piątek, 5 lipca 2024

W magiczną, długą noc...

Wreszcie udało mi się przeczytać książkę o właściwej porze roku! Właśnie minęła bowiem Noc Kupały, kto miał szukać, ten szukał – może też i znalazł... A co? No oczywiście, że kwiat paproci!

Taki tytuł nosi bowiem antologia wydawnictwa Mięta, do której zaproszono dziesięć autorek: Paulinę Hendel, Anetę Jadowską, Martę Kisiel, Martę Krajewską, Agnieszkę Kulbat, Katarzynę Berenikę Miszczuk, Martynę Raduchowską, Jagnę Rolską, Małgorzatą Starostę i Annę Szumacher. Spod ich piór wyszło dziesięć opowieści, mniej lub bardziej nawiązujących do słowiańskich klimatów, a czasami też umożliwiających czytelnikom wizytę u bohaterów, których znamy z rozmaitych cyklów.

Paulina Hendel zaprasza nas w odwiedziny u Egona, którego prześladuje upierdliwa sąsiadka, zawracająca głowę i przynosząca pączki. I jakkolwiek pączki mogłyby zostać, tak Egon na czcze rozmowy kompletnie nie ma czasu, bo ktoś musi rozprawić z mieszkającymi w okolicy słowiańskimi demonami. Jak sobie zatem poradzi? Łatwo na pewno nie będzie!

Sezon na nowożeńców Anety Jadowskiej to powrót do Thornu, a przynajmniej w jego okolice. Będziemy mieli okazję ponownie spotkać Dorę Wilk i przeżyć wraz z nią kolejną przygodę, rozgrywającą się w dość nietypowej scenerii ośrodka przyjmującego głównie pary i przeważnie na miesiąc miodowy (pierwszy lub nasty). Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie zapraszałby tam Namiestniczki, więc – jak łatwo się domyślić – właścicielka przybytku ma kłopoty. Goście znikają, a to nie wróży nic dobrego. Dora musi zatem użyć swoich rozlicznych talentów i dotrzeć do sedna problemu.

Ze starą znajomą spotkamy się także w Kukuku Marty Kisiel. Jeśli pamiętacie cykl o wrocławskich mojrach, z radością poznacie wcześniejsze przygody Jagi Tupatajkowej, szykującej się na polecenie lokalnego kaowca do obchodów sobótki. Jednak w taką magiczną noc należy być ostrożnym, bo można obudzić to, czego obudzić się nie chce.

Maliny na śniegu Marty Krajewskiej to wycieczka do średniowiecza, a może raczej krainy fantasy, opwiadająca o losach Nieradki, żony smolarza. Jej codzienność to typowa codzienność kobiety w miejscach odosobnionych i zapomnianych, w dodatku w sytuacji, kiedy jest całkowicie zależna od męża. Zdobywa jednak bardzo nieoczekiwanego sojusznika i... coś się zmieni.

Tekst Agnieszki Kulbat również pozostaje w klimacie słowiańskim, będziemy mieli do czynienia z wojami, pięknymi dziewojami, ale też emocjami i chęcią zemsty – nie zawsze na tym, kogo ta zemsta powinna dosięgnąć. Podobnie u Martyny Raduchowskiej, choć to bardziej klasyczne fantasy opowiadające o odległych krainach i niesamowitych stworzeniach, a także o tym, do czego może się posunąć człowiek zazdrosny, pożądający tego, co jego być nie może.

Wraz z Noc nas tu zastanie Katarzyny Bereniki Miszczuk wrócimy jednak do okoliczności nieco bardziej współczesnych, a już na pewno do bardziej współczesnych form rozrywki, bo nie bez powodu na początku opowiadania została przytoczona definicja slashera. Podejrzewam nieśmiało, że po przeczytaniu tego tekstu każdy będzie się zwijał ze szlaku przed zmrokiem...

Wiedźmi kamień Jagny Rolskiej przeniesie nas znowu w bardziej historyczne dekoracje, na Hel w 1878 r., do wsi bogobojnych rybaków i ich wyrozumiałego duszpasterza. Niesamowity dar umożliwi mu zajrzenie na drugą stronę... czy to jednak dobrze? A może istnieje coś, dla czego zdecydowanie warto zaryzykować?

Do starych znajomych zajrzymy również w tekście Małgorzaty Starosty, gdzie wrócimy do szalonego Babiboru i jego nie mniej zwariowanych mieszkańców, przygotowujących się do świętowania Kupały, oczywiście z księdzem i batiuszką na czele! Równie współcześnie, choć nieco inaczej, jest w przypadku Na kwiatu urok Anny Szumacher, gdy niejaki Szymon, uporządkowany pracownik korporacji, musi się zmierzyć z nieoczekiwanymi konsekwencjami magicznej nocy.

Stali bywalcy Rozdroży wiedzą, że do antologii podchodzę stosunkowo ostrożnie, jednak Kwiat paproci mogę zdecydowanie, z czystym sercem polecić. Nawet najsłabsze teksty zbioru (a to dla mnie Na kwiatu urok i REM-X) czyta się bezboleśnie, a wręcz zaskakują. Bardzo ucieszył mnie powrót Jagi Tupatajkowej, bo cykl wrocławski kocham miłością szczerą i prawdziwą, niesamowicie z kolei zadziwiła mnie Kasia Miszczuk, po której wcale nie spodziewałam się tak udanego opowiadania grozy! Wiecie, że lubię jej powieści, ale odbiegają one jednak nieco klimatem od tego, co zaserwowała nam w Noc nas tu zastanie. Naprawdę, jestem szczerze zaskoczona tym, jak wyrównany poziom mają te teksty i nawet jeśli ich akcja rozgrywa się w niekoniecznie lubianym przeze mnie settingu, zapominałam o tym już po kilku stronach, pochłonięta losami bohaterek i bohaterów.

A zatem czytajcie! Zwłaszcza teraz, kiedy dni ciągle są długie!

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie, wyd. Mięta, Warszawa 2023.

środa, 26 czerwca 2024

Spadek z trupami

Życie Niny uległo pewnej słodko-gorzkiej odmianie. Zupełnie nieoczekiwanie stała się właścicielką domu, jednak został jej on zapisany w testamencie, a dobrodziejka, Lula, najlepsza przyjaciółka i podopieczna dziewczyny, właśnie odeszła. Nina zaczyna zatem kompletnie nowy etap w życiu, jedzie w okolice Ustki, by obejrzeć stojącą samotnie w lesie posiadłość Uklejów. Dom jak dom, nic nie straszy, wymaga tylko pewnych nakładów finansowych, choć można już też w nim zamieszkać. Dziewczyna skwapliwie korzysta z tej sposobności, kładzie się spać, zmęczona po niemiłych przygodach z PKP (Powoli K....a Powoli, sami wiecie), gdy w nocy nieoczekiwanie pojawia się jakiś dziwny typek, niekoniecznie cały na biało, i pragnie... no, co najmniej ją przegonić. Pada jednak ofiarą rozwiechutanych schodów i to prowadzi do przymusowej wizyty policji, pogotowia i straży pożarnej, a Nina staje się obiektem zainteresowania dzielnych stróżów prawa.

Szczęśliwie, nie zostaje z tym wszystkim sama. Nie dość, że pewien strażak ewidentnie bardzo chętnie pomoże jej z każdym problemem, to jeszcze na miejscu pojawiają się dwie przyjaciółki naszej spadkobierczyni: Agata, gwiazda kryminałów, i Zuza, autorka pikantnych romansów. Z taką obstawą można nie tylko konie kraść, ale i rozwiązywać nietypowe problemy, terroryzować lokalną policję i robić remont. Trzy Gracje w komplecie są nie do pokonania, biada temu, kto próbuje wejść im w drogę, bo potęga porządnego researchu to naprawdę coś! Dlaczego jednak cały czas ktoś próbuje się dostać do domu i do kogo należała ta zastarzała krew, znaleziona przy przeszukaniu?

Tajemnica domu Uklejów to kolejny kryminał pióra Anety Jadowskiej i, podobnie jak seria o Garstkach, jest kompletnie zakręcony. Nowi (i starzy) bohaterowie wywołują u nas albo olbrzymią sympatię, albo chęć uduszenia ich na miejscu – zdecydowanie nie pozostawiają obojętnymi! To taka przeurocza obyczajówka o przyjaźni, przywiązaniu i nadziei, ale nieco mniej sam kryminał. Oczywiście, mamy trupy i liczne pytania, z którymi książka nas zostawia, jednak odnoszę wrażenie, że są one zaledwie pretekstem do przedstawienia zajebistości Gracji: bez nich również moglibyśmy poznać te szalone dziewczyny, choć pewnie od nieco mniej zakręconej strony. Nie potrafię tego do końca sprecyzować, ale naprawdę wydaje mi się, jakby ta warstwa kryminalna nieco kulała. Wcale nie przeszkadza mi to w dobrej zabawie, żeby nie było, ale gdzieś tam coś mnie uwierało, zwłaszcza na końcu, kiedy teoretycznie coś się wyjaśnia, a tak naprawdę nie wyjaśnia się nic. Czuję dosyć spory niedosyt w tej kwestii, mimo że książka naprawdę wciąga, jest zabawna i na pewno sięgnę po kolejny tom, bo przecież muszę poznać rozwiązanie zagadki!

Nina i jej przyjaciółki stały się bowiem bohaterkami kolejnego cyklu autorki – cyklu celebrującego przede wszystkim lojalność i kobiecą przyjaźń. Nie bez powodu akcja wraca do Ustki! Cieszę się bardzo, że książka stała się pewną odskocznią w koszmarnym okresie życia Anety i że przyjaźń jest właśnie tym, na czym może polegać. To widać na każdej stronie i w każdym słowie. Oby tylko więcej takich relacji! I pamiętajcie – przeczytajcie Posłowie, nawet jeśli zazwyczaj tego nie robicie, i spełnijcie zawartą w nim prośbę. Nigdy nie wiemy, co nas czeka i na co tak naprawdę można w życiu liczyć.

Aneta Jadowska, Tajemnica domu Uklejów, wyd. SQN, Kraków 2024.

poniedziałek, 10 czerwca 2024

Wakacje z magami

Kto z nas nie mógł/nie może doczekać się wakacji? To zdecydowanie nie to samo, co urlop! Dwa miesiące laby, czasem w domu, czasem u rodziny, a czasem hen, za górami i lasami! Wakacji nie może doczekać się też Magda, bohaterka powieści – co roku wyjeżdża do swojej babci na całe dwa miesiące i praktycznie ratuje jej to poczytalność! Czyżby rodzinka była nie do wytrzymania? No cóż, wiadomo, jak to z młodszym rodzeństwem bywa, ale same psoty to przecież tak naprawdę nic i można się do nich przyzwyczaić. Jest jednak coś gorszego – Magda bowiem posiada pewne magiczne zdolności – potrafi czytać w myślach. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak ciężko funkcjonować takiej osobie na co dzień, w tłumie, a nawet w domu, z nader ekspresywnymi bratem i siostrą (dobrze, że starsza jest raczej spokojna!). Jednak magiczny świat to nie Hogwart, Magda musi utrzymywać swoje talenty w tajemnicy, by nie dowiedzieli się o tym zwykli śmiertelnicy – świat Iskier musi pozostać przed nimi ukryty. Szczęśliwie są ludzie, którzy ją rozumieją – tata i babcia, również władający pewnymi niecodziennymi talentami. Z tego względu potrafią wyciszyć swoje umysły, a to daje Magdzie ten wyczekiwany odpoczynek...

Ale nie w tym roku! Babcia zostaje bowiem wysłana przez Radę Iskier na specjalną misję i dziewczynka musi pojechać wraz z rodzina na kemping. Do grona nadaktywnych dzieciaków dołączą zatem kolejne! A jakby tego było mało, w okolicy pojawiają się potwory i demony uciekające z rezerwatów. Coś wydaje się także nadmiernie przyglądać rodzinie, a wokoło dzieją się bardzo dziwne rzeczy – w końcu nikt nikomu nie wmówi, że ożywający dmuchany krokodyl to wakacyjna norma! Utopce, demony, wampiry, a do tego skradziony bezcenny artefakt. Szaleństwo, nie wakacje!

Choć akcja Wakacji pełnych magii rozgrywa się w znanym już co poniektórym świecie Iskier Kasi Wierzbickiej, jest to pozycja zupełnie niezależna i nawet osoba, która go nie poznała, nie będzie miała najmniejszego problemu ze zorientowaniem się, o co w tym wszystkim chodzi. Czytelnik przyswaja wiedzę o zasadach rządzących czarodziejską społecznością niejako przy okazji, pochłaniając kolejne przygody Magdy i jej rodziny, bo wciągają niesamowicie, nawet jednostki nieco starsze niż te, dla których książka powstała.

Jak zawsze Kasia pisze bardzo plastycznie, szalenie opisowo, a zwariowana rodzinka wydaje się gotowa wyskoczyć z kart powieści i usiąść na placu zabaw za oknem. Gęba mi się śmiała, gdy czytałam przekomarzanki rodzeństwa, bo są takie prawdziwe – oj, widać domowe inspiracje! A najbardziej cieszą mnie te relacje rodzinne, czułe, pełne miłości, nawet jeśli czasami ciężkie i nie do rozwiązania.

Magia w Wakacjach to dodatek ubarwiający książkę i przygody naszych bohaterów. Gdyby jej zabrakło i trzeba byłoby „znormalizować” nieco główną zagadkę, też czytałoby się świetnie, a nie o wszystkich książkach UF można przecież tak powiedzieć. Absolutnie i bezwzględnie polecam, tym bardziej, że wakacje tuż za rogiem i już można poczuć ten upał i usłyszeć cykanie w polu... Choć wystarczy do tego też odrobina wyobraźni i spojrzenie na ilustracje – są prześliczne.

Katarzyna Wierzbicka, Wakacje pełne magii, wyd. Mięta, Warszawa 2024.

poniedziałek, 3 czerwca 2024

Klątwa (nie) do złamania

Obietnic należy dotrzymywać, zwłaszcza jeśli są związane z magią, a złożone Uczniowi Czarnoksiężnika. Aby to zrobić, Jagoda opuszcza domowe pielesze (i uczennicę tuż przed egzaminem!) i leci do Wielkiej Brytanii, gdzie znienacka ląduje w samym środku potwornej afery, dziwnych powiązań i – jak to już bywa – musi stawić czoła służbom, węszącym zawsze tam, gdzie nie trzeba. Choć kto mógłby ich za to winić? Zadaniem Jagody okazuje się wszak pomoc w złamaniu bardzo wyjątkowej klątwy, aktywującej się co roku i odbierającej życie osobom związanym z pewną głośną sprawą sprzed lat. Nie dość zatem, że rzecz jest dość pilna, to dodatkowo całkiem znana w bardzo wielu kręgach, a to prowadzi do nadmiernego zainteresowania naszą specjalistką, zwłaszcza ze strony osób, które węszą w zdecydowanie złym celu. Zobowiązanie pozostaje jednak zobowiązaniem i Jagoda nie może złamać raz danego słowa – choć niebezpieczeństwo wydaje się tak wielkie, że Caleb Blythe sam ją z niej w pewnym momencie zwalnia. Ale Jagoda siedzi już we wszystkim po uszy – i nie zamierza odpuszczać, jak to ona! Czy jednak nie okaże się, że złapała się za coś, co ją przerasta? Na pewno sądzi tak głowa rodu Wilczków, Joanna, przed którą trzęsie się pół magicznego świata...

Zaklęcie dla czarownika wiedzie nas do magicznej Anglii, pięknego, choć skażonego złem Rainharbour i Donlonu, zaklętej części Londynu. Magda Kubasiewicz tworzy dla nas kolejną enklawę, świat ukryty przed oczyma zwykłych śmiertelników, a jednak wyraźny i namacalny nie tylko dla tych, którzy znają stolicę nad Tamizą. Absolutnie urzekło mnie zaklęte Tower i jego opiekunka, a przecież to zaledwie mały wycinek świata odkrywanego przed czytelnikiem. Przepełnia go strach, groza, panika i poczucie narastającego zagrożenia – bo klątwa nie tylko uderzy już zaraz, ale także w ludzi, stających się coraz bliżsi nie tylko naszej bohaterce, ale i nam. Nowe postaci w kręgu Jagody są bowiem napisane tak, że – niestety – przywiązujemy się do nich od razu i nie ze względu na to, że są sympatyczne czy miłe!

Zaklęcie dla czarownika to (chyba) ostatni tom serii o Wilczej Jagodzie (czego bardzo żałuję), ale jest to bardzo udane zwieńczenie drogi, którą obserwowaliśmy od Kołysanki dla czarownicy. Jagoda odnajduje swoją ścieżkę, zyskuje szacunek i przyjaciół, wreszcie wyraźnie pojmuje swoje priorytety. Mam cichą nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję się z nią spotkać, bo nie wyobrażam sobie pożegnania na zawsze.

Magdalena Kubasiewicz, Zaklęcie dla czarownika, wyd. SQN, Kraków 2023.

piątek, 31 maja 2024

Finowie, kiwi i tajemnice

W maleńkim miasteczku, gdzie największymi atrakcjami są nieokreślony kopiec i stodoła będąca pomnikiem przyrody, na ogół bywa straszliwie nudno. Nie ma nawet żadnego dyskontu, w którym powracająca wnuczka marnotrawna mogłaby się na spokojnie zatrudnić, bo przecież jeść trzeba, a emerytura babci nie wystarczy na dwie osoby! W dodatku każdy zna każdego, a nie wiedzieć czemu w kierunku naszej bohaterki, Sławy, kierowane są spojrzenia pełne... współczucia? No tak, na pewno wszyscy już wiedzą, jakim to życiowym przegrywem się okazała... Dobrze chociaż, że na miejscu jest przyjaciel, na którego od dzieciństwa może liczyć – w końcu wspólne siedzenie na nocnikach zobowiązuje! Bambi – równie uroczy jak jego przezwisko – odziedziczył właśnie zaskakująco dobrze prosperujący sklepik z pamiątkami, potrafi nie tylko przegadać kiboli i skłonić ich do założenia mulinowych bransoletek przyjaźni, ale także przywrócić człowiekowi chęć do życia. Mimochodem.

Ktoś taki okaże się Sławie wręcz niezbędny, bo oto stanie przed największą zagadką swojego życia. Ba, żeby tylko swojego! We wszystko wydają się być uwikłane nie tylko sąsiedzkie babcie, ale i ich wnuczęta oraz wielkie krwiożercze kiwi. Także Finowie, nie zapominajmy o Finach, bo przecież akcja rozgrywa się w dzielnicy fińskich domków, w tle pojawiają się przyzwania demonów (dla niepoznaki zwane językiem fińskim), w przeszłości jedna pani z jednym Finem, a nad Starym Deszcznem jaśnieje zorza polarna! W sabat! O co w tym wszystkim chodzi? I właściwie dlaczego chodnik okazuje się szalenie elokwentny?

Przyznam, że dopóki nie przeczytałam opisu na okładce, byłam przekonana, że Kiśl oszalał i przeniósł akcję swoich książek do Finlandii! Nie żebym miała coś przeciwko Finlandii, ale wydawało mi się to raczej dosyć nietypowe. Okazało się jednak, że chodzi o fińskie domki (ewidentnie rozrzucone po całej Polsce), a klasyczny Ałtorkowy pierdolec znowu robi kipisz na rodzimym podwórku – co szczerze uwielbiam! Bohaterowie Marty są jak zwykle postrzeleni i straszliwie chciałoby się mieć ich w gronie przyjaciół. Zdecydowanie pragnęlibyśmy też pomóc im w nietypowych perypetiach, więc z zapamiętaniem śledzimy ich poczynania i kibicujemy próbom rozwiązania tajemnic wydających się kumulować w fińskiej dzielnicy – na czele z tą, dlaczego jedna z babć namiętnie klnie w tym barbarzyńskim języku! Zazdrościmy im magii i przygód, które przeżywają, a jednocześnie cieszymy się, że to nie my musimy stawić czoła ich problemom i dokonywać ich wyborów. Są tuż obok nas – na wyciągniecie ręki.

Marta Kisiel po raz kolejny udowadnia bowiem, że potrafi stworzyć postaci, które są absolutnie prawdziwe, że choć bawi do łez – uczy nas czegoś na temat egoizmu, dobrych chęci i prawdziwie trudnych sytuacji. Choć Mała draka jest nieco bardziej rozrywkowa niż druga i trzecia część cyklu o siostrach Bolesnych, miałam bardzo silne skojarzenia właśnie z nimi. Zabawne, a jednak pouczające i sprawiające, że po zamknięciu książki siedzę nad nią jeszcze przez chwilę i myślę...

Marta Kisiel, Mała draka w fińskiej dzielnicy, wyd. Mięta, Warszawa 2024.

I jeszcze zawinięty z fejsowego profilu Marty mem - nic dodać, nic ująć!


sobota, 18 maja 2024

(Nie)ludzkie problemy

Jaki kraj kojarzy się bardziej z elfami i starymi rodami arystokratycznymi niż Wielka Brytania? To w końcu tam mieszka najbardziej znana rodzina królewska na świecie i wydają się obowiązywać te dziwne, archaiczne zasady, które niektórych śmieszą, a innych intrygują. Rozległe wrzosowiska, tajemnicze puszcze i kamienie, a nawet miasta, istniejące od początku naszej ery... a przecież doskonale wiemy, że rozmaite ludy mieszkały tam już wcześniej. Wszystko to czasami ukryte jest w nieprzeniknionej mgle... Nic dziwnego, że Brytania i Londyn wydają się najlepszą miejscówką, jaką można by sobie wyobrazić na opowieść o zdradzie, nadziei i walkach o wpływy między starymi rodami.

A te były niegdyś wyjątkowo zaciekłe. Doprowadziło to do drastycznego zmniejszenia populacji młodych elfów i konieczności zawierania wymuszonych sojuszy, gdyż inaczej rasa mogłaby wymrzeć. Nie pomaga fakt, że ludzie spoglądają na szpiczastouchych z niechęcia i brakiem zaufania – w końcu nikt nie lubi, by mu przypominano o własnej śmiertelności i braku pewnych przywilejów. Napięcia tylko stale narastają, a każda luźno rzucona uwaga może doprowadzić do zamieszek – zdawałoby się, że niepożądanych, a przecież są i tacy, którzy mogliby na nich coś ugrać.

Między rasowymi napięciami i zakulisowymi starciami trzeba lawirować wyjątkowo umiejętnie. Nic zatem dziwnego, że służby specjalne nie wybierają do rozbrojenia tej sytuacji byle kogo – choć czasami wybory te mogą wydawać się nieco kontrowersyjne. Młoda Arianrhod wydaje się jednak kandydatką idealną – nie motywuje jej poświęcenie dla kraju i korony, ale chęć zemsty i pokazania, ile jest warta. Choć ze względu na powiązania rodzinne nie powinna się angażować w tak skomplikowane układy, paradoksalnie okazuje się, że to właśnie one przemawiają na jej korzyść i mogą jej dać tę rzadką okazję na zrealizowanie własnych pragnień. Jednak przeciwnicy nie są w ciemię bici i doskonale wiedzą, że coś tutaj nie do końca pasuje. Czy Arianrhod uda się osiągnąć swoje cele? A co ważniejsze – czy przetrwa?

Powiem Wam szczerze: niewiele mnie to interesuje. Dawno się tak nie umęczyłam przy czytaniu pozycji urban fantasy. A przecież punkt wyjścia naprawdę wydawał mi się bardzo obiecujący! Owszem, czytelnik zostaje od razu rzucony na głęboką wodę spisków i koligacji rodzinnych, ale to dość częsty przypadek – zwłaszcza w tym gatunku. Przecież potem wszystko się wyjaśni... No właśnie... tylko że nie. W Elfach Londynu rozmaite powiązania i niektóre zasady funkcjonowania świata pozostają niejasne prawie do ostatniej strony (a może mi się tylko tak wydaje, bo kompletnie mnie nie interesują). Postaci są tak nudne i bezbarwne (z bardzo nielicznymi wyjątkami), że myliły mi się do samego końca, a sprawy nie ułatwiał fakt, że niektóre nazwy i imiona są do siebie podobne. Owszem, na początku książki zamieszczono drzewo genealogiczne i niewielki spis bohaterów, jednak kiedy musisz się do niego odwoływać już pod koniec powieści, nie świadczy to o niczym dobrym. Są w dodatku tak niesympatyczni, że jest mi bardzo wszystko jedno, co się z nimi stanie – najlepiej, by zginęli w męczarniach. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że trafiłam na środkową część cyklu, ale nie, to pierwszy tom. No cóż, po drugi na pewno nie sięgnę.

Szkoda, bo sam pomysł miał potencjał. Oczywiście, doceniam to, że autorka chciała nam wszystko raczej pokazać, a nie wyjaśnić, ale w przypadku UF odrobina ekspozycji byłaby jednak wskazana. Cóż poradzić, w tym przypadku elfy i Londyn nie stanowią jednak dobrego połączenia.

Marta Dziok-Kaczyńska (Riennahera), Elfy Londynu, wyd. Uroboros, Warszawa 2023.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Mrozy, bogowie i lelenie

Kiedy wydawałoby się, że wszystkie problemy Jagi i Mszczuja zostały rozwiązane, a szeptucha musi się uporać już tylko z upierdliwym Swarożycem i jego misją, rzeczy zaczynają się komplikować. Jak zwykle. Zbliżają się Szczodre Gody, które wcale nie są takim radosnym wydarzeniem, jak u nas Boże Narodzenie. Szczodra Noc jest nasycona magią, lepiej zatem spędzać ją z rodziną w czterech ścianach, przy pysznej kolacji, a nie szlajać się po obejściu lub – co gorsza – okolicznych lasach. Co jednak zrobić, jeśli jest się szeptuchą, nie ma się mnóstwa forsy, a ostatnie zapasy drewna ktoś bezwstydnie po prostu ukradł? Jasne, można ruszyć na dom zuchwalca i zrobić mu z wiadomo czego jesień średniowiecza, ale to nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza gdy nie ma się dowodów prócz naprawdę silnego przeczucia?

Dodatkowo mąż nie potrafi odmówić najbardziej upierdliwej babci we wsi, a w pobliżu krąży Swarożyc i zawraca cztery litery swoimi wymaganiami i zadaniem. Jednak nawet on wydaje się czegoś obawiać, a to coś przybyło wraz z mrozem, śniegiem, wilczymi zombie i stworami, powiedzmy, neandertalczykowatokształtnymi. Dotychczas Jaga miała szczęście do różnych układów, mogących się przyczynić do ostatecznego sukcesu i ocalenia mieszkańców Bielin, ale teraz wydaje się, że do małej wioski w świętokrzyskim zawitało naprawdę zbyt wiele! A jakby nie miała za dużo na głowie, musi się również zaopiekować pudelkiem przyjaciółki, na którego Bronka nie może już patrzeć – bo nigdy nie wiadomo, co takiemu pieszczochowi kryje się pod sierścią i czy zwierzaki naprawdę mówią w tę jedną noc!

Ciąg dalszy historii Jagi, opowiadanej teoretycznie Gosławie, a tak naprawdę nam wszystkim, znowu wciąga czytelnika w zaczarowany świat, w którym panują pogańscy słowiańscy bogowie, pewne rzeczy zostały przepowiedziane, a mieszanie spraw śmiertelnych i boskich nikomu nie wychodzi na zdrowie. Podoba mi się wątek zimowego gościa, sprawia, że trochę inaczej patrzy się na tego zażywnego starszego pana, popularnego w grudniu nie tylko wśród dzieci. Jaga i Mszczuj jak zwykle bawią niemal do łez, kiedy próbują wystrychnąć na dutka zarówno przeciwników, jak i czasami siebie nawzajem, a przecież mają tak wiele do przezwyciężenia, poczynając od swojego nietypowego małżeństwa. Przeczytałam tę książkę w jedno niedzielne popołudnie, bo to miła i lekka lektura.

Przeszkadza mi jednak coś, o czym wspominałam tu już wcześniej - zadanie Swarożyca znowu jest raptem gdzieś tam w tle, owszem, są z nim związane ze dwie, trzy sceny, ale generalnie coraz bardziej mam wrażenie, że tak już będzie, bo bóg musi się opiekować Jarogniewą, a kiedy już przyjdzie nam przeczytać o Nawii, zakończy to tę część cyklu Kwiatu Paproci. Przyznam, że trochę mnie to drażni. Ale może dzieje się tak dlatego, że bardzo ciekawi mnie, co takiego knuje Swarożyc? Smuci także fakt, iż wiem, jak skończy się to, co sprawia w tej chwili Jadze tak wielką radość, choć i wzbudza w niej lęk, a co jest właściwie podkreślone już od samego początku. Trochę mi to przeszkadzało, ale ja naprawdę nie lubię spoilerów.

Zaglądam do poprzedniej recenzji i wychodzi mi, że czekaliśmy na Mszczuja dwa lata – to i dużo, i mało, zważywszy na zawirowania życiowe autorki i to, że równocześnie powstaje też seria dla dzieciaków (o której też tu kiedyś napiszę, bo jest bardzo urocza). Jednak naprawdę dobrze świadczy o tym świecie fakt, że pamiętałam, co się wydarzyło wcześniej, nie potrzebowałam wracać do poprzedniej książki, czytać streszczeń – to historia niby z gatunku takich banalnych, a jednak zostaje gdzieś tam w tyle głowy... i potem czytelnik czeka na ciąg dalszy. Bo tak właśnie jest – z przyjemnością zaczekam na ten ciąg dalszy, na Jagę i Mszczuja, na to, że może ktoś w końcu kopnie Swarożyca w cztery litery... I ciekawe, czy wtedy też będę miała taki dysonans poznawczy – nie ma to jak czytać książkę, której akcja dzieje się w trzaskające mrozy, gdy za oknem kwitnie bez, a temperatury w kwietniu są podobnież rekordowe...

Katarzyna Berenika Miszczuk, Mszczuj, wyd. Mięta, Warszawa 2024.