sobota, 6 sierpnia 2022

Przysługi - pierwszy stopień do piekła

Z Wilczą Jagodą pożegnaliśmy się gdy pokonała Śpiącą Królewnę. Jak jednak pamiętacie, by to zrobić, musiała zwrócić się do mniej lub bardziej szemranych sojuszników – nawet tych niechętnych. Ale pomoc oznacza, że czasami zaciąga się długi... a długi, zwłaszcza magiczne, trzeba spłacać.

Gdy zatem z Jagodą kontaktuje się niesławny uczeń czarnoksiężnika, Caleb Blythe, wiedźma nie ma zbyt wielkiego wyboru, musi mu pomóc. Lecz kiedy w progu staje człowiek władający dosyć kontrowersyjnymi mocami, ubabrany krwią od stóp do głów, nic dziwnego, że zaczynają nasuwać się bardzo niewygodne pytania.

Wątpliwości Jagody intensyfikują się po usłyszeniu nieciekawych wiadomości i wizycie Maria z Wydziału ds. Mrocznej Magii – ktoś w okolicy zabija z absolutną bezwzględnością. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że za zbrodnie może być odpowiedzialny demon. Ale co mogłoby sprowokować demona... i czy przypadkiem uczeń czarnoksiężnika nie pojawił się w okolicy mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęły się morderstwa...? I kto kręci się wokół uczennicy Jagody, Sonii? Jak rozplątać ten mroczny krąg zagadek? I kto jeszcze zginie, zanim Wilcza Jagoda dotrze do sedna sprawy?

Świat wykreowany przez Magdalenę Kubasiewicz to fenomenalne, interesujące odbicie zwykłej Warszawy. Magiczne enklawy i dzielnice istnieją tuż obok naszych, zwykłych, co sprawia, że przygody Wilczej Jagody i innych bohaterów wydają się z jednej strony tak namacalne, tak bliskie, a z drugiej wyjątkowo odległe. To kwintesencja urban fantasy, więc jeśli ktoś lubi podobne klimaty, do lektury tego cyklu nie trzeba go będzie namawiać. Jednak same dekoracje nie wystarczą, by przykuć uwagę czytelnika – na szczęście autorka ma znakomite pomysły i nawet jeśli wykorzystuje pewne stereotypy, robi to w często przewrotny sposób. Podsuwa kolejne tropy, o wielu rzeczach czytelnik dowiaduje się równocześnie z postaciami, ma więc szanse na samodzielną próbę rozwiązania zagadki. Kolejne wydarzenia wciągają i sami nawet nie wiemy, kiedy pochłonęliśmy całą książkę. I tak jest zawsze, jeśli chodzi o powieści Magdy Kubasiewicz - ona po prostu ma talent. Bohaterowie przez nią wykreowani są z krwi i kości, mają zalety, ale i rozliczne wady, co sprawia, że łatwiej je „pojąć” i polubić, nawet tych wyjątkowo niesympatycznych, wszystkie są też namacalne, nie papierowe. Nie uświadczymy tu Maryś Sójek, którym połowa wszechświata pada do stóp tylko za to, że istnieją – nawet osoby wybitnie utalentowane są uwikłane w rozliczne problemy, a świat po prostu czasem okazuje się wredny. 

To wszystko sprawia, że drugą (no dobrze, prawie trzecią, biorąc pod uwagę opowiadanie) odsłonę cyklu o Jagodzie Wilczek czyta się po prostu znakomicie. Stanowi przyjemną odskocznię od rzeczywistości – zwłaszcza w te letnie dni. Bawi, ale i uczy – przede wszystkim tego, by nie oceniać po pozorach...

Magdalena Kubasiewicz, Przysługa dla czarnoksiężnika, wyd. SQN, Kraków 2022.

czwartek, 21 lipca 2022

Nowa (?) odsłona Pilipiuka

Wyobraźcie sobie świat geograficznie całkiem podobny do naszego, którego mieszkańcy próbują podnieść się i przetrwać po bliżej nieokreślonej katastrofie. Kiedy się wydarzyła i co się właściwie stało? Na to pierwsze pytanie dokładnej odpowiedzi nie znajdziemy, jeśli chodzi o drugie, możemy się czegoś domyślać. Prawdopodobnie potężna erupcja wulkanu i jej konsekwencje sprawiły, że cywilizacja Przodków podupadła, pozostawiając za sobą zaledwie zrujnowane pozostałości infrastruktury i miast. Potomkowie mogą już tylko odkopywać zaginione skarby i przedmioty użytku codziennego, licząc nie tylko na cenne znaleziska, ale może i okruchy dawnej wiedzy.

Składający je w całość kapłani próbują wprawdzie zrekonstruować dawniejszą mądrość i dowiedzieć się, co się tak naprawdę stało, nie zaniedbują też jednak tego, co dzieje się w teraźniejszości. Z powodu narastającego zagrożenia Arcykapłan kociogłowej bogini postanawia wysłać ekspedycję z misją znalezienia nowego miejsca do osiedlenia się – może uda się odnaleźć innych przedstawicieli ich ludu, odseparowanego już od wielu dekad. W drogę wyruszają zatem młody Dave, jego krewna Tyra, kapłanka Ana, dowódca Nash oraz gołębiarz Mersh i jego syn. Czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa – pytanie tylko, czy są na nie odpowiednio przygotowani...

Andrzej Pilipiuk od zawsze flirtuje z wieloma odmianami fantastyki, a tym razem postanowił zaserwować nam powieść fantasy. Umieścił w niej wiele elementów charakterystycznych dla tego gatunku: magię, nieznane lądy, klasyczny quest, bogów... A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby nie wzmianka o księżycu, porośniętym lasami i poprzecinanym rzekami, to miałabym pewność, że akcja Przetainy rozgrywa się w naszym własnym świecie po katastrofie dorównującej nuklearnej – przyznam szczerze, że dopasowywałam nawet pewne ludy i nazwy do naszej rzeczywistości. Szczególnie intrygujące wydają się wywody naukowe, może i na miejscu w ustach zgłębiającego wiedzę Arcykapłana, ale może niekoniecznie wygłaszane przez lokalnego dostojnika, w gruncie rzeczy zupełnie prostego człowieka. Owszem, są bardzo interesujące, ale w pewnym momencie czytelnik zastanawia się, czy aby na pewno wszystko się tu zgadza – nadmierna ilość ekspozycji zaczyna irytować. Miejscami podejrzewałam, że pewne fragmenty powieści zostały napisane po to, żeby olśnić odbiorcę erudycją autora. Oczywiście, nie jest to jedyny taki przypadek w dorobku Pilipiuka (przychodzą mi tu na myśl ustępy Norweskiego dziennika), ale co jest do przełknięcia w jednej konwencji, niekoniecznie okazuje się właściwe (i dobre) dla innej.

Przyznam, że trochę drażnią mnie również bohaterowie powieści, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanowią takie typowe „kopiuj-wklej” w utworach Pilipiuka. Główny bohater to niemal kopia Roberta Stroma: wykształcony (na ile to możliwe), obyty, mający wiedzę na przedziwne, hermetyczne tematy, złota rączka, tyle że w przeciwieństwie do Storma nie cofa się przed przemocą. Jeśli do tego założymy, że wizerunek na okładce przedstawia właśnie jego, zaczynamy nieśmiało podejrzewać, że stanowi alter ego samego autora, co samo w sobie nie jest złe, ale to już któryś taki bohater. Mamy też szlachetną i cywilizowaną dzikuskę, nieskalaną leliję – nieosiągalną kapłankę, dziewczę, do którego wzdycha nasz Dave... Słowo daję, ja w końcu zrobię takie pilipiukowe bingo!

A jednak przy wszystkich wadach i wtórnościach książkę czyta się znakomicie – podobnie jak mogę słuchać Andrzeja opowiadającego choćby o obieraniu gruli. Czuć, że autor to znakomity gawędziarz i bardzo, bardzo chcemy dowiedzieć się, jak zakończy się ta przygoda. I choć ten finał wydaje się zbyt nagły i płaski, to jednak droga do niego prowadząca okazała się wciągająca. Jak zwykle, jest też i morał: choćby było bardzo ciężko, niebezpiecznie i beznadziejnie, można liczyć na "przetainę” – łaskę od najwyższych, znak, że ktoś czuwa tam gdzieś nad nami... Przynajmniej w moim odczuciu...

Andrzej Pilipiuk, Przetaina, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2022.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Magia, bogowie i Bieliny

Już kiedyś miałam okazję sięgnąć po pozycję z uniwersum Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk i uznałam, że to rzeczywiście przyjemna lektura, choć chciałam zabić główną bohaterkę. Kolejne pozycje z cyklu jednak niespecjalnie do mnie trafiały i jakoś odechciało mi się dalszego czytania. Może to ta niechęć do Gosi... Jednak gdy w roli bohaterki zastąpiła ją Baba Jaga, czyli Jarogniewa, snująca opowieści o czasach młodości, sytuacja uległa zmianie – na lepsze. To już szeptucha zdecydowanie inna, znająca swoje zadania, zakorzeniona na swój sposób nie tylko w tradycji, ale i w lokalnej społeczności, a – co najistotniejsze – pozbawiona dzikiej obsesji na punkcie kleszczy.

Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Jaga popełnia swój największy błąd – a potem (jak u Hitchcocka) jest jeszcze bardziej interesująco. Niezgułowaty Mszczuj ma problemy z rodzicami, ale – jak typowy facet – nie potrafi ich rozwiązać sam, musi do pomocy namówić niechętną z początku szeptuchę. Perypetie i kłopoty związane z niechcianą narzeczoną (a.k.a. Motylkiem) prowadzą do nieoczekiwanych rozwiązań, ale i to zostaje wkrótce przyćmione, gdy okaże się, że klientka Jagi, dla której ona tak się poświęcała, latając z gołym tyłkiem w Noc Kupały, raczyła odejść z tego świata, wcześniej intensywnie korzystając z uwarzonej mikstury. Jakby tego było mało, w życie mieszkańców Bielin i ich szeptuchy znowu zaczynają ingerować znudzeni lub knujący bogowie. I choć niektóre kontakty nawiązywane są na własne życzenie, to ich konsekwencje mogą okazać się opłakane i niespodziewane.

Świat ludzki i boski w cyklu „szeptuchowym” przeplata się zresztą cały czas, co czyni go (w moim odczuciu) takim „rural fantasy” ze świetnym pomysłem. Polska pogańska, ale wcale prze to nie zacofana, zielarki korzystające z dorobku współczesnej medycyny, a na deser rozmaite stwory z wierzeń ludowych tworzą znakomite tło do opowieści o zwyczajnych, wręcz przyziemnych ludzkich namiętnościach. Zmiana bohaterki również wyszła cyklowi na dobre, bo też choć Jaga jest zwykłą kobietą z pewnymi słabościami, to jednak stanowi olbrzymi kontrast z jojcącą co krok Gosławą.

Jedyną wadą Gniewy wydaje mi się wątek Swarożyca i jego zadania, potraktowany nieco po macoszemu, jakby był szkicem, nakreślonym, by „coś tam się w tle działo”. Domyślam się, iż stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnej odsłony przygód Baby Jagi, ale myślę, że powinien zostać zakończony choćby połowicznie.

Niewiele więcej mogę tej książce zarzucić. Czyta się ją absolutnie fantastycznie, wciąga, bawi i uczy (kiedy trzeba). Katarzyna Berenika Miszczuk ma dar snucia opowieści, a z każdą kolejną pozycją rozwija go jeszcze bardziej. Czy polecam? Ależ tak – szczególnie na lato!

PS: I pamiętajcie – nigdy nie róbcie sobie trwałej ondulacji!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Gniewa, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

wtorek, 5 lipca 2022

Opowieści z Krakowem w tle

Wielu znajomych zachwalało antologię Neolegendy krakowskie. Wprawdzie mam już trochę dość zbiorów opowiadań (o czym dobrze wiecie), ale niektórych rekomendacji po prostu nie da się zlekceważyć i tak oto weszłam w posiadanie tego tomiszcza (w dodatku w twardej oprawie!).

Książkę otwierają wstępy... Tak! Nie jeden, nie dwa, ale dokładnie osiem, napisanych nie tylko przez literaturoznawców (w tym zmarłego niedawno, wiele poważanego w fandomie, Mirka Gołuńskiego), ale także autorów piszących teksty o takim klimacie, tworzących opowieści będące nowymi legendami, a przynajmniej mające szansę takimi się stać. Wstępy zawierają nie tylko wyjaśnienie samego pojęcia (zresztą bardzo – moim zdaniem – pobieżne), ale też skupiają się na tym, co obecnie wydaje się legendarne i jak w nowych czasach owe legendy się tworzą; jak najprostsze rzeczy prowadzą do powstania tego rodzaju opowieści i wreszcie jak niewiele trzeba, by taką wykreować (jestem przewodnikiem, coś na ten temat wiem). Legendy pomagają nam oswoić dane miejsce, uczynić go swoim, nadać mu głębszego tła. I nie, nie są tylko opowieściami z odległej przeszłości, powstają cały czas, niemal na naszych oczach...

Antologia zawiera 15 opowiadań, mnóstwo lektury, pozwolę sobie zatem pokrótce je wymienić. I tak zbiór otwiera tekst Pawła Majki, Materiam superabat opus, nawiązujący do znakomitego krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego. To osadzona w alternatywnej rzeczywistości opowieść o ocaleńcach z zagłady i ich wspomnieniach o mieście, o przeszłości, którą pozostawili za sobą, wreszcie o duszy danego zapomnianego świata. Szarkań Lecha Baczyńskiego koncentruje się na przeszłości, z której utkano niejedną legendę: historii Jadwigi Andegaweńskiej (znacie tę o stópce?), wzbogaconej o pewne fantastyczne elementy (i masakrycznie zastosowany współczesny język bohaterki przy stylizacji wszystkich pozostałych – uch, ależ mi to przeszkadzało przy czytaniu!). Katarzyna Ophelia Koćma snuje opowieść o Alei Gąsienic. Poznajemy w niej Edgara Krukowskiego, zjawiającego się w Krakowie, by objąć spadek po nieznanym krewnym i odkrywającego coś bardzo niesamowitego na temat okolicy, w której znajduje się odziedziczony dom. Kompletnie inny klimat przywołuje Michał Tomczyk, przedstawiając w tekście I jeden dzień dłużej apokaliptyczną wizję końca świata z drobnymi przeszkodami, związanymi z pewnymi wydarzeniami z przeszłości.

Inna królewska historia to opowiadanie O tym, jak król Zygmunt przeniósł stolicę do Warszawy, acz jego bohaterem nie jest monarcha, a niejaki (znany skądinąd fanom fantastyki) Michał Sędziwój. Poszukiwania odwiecznego sekretu transmutacji prowadzą nas w różne zakamarki Europy i wikłają w niejedną awanturniczą przygodę. Olga Niziołek w Miastowymiarach krótko, acz treściwie przedstawia świata widziany z kilku perspektyw i historię pewnego ruchu oporu. W niewesołym Smokołapie Adam Groth przydaje naszej rzeczywistości magicznych elementów w postaci niecodziennych szkodników – wszak bohaterowi w piwnicy zalęgł się smok! Niesamowite stworzenia pojawiają się także w Czasie mamutów Agnieszki Bar, opartej na faktach opowieści o odkryciu dokonanym pod kopcem Kościuszki i jego niesamowitych konsekwencji. Także Kazimierz Kyrcz Jr. opisuje pewne niespotykane stworzenia, zabierając nas na spotkanie z dość nietypowymi mieszkańcami miasta w Żywych skamielinach.

Do kolejnej legendarnej historii (i pewnej teorii spiskowej) nawiązuje Paweł Dybała w Zaklinaczu świata i szumu, prowadząc nas nie tylko na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, ale także przenosząc się w przeszłość wraz z hejnałem. Nieco bardziej przyziemna Legenda o Sławku Popromiennym Krzysztofa Rewiuka to zapis kilku miesięcy z życia młodego chłopca, przywołujący klimat lat 80., czasy marzeń o gumie do żucia i obaw po katastrofie czarnobylskiej. Wszystkie grzechy Walerii Schulz wyliczone przez Anetę Pazdan prowadzą nas prosto w bardzo mroczne zakamarki ludzkiej duszy, zrodzone z krakowskiej legendy. Schody Izabeli Grabdy także nawiązują do opowieści związanej z kościółkiem św. Wojciecha na krakowskim rynku, a my mamy okazję się dowiedzieć, jak pozyskać prawdziwą miłość. Michał Stonawski zabiera nas w rejs po Wiśle, tytułowy Ostatni rejs Jonasza. Zaprowadzi nas on do świata duchów, ofiar i pradawnych rytuałów, a wszystko to w cieniu wawelskiego wzgórza. Wreszcie ostatnią, interesującą opowieść, związaną z jednorożcem i odwieczną walką dobra ze złem, przedstawia nam Marcin Tomasiewicz w Piecie, gdzie wraz z głównym bohaterem poznajemy historię miłości i nienawiści.

Będę szczera: nie wiem, co sądzić o tej antologii. To, że teksty są nierówne pod względem literackim, nie stanowi dla mnie żadnego zaskoczenia, bo o tym wielokrotnie już pisałam w wielu recenzjach (choć nadal nie rozumiem, co w książce robią wyjątkowo słabe Żywe skamieliny). Większość trzyma jednak przyzwoity poziom, a kilka jest naprawdę dobrych (moi osobiści faworyci to Pieta oraz Zaklinacz światła i szumu). Jednak niektóre wydają się tam umieszczone zupełnie z przypadku, bo i mogłyby się rozgrywać wszędzie, a Kraków to tylko dekoracja, przywołana po to, by tekst pasował do tematu zbioru – należą do nich Aleja Gąsienic i Miastowymiary, a częściowo też I jeden dzień dłużej. Szczęśliwie przeważają te inspirowane czy to legendarnymi, czy to faktycznymi wydarzeniami z przeszłości Krakowa, a kilka nawet detalami architektonicznymi (Materiam superabat opus i Smokołap). Ale najbardziej przeszkadza mi w tej antologii brak owego poczucia „legendarności” w co najmniej połowie przypadków – to opowiadania lepsze lub gorsze, ale brakuje w nich tej głębi i ponadczasowości sprawiających, że opowieść przekształca się w legendę i najlepiej widać to chyba w przypadku Legendy o Sławku Popromiennym, niezwykle sprawnie napisanego wspomnienia z czasów młodości, jednak – poza tytułem – kompletnie nie przywołującego esencji, którą powinien zawierać taki właśnie gatunkowo tekst. Innym przykładem jest Ostatni rejs Jonasza, znowu - historia wciągająca i ciekawa, ale będąca w moim odczuciu „zaledwie” fantastyką.

Myślę, że gdyby antologia została po prostu zatytułowana Opowieści krakowskie, byłaby dla mnie znacznie bardziej przystępna, bo nie nastawiałabym się na teksty cechujące się czymś więcej niż tylko wykorzystaniem legendarnych i fantastycznych motywów. Jednak stało się inaczej i jestem trochę rozczarowana. A przecież kilka opowiadań było naprawdę znakomitych! Spróbujcie – i podzielcie się potem swoimi wrażeniami!

Neolegendy krakowskie, wyd. Stalker Books, Olsztyn 2021.

I jeszcze legendarna stópka Jadwigi...

czwartek, 16 czerwca 2022

Kto zabił redaktora?

Są miejsca i zawody niebezpieczne z natury... Wiadomo, jak się ktoś zaciąga do policji, różne rzeczy mogą się przydarzyć. Co jednak z redaktorami, na co dzień obcującymi przecież najczęściej ze słowem (ewentualnie autorami i tłumaczami walczącymi o każdą przydawkę i inne takie)? Przecież to wydaje się najbezpieczniejszy zawód świata – chyba że człowieka szlag ciężki trafi na widok kolejnego byka! A jednak! Bywa tak, że biedny praktykant otwiera drzwi do służbowego kibelka, a tu... A tu nagle trup!

No dobra, gdybyśmy byli w „Grze o tron”, nikogo by to nie zdziwiło. Jednak pracownicy wydawnictwa JaMas wydają się mocno zszokowani. Jasne, ofiara, niejaki redaktor Chojnowski, do najmilszych ludzi nie należał, ale jego upierdliwość sprawiała przecież, że książki stawały się znacznie lepsze. Upierdliwość najważniejszą cechą redaktora! Dodatkowo kto przecież chciałby mordować go przed wykonaniem wyro... znaczy jego pracy? Jak mawia grafik Stalówka, będący jednocześnie specem do spraw motania niemowląt w chustach, „Zaciukać redaktora (...) dać się da, ale przed redakcją to raczej bez sensu. Po redakcji to bym jeszcze zrozumiał. Albo w trakcie. Ale przed?”. Dziwne i niespodziewane.

Nieszczęśni policjanci, których los rzucił w mury tego domu wariatów, starszy sierżant Jerzy Pozgonny oraz starszy posterunkowy Michał Mogiła, mają nie lada orzech do zgryzienia, bo oprócz zagadki zamkniętego kibelka i zeszłego z tego świata redaktora, muszą walczyć z wyjątkowo malowniczą ekipą podejrzanych, pracowników wydawnictwa. W końcu czego dobrego można się spodziewać po ludziach odzianych w kiecki we flamingi, sekretarkach i sekretarach oraz kierownikach pecha i świeżo upieczonych praktykantach? Koszmaru każdego śledczego dopełnia zwyczajowa podejrzana, żona denata, tłumaczka chadzająca z dziwną przypinką „Szekspir nie pisał po polsku” i wyjaśniająca zagubionym we mgle stróżom prawa, że to redaktor jest idealnym kandydatem na zimnokrwistego mordercę. Jak działać i jak żyć, skoro do śledztwa miesza się była komendantka, pisarka „momentalna”, a gdzieniegdzie w kałuży świecą gołe klaty?

Opowieści o morderstwie w miejscu pracy to klasyka kryminału, a najlepszym przykładem są chociażby kultowi „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej. Biedni, niezorientowani śledczy staja przed potwornym wyzwaniem zgłębienia nie tylko przeszłości ofiary i alibi potencjalnych sprawców, ale też koniecznością zrozumienia specyfiki pracy w danej firmie oraz tego, dlaczego nie należy ruszać wazonów na balkonie, dlaczego trup krwawi na rolki („Zaplanuj sobie śmierć” Mileny Wojtowicz) i dlaczego w centrum wydawnictwa stoi ołtarzyk ku czci. Zagadka kryminalna w połączeniu z doskonale napisaną komedią obyczajową to czysta przyjemność, a i szansa na zajrzenie za kulisy pewnych określonych branży, bo przecież autorzy zazwyczaj piszą o tym, co całkiem nieźle znają. Podobnie jest też w przypadku Ałtorki, przecież doskonale wiedzącej, jak funkcjonuje wydawnictwo, planującej zapewne niejedną zbrodnię na redaktorach (biedne przydawki!), a znającej z własnego doświadczenia rozmaite praktyki w domu wariatów, jaki stanowi wydawnictwo przed deadline’em. I to wszystko widać! Barwne opisy kolejnych postaci (dziwnie przypominających te skądinąd w środowisku znane) to chyba nawet większy atut powieści niż zagadka kryminalna, która stanowi bardziej drugoplanowy wątek i – tak, oczywiście – ciekawi, ale jednocześnie schodzi na dalszy plan.

Jeśli Kiśl kiedykolwiek zrezygnuje z pisania fantastyki (oby nie!), kariera pisarki kryminałów stoi przed nią otworem, ale to wiemy już od czasów Tereski Trawnej. W obecnych okolicznościach przyrody zdecydowanie potrzebujemy książek lekkich i przyjemnych, a jednocześnie prawdziwie zabawnych i ubarwiających nam te kilka godzin lektury. Jeśli zatem macie ochotę na oderwanie się od rzeczywistości i dobry, terapeutyczny śmiech, sięgnijcie po „Nagle trupa” Marty Kisiel. Gwarantuję znakomity humor nie tylko w trakcie czytania, ale i później. Jest dobrze!

Marta Kisiel, „Nagle trup”, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

PS: Nie czytajcie jednak „Trupa” w miejscach publicznych! Ostatni raz tak na mnie dziwnie patrzono, jak chichotałam nad wizją bakterii trzepoczącej rzęsami, czytając „Lesia”.

 

wtorek, 31 maja 2022

Zabójczyni i rysie

Pamiętacie Nikitę, przyjaciółkę Dory Wilk, zabójczynię na usługach Zakonu Cienia? Poznaliśmy ją w heksalogii, ale jej własne przygody zostały opisane w trylogii zakończonej cztery lata temu, ponadto bohaterka przewijała się przez antologie historii z magicznego świata Anety Jadowskiej. W tym miesiącu fani Nikity mają aż dwa powody do radości – powieść i zbiór opowiadań poświęconych właśnie naszej najemniczce: „Aferę na tuzin rysiów” i „Próby ognia i wody”. Jako że ten drugi tytuł zawiera teksty nawiązujące do „Afery...”, lekturę zdecydowanie należy zacząć od powieści – no, chyba że ktoś preferuje li i tylko formy krótkie.

„Afera...” to pierwszy tom nowej serii zatytułowanej „Kroniki sąsiedzkie”. O jakich sąsiadów chodzi? Ano sąsiadów Nikity, zamieszkującej Warsa, miasto będące magicznym alter ego Warszawy. Państwo Rudeccy, wiedźma i zmiennokształtny, wychowują małe stadko pociech, od czasu do czasu (częściej niż rzadziej) przybierających rozczulającą postać małych rysiów. Jednym z nich jest zaprzyjaźniony z najemniczką Michaś, doskonale wiedzący, kto w okolicy dysponuje olbrzymimi zapasami słodyczy i ma serce na właściwym miejscu. I choć Gloria, mama małego rysia, nie wydaje się zbyt zachwycona ową znajomością, nieoczekiwanie okazuje się ona przydatna, gdy znika nie tylko jej mąż, ale i jego bracia. Trzech silnych zmiennokształtnych nie daje śladu życia? To nigdy nie zapowiada niczego dobrego, a zdają zarówno Nikita, jak i jej partner, Robin, doskonale o tym wiedzą. Niemal od razu śledztwo zawiedzie ich w niebezpieczne miejsce – do Sawy, prawobrzeżnego miasta, gdzie magia oszalała, a władające nią stworzenia narażone są na jej niesłychaną emanację. A ta wyprawa to dopiero początek! Poszukiwania prowadzą w rozmaite mroczne miejsca, a kolejne odpowiedzi wydają się tylko rodzić dalsze pytania...

Jednak zanim do tego wszystkiego doszło, Nikita otrzymała zlecenie, którego konsekwencje pojawiają się na kolejnych kartach „Afery...”. Zostało ono opisane już w „Próbach ognia i wody”, w opowiadaniu „Czym karmię swoje demony?”. Nasza zabójczyni musi ochronić niejaką Stellę Kruk przed jej mężem. Kobieta zamierza wnieść pozew o rozwód, ale zdaje sobie sprawę z tego, że wyprawy do sądu może nie dożyć. Sytuację komplikuje fakt, że Stella nie może opuścić domu i babci, którą się opiekuje. Skąd nadciągnie atak i dlaczego właśnie ta robota doprowadzi do rozdźwięku między Nikitą a jej berserkiem?

Drugim tekstem w zbiorze są „Ręce pełne rysiów”, również nawiązujące do „Afery...”, przedstawiające wydarzenia znane z powieści z nieco innej perspektywy. Jedyny brat Rudecki, który nie zaginął, oraz jego narzeczona, wilczyca Anna, postanawiają odciążyć nieco zrozpaczone i zajęte bratowe Rafała i zająć się dziećmi. Dziećmi będącymi małymi zmiennokształtnymi. Dla Rafała, nauczyciela, to kaszka z mleczkiem, Anna, dotychczas w miarę możliwości unikająca kontaktu z małoletnimi, staje już przed trochę większym wyzwaniem. Jednak ktoś musi się tym zająć, a w końcu wilczyca powinna dać sobie radę z rysiami. Chyba.

W zbiorze znajdziemy też „Haczyki w sercu”, krótkie opowiadanie o stosunkach Nikity i Brynjara. „Haczyki” to tekst o uczuciach, akceptacji i wzajemnym zrozumieniu, spajające niczym klamrą cały tom.

Przyznam Wam się szczerze, że nie byłam zbyt wielką fanką zabójczyni, gdy pojawiła się w serii o Dorze Wilk, a także później, podczas lektury trylogii poświęconej tej bohaterce. Jednak z najemniczką jak ze śledziami (no co, w końcu mamy do czynienia z mitologią skandynawską!), z czasem człowiek uczy się je lubić i doceniać, a u mnie sympatia do Nikity pojawiła się chyba przy opowiadaniach. Chyba to właśnie mały Michaś pozwolił mi przełamać pierwsze lody w tej znajomości. Znany skądinąd motyw zabójcy i małego dziecka „oswoił mi” Nikitę i sprawił, że zaczęłam na nią patrzeć nieco inaczej. Nic więc dziwnego, że teksty traktujące zarówno o najemniczce, jak i o rysiach, musiały mi po prostu podejść. Nie bez znaczenia jest też to, że zwyczajnie uwielbiam koncept Warsa i Sawy, alternatywnych miast tak bardzo różnych od Thornu, gdzie magia jest zwyczajnie zagrożeniem dla mieszkańców i gdzie znajdują się miejsca, w których czas się zatrzymał. Nikita, rysie, zagadki, czarna magia, wiedźmy oraz poszerzenie mitologii WarS(z)awy, a wszystko to nakreślone cudownie lekkim piórem Anety, tworzą całość naprawdę wciągającą i – zaskakująco – przekonującą czytelnika, że każdy nasz czyn ma znaczenie i w ostatecznym rozrachunku warto opowiedzieć się po tej właściwej stronie.

We wstępie autorka pisze, że „Kroniki...” okazały się dla niej sposobem na przeżycie pandemii i po przeczytaniu obu pozycji myślę, że wiem dlaczego. Pomijając już oczywisty fakt skupienia się na pewnej czynności, świat Warsa czasami także okazuje się taką twierdzą, w której (i przed którą) należy się bronić – i nie chodzi tylko o przetrwanie Czkawki! A jednak wszędzie znajdą się osoby pomocne, dobre, nawet (a może zwłaszcza) takie, po których byśmy się tego nie spodziewali. Ostatnie wydarzenia na świecie po prostu sprawiają, że chcemy i możemy w to wierzyć (mimo wszystkich okropieństw), a „Kroniki sąsiedzkie” nas jeszcze w tej wierze umacniają. Zdecydowanie polecam!

Aneta Jadowska, „Afera na tuzin rysiów”, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2022.

Aneta Jadowska, „Próby ognia i wody”, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2022.

sobota, 14 maja 2022

Groza... ale czy na pewno...?

Wiele opowieści rozpoczyna się od otrzymania spadku i tak też dzieje się w przypadku „Pełnika” Anny Lewickiej. Emilia, warszawska prawniczka, pewnego dnia odbiera telefon, którego konsekwencje okazują się dość poważne – oto zmarła jej ciotka, pozostawiając swojej wychowance pięknie położony dom w Kotlinie Kłodzkiej. Dla Emilii może to oznaczać początek czegoś nowego -- planuje odnowić posiadłość i wznowić pensjonatową działalność ciotki Edny. Pojawia się jednak pewien problem: niezbyt miłe przyjęcie w rodzinnym miasteczku. Wszyscy wydają się na nią krzywo patrzeć, traktować jak przeszkodę. Ewidentnie chcą się jej pozbyć i położyć łapy na spadku – burmistrz tytułowego Pełnika wprost oferuje jej niemałą kwotę. Emilka postanawia jednak – na przekór wszystkiemu – zostać i zawalczyć o swoje. Tym bardziej, że w jej życiu pojawiają się nagle dwaj interesujący mężczyźni: Krzysztof i Konstanty. Pierwszy cudownie przyziemny i czuły, drugi dosyć tajemniczy, ale zawsze gotów, by pomóc naszej bohaterce w dowolnych kłopotach. A te powoli się mnożą. Zaginieni w okolicy wędrowcy, tajemnicze miejsca, dziwne tradycje rodzinne... Wokół Emilii zaczyna zaciskać się pętla tajemnic, które należałoby zgłębić. Czy to jednak w ogóle możliwe...?+

Przyznam, że „Pełnik” to moje pierwsze zetknięcie się z autorką, choć Anna Lewicka ma na swoim koncie już Trylogię Mocy i Szału, wydaną również przez wydawnictwo Jaguar. Skusił mnie zarówno napis na okładce, zapowiadający „powieść grozy”, jak i przepiękna okładka. Muszę powiedzieć, że „Pełnik” to ciekawa lektura, choć nie do końca nazwałabym ją właśnie „powieścią grozy”. Przez większość książki miałam wrażenie, że czytam powieść obyczajową z małym dodatkiem nadnaturalnego – ot, może raczej romans paranormalny? Oczywiście, przewijają się tam owe elementy grozy, ale chyba bardziej przywodzą mi na myśl klimaty urban fantasy lub powieść gotycką, a może i to coś, co ostatnio coraz śmielej wkracza do mainstreamu. Nie jest to dla mnie wada, bo tak czy siak są to moje klimaty, jednak ktoś pragnący nieco bardziej przeszywającego „dreszczyku” może się trochę rozczarować, sięgając po tę pozycję w poszukiwaniu horroru. Dla mnie to zdecydowanie połączenie romansu i fantastyki, o delikatnym klimacie powieści gotyckiej.

Jest to również książka bardzo kobieca. „Duh!” – zakrzykną ci, dla których nazwisko na okładce determinuje odbiór treści. W tym przypadku nie chodzi jednak o płeć autora, ale o fakt, że narracja jest poprowdzona w pierwszej osobie i jest to narracja doskonale wyważona, ekspozycja nie wali po głowie ciężkim młotem, a my odpowiednio doceniamy każdy fragment informacji, powoli składany przez Emilię w większą całość.

Mam wrażenie, że to kolejna już powieść fantastyczna osadzona na Dolnym Śląsku i w Karkonoszach i cieszę się z tego bardzo, bo region wydaje się wielce ciekawy, do dzisiaj dla nas jakby obcy. A przecież wystarczy zaledwie kilka wątków z lokalnej mitologii! „Pełnik” w pełni wykorzystuje motyw choćby Rübezahla i przetwarza go w ciekawy, nawet jeśli niezbyt oryginalny sposób (ale tak, wiemy, że od starożytnego Egiptu...). Jak wspominałam, zapowiedzianej grozy nie znajduję w tej powieści aż tak wiele, ale że szukałam czegoś lekkiego, a jednocześnie wciągającego, czuję się usatysfakcjonowana.

Anna Lewicka, „Pełnik”, wyd. Jaguar, Warszawa 2021.