaciśnięty, nie da się tego załatwić inaczej, ale… Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tylko po to sytuacja ta została wpisana w scenariusz. Kiedy jedna z głównych bohaterek okazuje się mieć guza w podbrzuszu, idealnie zgrywa się to także z pojawieniem się w miasteczku naukowca z dużej korporacji farmaceutycznej, mającego do przetestowania lek na wirusa. Lek natychmiast zajmie się również i tym problemem. Nowo narodzonemu dziecku zabrakło pokarmu? Na pewno okaże się, że zamieszkałej w okolicy mennonickiej rodzinie zmarło niedawno niemowlę i po tych kilku tygodniach jego matka nadal posiada pokarm i maleństwo wykarmi… W jednym z pierwszych odcinków okazuje się, że w miasteczku znajdowało się mini-ZOO, tygrys wyrywa się na wolność, zostaje zastrzelony i to koniec tematu. Problemy pojawiają się i znikają, brakuje czegoś bardziej kompleksowego, bo kwestia żywności wychodzi widzowi bokiem już po chwili.

Dużo lepiej zostało to rozwiązane w adaptacji kingowego Pod kopułą, choć z drugiej strony – tam nieco bardziej podkreślono kwestię pozaziemskiego pochodzenia zagrożenia i w pewnym momencie miałam tego bardziej dość niż ostatnich sezonów Z archiwum X. Between stara się być realistyczne aż do bólu i wpisywać się w ogólny kierunek antykorporacyjny i antyrządowy. Jak mniej więcej od drugiego lub trzeciego odcinka się domyślamy, za wszystkim stoi rząd i chciwa korporacja farmaceutyczna, która spisuje uwięzionych w Pretty Lake na straty. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie jestem specjalną fanką teorii spiskowych i w pewnym momencie zgodziłam się z jedną z postaci, twierdzącą, że „to brzmi jak kompilacja wszystkich teorii spiskowych.” Ta zła podła korporacja nie potrafi jednocześnie jednak uśmiercić uciekinierów z miasteczka, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi informacji. Jasne, eksperymentuje na nich do woli, ale prosty strzał prosto w potylicę już nie przychodzi im do głowy. Ktoś może mi zarzucić, że byli w ten sposób idealnymi kozłami ofiarnymi dla PLANU korporacji, ale z drugiej strony przychodzi mi do głowy co najmniej dziesięć innych rozwiązań tego problemu, ukazujących, jaka ona jest naprawdę ZŁA. Oczywiście, końcowy moment odcinka drugiego sezonu ukazuje nam, do czego tak naprawdę dążyła, ale jest to… jakieś takie bez szału. Choć w sumie możliwe, że to planowano na sezon trzeci, o którym w tym momencie nie ma mowy i może to… i dobrze.


Sam serial nakręcono bardzo przyzwoicie, aktorzy całkiem nieźle dali sobie radę, choć podobno krytycy zarzucali im straszną sztuczność. Najwyraźniej nie widzieli dzieci w polskich serialach, szczęściarze – po Ciri wszystko wydaje się dobre! Główna część obsady jest wiarygodna, nie zagrywa się na śmierć i przede wszystkim jest bardzo zróżnicowana pod względem urody, co sprawia, że jeśli serial rzeczywiście był skierowany do young adults, to każdy znajdzie postać, z którą się utożsami. Bardzo przypadła mi do gustu zwłaszcza Krystal Hope Nausbaum, grająca Amandę, dziewczynę z syndromem Downa. Generalnie – jeśli macie ochotę na krótkie (jako że serial ma dwa sezony po sześć odcinków) zanurzenie się w świat teoretycznie eksperymentalny, polecam. Ale głębi to tam zdecydowanie nie znajdziecie.


Between, twórca: Michael McGowan, w rolach głównych: Jennette McCurdy, Jesse Carere, Justin Kelly, Kyle Mac i inni, City-Netflix 2015-2016.

wtorek, 31 października 2017

Cathia falkonowa - rozpiska

Listopad nadciąga, więc zbliża się i Falkon. Obiecałam wczoraj rozpiskę moich prelekcji na konwencie – oto i ona.

Sobota, 4 listopada

12:00-13:00 Sala Imperium Sigmara (Namiot 2)
Jeśli nie Supernatural, to co?
Spodobał Ci się klimat serialu, ale istnieją niestety hellatusy, które sprawiają, że przez tygodnie lub miesiące nie masz co robić? Chcesz obejrzeć czy poczytać coś podobnego w klimacie? Nie masz pojęcia, po co sięgnąć? Przyjdź na tę prelekcję i weź notatnik!

14:00-15:00 Sala Proklamacji Cieni (Namiot 1)
25 najciekawszych gwiezdnowojennych pań - z Ithilnar
Pamiętacie te elaboraty o tym, jak to nareszcie są w Gwiezdnych wojnach interesujące postaci kobiece? My też je pamiętamy i do dzisiaj kręcimy głowami z pełnym niedowierzaniem. Zarówno w starym, jak i w nowym kanonie znaleźć można całe mnóstwo naprawdę niesamowitych kobiet i postaramy się Wam pokrótce przybliżyć ich sylwetki. Wybór ściśle subiektywny.

16:00-17:00 Sala Nowej Republiki (Aula 1)
(ENG) Disney – disaster or salvation for the Star Wars franchise?
Dyskusja panelowa.

18:00-19:00 Sala Siedmiu Królestw, (Antresola)
O co chodzi w fandomie?
Dyskusja panelowa.

19:00-20:00 Sala Nowej Republiki (Aula 1)
(ENG) Haunted Poland
Usually when we hear about haunted places, our minds go towards the Scottish castles, abandoned graveyards hidden somewhere or the vanishing hitchhikers at the US roads. The truth is, Polish folklore is very rich when it comes to the ghost stories and some of them are really amazing.

A tak na przykład było w zeszłym roku :)

Niedziela, 5 listopad

11:00-12:00 Sala Nowej Republiki (Aula 1)
(ENG) Becoming a Sith… for dummies
So… you want to become a Sith, but you have no idea how to start… Don’t worry, you just need to follow some good advices. And be Force-sensitive, of course. But it’s hardly a problem, isn’t it?

13:00-14:00 Sala Siedmiu Królestw (Antresola)
Fenomen fanfiction.
Dyskusja panelowa.


Jak widać, trochę tego jest, więc jakby ktoś przegapił mnie w tej wielkiej ciżbie ludzi, to wie, gdzie mnie znaleźć. Nie biorę ze sobą świętej walizeczki, nie wystawiam się, ale jakbyście chcieli jakieś karteczki, dajcie mi znać. Do zobaczenia w piątek!

poniedziałek, 30 października 2017

Biję się w piersi i przepraszam!

Wiem, że zaniedbałam bloga wręcz karygodnie i powinno mnie się za to skazać na oglądanie wszystkich sezonów Once upon a time, którego szczerze nie trawię. Do końca września pracowałam ciężko w rozjazdach, a od początku października też pracuję ciężko, ale na miejscu. Dodatkowo, padł mi po sześciu latach szlachetnej współpracy laptop i musiałam czekać na nowy. A że jestem burżuj potworny, to musiałam przecież mieć porządny laptop gamingowy, więc trzeba było na niego też trochę poczekać. Nadrabiam zatem wszystko z niemym obłędem w oczach i chciałabym, by doba miała 48 h. Dodatkowo, sypnęła mi się nieco psyche i wyjście z łóżka to akt bohaterstwa.

Nie zdążyłam nawet nadrobić Supernaturala. Mówię poważnie. Mamy za sobą już trzy odcinki, nie obejrzałam ani pół, brak czasu, brak chęci. Ale bez wątpienia nadrobię, prawdopodobnie przed Falkonem, bo jakże to. Usiądę wtedy i napiszę grzecznie, co tylko się da.

W ogóle myślałam, by poświęcić ten blog nie tylko Supernaturalowi, zwłaszcza że zabili już moją miłość i pasję, ale i innym rzeczom, które czytam/oglądam. Pocieszam – Star Warsy pozostaną na Star Wars Extreme, tam mam się gdzie wypisać. Co Wy na to?


PS. Jutro wrzucę rozkład jazdy na Falkon. 

czwartek, 17 sierpnia 2017

Cathia Polconowa

Od wieków nie było mnie już na Polconie - mój ostatni to ten w Bielsku-Białej, ale najczęściej nie zgrywają nam się terminy. Tak to jest, jak się pracuje podczas sezonu letniego i zarabia kasę na przeżycie zimy, która - jak wiadomo - nadchodzi (a przepraszam - spoiler alert - nadeszła). Tym razem jednak się udało utrafić i pojadę sobie na Polcon.

Jak wiadomo, jeśli Cathia jedzie na Polcon, to nie po to, by sobie po nim radośnie pochodzić. Tym razem zapraszam na trzy punkty programu i choć mam wrażenie, że rozpiska może się nieco zmienić (podobnież zakładano umiejętność bilokacji kilku osób), to przynajmniej zarzucę Wam, czego możecie szukać.

O ile zdążymy się przygotować, ponieważ nie uznano za właściwe poinformować potencjalnych prelegentów specjalnie wcześnie - ja otrzymałam informację, że wszystkie punkty weszły dopiero po tym, jak zaczęłam narzekać na FB. Uznano, że brak potwierdzenia to potwierdzenie. Brawo. Dzisiaj opublikowano program, a do konwentu został tydzień. Wiem przynajmniej o jednym przypadku, który się z tabeli programowej dowiedział, że ma prelekcję.

Ale co tam - sen jest dla słabych...

Służby specjalne zawsze lojalne... w Star Wars też! - z Ithilnar
pt. godz. 13:00, blok komiks-film

Pojawienie się białych mundurków zawsze jest oznaką kłopotów, niezależnie od tego, z reprezentantami których służb mamy do czynienia. Wywiad wojskowy i Imperialne Biuro Bezpieczeństwa bez wątpienia potrafią zadbać o to, by Imperator spał spokojnie, a obywatelom żyło się dostatnie. Chcecie poznać szczegóły? Zapraszamy, ale nie miejcie do nas pretensji, jeśli ktoś w środku nocy zapuka do Waszych drzwi…

Grzechy śmiertelne ostatnich sezonów Supernatural
pt. godz. 18:00, blok komiks-film

Weź dwóch znakomitych głównych bohaterów. Weź mnóstwo rewelacyjnych bohaterów drugoplanowych. Zaplanuj doskonale rozpisany główny wątek na wiele sezonów. Pisz świetne odcinki z Potworami Tygodnia. Powtarzaj to przez dwanaście lat. Co może pójść nie tak? Niestety, wiele. Cathia zaprasza na subiektywny wybór najważniejszych powodów, dla których nawet zapalony fan serialul powoli może mieć już szczerze dość.

Co Ty wiesz o Imperium... młody Skywalkerze?  - z Ithilnar
sob. godz. 15:00, blok komiks

Wybitnie wredny i złośliwy tendencyjny konkurs wiedzy o Imperium. Obiecujemy katowanie bohaterami czwartego planu, odpytywanie o synów Imperatora i słuchanie nagrań, które zawsze tam gdzieś umykały… Stary i nowy kanon. Gotowi?

Z góry zapraszamy! 

A na koniec wrzucę Wam zdjęcie z jakiegoś randomowego Polconu... Bo dlaczego nie? :)


O, na przykład cathiowe zdjęcie z Bobą Fettem :D