wtorek, 3 marca 2020

Przygoda w słowiańskim stylu!


Pamiętam, jak kiedyś Andrzej Sapkowski strasznie marudził na brak słowiańskiego fantasy. Oczywiście, było to już jakiś czas temu, sam wprowadził wiele rodzimych elementów do wiedźmińskiej sagi, a dzięki sukcesowi gry (no już, Andrzej, nie denerwuj się) przedostały się one także do globalnej kultury masowej. Od tamtego czasu upłynęło jednak trochę wody w Wiśle, sytuacja na rynku wydawniczym w Polsce także nieco się zmieniła i można obecnie znaleźć w księgarniach pozycje spełniające owe wymagania. Jedną z najnowszych powieści, które spokojnie można określić mianem słowiańskiego fantasy, są Żółte ślepia Marcina Mortki.

Główny bohater, Medvid, służy księciu Bolkowi – mowa o władcy, znanym z historii jako Bolesław Chrobry. Książę wielce sobie ceni nietypowego towarzysza, jednak sympatia ta nie jest zbyt powszechna na gnieźnieńskim dworze. Powód prosty – nastają nowe czasy, obcy księża wprowadzają kompletnie nową religię, zaprzeczającą temu, co od zawsze znajdowało się na tych ziemiach, a Medvid… A Medvid nie tylko nie chce jej przyjąć, ale wcale nie kryje się z tym, że wierzy w stare bóstwa i opowieści. Pragnie jednak na książęcym dworze pozostać z bardzo konkretnego powodu, a przy niechęci otoczenia najłatwiej to osiągnąć, zapewniając sobie przychylność tej jedynej osoby, której inni zlekceważyć nie mogą.

Niedługo jednak jego świat przewróci się do góry nogami, kiedy tajemniczy napastnicy porwą nie tylko Bolka, ale i wszystkich mieszkańców gnieźnieńskiego grodu. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to sprawka ani przypadkowych rabusiów, ani germańskich opra…, tfu, najeźdźców, należy zatem do pomocy zaprząc osobę mogącą znać się na zjawiskach obcych nawet Medvidowi. Dołącza do niego wiedźma Gosława, a już niedługo i dosyć nieoczekiwany sojusznik, Osmund. Rozpoczyna się wyścig z czasem i kolejnymi przeszkodami… z tego i innego świata.


Największą zaletą powieści są bohaterowie – napisani soczyście i wiarygodnie, ze swoimi wszystkimi wadami i zaletami. Kochają pasjami, wściekają się doprawdyż ogniście, nade wszystko jednak są dobrymi ludźmi. Pisząc Medvida, Mortka uniknął standardowej pułapki przy tworzeniu protagonisty – to nie jest po prostu dobrotliwy woj, walczący o swoje. Ma swoją mroczniejszą stronę i wcale jej nie ukrywa. Gosława, choć temperamentna we wszystkich tego słowa znaczeniach, a i czasami wredna, jak to wiedźma, ma pewne zasady i się ich trzyma, a jej bronią jest również rozum. Myśli wtedy, gdy narwanego Medvida ponosi gorąca krew. Niemiecki rycerz Osmund zaczyna wprawdzie z pozycji stereotypowego germańca, co to naszych przodków napadał, ale odgrywa ważną rolę w wydarzeniach i powoli się zmienia, w interesujący do obserwowania sposób. Cudownym komicznym elementem staje się domowik, skrzat podążający za towarzystwem i niezmiennie pakujący je w tarapaty – ale z jakim urokiem!

Przygoda, choć trochę generycznie zalatująca standardowym fantasy, napisana jest równie barwnie i z urokiem. Bohaterowie wprawdzie idą i poszukują, ale to nie Władca pierścieni, znajdują rozwiązania całkiem szybko i potrafią rozprawić się z zagrożeniem nie tylko siłą samego oręża, ale i przy pomocy sprytu i wiedzy. Oberwą przy tym nieco nie tylko od przeciwników magicznych, ale i zwykłych namacalnych, bo doczekamy się w Żółtych ślepiach i rozgryweczek politycznych, ciekawszych tym bardziej, że mamy do czynienia z bardzo wczesnymi dziejami Polski, słabo udokumentowanymi, więc autorowi pozostaje bardzo wiele swobody. Oczywiście, pewne rzeczy pozostać muszą, ale reszta… Resztę możemy przyjąć na wiarę, w dodatku z wielką przyjemnością.

Podoba mi się także język – prosty, lekko stylizowany. Szczęśliwie, nie jest to Sienkiewicz, którego bardzo lubię, ale ta góralszczyzna jednak mi przeszkadzała. Niestety, gdzieś tam zaplątały się określenia trochę nieprzystające do XI-wiecznej słowiańszczyzny, bo poważnie wątpię, by wojom wówczas „odbijało”, a i wątpię, by wywodzący się z greki termin „idiota” był jednak powszechnie znany, nie wykluczam jednak, że wynika to z faktu, że miałam do czynienia z egzemplarzem przed ostateczną korektą.

Żółte ślepia to doskonały przykład tego, jak drobna inspiracja historyczna może się rozwinąć się w świetną, pełnoprawną powieść fantasy. Przyjmujemy wykreowaną w książce rzeczywistość bez najmniejszego wahania, bo jest znakomicie opisana, a i tempo wydarzeń nie wymaga od nas czytania z wywieszonym językiem i przypominania sobie tego, co działo się dwie strony temu, bo od tego czasu wydarzyło się jeszcze więcej! Mamy czas na refleksję, zastanowienie, chwilę oddechu przy ognisku nad morzem, pogrążymy się też w mrocznym świecie dusz… Będziemy świadkami porządnych naparzanek… Czego innego chcieć od tego gatunku? Ja jestem całkowicie zadowolona. Rozrywka palce lizać!

Marcin Mortka, Żółte ślepia, wyd. Uroboros, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

środa, 26 lutego 2020

Na jak wiele można sobie pozwolić?


Dwie sieroty muszą opuścić dotychczasowy dom i udać się na drugi koniec kraju/świata, do najbliższego krewnego/krewnej, który się nimi zaopiekuje. Oczywiście, niełatwo im się dostosować, powoli uczą się nowych reguł, poznają innych ludzi, ale zakończenie okaże się dla wszystkich szczęśliwe… Znacie to? Myślę, że każdy z nas zetknął się z tym schematem czy to w literaturze, czy na ekranie.

W Piekielnej głębinie Lindsay Galvin też poznajemy dwie siostry, Aster i Poppy, lecące do swojej ciotki Iony, ich opiekunki po śmierci mamy. Po długiej i męczącej podróży z Anglii do Nowej Zelandii pragną już tylko odpocząć, ale ciotka zaskakuje – wynajęła swoje mieszkanie, więc zaprasza siostrzenice do ekologicznej wioski, w której prowadzi badania. Nie są tam osamotnione –przebywają tam także studenci, uczący się rozmaitych technik przetrwania, również będący obiektem nieokreślonego eksperymentu: specjalne zastrzyki, opaski do monitorowania snu… Siostry stają się też świadkiem nieprzyjemnej sceny między dwoma badaczami. Dzieje się coś dziwnego… ale co? W końcu Aster budzi się na bezludnej wyspie. Zależy jej tylko na jednym: odnalezieniu Poppy.

Mają jednak to szczęście, że ktoś będzie ich szukał. Tym kimś jest towarzysz ostatniego lotu, Sam, który znajduje pewne wskazówki dotyczące losu dziewcząt. Kontaktuje się z lekarzem, próbującym uleczyć chorego na raka dziadka i choć ma pewne wątpliwości, postanawia z nim współpracować – wszystko, by tylko upewnić się, że Poppy i Aster są bezpieczne…


Przyznam, że na początku czytałam Piekielną głębinę z pewnym protekcjonalnym uśmieszkiem, z góry zakładając, co się stanie. W końcu miałam do czynienia nie dość, że ze schematami narracyjnymi starymi jak świat, to jeszcze dość szybko naszkicowanymi postaciami… Niezadługo przekonałam się, jak bardzo się mylę - wcale nie potrzebowałam długich i skomplikowanych charakterystyk bohaterów i okoliczności przyrody, bo też i nie o to chodzi w tej książce. To powieść dla młodzieży, której wcale nie zależy na długim wprowadzeniu, bo i tak zainteresuje się tym, co rozgrywa się wokół Aster, zwłaszcza że opowieść poprowadzona jest w pierwszej osobie, w zrozumiały sposób ograniczając wiedzę narratora. Co więcej – mamy do czynienia z fantastyką, a to także zapowiada pewne wyłamanie się poza ramy zasugerowane na początku.

Fantastyką w większości naukową, wszak mowa o nauce w jej najbardziej klasycznym wydaniu: badaczami, lekarzami, eksperymentami – w końcu upragnionym efektem wszystkich starań ma być lekarstwo na plagę trapiącą całą ludzkość (nie, nie jest to koronawirus…). Co prawda, czytelnik starszy musi w pewnym momencie mocno upewnić się, że zawieszenie niewiary rzeczywiście znajduje się na haczyku tuż za nim, ale nie przeszkadza to bardziej niż w innych powieściach dla młodego czytelnika.

Nie da się ukryć, że powieść jest nieco naiwna, zwłaszcza na końcu, jednak droga prowadząca do takiego właśnie rozwiązania w miarę rozwoju sytuacji komplikuje się, są ofiary oraz mniejsze i większe tragedie. Zło zostaje wprawdzie ukarane (bardzo podobało mi się tutaj poszerzenie definicji osoby złej), ale pozostaje nam pytanie: czy w imię większego dobra można robić pewne rzeczy? Gdzie znajduje się granica, której przekroczyć nie wolno? Mimo lekkiego w gruncie rzeczy tonu opowieści, schematyczności i dość niesamowitych rozwiązań, autorka stawia pytania etyczne i powiem szczerze, że zmusza do zastanowienia się. Doskonale.

To wszystko sprawia, że prosta na początku historia okazuje się nieco bardziej zawiła, a rozwiązanie zagadki skłania do refleksji. Czyni to Piekielną głębinę naprawdę dobrą pozycją dla młodego czytelnika, tym bardziej, że główni bohaterowie są bardzo sympatyczni, a i sceneria ich przygód – rzekłabym, że dosyć wakacyjna – pozwala na chwilę uciec od rzeczywistości. Lekko, przyjemnie, ale nie do końca łatwo. I dobrze, w końcu tak być powinno.

Lindsay Galvin, Piekielna głębina, tłum. Agnieszka i Karol Stefańczykowie, wyd. YA!, Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

niedziela, 16 lutego 2020

Opętanie w imieniu Ojczyzny


Dawid Kowalczyński popełnił błąd. Przegapił egzamin i próbował załatwić sprawę nieco inaczej – w końcu każdy student uzna, że wbicie się do mieszkania profesora i podłożenie pracy to kaszka z mleczkiem, czyż nie? Tyle że czasami można w efekcie wplątać się w niezłą kabałę… Opętania, zlecone samobójstwo delikwenta i tym podobne? Dzień jak co dzień.

Mimo że standardowo świadków likwiduje się bez śladu jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz, Kowalczyński ma szczęście. Okazuje się posiadać predyspozycje kwalifikujące go do służby w siłach, którym się naraził. Odmówić można, czego nie, ale byłaby to ostatnia rzecz w jego życiu. Czysty instynkt przetrwania skłania go do przyjęcia propozycji dość niezwykłej agencji, czuwającej nad bezpieczeństwem kraju w dosyć niezwykły sposób: nadnaturalny. W ramach treningów nauczy się opuszczać swoje ciało, opętywać innych (demonów nie stwierdzono), wpływać na fizyczną rzeczywistość, a wszystko to w imieniu ojczyzny. Staje się astralkerem, agentem działającym w rzeczywistości astralnej.

Towarzyszymy mu podczas pierwszych zleceń, godzin spędzanych w samotności i pracy nad samodoskonaleniem się. Ekscytujące przeżycia, niezliczone możliwości… tajemnica i służby specjalne… Brzmi doskonale, prawda? Tylko że… Tylko że nie.

Jakkolwiek wkurza mnie postać Dawida, muszę przyznać, że jest doskonale przedstawiona, to typowy student, któremu nieoczekiwanie dano możliwości, który nauczył się wbijać do sypialni atrakcyjnej dziewczyny bez obawy bycia wykrytym… Dawid popełnia błędy, bo trudno, by wiedział, jak się poruszać w kompletnie nowym dla niego terenie, tym bardziej, że żywi do swojego nowego pracodawcy niezbyt ciepłe uczucia. To bohater bardzo dobrze dopracowany, a może po prostu napisany w oparciu o własne doświadczenia autora. Niestety, nie da się tego powiedzieć o innych postaciach. Są straszliwie stereotypowe, jakby żywcem wyjęte z dziesiątków książek czy filmów sensacyjnych.

Dokładnie takie same odczucia mam względem właściwie wszystkiego innego w powieści. Incorporea, agencja zatrudniająca naszego bohatera, to typowa zła korporacja, w której może i pracują nieliczni przyzwoici ludzie, ale ewidentnie niezbyt pozytywna. Czasami trzeba się ubrudzić, to oczywiste, nie da się tego uniknąć w takiej robocie, ale dlaczego w tak sztampowy sposób? W dodatku tak naprawdę nie wiemy o niej prawie nic, jest znowu nakreślona przede wszystkim stereotypami. Weźmy pod uwagę choćby jej siedzibę – podziemne poziomy, ale i domki wynajęte na nowym osiedlu, wśród pól golfowych…

Jednak podstawowym problemem tej powieści jest absolutny brak głównego wątku. Oczywiście, można powiedzieć, że po prostu podążamy za głównym bohaterem, śledzimy jego postępy i rolę w kolejnych wydarzeniach. Jednak nawet w takiej sytuacji miło byłoby mieć chociażby najbardziej pretekstowy główny wątek, spajający kolejne epizody, z których w sumie naprawdę niewiele wynika (jak choćby w przypadku obiecującej kwestii podwójnej agentury). W pewnym momencie książka zaczęła mnie po prostu nudzić i doczytałam ją tylko z ciekawości, czy coś z tego wszystkiego w końcu wyniknie. Niestety, zakończenie było jeszcze bardziej rozczarowujące, jakby ucięte w połowie.

Mam wrażenie, że Astralker to szkic powieści, coś, co powinno przeleżakować jeszcze trochę w szufladzie czy na dysku komputera. Może wówczas autor wyrzuciłby kompletnie zbędne epizody, a zdołał jakoś sensowniej połączyć to, co zostanie, bo potencjał zdecydowanie jest. Niestety, to czasami nie wystarczy.

Tomasz Sobiesiek, Astralker, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2019.


czwartek, 6 lutego 2020

Przybysz z innego świata...


Czasami do danej książki prowadzi dosyć specyficzna droga. Jako że nie przepadam za nowszymi pozycjami Stephena Kinga, nie zwracam już kompletnie uwagi na nowości jego autorstwa. W ten sposób przegapiłabym całkiem zacną powieść, w starych dobrych klimatach, które tak uwielbiam. Do sięgnięcia po Outsidera skłonił mnie serial, tak, ten z Benem Mendelsohnem, niespodzianka! Zaczęłam oglądać i chrzanić Benia (znaczy nie chrzanić, ale niemal od razu stał się wartością drugorzędną), wciągnęła mnie sama historia. A skoro na odcinki trzeba czekać, do księgarni marsz!

Jak to zazwyczaj u Kinga bywa, akcja rozgrywa się w niewielkim miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich, choć na tyle dużym, by posiadać chociażby klub ze striptizem czy drużynę futbolową (choć w realiach amerykańskich to drugie jest chyba dość powszechne – poprawcie mnie, jeśli się mylę). Policja znajduje ciało małego chłopca, zgwałconego i zamordowanego. Sprawca był wyjątkowo nieogarnięty, a może lekkomyślny, skoro na miejscu zbrodni pozostawił odciski palców i płyny ustrojowe. Dodatkowo pojawiają się zeznania świadków. Wkrótce staje się jasne, że za wszystko odpowiada trener drużyny Flint City Golden Dragons – Terry Maitland.

Aresztowanie na oczach całego miasta i inne błędy proceduralne nie świadczą dobrze o policji, ale czego wymagać od detektywa, którego syn szkolił się u człowieka podejrzanego o tak obrzydliwą zbrodnię. Niestety, nawet wygadany adwokat Maitlanda nie może zaprzeczyć badaniom DNA. Sprawa robi się dziwna, bo trener twierdzi, że w czasie popełnienia zbrodni znajdował się w kompletnie innym miejscu i ma na to świadków! Co ciekawsze, rzeczywiście tak jest, na jaw wychodzi nagranie ze spotkania z popularnym pisarzem, w którym Maitland bierze aktywny udział. Jednocześnie wiarygodni mieszkańcy miasteczka utrzymują, że widzieli zakrwawionego trenera, zostawiającego samochód z całym mnóstwem śladów świadczących przeciwko niemu, kompletnie niezwracającego uwagi na to, jak dziwne może wydać się jego zachowanie – wyobcowanego, jak gdyby nie nierozpoznającego rozmówców… Zupełnie jakby Terry Maitland istniał w dwóch osobach… Co więcej, rodzinę ofiary ogarnia dziwne szaleństwo. Detektyw Anderson stawia sobie za punkt honoru wyjaśnienie tej niecodziennej sytuacji, gnębiony wyrzutami sumienia.


Jak zwykle u Kinga, znakomicie przedstawione jest samo miasteczko – mieszkańcy nakreśleni są czasami jednym czy dwoma zdaniami, ale przez wypowiedzi lub czyny łatwo możemy sobie wyobrazić całą małą społeczność, ze wszystkimi jej zaletami, choć i wadami – chociaż czasami autor nieco za bardzo wykorzystuje określone stereotypy (jak w przypadku Jacka Hoskinsa). Ostracyzm względem rodziny trenera może wydać się czytelnikowi przykry, ale jeśli zna się takie realia, nietrudno weń uwierzyć. Plotki, niemożność przejścia na drugą stronę ulicy bez spotkania kogoś znajomego, sieć zależności… Wszystko to jest niby drugorzędne względem głównego wątku, a jednak gdyby nie pokazano tego tak dobrze, czegoś by w powieści zabrakło.

Mamy codzienne życie, jak w Miasteczku Salem czy Smętarzu dla zwierzaków, które już wkrótce zostanie zakłócone przez coś nadnaturalnego, coś, co racjonalne umysły muszą odrzucić z założenia, a co jest jedynym rozwiązaniem tej zagadki. Gdyby był to odcinek Supernaturala, Sam i Dean rozwiązaliby zagadkę w pół godzinę, pozostały kwadrans poświęcając kolejnym smętnym gadkom w Impali. To jednak Stephen King, tu wszystko rozwija się powoli, acz bardzo konsekwentnie, zmierzając w stronę finałowej konfrontacji. I jak zawsze – zło u Kinga wykorzystuje to, co ukryte jest w nas samych, nasze lęki, pragnienia i uprzedzenia.

Outsider to doskonała lektura nie tyle dla miłośników horroru, co urban fantasy. Zabójca budzi przerażenie w kontekście swojej bezkarności i sprytu, tego, jak zaadaptował się do określonych warunków, krew nie leje się strumieniami. Tematem książki jest bardziej śledztwo niż groza (choć oczywiście tej nie zabraknie przy czytaniu opisów wyczynów antagonisty powieści), a ono – tocząc się zrazu dość leniwie - pozwala na snucie własnych teorii oraz kibicowanie tej lub innej postaci. Może nawet wielbiciele kryminałów daliby się skusić?

Stephen King, Outsider, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

wtorek, 28 stycznia 2020

Na pograniczu rzeczywistości i tego, co ukryte...


Ukazanie się nowego tomu opowiadań Andrzeja Pilipiuka niezwiązanych z cyklem wędrowyczowskim to dla mnie zawsze zapowiedź bardzo przyjemnej podróży do świata niby naszego, a jednak w pewien sposób tak różniącego się od tego, co widzimy za oknem. Świata, w którym mimo pewnej degrengolady społecznej, ekonomicznej i historycznej zawsze znajdą się jednostki honorowe, kochające przygody i dumne. Nie ma w tym buty i zadufania, a zaledwie jasno wysnuty wniosek z przeszłości.

Nie inaczej będzie i w Przyjacielu człowieka, 11 już tomie historii na pograniczu realizmu i fantastyki. Tym razem otrzymamy zaledwie cztery teksty, jednak wszystkie powiązane są z bohaterami, których już poznaliśmy: Robertem Stormem, doktorem Pawłem Skórzewskim i harcerkom Hydropatii i Halucynacji z warszawskiego państewka księcia Oskara. Historie z ich udziałem gwarantują podróż w zupełnie inne czasy, inną rzeczywistość…

Tak przecież jest w tytułowym Przyjacielu człowieka. Jak już wspominałam, postapokaliptyczny świat poznaliśmy wcześniej – w tomie Litr ciekłego ołowiu. Po zarazie, która wyniszczyła większość ludzkości, dawne mocarstwa upadły, a ocaleli z zagłady na nowo zorganizowali swoją rzeczywistość. Powstały małe i duże państewka, my poznajemy Księstwo Mazowieckie i Lubelskie, a także islamski Kalifat. Wszystko przypomina trochę XVII wiek, choć z późniejszymi wynalazkami i odrobiną wiedzy, trochę w tym wszystkim dawnego feudalizmu. Przeszłość poznaje się raptem przez znaleziska, dawne artefakty. Odnalezienie przez Hydropatię i Halucynację (piękne imiona znalezione w słowniku) nietkniętego schronu z czasów zarazy to zarazem wstęp do dyskursu o roli technologii, sztucznej inteligencji i tego, jak nieoczekiwanie przetrwać mogą najbardziej niespodziewane elementy codzienności. Oczywiście wszystko to okraszono militarnymi zmaganiami na ruinach dawnego Mokotowa i Służewca.


W Innych możliwościach ponownie spotkamy Roberta Storma, warszawskiego badacza przeszłości i kolekcjonera. Tym razem Robert wybierze się w podróż zaczynającą się od Bazaru Różyckiego, a kończącą na jednej z wysepek greckich. Wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi poszukuje dawnej groty wypełnionej starożytnościami, zaginionego dziedzictwa starożytności. Czyta się to opowiadanie znakomicie, możliwe że również dzięki temu, iż Pilipiuk zapomniał na chwilę o podstawowym rysie osobowości Roberta, tj. niekończącemu się narzekaniu na obecną rzeczywistość. Kiedy wprowadzał tego bohatera, było to w jakiś sposób sympatyczne, odróżniało go od obecnych w popkulturze złotych chłopców, obecnie stało się nieco męczące, jako że Storm stał się, jak zakładam, andrzejowym alter ego. Zważywszy na to, iż między autorem a bohaterem jest jakieś 15 lat różnicy, zupełnie to od rzeczy i niespecjalnie mi leży. Teraz jednak, jak już wspominałam, narzekanie jest sprowadzone do minimum i można cieszyć się zagadką, sugestiami i zagadkowym zakończeniem.

Doktor Skórzewski to już stały bywalec pilipiukowych tomów opowiadań – jego przygody zawsze rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, opowieści, legend i solidnych faktów. Tym razem zetkniemy się z nim w dwóch historiach. Pierwsza, Duchy Poveglii, to klasyczny tekst z tym bohaterem. Znajdziemy w nim dawne kuracje, nowe pomysły (tęgich lub nie) umysłów medycyny, ale też i kątem oka spojrzymy za zasłonę, przywołując czasy zarazy w Wenecji. W My, bohaterowie… nie odczujemy jednak tego elementu ponadnaturalnego, no może poza pojawieniem się Instytutu Anneherbe. Będą za to nawiązania do poprzednich przygód Skórzewskiego, eksperymenty i… naziści. Staremu doktorowi i współtowarzyszowi niewoli, doktorowi Weisbaumowi, daleko jednak do Indiany Jonesa, oni załatwiają sprawy… nieco subtelniej i bardziej naukowo.

Wszystkie historie składają się na typowy tom opowieści Pilipiuka: wypełniony przygodami, zagadkami historii, nienazwanym i tym, co nieodkryte, w dodatku ilustrowany niepokojącymi grafikami Pawła Zaręby. Dla mnie to idealna pozycja na długi zimowy wieczór. Jeśli lubicie tego typu niesamowite teksty i generalnie nie przeszkadzają Wam wychodzące gdzieś spomiędzy kart książki poglądy Wielkiego Grafomana, lektura ta będzie samą przyjemnością. Jeśli nie do końca, spróbujcie jeszcze raz. Warto, bo wydaje mi się, że trochę tego mniej w poprzednich tomiszczach. Dla mnie to czysta przyjemność i na pewno gorąco polecam!

Andrzej Pilipiuk, Przyjaciel człowieka, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2020.

wtorek, 14 stycznia 2020

Warszawa zwierzątek


Kiedy przeprowadzałam się do Warszawy, znajomi załamywali ręce, mówiąc coś o brzydocie tego miasta, zabetonowaniu wszystkiego… Jak wiecie, jestem przewodnikiem warszawskim, więc śmiem się z opinią dotyczącą brzydoty zdecydowanie nie zgodzić, jeśli chodzi o zabetonowanie… niestety, ostatnio rzeczywiście wygląda to tak, jakby każdy zakamarek Warszawy miałby być zabudowany apartamentowcami (bo przecież nie zwykłymi blokami). Mieszkam jednak w miejscu dosyć zielonym, mam blisko do Wisły, trochę daleko od Centrum, a to znaczy, że podczas spacerów niejedno mogę wypatrzeć. Zresztą, nie tylko spacerów. „Dzikie” życie Warszawy ma się całkiem nieźle, nie tylko na moim Tarchominie (tak, tak, to tutaj latał ten tygrys!), gdzie lepiej w zimie nie dociskać pedału gazu, by nie wjechać w lochę z warchlakami, ale też w Centrum, wystarczy tylko zajrzeć do Łazienek, by spotkać nie tylko wiewiórki i kaczki (choćby mandarynki), ale i sarnę bądź i łosia. Atrakcji takich dostarcza nam sąsiedztwo Kampinosu.

Wielu rzeczy jednak nie zauważamy. Nie ze złej woli czy braku zainteresowania, ot, czasami należy wiedzieć, w którą stronę spojrzeć, zacząć obserwować, a nie tylko patrzeć. O swoich doświadczeniach z Warszawą dziką pisze Arkadiusz Szafraniec, sam określający się mianem „ekoisty z zamiłowania”. Powiem Wam, że dawno nie czytałam tak wciągającej książki, która tak bardzo otworzyłaby mi oczy na wiele, nie tylko na te wielkie okazy, przecinające mi czasem drogę, a przy okazji napisanej bardzo lekkim, łatwo przyswajalnym językiem.


Autor zapoznaje czytelnika chociażby z ptakami obecnymi na terenie Warszawy, opowiadając również o tych naprawdę ciekawych w raczej niespodziewanych miejscach. Wiedzieliście, że na szczycie Pałacu Kultury gniazdują sokoły? Ja nie wiedziałam. Podobno nad Wisłą licznie spotkać można również bieliki. Ale przeczytamy także o tych nieco bardziej pospolitych: wróblach, sikorkach, wronach, srokach czy gawronach i ich zwyczajach. O tym, jak adaptują się do życia w mieście i gdzie najczęściej znajdują pożywienie. Przyznam, że niektóre nawyki żywieniowe większych skrzydlatych nieco mnie zdumiały i po raz kolejny przekonały, że natura potrafi być bardzo bezwzględna. Jak łatwo się bowiem domyślić, większość ptaków wie, gdzie w mieście można sięgnąć po przekąskę: chociażby w parkach. A jeśli mowa o parkach, to nie sposób nie wspomnieć o Łazienkach.

A co za stworzenie jest najczęściej spotykane w Łazienkach? Tak, wiewiórki! Wiewiórcze mamy muszą się bardzo namęczyć, by ich potomstwo przetrwało w otoczeniu tak wielu żarłocznych ptaków. Zresztą, nie tylko wiewiórcze! W parku otaczającym dawną rezydencję króla Stasia przystań znajduje bowiem wiele drobnych i większych zwierzątek, które przystosowały się bądź próbują się przystosować do nowych warunków. Często to zaledwie goście, docierający tam znad Wisły, przelotem bądź spacerkiem, o ile zdołają się przedrzeć.

Wiewióra łazienkowska.

Nasza dzika nieuregulowana Królowa Rzek i jej brzegi stanowią bowiem raj dla fauny okołowarszawskiej. Szczególnym powodzeniem cieszą się nie tylko jej praskie i białołęckie strony, te dzikie, zarośnięte i fascynujące, ale i okolice lewobrzeżne – kiedy wychodzimy za Żoliborz, do dyspozycji zwierzaków przeróżnych pozostają przecież lasy Bielański i Młociński. Nic dziwnego, że można tam spotkać kaczki (te są wszędzie!), mewy czy kormorany, ale i przemykające się lisy. Zresztą, z tej drogi korzystały także odradzające się powoli w Polsce wilki. Kto wybrał się niejeden raz na spacer brzegami Wisły, ten mógł zaobserwować ślady żerowania bobrów, a także miejsca, w których znajdują się ich żeremie. No i oczywiście dziki! Dziki są wszędzie, ludzie wchodzą z buciorami na ich tereny żerowania, dlatego w krzakach można czasami natknąć się na specjalne urządzenia do ich odłowu. Łosie, sarny… wszystkie czasami pojawiają się na warszawskich ulicach. Warszawa – może i stolica, ale w pełni zezwierzęcona. Bo przecież są jeszcze nasi ulubieńcy – psy, koty czy choćby chomiki, które wyrwały się na wolność. A kiedy przychodzi lato, wszystko bzyczy (ach, te komary!), mieni się w oczach i pracuje skrzętnie!

Tak wygląda pułapka na dziki.

Każdy rozdział to oddzielna gawęda poświęcona jednemu z elementów fauny warszawskiej. Niektóre z nich zebrane są tematycznie – znajdziemy choćby części poświęcone Łazienkom, Wiśle czy Kampinosowi, jednak czasami potraktowane są one zaledwie pretekstowo. To jednak nie teksty podręcznikowe, nie przeczytamy np. o kaczkach w jednym rozdziale, by już do tego tematu nie powrócić. Nie. Szafraniec opowiada o określonych obszarach, biotopach, a przecież wszystkie one ze sobą sąsiadują! Fascynująca lektura, urozmaicona zdjęciami, wprawdzie czarno-białymi, ale przecież potrafimy je sobie pokolorować w wyobraźni.

Warszawa dzika to nie tylko pozycja dla osób zakochanych w stołecznym grodzie, pragnących dowiedzieć się więcej o nietypowych stronach życia w tym mieście. Gorąco polecam ją także rodzicom pragnącym pokazać swoim dzieciom świat piękna i życia nierzadko u naszego progu! Jestem przekonana, że będą zachwycone i nauczą się też tego, co trzeba zrobić, by pomóc go zachować.

Arkadiusz Szafraniec, Warszawa dzika, wyd. Iskry, Warszawa 2019.

czwartek, 2 stycznia 2020

Trupy w Ustce


Co dzieje się w małych, nadmorskich miejscowościach, kiedy przychodzi jesień i ruch turystyczny zamiera? Ano niewiele się dzieje i jeśli zapełniają je zaledwie pensjonaty i hotele, najczęściej stoją zabezpieczone choć opuszczone, czekając na okazyjnych gości lub na następną wiosnę. Są jednak miejsca większe, w których właściciele pensjonatów mieszkają cały rok. Czasami ten „martwy sezon” to dla nich czas odpoczynku, czasami jednak niepokoju o pieniądze i o niepewne jutro.

Taka jesień przypadła w udziale Garstkom: Magdzie i jej babci, Marii. Lato nie rozpieszczało, pogoda nie do końca sprzyjała urlopowiczom, a w dodatku seria nieszczęśliwych wypadków sprawiła, że Ustka zaczęła się źle kojarzyć. Garstki mają duży problem, bo zaciągnięty kredyt trzeba spłacać, tymczasem tak naprawdę nie bardzo jest skąd te fundusze wziąć. Ostatni letnicy jeszcze przebywają w pensjonacie, ale kiedy odjadą… Magda próbuje ratować sytuację, biorąc dodatkowe godziny w kawiarni, ale to tak naprawdę niewiele zmienia…


A będzie gorzej! Do Ustki zjeżdża bowiem ciotka Magdy, Tamara, połamana i chwilowo skazana na wózek inwalidzki oraz jej przyjaciel, Czarek. Pojawia się również kolejna podopieczna Marii, Joanna, ofiara przemocy domowej, która zdobyła się na heroiczny akt ucieczki od męża. Jednocześnie w tajemniczych okolicznościach ginie jeden z gości i teraz należy ustalić, co się z nim stało. Wszyscy podejrzewają zbrodnię, ale dopóki nie znajdzie się ciała, nie ma na to żadnych dowodów… poza żałosnym wyciem psa Łowców Duchów i ich niekończącym się podekscytowaniem – w końcu namierzyli istoty z zaświatów!

Martwy sezon jest zdecydowanie mroczniejszy od Trupa na plaży, co nie oznacza jednak, że sięga dołów kryminału skandynawskiego. Szczęśliwie nie. To nadal historia o zwariowanych Garstkach z przyległościami, na poły kryminalna, na poły obyczajowa. Jednak to, co zostało opisane w pierwszej części, staje się jeszcze bardziej realne w drugiej i choć na wyjaśnienie stanu Joanny łatwo wpaść samemu, w niczym nie umniejsza to tragizmu tej postaci - postaci pięć razy ciekawszej niż Tamara i Czarek, wydający się przede wszystkim kompletnymi klonami Magdy i, szczerze mówiąc, średnio interesujący.

Są jednak zdecydowanie pomocni w rozwikływaniu Zagadki Znikającego Męża, będącej odwróceniem standardowego punktu wyjścia kryminału. Sprawa teoretycznie nie jest skomplikowana, nawarstwia się w niej jednak dużo wątpliwości, a z dnia na dzień domniemany złoczyńca może się posunąć do czegoś znacznie gorszego. Z pewnym rozczarowaniem stwierdzam jednak, że tym razem ta akurat warstwa powieści bawiła mnie jakoś mniej. Nie wiem, może dlatego, że jak w przypadku Joanny, rozwiązanie jest dosyć oczywiste (choć przyznam, że zaskoczyło mnie rozwiązanie głównego dylematu naszych detektywów).

Mimo to przeczytałam Martwy sezon jednym tchem, bo Aneta Jadowska jest pisarką bardzo sprawną, fabuła wciąga, a mimo wspomnianej przewidywalności, pozostają elementy, które wywołują w nas odzew – dobry czy zły… ale na pewno nie da się pozostać wobec nich obojętnym. Dobre czytadło, akurat w sam raz na jesienno-zimowy wieczór.

Aneta Jadowska, Martwy sezon, wyd. SQN, Kraków 2019.