Poprzedni tom przygód Jarogniewy, szeptuchy z Bielin, zakończył się w chwili, gdy udało się pokonać Dziadka Mroza, a szeptucha odkryła, że jest w ciąży. Teraz nadchodzą wiosenne Dziady i próba, którą ma przejść dla Swarożyca, tymczasem każdy jeden dzień wiąże się z dosyć niecodzienną udręką: nadopiekuńczym Mszczujem, który – parafrazując – ciągle dobra pragnąc, ciągle zło czyni. Nie jest ta nasza Jaga przygotowana na bycie partnerką i matką, a częste wizyty boga ognia nie pomagają w ustabilizowaniu rodzinnego – nomen omen – ogniska.
Oczywiście jak zwykle, gdy jedno się sypie, posypie się
wszystko. Nagle okolice Bielin wydają się dotknięte dość dziwną klątwą –
śmiertelnie chorzy nabierają wigoru, zwierzątka, które raczej nie powinny żyć, nagle
hasają sobie bez pewnych części ciała... Czyżby zastrajkowała sama Śmieć? A może
jakieś inne bóstwa postanowiły dać sobie spokój ze swoimi obowiązkami i zrobić
wakacje? Teoretycznie brzmi to całkiem nieźle, ale wszyscy przez lata naoglądaliśmy
się i naczytaliśmy, co się dzieje w takich przypadkach i że dobrze to się nigdy
nie kończy. I choć może to tymczasowo pomóc w niektórych problemach, tak koniec
końców załatwienie tej sprawy również spoczywa na Jadze, której zaczyna
brakować sprzymierzeńców – dobrze, że w ostateczności można liczyć na Barnima i
różne przyjazne stwory.
Oczywiście, każdy kto zna (choćby po łebkach) cykl o szeptusze, wie, jak skończą się niektóre wątki tej opowieści - że nie będzie tu typowego „żyli długo i szczęśliwie”. Fakt, że w jakiś sposób znam zakończenie Swarożyca, nie odbierał mi jednak przyjemności z lektury, bo książka – jak zwykle w przypadku Katarzyny Miszczuk – napisana jest bardzo lekko, nawet te cięższe tematy wchodzą jakoś tak gładko, chociaż wcale nie znaczy to, że są potraktowane lekceważąco – wręcz przeciwnie! I choć praktycznie od razu domyśliłam się, gdzie podziała się rodzanica, nie odebrało mi to w żadnym stopniu przyjemności związanej z tym wątkiem. Bardzo lubię w tym cyklu to, że wszyscy bohaterowie są – nazwijmy to – ludzcy, nawet ci, którzy powinni być lepsi i ponad wszystkie niesnaski. Lubię upartych bogów, pragnących za wszelką cenę postawić na swoim, lubię słowiańskie demony z ich „swojskimi” tożsamościami. Bo to właśnie pozwala zżyć się z bohaterami, pozwala potraktować ich jak znajomych, nawet jeśli niekoniecznie zgadzamy się ze wszystkim, co robią (przypadek Jagi i Mszczuja). A to pozwala też na zaangażowanie emocjonalne i przyznam się bez bicia, że popłakałam się na końcu powieści, a swoiste katharsis zawsze przecież się przyda.
Swarożyc to godne domknięcie przygód Jagi, niespecjalnie
spektakularne, ale i nie na takie liczyłam. W Bielinach dzieją się rzeczy
ważne, ale poprowadzone jakby na skalę lokalną, co sprawia, że łatwiej je zaakceptować
niż ratowanie całego świata w maleńkiej wiosce na zadupiu. I przyznam Wam się jeszcze
do czegoś – mam ochotę odświeżyć cykl o Gosi – pal diabli tę idiotkę, ja chcę
więcej Jagi!
Katarzyna Berenika Miszczuk, Swarożyc, wyd. Mięta,
Warszawa 2025.





