Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroboros. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 stycznia 2022

Szansa... ale na co?

Julia budzi się w dziwnym ośrodku. Straciła pamięć, nie rozpoznaje własnego imienia, a nawet twarzy w lustrze. Od przypominającej dozorczynię więzienną psycholożki dowiaduje się, że jej rodzice zginęli w pożarze, a ona sama będzie przebywała w tym miejscu do chwili, kiedy nauczy się na nowo funkcjonować, zaakceptuje rzeczywistość. W końca ocalała, dostała od losu „drugą szansę”. Taką nazwę nosi również ów ośrodek, w którym oprócz Julii znajdują się i inni pacjenci, wszyscy starający się nauczyć żyć normalnie, bez znajomości swojej przeszłości. Muszą tylko zaakceptować ową nową, drugą tożsamość, wszystko, co mówią im opiekunowie. Nie jest to łatwe, bo serce i dusza podpowiadają rekonwalescentom, że coś tutaj nie gra.

Dlaczego nie można skontaktować się z kimkolwiek, kto już opuścił ośrodek? Dlaczego jedna z pacjentek zapewnia, że wszyscy zginą? Dlaczego Julia widuje dziwną rudowłosą dziewczynkę? Dlaczego wydaje jej się, że ktoś zwraca się do niej dziwnym przecież imieniem „Karolina”? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wcale się nie pojawiają. Zofia Morulska, terapeutka ośrodka, wręcz zniechęca do ich zadawania, utrzymując, że utrudniają proces dochodzenia do formy. Co jednak się stanie, kiedy Julia i jej kolega Adam postanowią poprowadzić swoje własne śledztwo?

Odpowiedź zaskakuje. Przyznam się szczerze, że dotychczasowe przeczytane przeze mnie powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk traktowałam jako romansidła albo takie pozycje „na raz” (jak w przypadku cyklu o Wiktorii). Po Drugiej szansie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ot, z opisu wyglądało to na czytadełko Young Adult (nie, żeby było w tym jako takim coś złego, niedawno wpadło mi w ręce świetne YA). Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem zgrabnie wykreowała tę ciasną, klaustrofobiczną atmosferę grozy oraz to nieuchwytne poczucie niewiadomego zagrożenia, czyhającego na Julię i jej przyjaciół. Miszczuk podsuwa tropy, na które my – nauczeni wieloma lekturami czytelnicy – rzucamy się z zapamiętaniem, przekonani, że doskonale wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. A jednak nie do końca.

Druga szansa to pozycja zaskakująco mroczna i jeśli ktoś nie chciał po nią sięgnąć, bo był przekonany, że ma do czynienia ze standardową pozycją i bohaterką Katarzyny Miszczuk, straci okazję na poznanie nieco innej odsłony autorki. Wygląda jednak na to, że osób, które poznały perypetie Julii, jest sporo, bo wydanie Uroborosa jest już trzecie z kolei. Co więcej, tą powieścią zainspirował się Netflix i efekt można znaleźć na platformie pod tytułem Otwórz oczy. Kiedy wreszcie uda mi się ogarnąć trochę wolnego czasu, na pewno obejrzę, bo jestem ciekawa, jak też wykorzystano interesujący materiał źródłowy. Czy polecam Drugą szansę? Zdecydowanie tak!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

czwartek, 17 stycznia 2019

Teksty... zaskakujące...


Co stanowi największą wadę i zarazem zaletę zbiorów opowiadań, o których wiemy, że nie są ze sobą powiązane? Odpowiedź jest prosta i dosyć oczywista: różnorodność. To sprawia, że za każdym razem, kiedy rozpoczynamy nowy tekst, mamy nadzieję na nowy świat, nowych bohaterów, nowe kłopoty i nowe doświadczenia. Błogosławieństwo i zarazem klątwa, bo kiedy kogoś pokochamy i chcemy poznać jego przygody, dostajemy coś nowego. Ruszamy na kolejną przygodę, tym bardziej, jeśli po zbiór nie sięgnęliśmy przypadkowo, a zachęciło nas do tego nazwisko autora. 

Dokładnie tak jest w przypadku Pierwszego słowa Marty Kisiel. Z racji zeszłorocznej nieobecności na Falkonie i późniejszego wyjazdu wakacyjnego, mogłam na nim położyć łapki z lekkim opóźnieniem, co napełniało mnie olbrzymim żalem. Dotychczasowe doświadczenie mola książkowego nauczyło mnie bowiem, że pochłonę wszystko, cokolwiek wyszło spod palców Ałtorki i jeszcze poproszę o więcej. Doskonały styl i zbliżone do mojego pokręcone poczucie humoru, cudowni – sympatyczni bądź nie – bohaterowie i przede wszystkim niesamowite, fantastyczne pomysły sprawiają, że każda wyprawa do jej świata to czysta przyjemność.

Nie wszystkie opowieści zawarte w zbiorze Pierwsze słowo są nowe. Blisko połowa została już wcześniej opublikowana, ale w niczym to nie przeszkadza, bo przyznam szczerze, że znałam może ze trzy. Umieszczenie ich w książce umożliwia zatem zapoznanie się nie tylko z nowymi tekstami, ale i tymi starszymi, sięgającymi do 2006 r. Pozwala to też w pewien sposób na docenienie sposobu, w jaki rozwijało się pisarstwo Marty. Niech mi będzie wolno powiedzieć, że w tym zbiorze nie ma słabych opowiadań – są lepsze i gorsze, ale na pewno nie słabe.


Podobnie jak różnorodne są motyle i liście ozdabiające czaszkę na okładce książki (zresztą absolutnie fantastycznej i przykuwającej oko), tak różnorodna jest tematyka tekstów. Wielbiciele lekkiego pióra Ałtorki znajdą tutaj miłe i zabawne opowiadanka, przy których można się po prostu dobrze pośmiać (Rozmowa dyskwalifikacyjna czy cudowne Nawiedziny). Pojawiają się i znani czytelnikom bohaterowie, bo podle i niecnie zamieszczono tutaj także Dożywocie (tak, to jest podstępnie doskonałe posunięcie marketingowe – nie da się tego przeczytać i dowiedziawszy się, że istnieje ciąg dalszy, nie iść grzecznie do księgarni i nie nabyć go drogą kupna), a także nawiązującą do niego Szaławiłę, za którą zresztą Marta otrzymała zeszłoroczną Nagrodę Zajdla. Są i opowiadania, które czasem określam po prostu jako „miła fabułka” (Jadeit, Miasto motyli i mgły), czasami cudownie nawiązujące wręcz do klasyki (W zamku tej nocy). Nie da się jednak określić Pierwszego słowa lekturą łatwą, lekką i przyjemną. O nie. Po przeczytaniu niektórych człowiek musi pomyśleć, zastanowić się, a najlepiej odłożyć książkę chwilowo na bok. Przeżycie Stanisława Kozika (swoją drogą, cudownie przewrotny tytuł!) może wydawać się zabawne, ale jeśli miało się kiedykolwiek styczność z pewną przerażającą kulturą pracy obowiązującą w korporacjach, śmieszne już nie jest. To już nie wyścig szczurów, to coś kompletnie innego, co pojawia się zresztą obecnie i w naszym codziennym życiu, niemal na każdym kroku. Cały świat Dawida napełnił mnie po prostu głębokim smutkiem – zaskakująco, jak wiele i niewiele potrzebujemy, by uszczęśliwić cały nasz mały „świat”, całe nasze otoczenie. Tonący chwyta się brzytwy, a my, małe szaraczki… wszystkiego, zapewne. A wszystko zaczyna się od maleńkiego kroczku. Ale tak naprawdę to tytułowe, choć zamieszczone na samym końcu zbioru Pierwsze słowo mnie po prostu zamurowało. Jest… piękne, okrutne i zmusza do refleksji i zadania pytania: czym właściwie jest miłość, czym jest miłość matczyna. Czasami nie spodziewamy się odpowiedzi. Czasami wręcz nie chcemy jej poznać, bo może się okazać przerażająca.

Przyznam, że nie spodziewałam się takiego tekstu w książce Marty Kisiel, która nawet o sprawach życia i śmierci potrafi pisać w swoisty „lekkawy” sposób. Po dłuższym zastanowieniu muszę jednak powiedzieć, że stanowi jego idealne uzupełnienie, idealne domknięcie zbioru opowiadań. Bo Pierwsze słowo jako całość jest zabawne, urozmaicone, ale także przerażające i bardzo prawdziwe. Pod pięknem świata, radosną lekkością przygód skrywa się to drugie dno, pod motylami i liśćmi skrywa się ludzka czaszka, śmierć, ciemna strona życia. Niewiele zbiorów opowiadań potrafi to pokazać w tak doskonały sposób.

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, wyd. Uroboros, Warszawa 2018.

wtorek, 18 września 2018

Tonąc w...?


Dotychczas kiedy sięgałam po książki Marty Kisiel, spodziewałam się doskonałej rozrywki, radosnych kwików śmiechu i ogólnie lepszego „uczucia w duszy”. Takie są przecież i Dożywocie, i Siła niższa, choć przecież lektura Nomen omen powinna przygotować mnie na coś innego. Tamta historia, choć okraszona różnymi radującymi serducho odniesieniami nie tylko do WoWa, ale i do urozmaicających życie każdego polonisty wydań Biblioteki Narodowej, już nie była taka zabawna. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że dwie pierwsze pozycje to tylko rozrywka, bo i z nich można się wiele nauczyć (to się nazywa doskonała literatura, uczyć bawiąc, Krasicki byłby z Ałtorki szalenie dumny), ale mają nieco inny ciężar gatunkowy. Historia sióstr Bolesnych, Salomei i Niedasia zahaczała już o ciężki okres w historii Wrocławia oraz bardzo mroczne aspekty duszy człowieka i prowokowała czytelnika do przemyślenia kilku rzeczy.

Nie inaczej jest w przypadku Toni. Bohaterki, kobiety z rodziny Sternów, Klara i jej dwie bratanice: Eleonora i Dżusi (znana też jako Justyna) mają nie dość że dosyć napiętą sytuację rodzinną, to jeszcze całkiem sporo problemów na co dzień. Posiadają też specyficzny dar, mogą przeprowadzić zwykłych śmiertelników poprzez rzekę czasu w przeszłość. Brzmi nieźle, prawda? Te wszystkie odkrycia, których można w ten sposób dokonać… Białe plamy w historii, które można nagle wypełnić… Naiwna jestem, nie? Bo oczywiście kolejną opcją są te wszystkie kosztowności, które można odnaleźć. Dar można bowiem wykorzystać i w taki sposób i, jak łatwo się domyślić, tak się staje. Rodzice Eleonory i Dżusi postanawiają zarobić na życie, cofając się w przeszłość i odkrywając, gdzie znajdują się co lepsze kąski pochowane przez uciekających Niemców. Złoto Wrocławia wszak tylko czeka na tych, którzy je odnajdą.


I sobie jeszcze poczeka, bo nic nie jest takie proste, a w drodze po skarb można spodziewać się i konkurentów, i uważających, że mają władzę nad życiem lub śmiercią. Oprócz odkrycia, kto i dlaczego pozostawił Sternów w przeszłości, kobiety muszą dojść do tego, kto sobie rości prawa do tajemnicy prowadzącej do bogactwa. Nie będą jednak same, w sukurs przyjdzie im nietypowy zegarmistrz Gerd, tajemniczy Ramzes, a także nasze stare znajome, siostry Bolesne: Matylda i Jadwiga.

Tylko że podróż w przeszłość i zarazem teraźniejszość to bagno, w którym bardzo łatwo utonąć. Nie mówię tu jednak o „naturalnych” konsekwencjach nieudanej podróży w czasie, utknięcia w przeszłości, zatracenia duszy i zniknięcia ciała. Nie, istnieje gorsza toń – chciwość. Nie zawsze dotyczy ona jedynie złota, obrazów (Sandro cholernego Botticellego) i innych kosztowności… Czasami chodzi o sam fakt, że można. Czasami chodzi o zazdrość. A co gorsza, ta toń jest w nas, tylko czasami sobie nie zdajemy z tego sprawy… aż do momentu, kiedy utoniemy.

Wiecie, co mi się najbardziej w tej książce podoba? To że nie jest na siłę optymistyczna, nie jest też taka lekka, zaskakujące, biorąc pod uwagę wspomniane już pozycje Ałtorki. W pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę określiłby w tym konkretnym przypadku jako happy end i czy taki jest w ogóle możliwy. Odpowiedzi, których sobie udzieli, czasami zaskakują, czasami przerażają.

Czy polecam? Jak najbardziej! Nie będzie to jednak li i tylko rozrywka, ale lektura skłaniająca do rozmyślań. Dłuższych i nie zawsze optymistycznych.

Marta Kisiel, Toń, wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2018.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Ida i Demon


Lubię urban fantasy w znajomych realiach, nic zatem dziwnego, że na drugą część Szamanki od umarlaków czekałam z dużą niecierpliwością. Poprzedni tom przygód Idy Brzezińskiej pozostawił ją w dosyć przełomowym momencie – poprzez niebacznie złożoną przysięgę, szamanka musi uratować duszę Jednookiego Kanibala, jej nemezis, i dostarczyć ją w Zaświaty… Inaczej rozpłynie się w niebycie.

Cóż w tym trudnego, zapytacie? Ano wszystko – dusza, którą musi uratować, została uwięziona w świecie luster Kusiciela, a wejście w tenże świat jest, jak wiemy niemalże od początku poprzedniej książki, wyjątkowo niebezpieczne i może zakończyć się w sposób wysoce nieprzyjemny dla osoby, która tam utknie. Mimo to szamanka władająca dosyć specyficzną magią oraz posiadając wsparcie ze strony Wydziału Opętań i Nawiedzeń nie powinna mieć najmniejszego problemu z przeprowadzeniem tej operacji. Nie powinna, ale…  o czym w takim razie byłby Demon luster?

Szamanka… stanowiła swoiste origin story dla Idy, nic zatem dziwnego, że dużą część książki zajmował opis jej szkolenia, a sam antagonista – Mikołaj, Jednooki Kanibal – kreowany był na tego głównego złego. W Demonie… sprawy się jednak zdecydowanie skomplikują, bo okaże się, że Mikołaj również stał się ofiarą, a by dorwać prawdziwego złoczyńcę, należy pogrążyć się w żmudnej detektywistycznej robocie i czekaniu. A czasu Ida nie ma – wszak złożona przysięga na każdym kroku daje o sobie znać. Tym razem jednak zagadka będzie nieco bardziej skomplikowana niż to, co działo się poprzednio. Należy dojść do tego, kto naprawdę stoi nie tylko za szaleństwem Mikołaja, ale także za dawnymi morderstwami i go unieszkodliwić. Jak się domyślacie, nie będzie to specjalnie proste.



Na szczęście pojawiają się sprzymierzeńcy. Najważniejszym staje się oczywiście poznany w poprzednim tomie Kruchy, poznamy przy okazji odrobinę jego historii i muszę przyznać, że przy tym, jak kreowani są pozostali bohaterowie, ten wątek dał mi nadzieję na pewien twist. Także ciotka Tekla znowu wspomoże swoją niezdyscyplinowaną podopieczną. Cennym nabytkiem okaże się pracownica archiwów Firmy, Kornelia. Problem polega na tym, że oni wszyscy są jakoś tacy… jedną kreską napisani, żadnych wątpliwości, żadnego drugiego dna, bo ten spodziewany twist z Kruchym nigdy nie nastąpił (no dobrze, Tekla nadal mówi o rozmówcy w trzeciej osobie). Dobry zawsze dobrym pozostaje i po lekturze większości powieści pozostaje to w nas tak bardzo ugruntowane, że gdy wydarza się coś, co powinno poddać w wątpliwość zamiary jednej z postaci, domyślamy się, że to ściema. Identycznie jest zresztą z tymi, którzy pragną wyrządzić naszym bohaterom krzywdę, co najbardziej widoczne jest u pewnego złośliwca z WONu. W pewnym momencie stało się to troszkę męczące, nie wytworzyło napięcia, które pewnie powinno. Sytuację zdecydowanie ratuje kreacja naszego Kusiciela i tego, co doprowadziło go do popełniania zbrodni. Tu już nie jest jednoznacznie i bardzo mnie to cieszy. Pomysł stary jak świat, wszak dobrymi chęciami piekło wybrukowano, ale bardzo ładnie napisany.

Największy atut książki stanowi jednak klimat. Niejednokrotnie podczas lektury człowiekowi przebiega po karku dreszcz, a wszystko nakreślono tak plastycznie, że czuje się to zmęczenie i desperację Idy, której życie wyraźnie wisi na włosku. Demoniczna posiadłość, stanowiąca część zagadki, bagienko i uschłe rośliny stanowią wprawdzie klasykę gatunku, ale nijak nie przeszkadza to temu, że widzimy to… i cholernie się boimy. Polecam zwłaszcza scenę z kanarkiem, mistrzostwo! Lustrzane zaświaty zaś, zwłaszcza po ich rozbiciu, mrożą krew w żyłach. To nie tanie horrorzysko (nie żebym ich nie lubiła), gdzie uczucie grozy wywoływane jest przez opisy krwi i flaków, tutaj nastrój kreowany jest wyjątkowo umiejętnie przez słowa.

Demon luster, podobnie jak Szamanka od umarlaków, to bardzo umiejętnie napisana książka. Jednak, choć akcja jest poprowadzona bardzo sprawnie, a tempo pozostawia chwilę na oddech, zdumiewająco łatwo się od Demona… oderwać, nie tylko dlatego, że pada się na twarz i oczy same się kleją. Mimo to – jeśli ktoś szuka porządnego czytadła, bardzo gorąco polecam.

Martyna Raduchowska, Demon luster, Uroboros, Warszawa 2018.