piątek, 13 grudnia 2019

Lekturki świąteczne


Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam wręcz w grudniu połykać tzw. „literaturę świąteczną”. Cudownie niewymagające perypetie bohaterów, akcja tocząca się wokół Bożego Narodzenia, zarówno czasowo jak i fabularnie, to idealna wręcz lektura na zwariowane dni, podczas których sprzątamy, gotujemy, pieczemy, robimy zakupy, a wszystko z niemym obłędem w oczach. Wiadomo, że będzie romantycznie, będzie ciepło, z problemami, ale wszystko i tak skończy się dobrze. Nic dziwnego, że pod koniec roku księgarnie zapełniają się tego typu książkami, gorszymi, lepszymi, ciekawszymi, nudnymi… Ot, świąteczne przyjemności. Guilty pleasure, jakby ktoś powiedział.

W tym roku miałam okazję zaopatrzyć się w dwie pozycje, obie polskich autorów, obie ukazały się nakładem wydawnictwa w.a.b. Jedna to powieść autorstwa Magdaleny Kubasiewicz (wielce ją poważam za Gdzie śpiewają diabły), zatytułowana Wigilijny pech. Druga kusi piernikami na okładce i nic dziwnego, skoro akcja rozgrywa się przeważnie w Toruniu, a i akcja jest po części skoncentrowana wokół korzennych przysmaków – Szczęście z piernika Tomasza Betchera.


Bohaterka Wigilijnego pecha, Diana Dąbrowska, zwana przez wszystkich DiDi, Świąt nienawidzi. Zawsze w Boże Narodzenie albo dostawała w skórę nie za swoje przewiny, albo przydarzało jej się coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego… w skrócie: końcówka grudnia stanowi dla niej jedną wielką katastrofę. Nie wygląda na to, by w tym roku miało być inaczej, bo nie dość, że rzucił ją chłopak, to jeszcze zrobił to przed WWR: Wielkim Wydarzeniem Rodzinnym, ślubem jej najmłodszej siostry. Jeśli dodamy do tego fakt, że rodzina Dąbrowskich mieszka w dość małym miasteczku, gdzie każdy zna każdego, a plotki rozchodzą się z prędkością światła, łatwo wyczuć, na czym polega ta tragedia. A to zaledwie początek! Na scenę wkraczają upiorni przyszli i obecni członkowie rodziny, niespodzianki (rzecz jasna niemiłe) po prostu się mnożą, a wredny sąsiad jest świadkiem na ślubie i nie można go wyrzucić za drzwi!

Od razu uprzedzam: oj, nie jest w tej książce przez większość czasu zbyt optymistycznie. Stosunki małomiasteczkowe i rodzinne są ukazane z dużym znawstwem: to nie sielanka. Nie będzie jak w ciepłym filmie świątecznym – tutaj jedyny zwarty front tworzą trzy siostry Dąbrowskie. Wszystko inne dookoła, nawet osoby im najbliższe, wcale nie są takie, jakbyśmy się mogli spodziewać. Kłębiące się wokół nich wydarzenia, rozmowy czy choćby zwyczaje (sprzątanie przedświąteczne, tego nie można odpuścić nawet przyszłej pannie młodej!) mogą doprowadzić do szału i naprawdę się dziwię, że koniec końców finał jest, jaki jest. Owszem, z pewnym zaskoczeniem, ale jest. Właściwy dla tego typu literatury.

Również bohaterom Szczęścia z piernika los nie sprzyja. Bohater, Rafał, właśnie wyszedł z więzienia i szuka sposobu na nawiązanie dobrego kontaktu ze swoją córką, Oliwią. Choć mieszkają w Gdyni, pewne sprawy rodzinne kierują ich wprost do Grodu Kopernika, gdzie nie dość, że poznają nienajlepsze oblicza samych siebie, to jeszcze na ich ścieżkę wkroczy Kalina – „korzenna dziewczyna”, starająca się otworzyć własną piernikarnio-kawiarnię, choć ostatnio piętrzą się przed nią same przeciwności. A to piec, a to narzeczony, a to pieniądze… Cała trójka będzie miała okazję się spotkać, porozmawiać… i nie tylko… Toruń, grudzień, śnieg, pierniki, miłość, rodzina – wszystko zdaje się składać na idealny przepis na powieść świąteczną.

I tak jest, jednak nie do końca. Owszem, nie wymagam od książek bożonarodzeniowych nadmiernego realizmu i dobijającego pesymizmu, to nie taka literatura. Problem polega jednak na słowie nadmierny. Olbrzymią zaletą Wigilijnego pecha jest ewidentna znajomość tego, o czym Magda Kubasiewicz pisze, natomiast jeśli chodzi o Szczęście…, wydaje mi się, że to po prostu bajka, bajka świąteczna. Postaci zarysowane są wyjątkowo grubymi krechami, a realia… no cóż, dość pretekstowe. Wszystko układa się za dobrze, nawet jak na, nazwijmy to, Harlequin. Umiejętności raz nabyte zostają całe życie, a w dodatku ulegają cudownemu przekwalifikowaniu (gra na gitarze po latach przerwy od razu w sam raz na koncert? mechanik doskonale poradzi sobie z piecem gazowym?), źli są źli „bo tak” (i w dodatku albo się nawrócą, albo usuną z drogi bohaterów), a dobrzy zawsze się dogadają. W dodatku nie zapomnijmy o tym, że każdy człowiek z ulicy jest godny zaufania, „bo” – znowu – „tak”.

Bardzo mi to przeszkadza w odbiorze książki Betchera. Moje zawieszenie niewiary, nawet specjalnie dostosowane do literatury świątecznej, idzie się po prostu śniegiem rzucać. Oczywiście, nie wymagam nadmiernego realizmu, ale po prostu jakiegokolwiek – jeśli już osadza się daną powieść w takich, a nie innych czasach i miejscu. Mam wrażenie, że przy pewnych poprawkach (i wcale nie oznaczających przepisania połowy powieści) można byłoby z tego zrobić nawet i fantasy.

Pewnym kryterium oceny jest dla mnie czasami to, czy będę chciała do książki wrócić czy raczej nie. Myślę, że w przyszłym roku sięgnę po przygody sióstr Dąbrowskich, ale Szczęście z piernika wydaje mi się kompletnie jednorazowe. Szkoda, bo potencjał ma całkiem dobry i przy sensownych zmianach to mogłaby być całkiem sympatyczna lektura, a nie tylko sezonowe, jednorazowe czytadło.

Magdalena Kubasiewicz, Wigilijny pech, wyd. w.a.b., Warszawa 2019.

Tomasz Betcher, Szczęście z piernika, wyd. w.a.b., Warszawa 2019.

czwartek, 5 grudnia 2019

Matka i Córka


Sporo w kinie fantastycznym dzieł poświęconych stosunkom robocio-ludzkim, a niektóre z nich to już klasyka, że wspomnę tu tylko o Blade Runnerze czy Terminatorze. Mamy roboty mordercze, wyzyskiwane, ludzkie – do wyboru, do koloru. Kolejną wariacją na temat jest produkcja I am Mother.

Na początku filmu zapoznajemy się z kilkoma faktami – zaledwie dzień wcześniej nastąpiło Wyginięcie, w rezultacie którego na powierzchni naszej planety nie pozostał już żaden człowiek. Szczęśliwie zanim do teto doszło, stworzono kompleks, gdzie ukryto embriony, niezbędny ekwipunek, zapasy, i, co najważniejsze, robota, mającego zająć się „wyhodowaniem” nowej ludzkości – od umieszczenia zarodka w sztucznym łonie (gdzie dojrzewa nie przez 9 miesięcy, a zaledwie dobę), przez zajmowanie się oseskiem aż po jego wychowanie na wrażliwą istotę, potrafiącą nie tylko walczyć o przetrwanie w obliczu skażenia zewnętrznego świata, ale też dokonywać istotnych i właściwych wyborów moralnych.

 

Kiedy „rodzi się” dziewczynka, Córka, od dzieciństwa uczy się tego, jaka spoczywa na niej odpowiedzialność. Ma być doskonałą Starszą Siostrą, opiekunką bardzo licznej rodziny, czekającej na przyjście na świat. Nie dzieje się tak jednak przypadkowo – embriony czekają, bowiem Matka musi się nauczyć wychowywania ludzkiej istoty. Uczą się zatem obie – i Matka, i Córka, a w ich wzajemnych stosunkach wyraźnie daje się wyczuć prawdziwe oddanie.

Córka dorasta i dojrzewa, a wraz z wiekiem przychodzą naturalne wahania i bunt, nawet wobec robociego „rodzica”. Pragnie poznać coś więcej poza niekończącymi się korytarzami. Kiedy w teoretycznie szczelnym obiekcie pojawia się mała myszka, postrzegana i zniszczona przez Matkę jako skażenie, w Córce narastają wątpliwości oraz pragnienie poszukiwań – chce na własne oczy zobaczyć ten świat zewnętrzny.

Niespodziewanie jednak ratuje życie Kobiety, błagającej o pomoc tuż przed drzwiami obiektu. Próby ukrycia jej przed Matką spełzają na niczym – robot dowiaduje się o gościu i zaczyna się pojedynek o duszę Córki – Kobieta opowiada kompletnie inną historię niż Matka.


Obserwowanie faustowskiej niemal walki o dziewczynę to czysta przyjemność, bo scenarzyści i aktorzy doskonale wykorzystają nie tylko kameralność scenerii, ale i materiał, z którym pracują. Niewinność i naiwność Córki, muszącej w końcu podjąć najważniejsze, prawdziwe decyzje, prowadzą do rewolucyjnych wydarzeń, doskonale zagranych przez Clarę Rugaard. Szczerze mówiąc, młoda aktorka miejscami wydaje mi się nawet lepsza niż Hilary Swank i mam nadzieję, że czeka ją zacna kariera, tym bardziej że typem urody idealnie wpisuje się w obecne trendy Hollywood (nie mogę się tylko zdecydować, czy bardziej przypomina mi Alexis Bleder czy Emilię Clarke). Po raz kolejny w futurystycznej (choć oszczędnej) scenerii zadano również odwieczne pytanie: co jest bardziej ludzkie, bardziej idealne – człowiek czy jego twór? Tutaj musimy również sprecyzować, co to znaczy być człowiekiem właściwym, prawdziwą Matką nie tylko rodziny, ale i ludzkości. Odpowiedź potrafi zaskoczyć, a już na pewno skłonić do głębszych przemyśleń.

Nie spodziewajcie się po I am Mother fajerwerków, spektakularnych efektów specjalnych i widowiskowych rozwiązań. Najważniejsze dylematy również musimy rozwiązać sami. Sięgnijcie po ten film, a otrzymacie kameralny dramat o ludzkiej naturze.

I am Mother, reż. Grant Sputore, wyk. Rose Byrne, Clara Rugaard i Hilary Swank, Australia 2019.

wtorek, 5 listopada 2019

Cathiowy rozkład jazdy - Falkon 2019


Wiecie, co odbywa się w Lublinie w ten weekend? Dokładnie tak – Falkon! Po rocznej przerwie znowu jadę na lubelskie Targi i jak to zwykle bywa w moim przypadku, będę miała kilka punktów programu. Jeśli chcecie posłuchać coś niecoś o Gwiezdnych wojnach i Supernaturalu, zapraszam.

Gdzie odpoczywała Amidala, a gdzie harował Luke, czyli o miejscach, w których kręcono Gwiezdne wojny.
pt., godz. 16:00, Aula 2.
Od dawna wiemy, że to Tunezja udawała Tatooine, ale czy orientujecie się, jakie inne miejsca zostały wykorzystane przy kręceniu Gwiezdnych wojen? Cathia zaprasza na ciekawą podróż – wprawdzie gwiezdną, ale po naszej planecie!

Star Wars sposobem na życie? – panel
pt., godz. 19:00, Antresola

Supernaturalowe anioły i ich korzenie.
sb., godz. 14:00, Aula 2
Wszyscy słyszeliśmy, że Castiel to anioł czwartku, ale czy naprawdę istnieje w judeochrześcijańskiej mitologii? Co z czwórką archaniołów? Co z pozostałymi? Porozmawiamy sobie o korzeniach i różnych przeinaczeniach…

Ten, co psoci, ten, co bawi. Tricksterzy w popkulturze. – panel
sb., godz. 18:00, Antresola

Najlepsze pomysły w Star Wars i jak je sknocono?
nd., godz. 10:00, Aula 2
Zdarzyło Wam się już kiedyś, że kochaliście jakąś postać (choćby czwartoplanową), a potem twórcy obeszli się z nią wyjątkowo okrutnie, bo tego wymagała fabuła lub wiek odbiorcy? Znam to uczucie i zamierzam się z Wami podzielić traumą…

Depresja: obraz a rzeczywistość. – panel
nd., godz. 11:00, Antresola

To co, widzimy się na Falkonie? Pomiędzy punktami programu możecie znaleźć mnie np. na stoisku Legionu 501 i Eagle Base.

A tu trwała walka z laptopem... dwa lata temu.


poniedziałek, 28 października 2019

Potopione skarby


Lubicie książki o poszukiwaniu skarbów? Na pewno, w końcu nie bez powodu jedną z najpopularniejszych książek naszego dzieciństwa była seria o Panu Samochodziku, a pozycje Clive’a Cusslera zawsze lądują na liście bestsellerów. To jednak poszukiwania skarbów wyimaginowane, sięgające do zagadek historii, ale przecież nikt nie podniósł Titanica ani nie odnalazł skarbów templariuszy w Polsce… Pewnie, niejednokrotnie czytało się o niesamowitych odkryciach w gazetach, często zupełnie niespodziewanych, bo ten archetypowy rolnik na polu o coś zawadził albo archeolodzy nazwali skarbem trzy kości na krzyż, znalezione na terenie pod autostradę.

Poszukiwania śladów przeszłości nie ma bowiem na ogół w sobie tej awanturniczości i dreszczyku rodem z Indiany Jonesa. To raczej ta żmudna robota z Morderstwa w Mezopotamii, jeśli już jesteśmy przy książkach i filmach. Nadal jednak można odkrywać rzeczy niesamowite i to w miejscach, o których w życiu byśmy nie pomyśleli, że coś można tam znaleźć… Na przykład w Wiśle. W samym sercu Warszawy.

Każdy z nas kojarzy, rzecz jasna, potop szwedzki, o ile tylko regularnie nie zasypiał na lekcjach historii lub języka polskiego. Niewiele osób jednak wie, że poza standardowym plądrowaniem zdobytych ziem, Szwedzi rabowali też rzeczy teoretycznie niemożliwe do zrabowania. Co na przykład? Klatki schodowe, rzeźby, ambony czy chrzcielnice z kościołów, marmurowe posadzki… Po co? Bo Szwecja była niemożebnie wręcz wówczas uboga, więc dokładnie WSZYSTKO stanowiło bardzo cenny łup. W Warszawie ogołocono tak do zera zarówno Zamek Królewski, jak i inną monarszą rezydencję, zwaną wówczas Villa Reggia. Nadal można ją zresztą zobaczyć, wystarczy zajrzeć na kampus UW na Krakowskim Przedmieściu, to pałac Kazimierzowski. Co zrobiono z tymi wszystkimi ozdobami? Załadowano na tratwy i przetransportowano nad morze, korzystając oczywiście z najlepszej dostępnej drogi, czyli Wisły. Tak się jednak złożyło, że dwie z tratew rozbiły się wkrótce po odbiciu od brzegu i zatonęły.


Uratowane z potopu to kronika tych właśnie zagubionych skarbów – poszukiwanych już od XVII w. Król Jan Kazimierz zaraz po zakończeniu wojny pragnął je odnaleźć, częściowo coś tam się udało zlokalizować, ale stosunkowo niewiele. Sprawa poszła w zapomnienie aż do początku wieku XX, kiedy to wysłani w okolice Cytadeli piaskarze znaleźli kilka rzeźb, w tym przepięknego orła. Sprawę zamieciono, bo w interesie carskich władz nie było wskrzeszanie narodowych polskich aspiracji i tak sobie czekała na pasjonata i odkrywcę.

Stał się nim Hubert Kowalski, śledzący losy zaginionych transportów, próbujący ustalić ich lokalizację i je odnaleźć. Książka przybliża nam jego badania, prowadzone tygodniami w Archiwum Akt Dawnych (żadnych fajnych niespodziewanych odkryć w zatopionych studniach!), kilka sezonów bezużytecznych poszukiwań… Aż wreszcie ten triumf absolutny, kiedy szwedzkie łupy zostały odnalezione!

Wszystko opisano wyjątkowo przystępnym językiem, a w dodatku, dla osób jakby mniej historycznych, od A do Z. Autorzy wyjaśnili genezę wojen szwedzkich, najważniejsze wydarzenia, przedstawili osoby dramatu w taki sposób, że człowiek pochłania każdy kolejny rozdział jak powieść sensacyjną. Liczne ilustracje wspomagają wyobraźnię i pozwalają uświadomić sobie, co może okazać się skarbem. Co więcej, przez to, że pozycja omawia całe zagadnienie kompleksowo, łatwo uświadomić sobie, jak skomplikowane są losy rozmaitych łupów wojennych i to, że czasami taki rabunek może doprowadzić do tego, iż w ogóle przetrwają zawieruchy dziejowe.

A to wprawdzie nie skarby, ale takie właśnie rzeczy regularnie wyłaniają się spod wody za każdym razem, kiedy spada poziom rzeki. Dużo gruzu zrzuconego do niej tuż po wojnie, kiedy trzeba było jakoś oczyścić Warszawę...

Lubicie opowieści o poszukiwaniach skarbów? Już ustaliliśmy, że tak! To teraz sięgnijcie po książkę o skarbach prawdziwych, o nadziejach, poszukiwaniach, klęskach i sukcesach. Pozycję, która pomoże Wam zrozumieć, co stało się podczas potopu i że to wcale nie tylko Kmicic i obrona Jasnej Góry. Dołączona w zestawie płyta z filmem bez wątpienia pomoże urozmaicić długie jesienne wieczory…

Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski, Uratowane z potopu, wyd. Agora, Warszawa 2018.

czwartek, 24 października 2019

Wąsem i pistoletem laserowym!


Tajfun to kosmiczny agent służb specjalnych, stworzony przez Tadeusza Raczkiewicza w latach 80. Jego przygody były publikowane w Świecie Młodych, który wspominam z nostalgią, acz przyznam, że tego bohatera kompletnie nie pamiętam. Komiks zyskał sobie wielu fanów, co po wielu latach zaskoczyło samego twórcę, jako że redakcja ŚM nawet nie raczyła poinformować go o bardzo pozytywnym odzewie.

To właśnie fani są odpowiedzialni za „drugie życie” opowieści Raczkiewicza! Za ich sprawą wydano zebrane Komiksy nieznane. Wydawnictwo Ongrys opublikowało także kolejne zeszyty przygód agenta. Niedawno ukazała się także antologia Tajfun. Nowe przygody i właśnie z nią miałam okazję się zapoznać.


Jak już mówiłam – postaci wcześniej nie kojarzyłam, więc nie bijcie! O antologii dowiedziałam się podczas spotkania z jej twórcami – mówili ciekawie, sympatycznie, zaintrygowali. Dodatkowo, nie ukrywajmy, agent specjalny z tym zacnym polskim wąsem to naprawdę rozwiązanie cudownie oryginalne, więc pobiegłam czym prędzej nabyć nowe przygody Tajfuna. Zainteresowało mnie bowiem również założenie projektu – opowieści są autorstwa różnych rysowników, różniące się klimatem, długością, stylistyką…

Muszę przyznać, że eksperyment udał się po prostu rewelacyjnie! To rewelacyjny kawałek opowiadanej historii, bez zadęcia i pretensji do bycia czymś kompletnie innym. Jak to powiedział ktoś na spotkaniu: „Jakie drugie dno? Tam pierwszego czasami nie było!”. Różnorodne przygody kosmicznego agenta i jego pięknych asystentek-agentek, Kriss i Maar, przywołują czasami po prostu uśmiech, zaskakują rozwiązaniami, a czasem wprost łamią czwartą ścianę (hmmm, nie jestem znawcą komiksów, nie będę udawać – może wiecie, jak w tej formie opowieści nazywa się świadome nawiązywanie przez bohatera do faktu, że jest bohaterem komiksu… na studiach na 100% ktoś by mi odpowiedział, że postmodernizm…). Niektóre akcje zalatują lekko seksizmem, ale jest to robione z takim urokiem, że można się tylko uśmiechnąć (karambol!). Do moich najulubieńszych historii na pewno zaliczę Dystyngowaną narośl, przy której ryknęłam radosnym rykiem. Nie znajdziecie w tym tomie rzeczy superodkrywczych, zupełnie nie ten typ twórczości, ale to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, sprawia olbrzymią przyjemność, a wyłapywanie poszczególnych nawiązań (zwłaszcza w Armii Lucyfera – ach, Ekspedycja!) to zabawa na cały wieczór!

Tu kadr z mojej ulubionej opowieści.

Różnorodność kreski oraz klimatu opowieści również sprzyja pozytywnemu odbiorowi komiksów. Nie będę udawać, że wszystkie mi się podobały (lubię rysunki realistyczne), ale i te nieco bardziej karykaturalne przeczytałam ze smakiem, bo taka odmiana tylko dodaje atrakcyjności całej antologii. To tak, jak w przypadku pudełka czekoladek – zjesz wszystkie, a potem ocenisz, która smakowała ci najbardziej, co wcale nie oznacza, że nie skonsumowałeś radośnie wszystkich.

Dodatkową zaletą albumu jest również wstęp, przybliżający takiej niezorientowanej w temacie sierocie jak na przykład ja sylwetkę bohatera oraz jego twórcy. Szkoda, że antologia przygotowana jako prezent dla autora wyszła, niestety, już po jego śmierci (luty br.). Teraz możemy ją postrzegać jako hołd dla Raczkiewicza, tym bardziej, że oprócz historii krótszych i dłuższych znajdziemy na końcowych kartach jeszcze coś – fanarty wielu rysowników, prezentujące ich własne spojrzenie na trójkę bohaterów. Nie ukrywam, różnice są spore, ale widać jedno – nikomu Tajfun nie jest obojętny, to wypływa z każdej jednej kreski. Świetna rzecz i doskonały pomysł.

Tutaj spis twórców - jak widzicie, imię ich Legion.

Czasem przypadkowe znajomości okazują się rewelacyjne – tak jest ze mną i Tajfunem. Właśnie zamówiłam na Allegro dostępne zeszyty i już nie mogę się doczekać, kiedy do mnie dotrą. Cóż mogę zatem powiedzieć? Po trzykroć polecam!

Tajfun. Nowe przygody. Antologia, dyr. art. Nikodem Cabała, red. Maria Lengren, wyd. Planeta Komiksów, Warszawa 2019.

czwartek, 17 października 2019

Magia... przeraża!


Nie, wbrew tytułowi nie będziemy dzisiaj mówić o Kate Daniels! Pamiętacie Idę? Nieznośną, prześladowaną przez Pecha (tak, tak, koniecznie przez duże P) szamankę od umarlaków, próbującą pokonać swoje Nemezis: wpierw Kusiciela, potem Demona Luster? Pewnie, że pamiętacie – takich bohaterów się nie zapomina! Przygotujcie się zatem na kolejne spotkanie… wyjątkowo mroczne spotkanie. Wszak zaczyna się od odkopania bezimiennego trupa oraz ofiary z demona, a potem… A potem będzie już tylko gorzej. Nieoczekiwanie bowiem Idzie i jej współpracownikom z WON przyjdzie stawić czoła staremu Złu, przeciwnikowi, spoczywającemu martwo w uśpieniu niczym sam Przedwieczny.

Owszem, brzmi to jak streszczenie kolejnego banalnego horroru (albo odcinka Supernaturala), ale zapewniam, że do banału Fałszywemu pieśniarzowi bardzo daleko. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą naszej głównej bohaterki, wszak Ida nie załatwia demonów mrugnięciem, a starodawnych rytuałów i zaklęć nie znajduje w 5 minut w internecie. Mimo wspierającego ją Kruchego, pozostaje sobą, ze wszystkimi dotychczasowymi wątpliwościami, które pogłębiają się w miarę uświadamiania sobie prawdziwej natury swojego daru i powodu, dla którego rodzina zawsze traktowała ją per noga. Jednocześnie próbuje pokonać wszystkie przeszkody – materialne i niematerialne. Idzie nie brakuje odwagi, a za przyjaciół dałaby się przecież posiekać. Ma również sojuszników, na szczęście już nie tak czarno-białych jak w Demonie luster. Wyjaśni się przy okazji jedna z tajemnic z przeszłości Kruchego i nie jest to zaledwie klątwa rzucona na nauczycielkę od matematyki za wyjątkowo parszywy sprawdzian. Będzie skomplikowanie, bo przecież życie samo w sobie jest skomplikowane.

W Fałszywym pieśniarzu dotkniemy bowiem tego, co zawsze okazuje się tym najwyższym pragnieniem magicznych z przerostem ambicji: sprytu, przebiegłości i bezwzględności przeciwnika. Posłuchamy opowieści o tęsknocie, próbie posługiwania się magią w sposób zakazany… Bo niezależnie od tego, czy potrafimy posługiwać się tajemniczymi mocami czy też nie, zawsze dążymy do spełnienia takich lub innych marzeń oraz fantazji – czasami nie zważając na możliwe konsekwencje. A konsekwencje postępowania niezgodnie z zasadami mogą okazać się naprawdę przerażające.


Już poprzednia część (recenzja tutaj) miała bardzo ciężki klimat i duszne, klaustrofobiczne opisy, sprawiała, że ciarki niejednokrotnie przebiegały nam po grzbiecie. Podobnie jest i tutaj, co zapowiada chociażby znakomita, ale i przerażająca okładka. Nie tylko Ida, także czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, iż gra naprawdę toczy się o najwyższą stawkę, a przeciwnik będzie wyjątkowo paskudny. Fałszywy pieśniarz jest również książką w pewien sposób bardzo smutną, opowiadającą o stracie, co jeszcze bardziej pogłębia ten ciężki nastrój, obecny od pierwszych stron. Niby zdarzają się zabawne komentarze, komiczne sytuacje (w końcu to Ida!), ale są jednak w znakomitej mniejszości…

Ida Brzezińska dorosła, a może raczej wrosła w magiczny świat. Dorosła również seria o jej przygodach, które wprawdzie niejako od początku były nieprzyjemne i mroczne, jednak z każdym tomem przeciwnicy stają się jeszcze groźniejsi (normalnie jako te bossy w różnych grach), a konsekwencje straszniejsze. Owszem, magia może być wspaniałym darem, jednak w ujęciu Martyny Raduchowskiej pozostaje przede wszystkim dużym obciążeniem i właściwie klątwą. Przekonamy się o tym i w tej odsłonie cyklu, a jeśli ukaże się następna, podejrzewam, że będzie już czysto depresjogenna. Fałszywy pieśniarz nie dał mi bowiem poczucia zadowolenia z zakończenia, przekonania, że będzie lepiej. Nie, pozostawił mnie tam, gdzie tkwiłam niemal od początku książki – w świecie, w którym niewiele zależy od nas, a nieświadomość pewnych rzeczy nie jest usprawiedliwieniem… Smutne, przerażające… takie… prawdziwe.

Martyna Raduchowska, Fałszywy pieśniarz, wyd. Uroboros, Warszawa 2019.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

czwartek, 10 października 2019

Ciepełko w sam raz na teraz


Wyróżniam wśród książek specjalny rodzaj – książki ciepełkowe. Służą do stosowania w sytuacji nagłego kryzysu, doła, chęci poprawienia sobie humoru. Wyśmienicie smakują z ulubioną herbatą, kawałkiem ciasta czy nawet całą tabliczką czekolady. Do takich pozycji zaliczam całą „(nie)lichą” serię Marty Kisiel.

Seria, jak pewnie wiecie, składa się obecnie z trzech książek „głównych”, przeznaczonych dla szalonych dziecinnych (ale nie zdziecinniałych) dorosłych (Dożywocie, Siła niższa i Oczy uroczne) oraz podserii dla poszukujących odpowiedzi na niebanalne pytania nieco młodszych – to Małe Licho, opowiadające o perypetiach syna agentki literackiej Kondzia i ducha (nie)Szczęsnego poety romantycznego, czyli Bożydara Antoniego Jekiełłka (dla rodziny i przyjaciół Bożka), jego anioła i potwora spod łóżka, Gucia. Już za kilkanaście dni w łapki stęsknionych za ałtorkowym poczuciem humoru wpadnie kolejna odsłona drugiego cyklu, zatytułowana Małe Licho i anioł z kamienia (o pierwszej pisałam tutaj). Za jej sprawą znowu przeniesiemy się w ciepły i dobry, choć niepozbawiony przecież problemów świat dożywotników, ich opiekunów i przyjaciół.

Już pierwsze strony wprowadzają nas w stosunkowo nieodległy, magiczny wszak okres tuż przed Bożym Narodzeniem. Chłoniemy niemal wyczuwalny z kartek książki aromat pierniczków, grzanego wina czy świątecznego barszczu, wraz z Bożkiem, Lichem i Guciem niecierpliwie czekamy na prezenty. Ciepełko zwariowanej ekipy wciąga nas do ich niezwykłego świata. Chociaż… całej ekipy? Nie, nadal istnieje istota dzielnie stawiająca opór zbiorowemu porozumieniu i pokręconej rzeczywistości, normalnie niczym Gallowie Rzymianom. Tak, chodzi o Zadkiela… tfu, Tsadkiela!

Nieoczekiwanie bowiem to nie Licho będzie tym razem towarzyszem Bożka. W wyniku Wielkiej Katastrofy chłopiec zostaje odesłany na Pierwsze Ferie Bez Mamy, Za To W Towarzystwie Upierdliwego Anioła. Bożek trafia do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, tam, gdzie onegdaj stała Lichotka, a obecnie mieszka kto inny – znana nam skądinąd Oda i jej towarzysze, na czele z pewną kozą… znaczy się czortem. Niestety, takie towarzystwo, jak łatwo się domyślić, zupełnie nie odpowiada pewnemu skrzydlatemu.

Narastające napięcie i konflikt doprowadzą w końcu do konfrontacji. Jej wynik początkowo wydaje się korzystny, jednak po pewnym czasie okazuje się, że chwilowa satysfakcja nie starcza na długo. Zamiast zadowolenia pojawia się zmartwienie i wtedy już na pewno będzie trzeba coś przedsięwziąć. Nic takiego – zaledwie przejść przez Piekło (ale dla początkujących!), pokonać demona… dzień jak co dzień… Najtrudniejsze jednak będzie co innego – przyznanie się do błędu i powiedzenie „Przepraszam”.

Zestaw absolutnie niezbędny do lektury!

Małe Licho i anioł z kamienia nie jest bowiem tylko „książeczką dla dzieci”, czasami przecież traktowaną z przymrużeniem oka. To prawda, fantastycznie opowiada o codziennych zmaganiach nawet tak niecodziennego chłopca jak Bożek (oj, widać, że Ałtorka ma takiego łobuziaka w domu!), o niesamowitych przygodach (trudno, by były inne przypadku Pół-Chłopca Pół-Gluta), wywołuje uśmiech… Ale wszystko ma drugie dno – musimy się nauczyć, że czyny mają swoje konsekwencje, a świat i inne istoty nie są tutaj tylko dla nas. I co najważniejsze – innych również należy szanować właśnie za tę „inność”, nikt nie musi zmieniać się dla otoczenia, zgodnie z oczekiwaniami… Cała książka to przepiękna lekcja tolerancji i dla małych, i dla dużych, tak ważnej zwłaszcza w obecnych czasach. Ale to lekcja nie nachalna, nie na siłę - Ałtorka cudownie rozpisała ją na proste słowa i jeszcze prostsze gesty. W efekcie kiedy kończymy książkę, znowu nam ciepło na sercu, świat ponownie odzyskuje swoje barwy i wiemy, że istnieje nadzieja na to, że najbardziej niereformowalna dusza zrozumie swoje błędy.

Marta Kisiel posiada bowiem Dar Słowa – potrafi przekazać Rzeczy Wielkie w prosty, docierający do każdego sposób. Robi to w dodatku lekko, zabawnie, radośnie, w kilku słowach zapraszając do spotkania z Bożkiem, Lichem, Kondziem i resztą dożywotniego towarzystwa. Jeśli dodamy do tego jeszcze przeurocze ilustracje Pauliny Wyrt, otrzymamy książkę również atrakcyjną wizualnie. Bez dwóch zdań to kolejna pozycja, jaką kupię dla mojej bratanicy – bo chcę, by poznała magiczny świat i nauczyła się wielu skomplikowanych rzeczy właśnie dzięki niemu. A jeśli i Wy szukacie prezentu dla młodszych członków rodziny (tym bardziej, że już niedługo Boże Narodzenie, będzie tematycznie), już wiecie, co kupić. Warto, warto i po trzykroć warto! Jest mądrze i ciepełkowo, a tego przecież potrzebujemy w długie wieczory… wraz z pierniczkiem i gorącą herbatą.

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, il. Paulina Wyrt, wyd. Wilga, Warszawa 2019.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!