środa, 15 lipca 2020

Przeklęte... już właściwie nie wiem co...


Myślę, że na stronach tego bloga już dawno doszłam do wniosku, że Piekara, pisząc kolejne odsłony przygód Mordimera Madderdina, odcina kupony od pierwszych tomów opowiadań, ale jestem głupia, a nadzieja matką głupich… No niezmiennie mam nadzieję, że coś tu się ruszy, niezmiennie liczę na to, że może powróci do podstawowego cyklu i wreszcie zahaczy o ową Czarną śmierć, obiecywaną od wielu wielu lat…

Póki co dostaliśmy kolejną odsłonę serii Ja, inkwizytor, ciąg dalszy crossovera z Płomieniem i krzyżem. Tak, tego z magiem Narsesem, a potem z wyprawą na tę dziką Ruś, co to nahajem mieszkańców trza, bo inaczej nie zrozumieją. Jeśli pamiętacie, Mordimer, z racji zetknięcia się już wcześniej z wampirem, zostaje zwerbowany do towarzyszenia członkom Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, którzy to radośnie akceptują młodziaka, mimo iż „skrywa jakąś tajemnicę”, a potem równie radośnie postanawiają go w owej dzikiej krainie pozostawić, gdyż tego zażądała lokalna księżna, niejaka Ludmiła. W poprzednim tomie dowiedzieliśmy się, że na księżną rzeczywiście czyhają rozmaite niebezpieczeństwa, a że sam szkolony Inkwizytor to za mało, dostał do towarzystwa „dziewczynę wołcha”, Nataszę, doznającą rozmaitych wizji podczas seksu. Oczywiście, że podczas seksu. Nataszka piękna, seksowna, inkwizytor zakochany po uszy… po prostu idealnie, a że jakieśtam zagrożenia od czasu do czasu…


No i znowu wracamy do Peczory, do Ludmiły i Mordimera oraz Nataszy. Tym razem w księstwie podniósł się bunt, zatem władczyni, chcąc nie chcąc, musi się wyprawić, by ukarać niepokornego zuchwalca. Pełniący rolę ochroniarza Inkwizytor towarzyszy swej pani, w końcu to wojna, a na wojnie różne rzeczy się zdarzają… poza tym to dzika Ruś…

Przy takim początku należałoby się spodziewać krwawych opisów bitew, ewentualnie szarpiących nerwy podchodów zgoła partyzanckich… tymczasem nie. Owszem, są potyczki, pojawi się kwestia tajnej misji mającej na celu zabicie uzurpatora… niestety, wszystko opisane tak, że jeśli ktoś cierpi na bezsenność, Przeklęte kobiety mogą stanowić fenomenalną alternatywę wobec leków. Mordimer przede wszystkim rozmawia: z Nataszką, z Ludmiłą, z dworzaninem Andrzejem, z kolejnymi postaciami oferującymi mu niemal wszystko, czego zapragnie… W dodatku cierpi na nastolatkowe zapalenie mózgu objawiające się tym, że na rozum mu panienka padła i jako ten refren powtarza „Nataszka nie jest wiedźmą”. Nie no, anioł wcielony.

Oczywiście, cykl Ja, inkwizytor miał opowiadać o tym naiwnym młodym chłopcu, świeżo po Akademii, dopiero odkrywającym świat, stającym przed pierwszymi poważnymi dylematami itp., bardzo wyraźnie widać to było w pierwszych tomach (niemal prawiczkowa miłość do tej cholernej Dorotki, boginki!), natomiast na tym etapie opowieści to już Mordimer po Słudze bożym, wredny cyniczny sukinsyn, kobiety traktujący zaledwie instrumentalnie. Nagle zaczyna zachowywać się jak kretyn, inkwizytorskie doświadczenia wsadzając sobie głęboko w odwłok, właściwie już nie wiedząc, komu i jakiej sprawie służy.

I to największy problem tego połączenia cykli – przecież wiemy, co będzie z nim dalej, jakim jest człowiekiem w kolejnych odsłonach głównego cyklu. Zważywszy na to, o jakie tajemnice Inkwizytorium otarł się przy okazji spotkania z członkami Wewnętrznego Kręgu, nie ma prawa w kolejnych tomach zachowywać się tak, jak już to zostało opisane całe lata temu. Chyba że… chyba że zastosujemy jakiś tani chwyt w stylu wymazania wspomnień, opętania przez wiedźmę czy równie zręczną hipnozę. Już we wstępie do poprzedniej książki Piekara wspomniał, że musi zrobić mały retcon, niezmiennie uważam, że jest po prostu leniem, któremu potrzeba pieniędzy, a zabrakło pomysłu na główny cykl. Oburzałam się kiedyś na powstanie kolejnego tomu Oka jelenia Pilipiuka, uważałam ten cykl za zamknięty, ale odszczekuję to głośno i spod stołu: hau hau, Andrzej miał bardzo dobry pomysł, wyszło naprawdę zgrabnie. Tymczasem u Piekary wszystko się ciągnie jak przeżuta guma, która przykleiła nam się do podeszwy. Brakuje lekkości i pewnego cynicznego stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas pierwsze cztery tomy opowiadań o Mordimerze, te same, które wzbudziły zainteresowanie czytelników, pewnie równie głupich jak ja, bo nadal czekających na ciąg dalszy w podobnym klimacie. Cytując Shreka: „To se jeszcze poczeka”.

Cóż mogę powiedzieć i za bardzo nie przeklinać? Generalnie odradzam wszystkim lekturę Przeklętych kobiet – książka jest po prostu rozpaczliwie nudna, przegadana, praktycznie nic nie wnosi do cyklu, a tytuł już w ogóle został wymyślony tylko po to, by stanowić nawiązanie do poprzedniej części. Jeśli nie chcecie się zgubić w cyklu, polecam przeczytanie streszczenia. Może przy spadku sprzedaży Piekara zorientuje się, że nie na to czekają jego (wierni przecież) czytelnicy. Ja już popełniłam błąd i książkę kupiłam – Wy nie musicie!

Jacek Piekara, Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety, wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2020.

2 komentarze:

  1. O,szkoda!!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalnie nie mówię, że czytanie książki to stracone godziny z życia, ale w tym przypadku to omatkoicórko!

      Usuń