niedziela, 28 maja 2023

Człowiek... czy diabeł?

Graham Masterton jest w naszym kraju znany przede wszystkim ze swoich horrorów (i poradników seksualnych) jednak szeroki krąg jego fanów orientuje się również, iż jest on autorem powieści historycznych (albo przynajmniej osadzonych w historycznych dekoracjach). Nie ukrywam, że sama należę do tego grona, więc mimo iż ostatnie powieści autora mocno mnie rozczarowały (lub straszliwie zniesmaczyły, a zważywszy na specyfikę jego twórczości, jest to mocno zaskakujące), po kolejną książkę sięgnęłam bez większego wahania.

Akcja Szkarłatnej wdowy rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku, a jej bohaterką jest Beatrice Scarlet – kobieta, jak na tamte czasy, bardzo nietypowa. Od dzieciństwa kształcona przede wszystkim w trudnej i wymagającej sztuce aptekarskiej przez swego ojca, po jego śmierci zostaje zmuszona do porzucenia badań w laboratorium i udania się do ciotki, jedynej krewnej, mogącej się nią zaopiekować, a następnie wychodzi za mąż za pastora i wyjeżdża wraz z nim do Ameryki. Beatrice okazuje się być bardzo szczęśliwa w tym związku, a gdy mijają kolejne lata, na świat przychodzi synek państwa Scarlet i wszystko wydaje się układać jak najlepiej. Do czasu.

Oto w osadzie, w której mieszkają, zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, choć z początku nic nie wskazuje na działanie sił nadprzyrodzonych – ot, padają świnie, koń, dzieci chorują, jednak kiedy na scenę wkracza tajemniczy pan Shooks, problemy małej społeczności stają się coraz bardziej skomplikowane i dziwnie zalatują siarką. Czy rzeczywiście pragnie on tylko pomóc, a wysoka cena, której żąda, jest odpowiednią opłatą za utrzymanie złowrogich demonów na wodzy? A może mamy do czynienia z wiedźmami, w końcu wszyscy są świadomi tego, co wydarzyło się nie tak dawno w Salem, a pod ręką znajduje się idealna potencjalna winowajczyni? Jedynie Beatrice, kobieta o niespotykanej wiedzy i otwartym umyśle, może dojść do sedna sprawy i ustalić, czy za wszystkimi tymi wydarzeniami kryje się człowiek... czy diabeł?

Szkarłatna wdowa nie jest może dziełem wybitnym, ale czuć w niej wprawną rękę rzemieślnika, potrafiącego uknuć intrygę i poprowadzić ją tak, by czytelnik – choć domyślający się już rozwiązania – do końca powieści pochłaniał kolejne rozdziały z zapartym tchem. Jak to u Mastertona, postaci nie są może wspaniale napisane, niejednoznaczne czy wyjątkowe, nakreślono je jednak tak, że bez wahania kibicujemy tym walczącym o prawdę i dobro. I choć w książce nie brakuje opisów mocno graficznych, nie stanowią one jej sedna, są ilustracją, nie powodem, dla którego powstała. To powieść nie tylko dla miłośników horrorów, ale także procedurali czy kryminałów. Zdecydowanie polecam!

Graham Masterton, Szkarłatna wdowa, tłum. W. Marcysiak, wyd. Albatros, Warszawa 2022.

sobota, 25 marca 2023

Ach, te małe miasteczka!

Marcin Mortka jest bez wątpienia tytanem pracy. Co kilka miesięcy wychodzą kolejne odsłony jego cykli fantasy, a do tego przecież jeszcze tłumaczy! Jako autor od lat eksperymentuje z różnymi gatunkami i tak, dowiedziałam się dość nieoczekiwanie, że ma w swoim literackim dorobku również horror, a konkretnie nawet dwie powieści, tworzące całość: Miasteczko Nonstead oraz Hellware. Już nieraz wspominałam tutaj, że opowieści straszliwe po prostu uwielbiam, dlatego też – pamiętając, iż powieści Mortki całkiem lubię – już na starcie byłam nastawiona całkiem optymistycznie.

Bohaterem Miasteczka Nonstead jest Nathaniel McCarnish, przybywający do tytułowej miejscowości pozornie bez celu, ot tak – wszak przeżył tam kilka najlepszych dni swojego życia wraz ze swoją dziewczyną, Fioną. Fiona od niego jednak odeszła, więc nasz młody Anglik postanawia powrócić do Nonstead, by przywołać tamte wspomnienia. Ucieka też niejako przed swoim agentem, który nachalnie próbuje zmusić go do napisania drugiej części wielkiego bestselleru, Szeptów, antologii opowiadań grozy. Nathan nie do końca potrafi przed sobą przyznać, dlaczego właściwie tak broni się przed kolejną książką, ale jedno jest pewne – w miasteczku nie zabraknie mu roboty, jeśli chce się skoncentrować na czymś innym. Zaprzyjaźnia się z lokalnym drwalem Skinnerem oraz Anną, miejscową nauczycielką, i już wkrótce przekonuje się, że czasami rzeczywistość przerasta każdą fikcję. Czy jednak rozmaite rzeczy w Nonstead i w okolicy dzieją się same z siebie, czy ktoś nimi steruje?

I tak, Nathanowi i Skinnerowi może się wydawać, że poznali odpowiedzi na swoje pytania i rozwiązali swoje osobiste zagadki, jednak gdy pisarz nagle odzyskuje pamięć i kontrolę nad sobą, stojąc za barem w obskurnym barze pośrodku niczego, oczywistym staje się, że nic tu nie gra. Coś wpłynęło na jego umysł, otumaniło, „zaprogramowało” fałszywe wspomnienia. Wszystkie tropy wydają się znowu prowadzić do Nonstead, więc ponowna wycieczka do małego miasta wydaje się kolejnym oczywistym posunięciem. Pomijając już to, że zna rozmaite lokalne układy, przecież ma tam przyjaciół! Jednak nawet Skinner wydaje się co najmniej dziwny, a i inni mieszkańcy czasem robią coś totalnie sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. Dojście do sedna sprawy nie będzie zatem łatwe... ale czy da się to w ogóle rozplątać?

Olbrzymim atutem Miasteczka Nonstead jest klimat – to niesamowity obraz codzienności, w którą wkraczają elementy nadprzyrodzone, a ich rola i zamiary wcale nie są takie oczywiste. Bohaterowie wydają się kręcić bez celu w poszukiwaniu odpowiedzi, będących tak naprawdę w zasięgu ręki – a może to tylko czytelnikowi się tak wydaje? Wszyscy mają swoje sensowne motywacje, wszyscy odgrywają swoje role w dramacie, którego sprawca i autor obserwuje ich z nieukrywaną, sadystyczną przyjemnością.

Nie inaczej jest w przypadku Hellware, choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo  iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji, Hellware jest kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja nie przypadam za tym poziomem "meta". Napisano to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.Hellware, choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji Hellware staje się kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja jednak nie przepadam za tym poziomem „meta”. Napisane to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę, i rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to straszne. Jeśli macie ochotę na taką literaturę - zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

choć szczerze mówiąc, pierwsza część mogłaby spokojnie obyć się bez dopowiedzenia, pozostając zamkniętą całością, bo mimo iż główny wątek kontynuacji bardzo naturalnie wynika z poprzedniej powieści, to jednak ma kompletnie inny klimat. Tu już źródło zagrożenia nie jest zagadką, problemem staje się unieszkodliwienie go tak, by nie skrzywdzić żadnej niewinnej, zaplątanej w to wszystko istoty. Przy okazji Hellware staje się kolejną odsłoną motywu autora tworzącego coś więcej niż tylko własny świat, a ja jednak nie przepadam za tym poziomem „meta”. Napisane to jednak bardzo solidnie i czyta się dobrze.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę. I rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to strasznej. Jeśli macie ochotę na taką literaturę – zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Sięgając po horror w wykonaniu Marcina Mortki wiedziałam, że istnieje duża szansa, iż się nie zawiodę. I rzeczywiście, obie książki to solidna porcja grozy, tej mniej krwawej, subtelniejszej, a przecież nie mniej przez to strasznej. Jeśli macie ochotę na taką literaturę – zdecydowanie polecam!

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

Marcin Mortka, Hellware, wyd. Videograf, Chorzów 2019.

niedziela, 12 marca 2023

Rural fantasy

Urban fantasy, jak sama nazwa wskazuje, jest głównie urban, akcja powieści z tego gatunku rozgrywa się raczej na terenie rozmaitych miast, które najczęściej posiadają magiczne enklawy – tak jak choćby w przypadku Wilczej Jagody Magdaleny Kubasiewicz czy Thornu Anety Jadowskiej, a także wielu wielu innych. Jednak przecież magiczne przygody mogą rozgrywać się również na wsi – w końcu cóż bardziej naturalnego od wiejskiej mądrej baby, zaklinaczki, szeptuchy...

Chociaż idealną liczbą do utworzenia sabatu wydaje się trójka, czwarta wiedźma na doczepkę to wszak nic złego, jeśli dysponuje odpowiednią mocą! Taką dosyć nieoczekiwaną kombinację tworzą cztery panie z Dechowic: Lucyna, Elżbieta, Mirka i Michalina. Na pierwszy rzut oka wydają się zwyczajnymi mieszkankami miejscowości, gdzie ptaki zawracają ,a asfalt na noc zwijają. Mają rodziny, a jeśli nie dysponują pomocnymi wnukami, to przynajmniej przydatnymi szwagrami, z którymi można nie tylko pić przy oblężeniu Sewastopola. Część wprawdzie wydaje się specyficzna, a w dodatku nieco terroryzuje okolice, ale w końcu kogo nie przeraża teściowa, gdy zjawia się na progu bez zapowiedzi, cała zaaferowana. A że w pobliżu rozgrywa się dużo interesujących wydarzeń... No cóż, przecież to normalne, że w lecie much jest od groma i ciut ciut, i wcale nie ma to nic wspólnego z plagami egipskimi! Pożar i nieoczekiwane gangsterskie wizyty w tym samym czasie, kiedy w okolicy odbywa się zlot miłośniczek medycyny naturalnej? No bywa, w końcu wiosny mamy teraz bardziej suche niż onegdaj...

Przygody czterech wiedźm z założenia miały być zabawną, swojską odpowiedzią na coraz bardziej popularne, wspomniane już urban fantasy, ale tutaj jedna rzecz autorowi wyjątkowo nie wyszła – chodzi mi o ową zabawność. Ilekroć tekst ma być leciutki i dowcipny, nudzi do granic możliwości (Muchostwórca). Przyznam, że w pewnym momencie chciałam już książkę odłożyć, ale postanowiłam jej dać jeszcze jedną szansę. I bardzo dobrze, bo w przypadku potraktowania tematu poważnie jest bardzo dobrze (Dwieście lat, niech żyje nam!). Jeśli przejdziemy do porządku dziennego nad owymi niespecjalnie śmiesznymi wstawkami, pomysły i sam obraz współczesnej wsi okazują się naprawdę zacne. Podobają mi się zwłaszcza postaci drugoplanowe, na czele z Irkiem i Antkiem, a także walniętym Jankiem, które wprowadzają elementy komiczne w sposób absolutnie niewymuszony, zupełnie naturalny. Jeśli autor zrezygnuje z „uwędrowyczowywania” przygód wiedźmiego kwartetu, a powstanie kolejna część jego przygód, sięgnę po nią z dużą przyjemnością.

Piotr Jankowski, Wiedźmy z Dechowic, wyd. Initium, Kraków 2022.

sobota, 25 lutego 2023

Co z tą syrenką?

Magiczna enklawa Warszawy dzieli swoją założycielską legendę z Warszawą ludzi zwyczajnych, tam również pojawia się syrena. I podobnie jak w przypadku „naszego świata”, wersje tej opowieści są rozliczne, choć czasami związane z wielką miłością i tym, że mityczny stwór powróci kiedyś, by bronić miasta. Znowu, również w sercu magicznego terytorium, tak jak w sercu Starego Miasta, stoi posąg syrenki, będący klasycznym punktem orientacyjnym, takim, w którym spotykają się przyjaciele i zakochani. Jedna z tych osób, przypadkiem uczennica panny Wilczek, Sonia, będzie świadkiem pewnego wyjątkowo rzadkiego zjawiska związanego z pomnikiem – otóż od czasu do czas wygłasza on przepowiednie. Tym razem jak zawsze enigmatyczne kilka zdań wspomina o jakimś dziwnym zamykaniu kręgu, do którego nie można dopuścić. Tego typu wróżby mają jednak jedną olbrzymią wadę – są piekielnie enigmatyczne, więc jak zwykle konia z rzędem temu, kto wyjaśni słowa syreny. I choć i gazety, i MAGnet prześcigają się w przypuszczeniach, nikt nie znalazł się ani o krok bliżej od rozwikłania zagadki.

Tymczasem Jagoda Wilczek powoli otrząsa się z wydarzeń kilkunastu ostatnich miesięcy, gdy to przyszło jej ścigać Śpiącą Królewnę i bronić ucznia czarnoksiężnika. Pomaga WMM, wykonuje drobne zlecenia, studiuje kolejne dzieła z bibliotece w enklawie prababki oraz edukuje swoją pilną uczennicę. Życie wreszcie wydaje się w miarę normalne (na ile oczywiście normalne być może w przypadku Wilczej Jagody!). Miłą posiadówkę przy gorącej czekoladzie przerywa jednak telefon od Maria, komendanta WMM, kategorycznie żądającego, by Jagoda przybyła na miejsce zbrodni, by dopomóc w identyfikacji klątwy. I nagle wszystko znów zaczyna wariować, bo oto ktoś morduje magów, by utkać tak potężne zaklęcie, że może zagrozić każdemu w mieście. Jednak to, o co toczy się gra, szybko przerośnie nie tylko możliwości Olchy, ale i samej Jagody, która będzie musiała zwrócić się do diabła wcielonego, czyli babki Joanny.

Trzecia odsłona przygód wiedźmy od klątw absolutnie nie zawodzi, co więcej, poszerza naszą znajomość magicznego świata, dotychczas niebędącego wprawdzie czarno-białym, ale wydającym się działać na nieco bardziej honorowych zasadach niż nasz. Niestety, ludzie są tylko ludźmi, a niezależnie od posiadanych mocy, niektórzy pragną więcej i więcej. I tak czasy pościgu za Śpiącą Królewną, choć dramatyczne, były zdecydowanie bardziej kameralne i „niegroźne” niż to, co szykuje się teraz, na bardzo wiele sposobów. A my na koniec pozostajemy z poczuciem zaspokojenia ciekawości, ale i koniecznością odpowiedzenia na pytanie: kto tu jest największym potworem?

Magdalena Kubasiewicz, Klątwa dla demona, wyd. SQN, Kraków 2023.



poniedziałek, 13 lutego 2023

Koźlaczki kontratakują!

Wizyta w Zielonym Jarze to zawsze przyjemność, ale i wyzwanie. Wszakże miasteczko zamieszkuje szalony klan Koźlaczek, a burmistrzynią jest nie kto inny, a jedna z nich. Jeśli jednak uzbroimy się w odwagę, czekają nas niesamowite przygody – wszak z tymi wiedźmami nie sposób się nudzić!

Mam zatem nadzieję, że nie jesteście uczuleni na koty. W pierwszej historii odegrają one bowiem ważną rolę, przyczyniając się do uwolnienia Aronii z aresztu – wszak przecież tylko ona przed wyborami mogła mieć interes w pozbywaniu się rywali do stołka. Oczywiście, zawsze można by napuścić na komendanta babcię Narcyzę i jej zwariowane kumpele, ale to skończyłoby się niepotrzebną rzezią. Malina rekrutuje więc dwóch Drzewieckich i wyrusza z odsieczą, zgłębiając przy okazji tajemnice szafek w sypialniach prominentnych obywateli miasteczka.

CSI Zielony Jar to mały pikuś przy tym, co odkrywa Malina podczas wizyty w domu kuzynki. Oczywiście, dwie bliźniaczki w pewnym wieku bywają same w sobie powodem do przerażenia, ale jeśli dojdzie do tego słodziutki, przytulasty i krwiożerczy potwór w szafie, sytuacja zaczyna się nieco komplikować. Nie na darmo jednak w żyłach Maliny płynie krew Koźlaczek. Pozostaje jedno pytanie: po dobroci czy siłą?

Takich wątpliwości na pewno nie ma ciotka Maliny, Ruta, zajmująca się wyrobem i sprzedażą ceramiki. Pewnego dnia jej sąsiad, parający się tym samym zajęciem, zostaje potrącony przez ciężarówkę, a jego pracownię i sklep wykupuje wyjątkowo niesympatyczny typ, który zaczyna mało subtelną wojnę podjazdową ze swoją rywalką. Oszczerstwa, ceny dumpingowe, a co gorsza – niszczenie kwiatów doniczkowych – stają się przyczynkiem do nadchodzącej katastrofy. W końcu Ruta to Koźlaczka z tajemnicą!

Może nawet okazałaby się straszniejsza niż babcia Narcyza? Nieee, jej wraz z bandą Harpii nie powstrzymałoby nawet tsunami, a kiedy wszystkie wyruszają na misję, biada temu, kto próbowałby im przeszkodzić! W końcu odnajdują bowiem poszukiwaną od lat znajomą, która ukrywała się przede wszystkim przed nimi do tego stopnia, że znalazła schronienie w mieście całkowicie pozbawionym magii. Co się wydarzyło i co jeszcze się wydarzy? No cóż, na pewno będzie bardzo wybuchowo, w końcu to babcia et consortes!

Rodzinny sabat przydaje się również wtedy, gdy przez pomyłkę (bo przecież nie przez brak okularów!) członkini rodu zamówi pięćdziesiąt kilo przedmiotów lekko nieprzyzwoitych. Choć, rzecz jasna, nie obejdzie się bez wizyty w siedzibie wszelkiego zła, urzędzie celnym.

Historie o Koźlaczkach są, jak już kiedyś wspominałam, balsamem na zbolałą duszę. Ciepłe, pogodne, a zarazem czarowne i szalone opowiadania stanowią doskonałą lekturę na długie zimowe wieczory - ze szklanką dobrej herbaty czy kakao wchodzą najlepiej. Zwariowany klan poradzi sobie w każdej sytuacji magicznej – i nie tylko. I właśnie owo „nie tylko” stało się dla mnie przy tym tomie największym problemem. Wiecie, że uwielbiam kryminały, a urban fantasy tym gatunkiem stoi, lecz mam wrażenie, że w Dopóki mu się ucho nie urwie mariaż potężnego przestępstwa i historii o małej mieścinie nie wyszedł najlepiej – za duży kaliber, a mieszanie do wszystkiego CBŚ sprawiło, że niewiara spadła mi z kołka.

Jest to chyba jednak jedyna poważna wada zbioru. Cuda Wianki bawią, miejscami do łez. Idealna lektura dla kogoś spragnionego odrobiny magii i normalnej „nienormalnej” rodziny, której uroku dodają cudne jak zawsze ilustracje Magdaleny Babińskiej.

Aneta Jadowska, Cuda Wianki, il. M. Babińska, wyd. SQN, Kraków 2022.

środa, 4 stycznia 2023

Powalająca onuca powraca!

Stęskniliście się już za naszym ulubionym egzorcystą? Przyznam, że ja bardzo! Przygody Jakuba mają różne odsłony – lepsze i gorsze – ale jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym się przy nich szczerze nie uśmiała, nawet jeśli czasami zdarza się to rzadziej niż częściej. Jak w takim razie prezentuje się najnowszy tom, Faceci w gumofilcach?

Jedenaście tekstów jak zwykle prowadzi prosto na podwórze zaniedbanego obejścia na Starym Majdanie, gdzie tradycyjnie już spotkamy Jakuba, jego wnuczka Piotrusia, starego Kozaka Semena oraz odwiecznych wrogów Wędrowyczowego rodu – złowrogich Bardaków! Opowiadania są krótsze (Depozyt) i nieco dłuższe (Wajcha), ale nie da się ukryć, że każde kolejne przypomina o smutnym (lub radosnym) fakcie: życie z i obok egzorcysty na pewno nie jest nudne. W zbiorze czekają opowieści o podróżach w czasie, małym ludku funkcjonującym tuż obok nas, portalach międzyplanetarnych, telepatii, istotności dbania o dobre uzębienie i właściwym podejściu do innych. A na końcu wydarzy się coś, co naprawdę przejdzie do historii Jakubowych wyczynów!

Z Wędrowyczem jest tak, że im dłużej czekamy na kolejną odsłonę jego przygód, tym lepsze się okazują. Przyznam, że na pewnym etapie Pilipiukowego zalewu Jakubowych tomików miałam naszego egzorcysty już nieco dość – pewne pomysły na opowiadania były po prostu na siłę i zamiast szczerego chłopskiego rechotu wywoływały u mnie co najwyżej uśmiech politowania. Tym razem, podobnie jak w przypadku Karpie bijem, doskonale się bawiłam przy każdym kolejnym tekście. Oczywiście, jak zawsze, w zbiorze są i lepsze, i gorsze (bezwarunkowo uwielbiam Dentystyczny Batalion Karny, ale Depozyt i Śmieciowy interes są raczej słabe), choć nawet te drugie powstały na bazie całkiem niezgorszego pomysłu (no dobrze, poza Depozytem). Ilustracje Andrzeja Łaskiego tylko dodają im – teoretycznie zbędnego, a jednak jakże wzbogacającego książkę kolorytu!

Oczywiście należy pamiętać, że Jakub i jego przygody nie są dobrem dla każdego. Zawsze twierdzę, iż najlepszy test dla potencjalnego czytelnika stanowią ogłoszenia drobne na okładce. Jeśli teksty w stylu „Z powodu ucieczki za granicę oddam w dobre ręce prężnie działającą sektę religijną” wcale cię nie bawią, lepiej trzymaj się od Wędrowyczowskich perypetii z daleka. Starych fanów egzorcysty pewnie nie trzeba zachęcać do lektury, tym bardziej, że Faceci w gumofilcach są naprawdę zacni! Czytać! Bezwarunkowo. I niezmiennie uważać na tych drani Bardaków – oni na pewno coś knują!

Andrzej Pilipiuk, Faceci w gumofilcach, il. A. Łaski, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2022.

PS: I nie zapominajcie – krowy nie są tym, czym się wydają!

sobota, 19 listopada 2022

Kryminał w różu

Edyta Prusko opuszcza swe mieszkanie we Wrocławiu i udaje się na Wielkanoc do rodziny na drugim końcu Polski, na Podlasiu. Robi to z olbrzymią ulgą, jako że jej małżonek, Rafał Surym, ostatnimi czasy zupełnie nie przypomina mężczyzny, z którym się związała, i Edycie w głowie powoli kiełkuje pewne drastyczne rozwiązanie tego problemu, a nazwa jego rozwód. Jej decyzji wydaje się tylko sprzyjać to, że niemal natychmiast Rafał postanawia się umówić na randkę z nadzwyczaj chętną na przygodę Ulę, jednak budzi się po upojnej kolacji z kompletnym zaćmieniem umysłowym... Tymczasem Ulka nie obudzi się już nigdy i do akcji wkraczają dzielne służby śledcze, działając niejako dwutorowo: stróże prawa w osobach niejakiego Bączka z Wrocławia i Lewczyńskiego z Augustowa próbują rozwiązać zagadkę, która dotyczyć będzie obojga małżonków, co doprowadzi do wmieszania w sprawę rodziny Edyty... A ta jest zdecydowanie niepospolita i miewa najdziksze pomysły, co sprawia, że tytułowe „pruskie baby” w dzielnym sierżancie Bączku wywołują niemal palpitacje serca!

Jednak jedna rozwiązana sprawa wiosny nie czyni, gdyż tuż po rozwikłaniu tajemniczej śmierci Ulki, wschodząca gwiazda wrocławskiej kryminalistyki znowu ma wątpliwą przyjemność badania następnego nieoczekiwanego zabójstwa, które ponownie sprawi, że będzie musiał współpracować z pruskimi babami i przyległościami – w końcu ginie jedna z teściowych zainteresowanych pań! Choć tutaj odpowiedź wydaje się nasuwać sama, tak łatwo się nie wywinie, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że w sprawę może być zamieszany prawdziwy seryjniak!

A ponieważ jak coś się psuje, to zazwyczaj na całego i wszystko, zatem zarówno Bączkowi, jak i Lewczyńskiemu znienacka znowu przydarzy się morderstwo, ba, żeby to jedno! Ofiary zdają się padać trupem jedna z drugą i zdesperowani śledczy już bez zdziwienia przyjmują fakt, że Surymowie i rodzina Prusko wydają się być w to wszystko zamieszani! Czy potencjalnie zbawienna rada – zamknąć ich od razu na cztery spusty – jest rzeczywiście jedynym rozwiązaniem? Ale jak zastosować ją do kobiety w rozterce i z wpływami oraz ofiary zamachu...?

Bohaterowie trylogii Małgorzaty Starosty radzą sobie w tym całym zamieszaniu całkiem nieźle i przy okazji – niemal wszyscy – dostarczają nam okazji do radosnego porykiwania w trakcie lektury. Fantastyczna rodzina Prusko i ich niezwykle ważna dla akcji historia to jednak nie tylko Edyta i jej najbliżsi, a także przyjaciele, bez których życie byłoby nudne – choć może czasem spokojniejsze. Obok barwnych sylwetek Edyty, jej babci Krystyny, mamy Basi, sióstr bliźniaczek, taty z jeszcze bardziej zakręconą familią czy choćby Henryka z jego kontaktami i Rafałowych ciężkich na co dzień najbliższych, niemal od razu łapiemy szybki kontakt choćby z Patinką i bandą szalonych przyjaciółek oraz boskim kucharzem Emilem, który – choć czasami nieco gwiazdorzy – to jednak ma do tego wszelkie prawo, a jego zamiłowanie do plotek pomaga rozwiązać niejedną zagadkę! Cała ekipa nie jest, rzecz jasna, pozbawiona wad, ale i one dają się (czasami) wybaczyć, a już zdecydowanie ubarwiają codzienną egzystencję – co zapewne wydaje się nie do zniesienia dla naszych ulubionych śledczych!

Bo przecież trylogia Pruskich bab to właśnie komedia kryminalna, nie obyczajówka! Osią wszystkich książek są morderstwa, a wszystko inne dzieje się jakby dookoła, obok głównego wątku. I choć na równi z bohaterami pragniemy owe tajemnice rozwikłać, nie jest to łatwe, bo najważniejsze informacje są dawkowane dosyć oszczędnie i nawet najbardziej zaprawiony w bojach miłośnik kryminałów może mieć pewien problem z rozwiązaniem niektórych zagadek – również ze względu na to, że pewne tropy wydają się nieco zbyt wymyślne, choć nie napiszę „niewiarygodne”, bo życie pisze przecież najdziwniejsze scenariusze.

Szkoda, że wydawca trylogii wyrządził autorce wielką krzywkę, projektując okładki w kolorze różowym (z czego zresztą bohaterowie robią sobie w przypływie jasnowidzenia jaja) i zdobiąc je starymi zdjęciami, sugerującymi, iż czytelnik ma do czynienia raczej z sagą rodzinną niż kryminałem, a to niewątpliwie mogło się niekorzystnie przełożyć na odbiór lub sprzedaż tytułu. Przyznam szczerze, że ja akurat sagi rodzinne lubię i odkrycie, że to jednak komedia kryminalna niecno mnie zaskoczyło, acz nie odrzuciło, ale przecież nie każdy fan obyczajówek lubi kryminały, a fan kryminałów na ogół nie sięgnie po różowe okładki. Szkoda, bo książki są zabawne i zdecydowanie godne uwagi. A że idą Święta, to może warto sprawić komuś ciekawy i zacny upominek w formie trylogii?

Małgorzata Starosta, Pruskie baby, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Wesela nie będzie, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Kwestia czasu, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

PS: Chociaż uważam, że rozwiązanie wątku Rafała jest pójściem na łatwiznę! O!