Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna berenika miszczuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katarzyna berenika miszczuk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2026

Ostatnia próba Jagi

Poprzedni tom przygód Jarogniewy, szeptuchy z Bielin, zakończył się w chwili, gdy udało się pokonać Dziadka Mroza, a szeptucha odkryła, że jest w ciąży. Teraz nadchodzą wiosenne Dziady i próba, którą ma przejść dla Swarożyca, tymczasem każdy jeden dzień wiąże się z dosyć niecodzienną udręką: nadopiekuńczym Mszczujem, który – parafrazując – ciągle dobra pragnąc, ciągle zło czyni. Nie jest ta nasza Jaga przygotowana na bycie partnerką i matką, a częste wizyty boga ognia nie pomagają w ustabilizowaniu rodzinnego – nomen omen – ogniska.

Oczywiście jak zwykle, gdy jedno się sypie, posypie się wszystko. Nagle okolice Bielin wydają się dotknięte dość dziwną klątwą – śmiertelnie chorzy nabierają wigoru, zwierzątka, które raczej nie powinny żyć, nagle hasają sobie bez pewnych części ciała... Czyżby zastrajkowała sama Śmieć? A może jakieś inne bóstwa postanowiły dać sobie spokój ze swoimi obowiązkami i zrobić wakacje? Teoretycznie brzmi to całkiem nieźle, ale wszyscy przez lata naoglądaliśmy się i naczytaliśmy, co się dzieje w takich przypadkach i że dobrze to się nigdy nie kończy. I choć może to tymczasowo pomóc w niektórych problemach, tak koniec końców załatwienie tej sprawy również spoczywa na Jadze, której zaczyna brakować sprzymierzeńców – dobrze, że w ostateczności można liczyć na Barnima i różne przyjazne stwory.

Oczywiście, każdy kto zna (choćby po łebkach) cykl o szeptusze, wie, jak skończą się niektóre wątki tej opowieści - że nie będzie tu typowego „żyli długo i szczęśliwie”. Fakt, że w jakiś sposób znam zakończenie Swarożyca, nie odbierał mi jednak przyjemności z lektury, bo książka – jak zwykle w przypadku Katarzyny Miszczuk – napisana jest bardzo lekko, nawet te cięższe tematy wchodzą jakoś tak gładko, chociaż wcale nie znaczy to, że są potraktowane lekceważąco – wręcz przeciwnie! I choć praktycznie od razu domyśliłam się, gdzie podziała się rodzanica, nie odebrało mi to w żadnym stopniu przyjemności związanej z tym wątkiem. Bardzo lubię w tym cyklu to, że wszyscy bohaterowie są – nazwijmy to – ludzcy, nawet ci, którzy powinni być lepsi i ponad wszystkie niesnaski. Lubię upartych bogów, pragnących za wszelką cenę postawić na swoim, lubię słowiańskie demony z ich „swojskimi” tożsamościami. Bo to właśnie pozwala zżyć się z bohaterami, pozwala potraktować ich jak znajomych, nawet jeśli niekoniecznie zgadzamy się ze wszystkim, co robią (przypadek Jagi i Mszczuja). A to pozwala też na zaangażowanie emocjonalne i przyznam się bez bicia, że popłakałam się na końcu powieści, a swoiste katharsis zawsze przecież się przyda.

Swarożyc to godne domknięcie przygód Jagi, niespecjalnie spektakularne, ale i nie na takie liczyłam. W Bielinach dzieją się rzeczy ważne, ale poprowadzone jakby na skalę lokalną, co sprawia, że łatwiej je zaakceptować niż ratowanie całego świata w maleńkiej wiosce na zadupiu. I przyznam Wam się jeszcze do czegoś – mam ochotę odświeżyć cykl o Gosi – pal diabli tę idiotkę, ja chcę więcej Jagi!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Swarożyc, wyd. Mięta, Warszawa 2025.

piątek, 5 lipca 2024

W magiczną, długą noc...

Wreszcie udało mi się przeczytać książkę o właściwej porze roku! Właśnie minęła bowiem Noc Kupały, kto miał szukać, ten szukał – może też i znalazł... A co? No oczywiście, że kwiat paproci!

Taki tytuł nosi bowiem antologia wydawnictwa Mięta, do której zaproszono dziesięć autorek: Paulinę Hendel, Anetę Jadowską, Martę Kisiel, Martę Krajewską, Agnieszkę Kulbat, Katarzynę Berenikę Miszczuk, Martynę Raduchowską, Jagnę Rolską, Małgorzatą Starostę i Annę Szumacher. Spod ich piór wyszło dziesięć opowieści, mniej lub bardziej nawiązujących do słowiańskich klimatów, a czasami też umożliwiających czytelnikom wizytę u bohaterów, których znamy z rozmaitych cyklów.

Paulina Hendel zaprasza nas w odwiedziny u Egona, którego prześladuje upierdliwa sąsiadka, zawracająca głowę i przynosząca pączki. I jakkolwiek pączki mogłyby zostać, tak Egon na czcze rozmowy kompletnie nie ma czasu, bo ktoś musi rozprawić z mieszkającymi w okolicy słowiańskimi demonami. Jak sobie zatem poradzi? Łatwo na pewno nie będzie!

Sezon na nowożeńców Anety Jadowskiej to powrót do Thornu, a przynajmniej w jego okolice. Będziemy mieli okazję ponownie spotkać Dorę Wilk i przeżyć wraz z nią kolejną przygodę, rozgrywającą się w dość nietypowej scenerii ośrodka przyjmującego głównie pary i przeważnie na miesiąc miodowy (pierwszy lub nasty). Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie zapraszałby tam Namiestniczki, więc – jak łatwo się domyślić – właścicielka przybytku ma kłopoty. Goście znikają, a to nie wróży nic dobrego. Dora musi zatem użyć swoich rozlicznych talentów i dotrzeć do sedna problemu.

Ze starą znajomą spotkamy się także w Kukuku Marty Kisiel. Jeśli pamiętacie cykl o wrocławskich mojrach, z radością poznacie wcześniejsze przygody Jagi Tupatajkowej, szykującej się na polecenie lokalnego kaowca do obchodów sobótki. Jednak w taką magiczną noc należy być ostrożnym, bo można obudzić to, czego obudzić się nie chce.

Maliny na śniegu Marty Krajewskiej to wycieczka do średniowiecza, a może raczej krainy fantasy, opwiadająca o losach Nieradki, żony smolarza. Jej codzienność to typowa codzienność kobiety w miejscach odosobnionych i zapomnianych, w dodatku w sytuacji, kiedy jest całkowicie zależna od męża. Zdobywa jednak bardzo nieoczekiwanego sojusznika i... coś się zmieni.

Tekst Agnieszki Kulbat również pozostaje w klimacie słowiańskim, będziemy mieli do czynienia z wojami, pięknymi dziewojami, ale też emocjami i chęcią zemsty – nie zawsze na tym, kogo ta zemsta powinna dosięgnąć. Podobnie u Martyny Raduchowskiej, choć to bardziej klasyczne fantasy opowiadające o odległych krainach i niesamowitych stworzeniach, a także o tym, do czego może się posunąć człowiek zazdrosny, pożądający tego, co jego być nie może.

Wraz z Noc nas tu zastanie Katarzyny Bereniki Miszczuk wrócimy jednak do okoliczności nieco bardziej współczesnych, a już na pewno do bardziej współczesnych form rozrywki, bo nie bez powodu na początku opowiadania została przytoczona definicja slashera. Podejrzewam nieśmiało, że po przeczytaniu tego tekstu każdy będzie się zwijał ze szlaku przed zmrokiem...

Wiedźmi kamień Jagny Rolskiej przeniesie nas znowu w bardziej historyczne dekoracje, na Hel w 1878 r., do wsi bogobojnych rybaków i ich wyrozumiałego duszpasterza. Niesamowity dar umożliwi mu zajrzenie na drugą stronę... czy to jednak dobrze? A może istnieje coś, dla czego zdecydowanie warto zaryzykować?

Do starych znajomych zajrzymy również w tekście Małgorzaty Starosty, gdzie wrócimy do szalonego Babiboru i jego nie mniej zwariowanych mieszkańców, przygotowujących się do świętowania Kupały, oczywiście z księdzem i batiuszką na czele! Równie współcześnie, choć nieco inaczej, jest w przypadku Na kwiatu urok Anny Szumacher, gdy niejaki Szymon, uporządkowany pracownik korporacji, musi się zmierzyć z nieoczekiwanymi konsekwencjami magicznej nocy.

Stali bywalcy Rozdroży wiedzą, że do antologii podchodzę stosunkowo ostrożnie, jednak Kwiat paproci mogę zdecydowanie, z czystym sercem polecić. Nawet najsłabsze teksty zbioru (a to dla mnie Na kwiatu urok i REM-X) czyta się bezboleśnie, a wręcz zaskakują. Bardzo ucieszył mnie powrót Jagi Tupatajkowej, bo cykl wrocławski kocham miłością szczerą i prawdziwą, niesamowicie z kolei zadziwiła mnie Kasia Miszczuk, po której wcale nie spodziewałam się tak udanego opowiadania grozy! Wiecie, że lubię jej powieści, ale odbiegają one jednak nieco klimatem od tego, co zaserwowała nam w Noc nas tu zastanie. Naprawdę, jestem szczerze zaskoczona tym, jak wyrównany poziom mają te teksty i nawet jeśli ich akcja rozgrywa się w niekoniecznie lubianym przeze mnie settingu, zapominałam o tym już po kilku stronach, pochłonięta losami bohaterek i bohaterów.

A zatem czytajcie! Zwłaszcza teraz, kiedy dni ciągle są długie!

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie, wyd. Mięta, Warszawa 2023.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Mrozy, bogowie i lelenie

Kiedy wydawałoby się, że wszystkie problemy Jagi i Mszczuja zostały rozwiązane, a szeptucha musi się uporać już tylko z upierdliwym Swarożycem i jego misją, rzeczy zaczynają się komplikować. Jak zwykle. Zbliżają się Szczodre Gody, które wcale nie są takim radosnym wydarzeniem, jak u nas Boże Narodzenie. Szczodra Noc jest nasycona magią, lepiej zatem spędzać ją z rodziną w czterech ścianach, przy pysznej kolacji, a nie szlajać się po obejściu lub – co gorsza – okolicznych lasach. Co jednak zrobić, jeśli jest się szeptuchą, nie ma się mnóstwa forsy, a ostatnie zapasy drewna ktoś bezwstydnie po prostu ukradł? Jasne, można ruszyć na dom zuchwalca i zrobić mu z wiadomo czego jesień średniowiecza, ale to nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza gdy nie ma się dowodów prócz naprawdę silnego przeczucia?

Dodatkowo mąż nie potrafi odmówić najbardziej upierdliwej babci we wsi, a w pobliżu krąży Swarożyc i zawraca cztery litery swoimi wymaganiami i zadaniem. Jednak nawet on wydaje się czegoś obawiać, a to coś przybyło wraz z mrozem, śniegiem, wilczymi zombie i stworami, powiedzmy, neandertalczykowatokształtnymi. Dotychczas Jaga miała szczęście do różnych układów, mogących się przyczynić do ostatecznego sukcesu i ocalenia mieszkańców Bielin, ale teraz wydaje się, że do małej wioski w świętokrzyskim zawitało naprawdę zbyt wiele! A jakby nie miała za dużo na głowie, musi się również zaopiekować pudelkiem przyjaciółki, na którego Bronka nie może już patrzeć – bo nigdy nie wiadomo, co takiemu pieszczochowi kryje się pod sierścią i czy zwierzaki naprawdę mówią w tę jedną noc!

Ciąg dalszy historii Jagi, opowiadanej teoretycznie Gosławie, a tak naprawdę nam wszystkim, znowu wciąga czytelnika w zaczarowany świat, w którym panują pogańscy słowiańscy bogowie, pewne rzeczy zostały przepowiedziane, a mieszanie spraw śmiertelnych i boskich nikomu nie wychodzi na zdrowie. Podoba mi się wątek zimowego gościa, sprawia, że trochę inaczej patrzy się na tego zażywnego starszego pana, popularnego w grudniu nie tylko wśród dzieci. Jaga i Mszczuj jak zwykle bawią niemal do łez, kiedy próbują wystrychnąć na dutka zarówno przeciwników, jak i czasami siebie nawzajem, a przecież mają tak wiele do przezwyciężenia, poczynając od swojego nietypowego małżeństwa. Przeczytałam tę książkę w jedno niedzielne popołudnie, bo to miła i lekka lektura.

Przeszkadza mi jednak coś, o czym wspominałam tu już wcześniej - zadanie Swarożyca znowu jest raptem gdzieś tam w tle, owszem, są z nim związane ze dwie, trzy sceny, ale generalnie coraz bardziej mam wrażenie, że tak już będzie, bo bóg musi się opiekować Jarogniewą, a kiedy już przyjdzie nam przeczytać o Nawii, zakończy to tę część cyklu Kwiatu Paproci. Przyznam, że trochę mnie to drażni. Ale może dzieje się tak dlatego, że bardzo ciekawi mnie, co takiego knuje Swarożyc? Smuci także fakt, iż wiem, jak skończy się to, co sprawia w tej chwili Jadze tak wielką radość, choć i wzbudza w niej lęk, a co jest właściwie podkreślone już od samego początku. Trochę mi to przeszkadzało, ale ja naprawdę nie lubię spoilerów.

Zaglądam do poprzedniej recenzji i wychodzi mi, że czekaliśmy na Mszczuja dwa lata – to i dużo, i mało, zważywszy na zawirowania życiowe autorki i to, że równocześnie powstaje też seria dla dzieciaków (o której też tu kiedyś napiszę, bo jest bardzo urocza). Jednak naprawdę dobrze świadczy o tym świecie fakt, że pamiętałam, co się wydarzyło wcześniej, nie potrzebowałam wracać do poprzedniej książki, czytać streszczeń – to historia niby z gatunku takich banalnych, a jednak zostaje gdzieś tam w tyle głowy... i potem czytelnik czeka na ciąg dalszy. Bo tak właśnie jest – z przyjemnością zaczekam na ten ciąg dalszy, na Jagę i Mszczuja, na to, że może ktoś w końcu kopnie Swarożyca w cztery litery... I ciekawe, czy wtedy też będę miała taki dysonans poznawczy – nie ma to jak czytać książkę, której akcja dzieje się w trzaskające mrozy, gdy za oknem kwitnie bez, a temperatury w kwietniu są podobnież rekordowe...

Katarzyna Berenika Miszczuk, Mszczuj, wyd. Mięta, Warszawa 2024.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Magia, bogowie i Bieliny

Już kiedyś miałam okazję sięgnąć po pozycję z uniwersum Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk i uznałam, że to rzeczywiście przyjemna lektura, choć chciałam zabić główną bohaterkę. Kolejne pozycje z cyklu jednak niespecjalnie do mnie trafiały i jakoś odechciało mi się dalszego czytania. Może to ta niechęć do Gosi... Jednak gdy w roli bohaterki zastąpiła ją Baba Jaga, czyli Jarogniewa, snująca opowieści o czasach młodości, sytuacja uległa zmianie – na lepsze. To już szeptucha zdecydowanie inna, znająca swoje zadania, zakorzeniona na swój sposób nie tylko w tradycji, ale i w lokalnej społeczności, a – co najistotniejsze – pozbawiona dzikiej obsesji na punkcie kleszczy.

Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Jaga popełnia swój największy błąd – a potem (jak u Hitchcocka) jest jeszcze bardziej interesująco. Niezgułowaty Mszczuj ma problemy z rodzicami, ale – jak typowy facet – nie potrafi ich rozwiązać sam, musi do pomocy namówić niechętną z początku szeptuchę. Perypetie i kłopoty związane z niechcianą narzeczoną (a.k.a. Motylkiem) prowadzą do nieoczekiwanych rozwiązań, ale i to zostaje wkrótce przyćmione, gdy okaże się, że klientka Jagi, dla której ona tak się poświęcała, latając z gołym tyłkiem w Noc Kupały, raczyła odejść z tego świata, wcześniej intensywnie korzystając z uwarzonej mikstury. Jakby tego było mało, w życie mieszkańców Bielin i ich szeptuchy znowu zaczynają ingerować znudzeni lub knujący bogowie. I choć niektóre kontakty nawiązywane są na własne życzenie, to ich konsekwencje mogą okazać się opłakane i niespodziewane.

Świat ludzki i boski w cyklu „szeptuchowym” przeplata się zresztą cały czas, co czyni go (w moim odczuciu) takim „rural fantasy” ze świetnym pomysłem. Polska pogańska, ale wcale prze to nie zacofana, zielarki korzystające z dorobku współczesnej medycyny, a na deser rozmaite stwory z wierzeń ludowych tworzą znakomite tło do opowieści o zwyczajnych, wręcz przyziemnych ludzkich namiętnościach. Zmiana bohaterki również wyszła cyklowi na dobre, bo też choć Jaga jest zwykłą kobietą z pewnymi słabościami, to jednak stanowi olbrzymi kontrast z jojcącą co krok Gosławą.

Jedyną wadą Gniewy wydaje mi się wątek Swarożyca i jego zadania, potraktowany nieco po macoszemu, jakby był szkicem, nakreślonym, by „coś tam się w tle działo”. Domyślam się, iż stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnej odsłony przygód Baby Jagi, ale myślę, że powinien zostać zakończony choćby połowicznie.

Niewiele więcej mogę tej książce zarzucić. Czyta się ją absolutnie fantastycznie, wciąga, bawi i uczy (kiedy trzeba). Katarzyna Berenika Miszczuk ma dar snucia opowieści, a z każdą kolejną pozycją rozwija go jeszcze bardziej. Czy polecam? Ależ tak – szczególnie na lato!

PS: I pamiętajcie – nigdy nie róbcie sobie trwałej ondulacji!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Gniewa, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Silna... w gębie?

Antologie potrafią być wspaniałe, potrafią być absolutnie nierówne, potrafią być kompletnie nijakie. Z tego powodu zazwyczaj miewam co do nich bardzo mieszane uczucia, a takie nastawienie potrafi nie tylko oszczędzić rozczarowań, ale też prowadzi do sympatycznych niespodzianek. Ostatnio wpadła w moje łapki Silna, wydana przez Zieloną Sowę, będąca zbiorem opowiadań koncentrującym się na dziewczętach w sytuacjach różnych.

Sześć tekstów napisanych przez sześć autorek podejmuje temat problemów, z jakimi mierzą się nastolatki. Przyznam, że wcześniej znałam jedynie Anetę Jadowską i Katarzynę Berenikę Miszczuk, z ciekawością zatem sięgnęłam po lekturę, bo zawsze miło poznać nowe nazwiska, po które pewnie człowiek raczej przypadkowo w księgarni by nie sięgnął. Każda z autorek zajmuje się nieco inną literaturą, nic zatem dziwnego, że otrzymujemy ciekawy misz-masz gatunkowy, każde opowiadanie jest kompletnie inne, podchodzi do zagadnienia owej tytułowej Silnej zupełnie inaczej. Zresztą, ów motyw przewodni antologii jest pretekstem chyba nawet bardziej niż zwykle, bo wyciągnąć z enigmatycznego przymiotnika można bardzo wiele. Jaki pomysł zatem miały autorki?

Miła już byłam Anny Cieplak to opowieść o codzienności studentki, harcerki, opiekunki na obozie, która mierzy się nie tylko z problemami swoich wychowanków, ale także własnymi. To tekst o takim zwykłym, normalnym życiu, o tym, co niejeden z nas również przeżywał/przeżywa. Brakuje mu może jakiegoś mocnego zamknięcia, ale w kontekście opisywanych normalnych, zwykłych dni to nawet pasuje, bo przecież takim zakończeniem może być tylko śmierć. A to nie Agatha Christie.

Natalia Fiedorczuk proponuje nam Silną, tekst o problemach szkolnych nie tylko bohaterki, ale i jej brata. I chociaż podobnie jak w przypadku Miłej mamy do czynienia z codziennością, tu wydaje się ona żywcem wyjęta z nastoletnich opowieści o tej strasznej szkole. Tu nie ma sprawiedliwych, tu nie ma postaci pozytywnych (a przynajmniej ja sobie ich po dwóch dniach od lektury nie przypominam), ostatnia prawa ostaje się zaledwie Dorota, a to jest, niestety, piekielnie nudne. Co więcej, brak konkretnego zakończenia nie wpasowuje się tak dobrze w treść jak u Cieplak, wydaje się, że autorka po prostu wyczerpała limit znaków i postanowiła postawić ostatnią kropkę kompletnie bez pomysłu.

Na Anetę Jadowską można liczyć zawsze, bo to rzemieślniczka doskonała, zatem po fiasku Silnej bardzo cieszyłam się, że kolejny w antologii jest Duch w szafie, a jego bohaterką znana fanom Anety Kurczaczek, córka Witkaca. Tym razem to ona bierze sprawy w swoje ręce, kiedy przyjaciela zaczyna nawiedzać wyjątkowo nieprzyjemny i złośliwy duch. To opowieść o nietolerancji, o tym, jak niewiele trzeba, by człowiek się załamał. Proste, choć dobrze napisane opowiadanie, które skłania do przemyśleń.

Kolejna znana mi autorka to, jak wspominałam wcześniej, Katarzyna Miszczuk. Kilkakrotnie już na tym blogu pisałam, że mam do jej twórczości mieszane uczucia, ale potrafi mnie cały czas zaskakiwać (jak choćby wspominaną niedawno Drugą szansą). Somnia to tekst o niepełnosprawności, oparty na banalnym pomyśle, klasycznej zabawie koncepcją snu, w którym odbijają się nasze problemy. To lekkie do czytania opowiadanie, choć ogólnie dosyć słabe.

Czerwona sukienka Agnieszki Płoszaj to z kolei bardziej sensacyjne podejście do tematu przewodniego antologii. Główna bohaterka to policjantka ze smutną przeszłością, posiadająca niezwykły dar, który pozwala jej wprawdzie na odnoszenie sukcesów w pracy, ale sprawia również, że codzienność może być prawdziwą klątwą. To chyba drugi mój ulubiony tekst w Silnej i myślę, że z przyjemnością sięgnę po inne pozycje tej autorki, bo choć miejscami przeszkadzają mi w Sukience pewne stereotypy, tak ogólnie to niezłe opowiadanie.

Mam problem z Dziewczynami, które boją się ciemności Dominiki Słowik, bo gdzieś już ten tekst czytałam. W ubiegłym roku przerobiłam całkiem sporo antologii, część była również pożyczana, więc ciężko mi teraz je przeszukać. Pamiętam jednak, że wrażenie miałam po tej lekturze podobne: bardzo wolno się rozkręca, a końcówka jest kompletnie z czterech liter. Klimatycznie postapo, chętnie przeczytałabym coś więcej o tym świecie, zrozumiała jego reguły, bo jesteśmy wrzuceni w sam środek opowieści, nie wiemy, o co chodzi, i już, niestety, się nie dowiemy. To dekoracje do... bogowie wiedzą czego, bo tekst jest słabiutki i właściwie o niczym.

No i wychodzi na to, że mam problem z tą książką. W założeniu antologia miała opowiadać o problemach nastolatek, pokazywać, jakie są silne, trudne do stłamszenia, jednak tej siły tam za bardzo nie widać. Dwa teksty są po prostu dobrze napisane, ale reszta generalnie wydaje się kompletnie przypadkowa, napisana (nomen omen) na siłę, ot tak, by można było coś oddać (albo i oddać tekst wcześniej publikowany). Natknęłam się gdzieś na hasło reklamowe: „Jesteśmy silne, nie ma w nas zgody!”, ale nie widzę tego kompletnie w samych opowiadaniach, poza tymi dwoma dobrymi. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka została wydana po prostu na fali Strajku Kobiet i tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to szczerze Wam radzę: nie warto. Jest tyle dobrych innych książek o silnych dziewczynach!

Silna, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2021.

sobota, 8 stycznia 2022

Szansa... ale na co?

Julia budzi się w dziwnym ośrodku. Straciła pamięć, nie rozpoznaje własnego imienia, a nawet twarzy w lustrze. Od przypominającej dozorczynię więzienną psycholożki dowiaduje się, że jej rodzice zginęli w pożarze, a ona sama będzie przebywała w tym miejscu do chwili, kiedy nauczy się na nowo funkcjonować, zaakceptuje rzeczywistość. W końca ocalała, dostała od losu „drugą szansę”. Taką nazwę nosi również ów ośrodek, w którym oprócz Julii znajdują się i inni pacjenci, wszyscy starający się nauczyć żyć normalnie, bez znajomości swojej przeszłości. Muszą tylko zaakceptować ową nową, drugą tożsamość, wszystko, co mówią im opiekunowie. Nie jest to łatwe, bo serce i dusza podpowiadają rekonwalescentom, że coś tutaj nie gra.

Dlaczego nie można skontaktować się z kimkolwiek, kto już opuścił ośrodek? Dlaczego jedna z pacjentek zapewnia, że wszyscy zginą? Dlaczego Julia widuje dziwną rudowłosą dziewczynkę? Dlaczego wydaje jej się, że ktoś zwraca się do niej dziwnym przecież imieniem „Karolina”? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wcale się nie pojawiają. Zofia Morulska, terapeutka ośrodka, wręcz zniechęca do ich zadawania, utrzymując, że utrudniają proces dochodzenia do formy. Co jednak się stanie, kiedy Julia i jej kolega Adam postanowią poprowadzić swoje własne śledztwo?

Odpowiedź zaskakuje. Przyznam się szczerze, że dotychczasowe przeczytane przeze mnie powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk traktowałam jako romansidła albo takie pozycje „na raz” (jak w przypadku cyklu o Wiktorii). Po Drugiej szansie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ot, z opisu wyglądało to na czytadełko Young Adult (nie, żeby było w tym jako takim coś złego, niedawno wpadło mi w ręce świetne YA). Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem zgrabnie wykreowała tę ciasną, klaustrofobiczną atmosferę grozy oraz to nieuchwytne poczucie niewiadomego zagrożenia, czyhającego na Julię i jej przyjaciół. Miszczuk podsuwa tropy, na które my – nauczeni wieloma lekturami czytelnicy – rzucamy się z zapamiętaniem, przekonani, że doskonale wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. A jednak nie do końca.

Druga szansa to pozycja zaskakująco mroczna i jeśli ktoś nie chciał po nią sięgnąć, bo był przekonany, że ma do czynienia ze standardową pozycją i bohaterką Katarzyny Miszczuk, straci okazję na poznanie nieco innej odsłony autorki. Wygląda jednak na to, że osób, które poznały perypetie Julii, jest sporo, bo wydanie Uroborosa jest już trzecie z kolei. Co więcej, tą powieścią zainspirował się Netflix i efekt można znaleźć na platformie pod tytułem Otwórz oczy. Kiedy wreszcie uda mi się ogarnąć trochę wolnego czasu, na pewno obejrzę, bo jestem ciekawa, jak też wykorzystano interesujący materiał źródłowy. Czy polecam Drugą szansę? Zdecydowanie tak!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

niedziela, 6 grudnia 2020

Świątecznie, acz nie zawsze wesoło!

Koniec roku i bliskość Gwiazdki zdecydowanie sprzyjają pojawianiu się na rynku kolejnych antologii – również świątecznych. W listopadzie za sprawą wydawnictwa w.a.b. na półki trafiły Opowieści wigilijne - 12 tekstów związanych z Bożym Narodzeniem oraz świątecznymi przysmakami odgrywającymi w nich niebanalną rolę. Wśród autorów znajdują się m.in. Milena Wójtowicz, Martyna Raduchowska, Małgorzata Oliwia Sobczak, Katarzyna Berenika Miszczuk, Agnieszka Lis, Jagna Kaczanowska, Tomasz Betcher, Alek Rogoziński i Jacek Galiński. Podzielili się z nami nie tylko swoją wizją Świąt, ale także rodzinnymi przepisami, zdecydowanie wartymi wypróbowania.

Świąteczne utwory mają po prostu być ciepłe, zapewnić nam happy end i to przyjemne, choć nie zawsze możliwe do wywołania uczucie, że może nie od razu, ale koniec końców wszystko będzie dobrze. Z tego względu sięgając po pozycje bożonarodzeniowe, zazwyczaj wiemy, że przed nami kilka godzin przyjemnego odpoczynku (choć nie zawsze najwyższych lotów, jeśli pamiętacie, jak się w ubiegłym roku znęcałam nad taką jedną pozycją).

Jak to zwykle bywa z antologiami, poziom tekstów zaprezentowanych w Wigilijnych opowieściach jest dosyć zróżnicowany i mimo iż jedne zapominamy zaraz po przeczytaniu, inne cieplutko ogrzewają nasze serduszka nawet po skończeniu całości. W moim przypadku absolutnie najlepsze opowiadanie to Wszelki duch Martyny Raduchowskiej, przede wszystkim ze względu na cudownie lekki i dowcipny ton oraz naszą starą znajomą, Idę Brzezińską. Tak, szamanka od umarlaków po raz kolejny zawita w naszych skromnych progach… a przepraszam, nie naszych, tylko szanownej Julity Rogoż-Smoczyńskiej. Problemem pani Julity jest nawiedzony dom, który właśnie zakupiła, chciałaby zatem z niego korzystać! Ot, taka zrozumiała w sumie fanaberia. Jak wiadomo – jest zapotrzebowanie, jest usługa, przygotujcie się zatem na zwariowaną Wigilię z Idą i Kruchym w rolach głównych.

Mało optymistyczna, choć życiowa i ciężka w pewien sposób wieczerza czeka bohaterów Wśród nocnej ciszy Karoliny Głogowskiej. Tego specjalnego wieczoru do Agnieszki i jej rodzeństwa dołączy ich matka. W miarę spożywania kolejnych potraw poznajemy rodzinne tajemnice i powód, dla którego jest tak rzadkim gościem w swoich własnych progach. To opowieść o miłości, tej rodzicielskiej i tej siostrzanej. One nigdy nie ułatwiają pewnych rzeczy, potrafią za to życie straszliwie skomplikować.

O niełatwych układach rodzinnych oraz o świątecznym swego rodzaju przymusie traktują Śledzie ze słoika Mileny Wójtowicz. Zuzka bardzo chciałaby spędzić Święta zupełnie inaczej, nie udając dobrego humoru w obliczu brata oszusta i upupiającej ją wiecznie rodziny. Dramatyczne z pozoru wydarzenie staje się pierwszym krokiem ku nowej Zuzce, otoczonej kręgiem ludzi życzliwych, choć z pozoru zupełnie obcych.

Zapytacie pewnie, czy znajdziemy w zbiorze te „typowo świąteczne” opowieści. Zdecydowanie tak i w tej kategorii moją absolutną faworytką jest Tajemnica na słodko Agnieszki Lis, przedstawiająca nam członków najzwyklejszej rodzinki, z normalnymi konfliktami, ale też ciepłem i wyrozumiałością na każdym kroku. To bardzo przyjemny zastrzyk optymizmu, ale tak bez przesady. Za dużo słodyczy mdli, niestety, w Paczkomacie Jagny Kaczanowskiej, w którym naprawdę przydałoby się ziarnko gorczycy – wszak najlepsze baśnie nie bez powodu zawierają elementy smutne. Tu jednak mam wrażenie, że czytam taki krótki tekścik zamieszczony w babskim piśmie, napisany li i tylko „ku pokrzepieniu serc”.

Wśród Opowieści wigilijnych znajdziemy też kryminały, choć niektóre przyjemnie nieoczywiste. Sekretny składnik Alka Rogozińskiego zaczyna się od trupa szefa w windzie, straszącego Bogu ducha winną panią sprzątaczkę, a kończy się zaskakującym sabatem zebranym przy krwawym barszczyku. W Cytrusach i migdałach Małgorzaty Oliwii Sobczak ginie mąż – ot, wyszedł z domu i nie wrócił. Prowadzący sprawę policjant usiłuje wyjaśnić tę zagadkę, powoli ulegając urokowi…. Przeczytajcie, a dowiecie się, czyim…

Straszliwie zawiódł mnie tekst Katarzyny Bereniki Miszczuk – Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle, opartym na pomyśle z ostatniej odsłony sagi o Wiktorii Biankowskiej. Tak, tak, chodzi o wybryki Azazela! Pomysł wydawałoby się, całkiem niezły, jednak wykonanie okazało się dosyć nudne, za bardzo trącące encyklopedią wierzeń pogańskich, podanych na sucho. Szkoda!

Oczywiście, jak łatwo policzyć – to nie wszystkie teksty ze zbioru. Pozostałe zaliczam jednak do tych bardziej sztampowych lub irytujących. Tu zapewne nie zgodzą się za mną wielbiciele pewnej warszawskiej emerytki stworzonej przez Jacka Galińskiego - tak, opowiadanie o pani Zofii również wśród Opowieści… znajdziemy. Zdradzę Wam jednak sekret – ja po prostu nie lubię pani Zofii.

Jak przystało na antologię, mamy więc do czynienia z bardzo zróżnicowanymi opowiadaniami – fani rozmaitych gatunków na pewno znajdą coś dla siebie. Książka ta stanowi też dobry pomysł na prezent świąteczny – pomoże się zrelaksować w tych dziwnych czasach…

Wigilijne opowieści, wydawnictwo w.a.b., Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzyjny!

I jeszcze kulisy sesji zdjęciowej :)

piątek, 30 października 2020

Biedne te zaświaty...

Uwaga, spoilery do pierwszej części!

Pisałam tu już o powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk Ja, diablica. Jako że książka, choć zalatywała mocno fanfikiem, dawała się czytać raczej bezboleśnie, ot, taka lekturka na wieczór, zaciekawiło mnie, jak to będzie z następnymi częściami. Dotychczas zostały wydane dwie: Ja, anielica i Ja, potępiona, jednak dwa dni temu premierę miała trzecia: Ja, ocalona. Tak, dobrze się domyślacie, Wiktoria szlaja się intensywnie po zaświatach, Niższa Arkadia a.k.a. Piekło to już dla niej zdecydowanie za mało!

Diabły Azazel i Beleth jak zwykle knują – a to oznacza, że Wiki jako osoba z Iskrą Bożą i mocą diabelską jest im zdecydowanie potrzebna. Jednak ich plany sięgają nieco dalej niż tylko do Los Diablos, tym razem panowie zamierzają udać się na wycieczkę piętro wyżej. Jak możecie się domyślić, archanioł Gabriel nie jest tym specjalnie zachwycony… A diabły nie dają za wygraną – nie znają opamiętania czy to w miłości, czy w nienawiści, a że nasza bohaterka ma tendencję do wpadania w olbrzymie kłopoty, nic dziwnego, że zostanie również zesłana do miejsca, z którego nikt jeszcze nie wrócił… Do czasu, rzecz jasna.

Fabuła nie należy do specjalnie skomplikowanych – zarówno w przypadku Anielicy, jak i Potępionej generalnie od połowy książki wiemy, jak wszystko się skończy. Podtrzymuję tu jednak moje zdanie z poprzedniej recenzji: czyta się i tak na tyle lekko, że obie powieści można zaliczyć do tych, z którymi można miło spędzić wieczór. A zasadniczo można byłoby, gdyby nie jeden problem.

To, że Wiktoria wykazuje się stosowną do okoliczności, nieziemską głupotą w pierwszej części aż tak nie przeszkadza, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż dopiero poznaje prawa rządzące zaświatami. Trudno, by człowiek od razu podejrzewał wszystkich i wszystko o najgorsze, nawet jeśli ma się do czynienia z nie do końca szatańskim pomiotem (w końcu Belfegor jest absolutnie nieszkodliwy i przyjazny). Pewne posunięcia naszej bohaterki wywołały w pierwszej części wprawdzie niejednego facepalma, ale takie prawo początkującej. Problem zaczyna się, kiedy bohaterka jak głupia była w Diablicy, tak głupia pozostaje dalej. A nie, przepraszam, staje się jeszcze głupsza. Już nie mówię o tym nastolęcym cielęcym zakochaniu w Piotrusiu – każdy z nas tak w końcu miał, święte prawo młodości, choć jako rozwiązanie fabularne mocno nadużywane. W każdym kolejnym tomie Wiktoria zamiast zrobić to, co radzi jej zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, ładuje się w przewidywane przez siebie zresztą kłopoty, a potem wydaje się wielce zdziwiona, że tak się wszystko skończyło… Co więcej, marysuizm naszej bohaterki, wytykany przeze mnie już wcześniej, sięga coraz wyższych szczytów i w momencie, kiedy zaczął płaszczyć się do jej stóp niejaki Adolf H., to doprawdyż osiągnął już Olympus Mons, bo Everest to zdecydowanie za nisko. Piękna, uwielbiana, niemalże wszechmocna… Boszzzz… ileż można? Co gorsza, stanowiące pewną odmianę od chodzącego ideału w pierwszej części diabły zaczęły cierpieć na zdebilenie i nastolatkowy nadmiar hormonów. Słowo daję, już mniej drażniło mnie cholerne wzdychanie do Piotrusia niż liczący tysiąclecia upadły anioł, nagle zapatrzony w śmiertelniczkę i zachowujący się jak rasowy stalker. Można znieść to raz, ale jako motyw przewijający się przez dwa i pół tomu nudzi serdecznie i nagle czytelnik zaczyna życzyć im wszystkim gromu z jasnego nieba albo nagłego czaru umożliwiającego zachowanie się jak ludzie dorośli, nie nastolatki. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie przeskakiwałam te jakże fascynujące rozmowy o wyborach między ukochanymi, chcąc po prostu wrócić do akcji…

Na tym tle miłą odmianą jest Ja, ocalona. Ta część została napisana niedawno, po dziesięciu latach od ukazania się trylogii i to bardzo widać. Autorka w Posłowiu wspomina, że postanowiła również przesunąć akcję o tę dekadę do przodu, gdyż nie może bogatsza o swoje doświadczenia i kolejne przygody literackie wrócić do tamtych bohaterów, tamtych dylematów i tamtego języka. I chwała Bogu. Taka przerwa naprawdę wszystkim znakomicie zrobiła, bo i Wiki stała się strawniejsza, i Beleth jakby wydoroślał, a cholerny Piotruś pojawia się epizodycznie i nie przyprawia już o spazmy. Fabuła, podobnie jak w poprzednich częściach, toczy się wokół jednego motywu i czasami naprawdę szczerze bawi. Pojawia się również (wreszcie!) całkiem sensowny anioł, którego da się czytać bez zgrzytania zębów i wreszcie ma naprawdę sensowne motywacje. Team Uzjel, bez dwóch zdań. Szkoda tylko, że Wiktoria nie uczy się na własnych błędach, ale cóż poradzić – tym razem jej głupota nie okazuje się aż tak niestrawna jak w poprzednich dwóch tomach.

Generalnie jako podsumowanie całej serii Ja, ocalona sprawdza się całkiem sympatycznie, bo autorka pozamykała pewne, jakby mniej interesujące wątki, nasi główni bohaterowie dostają swoje rozwiązania, a jedyne, czego naprawdę nie mogłam pojąć, to dlaczego Behemot nagle okazał się tygrysem… Jeśli chcecie się zatem zapoznać z całością, osobiście polecam przekartkowanie dwójki i trójki, ot tak, by wiedzieć, o co w tym wszystkim się rozchodziło, a solidnie zabrać się za część ostatnią. I mimo wszystko żywię cichą nadzieję, że pozostanie ostatnią, bo mimo wszystko Wiktorii Biankowskiej i jej dylematów mam już trochę dość.

Katarzyna Miszczuk, Ja, anielica, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Katarzyna Miszczuk, Ja, potępiona, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Katarzyna Miszczuk, Ja, ocalona, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarze recenzenckie!

czwartek, 1 października 2020

Diabelska Sójka. Marysia Sójka

Jak najlepiej zdefiniować Marysię Sójkę? To postać najczęściej kobieca, kompletnie pozbawiona wad (a te nieliczne, które ma, są postrzegane przez otoczenie jako zalety), wszyscy ją uwielbiają, posiada rozmaite nadzwyczajne moce, przyćmiewa urodą wszystkich dookoła (niekoniecznie od razu), a cokolwiek zrobi, jest nadzwyczaj słuszne. Brzmi znajomo? Wprawdzie samo zjawisko wywodzi się z fanfika, ale wygląda na to, że mocno przeniknęło do książek i filmów o teoretycznie lepszej renomie.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ określenie to przyszło mi do głowy praktycznie chyba na 20 stronie powieści Katarzyny Miszczuk Ja, diablica. Jej bohaterka, przeciętna studentka Wiktoria Biankowska, po swojej nieoczekiwanie przedwczesnej śmierci trafia prosto do piekła, gdzie dowiaduje się, że jest wystarczająco dobra, by otrzymać pozycję pracy jako diablica (śmiertelniczki rzadko spotyka podobny zaszczyt – Wiktoria jest drugą w historii ludzkości). Co wchodzi w zakres jej obowiązków? Nic nadzwyczajnego, zaledwie targi o dusze po zejściu danego delikwenta. Ale zaraz… przecież to niemoralne, potępieni smażą się w kotłach… Ano nie w tej wersji – tutaj generalnie panuje luz blues, pełna impreza, każdy robi co chce i co mu najbardziej odpowiada – w efekcie w piekle doskonale odnajduje się nawet typowy moherowy beret, pani Anna Kowalska (i wcale nie tak jak myślicie!).

No dobrze, lecimy dalej. Chałupka naszej Wiktorii w Los Diablos może nie dorównuje obecnej rezydencji księcia Harry’ego i Meghan Markle, ale też jest niczego sobie, nie wspominając już o spektakularnej zawartości szafy. Zresztą, jak się coś nie podoba, zawsze samą myślą można stworzyć kompletnie inną, dla chcącego nic trudnego. Opiekunem Wiki zostaje zabójczo przystojny Beleth, w pobliżu kręci się jeszcze Azazel, a na kumpelę kreuje się niejaka Kleo. Znaczy Kleopatra – ach, ten nosek! Jakby tego było mało, od początku wiemy, że coś nie do końca się zgadza z tą śmiercią panny Biankowskiej…


Powiem szczerze – Wiki jest głupia jak but z lewej nogi, choć całkiem sympatyczna, poczciwa i ma serce na właściwym miejscu. Ale nic dziwnego, musi być niezbyt bystra, by stosunkowo prosta intryga mająca na celu ustalenie, o co tu właściwie chodzi, toczyła się bez specjalnych przeszkód. Przewija nam się w tle Śmierć pijąca herbatkę, kiciuś Behemoth, a także będący wielką miłością dziewczątka kolega ze studiów, niejaki Piotruś. I jakkolwiek możecie się spodziewać, że zaraz zmiażdżę Ja, diablicę bez litości, nieco Was zaskoczę. Czyta się to naprawdę przyjemnie, przynajmniej przez pierwszą połowę, ot, takie sympatyczne opowiadanko o tym, jak balansuje się między piekłem a ziemią, zastanawiającym się przy tym, w co właściwie ubrać się na bal u samego Szatana? Problem zaczyna się w drugiej części powieści, gdzie sytuacja robi się nazbyt chaotyczna, wybory bohaterki doprawdy głupawe (jak przystało na Marysię Sójkę), a niektóre rozwiązania są wręcz żenujące. Próba wprowadzenia scen rodem z kina akcji kompletnie autorce nie wyszła, od początku rozwiązanie musi być tylko jedno, niestety.

W efekcie otrzymujemy wyjątkowo lekką (miejscami aż za) pozycję flirtującą z urban fantasy. Nie powiem, książka okraszona jest sporą dozą humoru różnego (Anna Kowalska moją faworytką), stanowi sympatyczną pozycję na wieczór, kiedy potrzebujemy się po prostu odmóżdżyć i zapomnieć o problemach dnia codziennego. Oczywiście, jeśli będziemy w stanie wytrzymać opkowość fabuły i głównej bohaterki. To idealna książka na raz, bo choć po przeczytaniu pozostaje wrażenie miłej lektury, tak jednak kilka dni później można mieć pewne kłopoty z przypomnieniem sobie poszczególnych szczegółów książki. Jak widać jednak, istnieje całkiem spore zapotrzebowanie na tego typu literaturę, bo Ja, diablica doczekała się kontynuacji (i to nie tylko jednego tomu). Miłe, lekkie, do zapomnienia. W sumie dobre na jesienne wieczory.

Ale cichaczem szepnę, że bez specjalnego wstrętu sięgnę po część drugą – co teraz wymyśli dla tej naszej Wiki autorka?

Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, diablica, wydawnictwo w.a.b., Warszawa 2020.

Dziękuję za egzemplarz recenzencki.

piątek, 23 listopada 2018

Kleszcze i medycyna


Kupiłam przez przypadek książkę. Wystawiałam się na Targach Fantastyki i popełniłam błąd – obeszłam inne stoiska. Usprawiedliwiam się tym, że część nabytków to prezenty grudniowe, ale część jest moja, moja, moja… Jak zawsze, zaniosło mnie do stoiska z książkami, swoją ofertę prezentował między innymi Uroboros, a tam zamierzałam zrobić część świątecznych zakupów (wiecie, że oni mają genialne zniżki na takich eventach? nie, nie jest to wpis sponsorowany…). Tak się akurat złożyło, że kiedy już odłożyłam sobie mały stosik, podpisująca na stoisku autorka zaproponowała, żebym wzięła coś jej. No cóż, czego nie? Tak oto weszłam w posiadanie Szeptuchy Katarzyny Bereniki Miszczuk. 

Zetknęłam się już kiedyś z prozą autorki, pożyczając bodajże Ja, diablicę. Czytało się całkiem przyjemnie, ale właściwie zapomniałam, o czym to było już w kilka dzionków później. Boleć jednak nie bolało tak, bym się na samą myśl otrząsała, więc… Poza tym pomysł naprawdę przesympatyczny, jako że w XXI w. „Polska wciąż jest królestwem rządzonym przez Piastów, Mieszko I jednak nie przyjął chrztu.” Lubię historie alternatywne, a jeszcze w rodzimych okolicznościach przyrody? Oczywiście, że tak! Przyznam jednak, że na samym początku lektury tomiszcze o mały włos nie wylądowało na ścianie, bo oto w pogańskim państwie pojawiają się Góry… Świętokrzyskie. Zrobiłam potężnego facepalma, ale stwierdziłam, że dam jeszcze szansę. I dobrze, bo nazwa jest później wyjaśniona w sposób zdecydowanie satysfakcjonujący.

Dobrze, mamy zatem XXI w. w pogańskiej Polsce. Co się zmienia oprócz systemu wierzeń? Zaskakująco niewiele, bo społeczeństwo znajduje się na tym samym poziomie zaawansowania cywilizacyjnego jak my, pojawiają się wszystkie zdobycze nowoczesnej techniki, a do odległych zakątków Polski docierają pekaesy. Główna bohaterka jest w dodatku z wykształcenia lekarką i wierzy w antybiotyki tak, jak ja w dyrektora Krennica. Rzeczywistość jest zatem niemal identyczna, bies tkwi w szczegółach. Oczywiście chodzi tutaj o system wierzeń – obecni są pogańscy bogowie, ale i ich kapłani, wróżbici oraz tytułowe szeptuchy. Najzabawniejsze, że jak czytam o szeptuchach, to zupełnie nie widzę tej historii alternatywnej, bo przecież na polskich wsiach nadal funkcjonują czasami „wiedzące baby”, a pewną wiedzę przekazuje się z babki na wnuczkę. Ale może dlatego brzmi to wszystko całkiem wiarygodnie.


Wspominałam już, że główna bohaterka, Gosia, jest lekarką, wysłaną na praktyki do takiej właśnie wiejskiej baby. Dostaje lekcję za lekcją, okazuje się, że pozory mylą, a antybiotyki i owszem, są skuteczne, ale ludzie chcą wierzyć w kompletnie inne rzeczy. Generalnie postać z niej wyjątkowo irytująca, a jej obsesja na punkcie kleszczy doprowadzała mnie do szewskiej pasji przez większość książki. Za dużo to jednak za dużo. Co zaskakujące, jej materialne podejście całkiem pasuje do ogólnego klimatu, ale i Tajemnicy (koniecznie przez duże T) z nią związanej. Tajemnicy, która wpłynie na całe życie Gosi… i nie tylko jej. Bo jakkolwiek Gosię ma ochotę rzucić pajęczakom na pożarcie, tak już szeptucha Jarogniewa (dla wszystkich Baba Jaga) czy główny love interest bohaterki, Mieszko, są konkretni, z krwi i kości. Już nie wspominam o przyjaciołach Gosi (Radek jest uroczy), bo urozmaicają całkiem sympatycznie narrację. Przyznam, że szczególną sympatią darzę właśnie Jagę i szczerze się zastanawiam, jak ta postać wpłynie na ciąg dalszy akcji…

Właśnie … Dochodzimy do tego, co mnie najbardziej (prócz fobii Gosi) zdenerwowało w Szeptusze. 400-stronicowe tomiszcze to zaledwie zawiązanie akcji... poznajemy bohaterów, dosyć szybko zresztą wychodzą na jaw ich skrywane sekrety (ciut za szybko w przypadku Mieszka), dowiadujemy się, co ma nastąpić… i koniec tomu I. No do jasnej cholery! Ja rozumiem, że to cykl, ale kończenie powieści w momencie kompletnie i absolutnie nijakim to nie jest najlepsza praktyka, jakiś wątek aż się prosi o rozwiązanie. Problem polega na tym, że w książce pojawia się zaledwie główny wątek i jakkolwiek nie przeszkadza to w samej lekturze, tak w momencie, kiedy powoduje niezbyt przyjemne uczucie niedosytu pod koniec, denerwuje. Bo to nie jest ten niedosyt spowodowany rozwiązaniem pewnej tajemnicy, poczuciem, że coś się skończyło, ale wiadomo, że chcielibyśmy czytać dalej… Nie. To sytuacja, w której zadajemy sobie pytanie „Ale jak to? I co? Tak w połowie akcji?” Oczywiście, można to postrzegać jako pewne posunięcie marketingowe, ale Szeptucha nie jest na tyle pasjonującą książką, bym leciała do sklepu, by nabyć kolejną część, chcąc koniecznie się dowiedzieć, co się później wydarzyło. Dowiem się przy okazji. Drażniące, ale nie w ten pobudzający apetyt mola książkowego sposób.

Nadal pozostaje to jednak całkiem sympatyczna, niewymagająca pozycja, po którą można sięgnąć, jeśli ma się ochotę na niezobowiązujące czytadełko. A ja przy okazji złapię kolejną część, ale pewnie jak sama zawędruje mi w łapki.

Katarzyna Berenika Miszczuk, Szeptucha, wyd. w.a.b., Warszawa 2016.