piątek, 4 lutego 2022

Nowy rok szkolny... i nowe wyzwania!

Pamiętacie ostatnie wakacje Bożka? Bardzo ważne wakacje, bo przecież czekała na niego JUŻ czwarta klasa, a przecież w czwartej klasie to człowiek jest praktycznie dorosły. Normalne przedmioty, inni nauczyciele od wszystkiego, same ważne zmiany w życiu każdego chłopca, nie tylko pół-gluta. Wakacje minęły, a Bożek wraz Witkiem i Tomkiem rozpoczynają nowy rok szkolny.

Początki są trudne, gdyż nowemu wychowawcy daleko do poprzedniej wyrozumiałej, miłej i zaprzyjaźnionej nauczycielki. Jest mrukliwy, nieprzyjemny, nalega na wyjście z bąbelka komfortu, a co gorsza... uczy matmy! Gorszy od tego mógł być tylko język niemiecki. Jednak to nie największy problem Bożka i ekipy – nowy matematyk (o swojskiej ksywie Cebulon) oddziaływuje na tę nadnaturalną część natury chłopca, co wcale nie sprawia, że na lekcje Bożek rusza z wielką radością...

Choć nie wszystko wydaje się tam takie złe. W trakcie roku szkolnego do klasy dołącza Zmyłka, Zuzanna Myłka, która przez Cebulona zostaje posadzona dokładnie koło Bożka! Mało matmy, mało glutowatości, to jeszcze teraz do kompletu dziewczyna-z-którą-trzeba-siedzieć-w-ławce! Po prostu dramat. Okazuje się jednak, że Zmyłka nie dość, że odznacza się dużą bystrością, to jeszcze szybko adaptuje się do dziwnych rzeczy wydających się otaczać nowych znajomych... A ktoś taki będzie im bardzo potrzebny, bo w szkole powoli zaczyna coś się czaić... ale co? I na kogo?

Powrót do przeuroczego świata Licha i Bożka wydaje się tak naprawdę wizytą u starych przyjaciół, za którymi się bardzo już stęskniliśmy. Nie inaczej jest i tym razem – cieszy każda znajoma twarz (nawet Tsadkiel zaczyna w końcu mówić ludzkim głosem i czuje się doceniany), a kolejne nowe znajomości zawieramy z wielką ochotą i radością, jak zawsze ciekawi, kto tym razem znajdzie schronienie pod Konradowym dachem i zdecydowanie się nie zawiedziemy – w końcu pewne istoty nie tylko pod grzybami mają budki, a wsparciem są zdecydowanie wspaniałym, choć zazwyczaj mocno niedocenianym.

Małe Licho i babskie sprawki sięga tym razem do problematyki nieobcej dzieciom nieco starszym, do tych pierwszych szkolnych zmian, do tych pierwszych sukcesów i rozczarowań, które najczęściej się wtedy nasilają, a także tych najbardziej drażniących spraw – damsko-męskich. Wprawdzie wbrew tytułowi nie jest to (przynajmniej dla mnie) główny temat książki, ale już powoli się rysuje. Widać tę nieporadność, widać tę pewną rozczulającą (nas – dorosłych!) nieśmiałość przeradzającą się w niechęć, powoli nasila się też potrzeba całkowitej prywatności, którą czasem pomylić można z czymś innym. Jednak dużą część książki zajmują problemy dopiero teraz bardziej namacalne, a będące wielkim problemem, szczególnie ostatnio – wyobcowanie, problemy psychiczne i wszystko, co z tym związane. Jak zwykle u Marty Kisiel, nie mamy gotowego rozwiązania problemu, ale dostajemy sugestię, co z tym zrobić należy, jak żyć, jak zachowywać się właściwie. I przypominajkę, że nawet w najczarniejszej chwili pomóc może kakałko.

Czwarta odsłona przygód Bożka i Małego Licha (trochę zepchniętego na margines) wydaje się nieco słabsza od części poprzednich, ale nie znaczy to wcale, że jest gorsza czy też zła. Bożek robi się coraz starszy, powoli dojrzewa, ale nie zabraknie mu okazji do wykazania się w przypadkach doprawdyż nadnaturalnych, choć wydawałoby się, że wiek może sprawić, iż ciężko będzie mu pogodzić swoją nietypową naturę i codzienność. Jednak codzienność pod dachem wuja Konrada jest tak magiczna, że nie mamy co się martwić - ta magia się nie ulotni. Wszak przed tym chroni Licho, Krakers, zachwyceni nad-realnością przyjaciele i wreszcie romantyczny glut ojciec, pojawiający się od czasu do czasu w najmniej spodziewanych momentach.

Marta Kisiel, Małe Licho i babskie sprawki, il. Paulina Wyrt, wyd. Wilga, Warszawa 2021.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Silna... w gębie?

Antologie potrafią być wspaniałe, potrafią być absolutnie nierówne, potrafią być kompletnie nijakie. Z tego powodu zazwyczaj miewam co do nich bardzo mieszane uczucia, a takie nastawienie potrafi nie tylko oszczędzić rozczarowań, ale też prowadzi do sympatycznych niespodzianek. Ostatnio wpadła w moje łapki Silna, wydana przez Zieloną Sowę, będąca zbiorem opowiadań koncentrującym się na dziewczętach w sytuacjach różnych.

Sześć tekstów napisanych przez sześć autorek podejmuje temat problemów, z jakimi mierzą się nastolatki. Przyznam, że wcześniej znałam jedynie Anetę Jadowską i Katarzynę Berenikę Miszczuk, z ciekawością zatem sięgnęłam po lekturę, bo zawsze miło poznać nowe nazwiska, po które pewnie człowiek raczej przypadkowo w księgarni by nie sięgnął. Każda z autorek zajmuje się nieco inną literaturą, nic zatem dziwnego, że otrzymujemy ciekawy misz-masz gatunkowy, każde opowiadanie jest kompletnie inne, podchodzi do zagadnienia owej tytułowej Silnej zupełnie inaczej. Zresztą, ów motyw przewodni antologii jest pretekstem chyba nawet bardziej niż zwykle, bo wyciągnąć z enigmatycznego przymiotnika można bardzo wiele. Jaki pomysł zatem miały autorki?

Miła już byłam Anny Cieplak to opowieść o codzienności studentki, harcerki, opiekunki na obozie, która mierzy się nie tylko z problemami swoich wychowanków, ale także własnymi. To tekst o takim zwykłym, normalnym życiu, o tym, co niejeden z nas również przeżywał/przeżywa. Brakuje mu może jakiegoś mocnego zamknięcia, ale w kontekście opisywanych normalnych, zwykłych dni to nawet pasuje, bo przecież takim zakończeniem może być tylko śmierć. A to nie Agatha Christie.

Natalia Fiedorczuk proponuje nam Silną, tekst o problemach szkolnych nie tylko bohaterki, ale i jej brata. I chociaż podobnie jak w przypadku Miłej mamy do czynienia z codziennością, tu wydaje się ona żywcem wyjęta z nastoletnich opowieści o tej strasznej szkole. Tu nie ma sprawiedliwych, tu nie ma postaci pozytywnych (a przynajmniej ja sobie ich po dwóch dniach od lektury nie przypominam), ostatnia prawa ostaje się zaledwie Dorota, a to jest, niestety, piekielnie nudne. Co więcej, brak konkretnego zakończenia nie wpasowuje się tak dobrze w treść jak u Cieplak, wydaje się, że autorka po prostu wyczerpała limit znaków i postanowiła postawić ostatnią kropkę kompletnie bez pomysłu.

Na Anetę Jadowską można liczyć zawsze, bo to rzemieślniczka doskonała, zatem po fiasku Silnej bardzo cieszyłam się, że kolejny w antologii jest Duch w szafie, a jego bohaterką znana fanom Anety Kurczaczek, córka Witkaca. Tym razem to ona bierze sprawy w swoje ręce, kiedy przyjaciela zaczyna nawiedzać wyjątkowo nieprzyjemny i złośliwy duch. To opowieść o nietolerancji, o tym, jak niewiele trzeba, by człowiek się załamał. Proste, choć dobrze napisane opowiadanie, które skłania do przemyśleń.

Kolejna znana mi autorka to, jak wspominałam wcześniej, Katarzyna Miszczuk. Kilkakrotnie już na tym blogu pisałam, że mam do jej twórczości mieszane uczucia, ale potrafi mnie cały czas zaskakiwać (jak choćby wspominaną niedawno Drugą szansą). Somnia to tekst o niepełnosprawności, oparty na banalnym pomyśle, klasycznej zabawie koncepcją snu, w którym odbijają się nasze problemy. To lekkie do czytania opowiadanie, choć ogólnie dosyć słabe.

Czerwona sukienka Agnieszki Płoszaj to z kolei bardziej sensacyjne podejście do tematu przewodniego antologii. Główna bohaterka to policjantka ze smutną przeszłością, posiadająca niezwykły dar, który pozwala jej wprawdzie na odnoszenie sukcesów w pracy, ale sprawia również, że codzienność może być prawdziwą klątwą. To chyba drugi mój ulubiony tekst w Silnej i myślę, że z przyjemnością sięgnę po inne pozycje tej autorki, bo choć miejscami przeszkadzają mi w Sukience pewne stereotypy, tak ogólnie to niezłe opowiadanie.

Mam problem z Dziewczynami, które boją się ciemności Dominiki Słowik, bo gdzieś już ten tekst czytałam. W ubiegłym roku przerobiłam całkiem sporo antologii, część była również pożyczana, więc ciężko mi teraz je przeszukać. Pamiętam jednak, że wrażenie miałam po tej lekturze podobne: bardzo wolno się rozkręca, a końcówka jest kompletnie z czterech liter. Klimatycznie postapo, chętnie przeczytałabym coś więcej o tym świecie, zrozumiała jego reguły, bo jesteśmy wrzuceni w sam środek opowieści, nie wiemy, o co chodzi, i już, niestety, się nie dowiemy. To dekoracje do... bogowie wiedzą czego, bo tekst jest słabiutki i właściwie o niczym.

No i wychodzi na to, że mam problem z tą książką. W założeniu antologia miała opowiadać o problemach nastolatek, pokazywać, jakie są silne, trudne do stłamszenia, jednak tej siły tam za bardzo nie widać. Dwa teksty są po prostu dobrze napisane, ale reszta generalnie wydaje się kompletnie przypadkowa, napisana (nomen omen) na siłę, ot tak, by można było coś oddać (albo i oddać tekst wcześniej publikowany). Natknęłam się gdzieś na hasło reklamowe: „Jesteśmy silne, nie ma w nas zgody!”, ale nie widzę tego kompletnie w samych opowiadaniach, poza tymi dwoma dobrymi. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka została wydana po prostu na fali Strajku Kobiet i tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to szczerze Wam radzę: nie warto. Jest tyle dobrych innych książek o silnych dziewczynach!

Silna, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2021.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Łowcy czarownic i banda (nie tylko) amerykańskich nastolatków

Pamiętacie Danny’ego Moona i jego ekipę przyjaciół? W życiu chłopaka niewiele się zmieniło: laba w polskim gimnazjum dobiegła końca, wrócił do rodziców i teraz szlaja się od Kairu po Saharę. Polska przygoda zapewniła mu jednak koniec z wszędobylskimi guwernantkami, a także przyjaciół, z którymi może się podzielić niedolą życia w obozie paleontologicznym. Przyjaciół i dziewczynę, bo o ile sobie przypominacie, Danny i licząca sobie ponad tysiąc lat Dobromira wyjątkowo przypadli sobie do gustu. Szczęśliwie dla obojga, stała się już nieco bardziej materialna, a i kwestie finansowe nie spędzają jej snu z powiek. Gdzie jednak nadal tkwi problem? Ano w tym, że Danny siedzi na pustyni, Mira tkwi w Londynie, a Aneta zakuwa w Warszawie. Szczęśliwie jednak rodzice Danny’ego dostrzegli dobry wpływ, jaki miała na niego socjalizacja i zaproponowali mu interesujące wakacje. Niestety, interesujące zapewne tylko z ich punktu widzenia, bo przecież jaki nastolatek chciałby pojechać na obóz letni w Stanach Zjednoczonych, gdzie wprawdzie znajdzie się i kilku równolatków, ale w większości będą to smarkacze niegodni zaszczycenia choćby spojrzeniem. Dobra, dobra, nie pchać mi się tutaj! Danny w każdym razie jechać nie chce, dopóki nie dociera do niego, że przy odrobinie kombinowania może ściągnąć na miejsce i Mirę, a rodzice zapewnili mu dodatkowe, bardzo pożądane towarzystwo. No i zapewne istnieje szansa, że na miejscu też znajdzie się ktoś sensowny.

Oczywiście okazuje się, że sam obóz da się przeżyć, przy odrobinie wysiłku i dobrej woli można obejść najbardziej upierdliwe punkty regulaminu, a szlachetną akcję łamania przepisów uwieńczyć nocną wycieczką do opuszczonego domu po drugiej stronie jeziora. Jednak lekkomyślne śpiewanie oldschoolowych szlagierów okazuje się nie najlepiej kończyć dla osób, które mają powiązania ze światem paranormalnym... i nie tylko.

Przyznam, że bardzo miło było powrócić do świata Danny’ego Moona i jego przyjaciół, choć oczywiście sam główny bohater nie przestaje irytować czytelnika swoją zajebistością, a w Bandzie szalonych obozowiczów dzielnie sekunduje mu Mira, której chciałoby się wielokrotnie albo przywalić, albo po prostu nogę podłożyć. Jak jednak wspominałam już poprzednim razem, może to mieć wiele wspólnego z faktem, że nie jestem grupą docelową i cool młodzież nieco mnie irytuje. Szczęśliwie poza Mirą i Dannym są też inni bohaterowie i niezmiennie podoba mi się Aneta, która – choć nieco mniej przebojowa niż kuzyn i jego duszna dziewczyna – również została przedstawiona bardzo ciekawie i pozytywnie. Świetnie wyszedł również Spencer i inne dzieciaki z obozu – odmalowane bardzo wiernie i realistycznie. Szkoda tylko, że świat dorosłych wydaje się dziwnie czarno-biały, na zasadzie „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Ale taka już poetyka niektórych powieści dla młodzieży, podobnie zresztą jak pewien marysuizm głównych bohaterów i to, że większość rzeczy przychodzi im dziwnie łatwo (np. Mira, duch urodzony w piastowskiej Polsce, bez problemu znajdujący składniki swych średniowiecznych mikstur na innym kontynencie). Jednak jeśli przymknąć oko na takie drobiazgi, książkę czyta się bardzo przyjemnie i jednym tchem, nawet w wieku nieco starszym od tego zamierzonego odbiorcy. Jeśli zatem podobała Wam się Banda niematerialnych szaleńców, to i Obozowiczami się nie zawiedziecie. Dobre!

Maria Krasowska, Banda szalonych obozowiczów, wyd. SQN, Kraków 2021.

sobota, 8 stycznia 2022

Szansa... ale na co?

Julia budzi się w dziwnym ośrodku. Straciła pamięć, nie rozpoznaje własnego imienia, a nawet twarzy w lustrze. Od przypominającej dozorczynię więzienną psycholożki dowiaduje się, że jej rodzice zginęli w pożarze, a ona sama będzie przebywała w tym miejscu do chwili, kiedy nauczy się na nowo funkcjonować, zaakceptuje rzeczywistość. W końca ocalała, dostała od losu „drugą szansę”. Taką nazwę nosi również ów ośrodek, w którym oprócz Julii znajdują się i inni pacjenci, wszyscy starający się nauczyć żyć normalnie, bez znajomości swojej przeszłości. Muszą tylko zaakceptować ową nową, drugą tożsamość, wszystko, co mówią im opiekunowie. Nie jest to łatwe, bo serce i dusza podpowiadają rekonwalescentom, że coś tutaj nie gra.

Dlaczego nie można skontaktować się z kimkolwiek, kto już opuścił ośrodek? Dlaczego jedna z pacjentek zapewnia, że wszyscy zginą? Dlaczego Julia widuje dziwną rudowłosą dziewczynkę? Dlaczego wydaje jej się, że ktoś zwraca się do niej dziwnym przecież imieniem „Karolina”? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wcale się nie pojawiają. Zofia Morulska, terapeutka ośrodka, wręcz zniechęca do ich zadawania, utrzymując, że utrudniają proces dochodzenia do formy. Co jednak się stanie, kiedy Julia i jej kolega Adam postanowią poprowadzić swoje własne śledztwo?

Odpowiedź zaskakuje. Przyznam się szczerze, że dotychczasowe przeczytane przeze mnie powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk traktowałam jako romansidła albo takie pozycje „na raz” (jak w przypadku cyklu o Wiktorii). Po Drugiej szansie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ot, z opisu wyglądało to na czytadełko Young Adult (nie, żeby było w tym jako takim coś złego, niedawno wpadło mi w ręce świetne YA). Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem zgrabnie wykreowała tę ciasną, klaustrofobiczną atmosferę grozy oraz to nieuchwytne poczucie niewiadomego zagrożenia, czyhającego na Julię i jej przyjaciół. Miszczuk podsuwa tropy, na które my – nauczeni wieloma lekturami czytelnicy – rzucamy się z zapamiętaniem, przekonani, że doskonale wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. A jednak nie do końca.

Druga szansa to pozycja zaskakująco mroczna i jeśli ktoś nie chciał po nią sięgnąć, bo był przekonany, że ma do czynienia ze standardową pozycją i bohaterką Katarzyny Miszczuk, straci okazję na poznanie nieco innej odsłony autorki. Wygląda jednak na to, że osób, które poznały perypetie Julii, jest sporo, bo wydanie Uroborosa jest już trzecie z kolei. Co więcej, tą powieścią zainspirował się Netflix i efekt można znaleźć na platformie pod tytułem Otwórz oczy. Kiedy wreszcie uda mi się ogarnąć trochę wolnego czasu, na pewno obejrzę, bo jestem ciekawa, jak też wykorzystano interesujący materiał źródłowy. Czy polecam Drugą szansę? Zdecydowanie tak!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

wtorek, 28 grudnia 2021

Tereska kontratakuje!

Pamiętacie jeszcze Tereską Trawną i jej zwariowaną rodzinkę, świeżo osiadłą na pięknej wsi, okolicy pełnej pól i lasów, w których oprócz grzybów i śmieci można od czasu do czasu znaleźć dywan z wkładką? Pamiętacie wszystkie perypetie Trawnych? Pamiętacie chaos, który zapanował wskutek wydarzeń rozmaitych? Pamiętacie obolałą od śmiechu przeponę? Na pewno pamiętacie.

Bez wątpienia ucieszy Was zatem fakt, że do księgarń już jakiś czas temu trafiła druga odsłona przygód Tereski i jej rodziny, tym razem poszerzonej o kolejną starszą damę z rodu, Briżit Roulon, rodzoną matkę naszej głównej bohaterki. Przebywająca na stałe we Francji seniorka postanawia wpaść z wizytą, jednocześnie planując dla córki i wnuczki znakomity wypoczynek w Angelique-Dzierżoniów SPA, w myśl zasady, iż w zdrowym ciele zdrowy duch. Na mały urlopik załapuje się także teściowa Tereski i tak we cztery z Pindzią na doczepkę ruszają w góry, korzystając z hojności babci B.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, z rodziną wychodzi się najlepiej na obrazku, a dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Sielską atmosferę niemal od razu zakłóca chamski sąsiad zza ściany, zwany czule Żelingtonem, a i różne wzajemne tarcia sprawiają, że Trawne wypoczynek spędzają raczej nerwowo. Nowe nawyki zaczynają jednak wchodzić im w krew, węszą więc aferę kryminalną i to nie byle jaką, bo stare dobre morderstwo. Jest tylko jeden problem – brakuje trupa.

Podobnie jak w przypadku Dywanu z wkładką perypetie bohaterów Marty Kisiel wywołują w nas sympatię i zrozumienie. Koniec końców, kto z nas nie zażerał nerwowo stresów kasztankami i starannie nie pielęgnował rozmaitych traum z dzieciństwa spowodowanych nadopiekuńczością lub dziwnymi przekonaniami rodziców. Któż z nas nie pragnął odrobiny świętego spokoju na wyjeździe, który okazywał się z piekła rodem? Któż z nas za najbardziej relaksujący zabieg nie uznał choćby raz obicia czyjejś mordy? W dodatku wszystkie te perypetie opisane są cudownie barwnym językiem, będącym gdzieniegdzie mieszanką polskiego, rosyjskiego i francuskiego. Porównania i metafory użyte w tekście niezmiennie wywoływały u mnie dzikie ryki śmiechu graniczącego z rechotem.

Nieco słabiej wygląda tym razem warstwa fabularna, bo choć jest zabawnie i znajomo, sama intryga wydaje się opierać na dość słabym założeniu, a i rozwiązanie tajemnicy wypada raczej blado. Mam skojarzenia z późniejszymi powieściami Joanny Chmielewskiej, które wprawdzie bawiły, ale fabuła krążyła głównie wokół pewnych określonych osobowości i sprawdzonych gagów. Wszak Byczków w pomidorach nie uratował nawet pan Mulgaard („Zewłoka takoż aero odleci”), a babcia B. i straszliwe groźby Tereski podczas rozlicznych kontaktów z załogą recepcji śmieszą dość jednorazowo. I tak choć do Dywanu... wrócę niejednokrotnie, tak Efekt pandy jest właśnie „efektem pandy”, takim trochę erzacem, trochę zawodem. Zabawnym, ale niedorównującym pierwowzorowi. Liczę jednak, że następnym razem będzie zdecydowanie lepiej.

Marta Kisiel, Efekt pandy, wyd. w.a.b., Warszawa 2021

środa, 13 października 2021

Tajemniczy bal z Garstkami

Wybaczcie, proszę, długą przerwę – nie tylko wakacyjną, ale ostatnio byłam zawalona robotą i myśl o napisaniu kilku nawet słów wydawała się przerażająca. Czytałam wprawdzie dużo, ale po części rzeczy, które niekoniecznie nadają się na recenzowanie na tym blogu – ot, choćby PeRelowskie kryminały, bo jestem ich olbrzymią fanką. Udało mi się jednak połknąć kilka pozycji idealnie pasujących do profilu moich Rozdroży i myślę, że będziecie nimi również zainteresowani. W końcu nasi ulubieni autorzy – w przeciwieństwie do mnie w kwestii blogowej – nie próżnują.

Jedną z niedawno przeczytanych książek jest trzecia część cyklu ustkowego Anety Jadowskiej – Denat wieczorową porą. Wracamy do nadmorskiego pensjonatu, zwariowanych Garstek i tajemnic, które (że tak zacytuję inną bohaterkę Anety) „zawsze się czają, by cię ugryźć z dupę.” Klimaty mamy równie mało turystyczne, co w Martwym sezonie, wszak styczeń tuż po szaleństwach sylwestrowych nie jest najpopularniejszych miesiącem nad polskim morzem. Istnieje zatem szansa, że nie pojawi się żaden gość, a nawet jeśli, to raczej nie będzie to morderczyni – w końcu w małym miasteczku nie uchowa się nikt obcy.

Jednak gdyby tak miało być, nie mielibyśmy do czynienia z kolejną odsłoną przygód Garstek, prawda? Tym razem tajemnica nie pochodzi z zewnątrz, nie, teraz wracamy do niewesołej przecież przeszłości babci Marii. Bolesław, jej mąż – przemocowiec, został już wprawdzie dawno pochowany, ale życie cały czas wraca do tego, co działo się w tej – nie tak zamierzchłej przecież – przeszłości. Babcia okazuje się od dawna otrzymywać paskudne listy, zarzucające jej, że ktoś wie, co z Bolkiem zrobiła. Ha, ale co zrobiła? Kto je wysyła? I dlaczego właściwie nagle wśród tych przesyłek pojawia się zaproszenie na bal odbywający się w dość ustronnym miejscu? Co więcej, dlaczego tych zaproszeń wysłano więcej? Co planuje ten tajemniczy nadawca-prześladowca?

Denat wieczorową porą to, zgodnie ze słowami autorki, „zagadka zamkniętego pokoju” połączona z klimatami Agathy Christie. Wszak osoby obecne w usteckim domu, zebrane tam na bal tajemnic, coś musi łączyć. Jeżeli jednak tajemnica ta dotyczy Marii, co robi tam najnowszy gość pensjonatu? I jak zawsze, wyjaśnienie zagadki w usteckiej serii nie jest wzięte z Księżyca, ale z nas samych, z ludzkich namiętności i grzechów, nadziei i rozpaczy. Samotności, która niejedno ma imię.

Jak to u Anety Jadowskiej, opowieść o zwykłych-niezwykłych ludziach nie jest jednak nudną pogadanką, a bardziej powieścią ukazującą świat, którego fasady pewnie sami widzimy, ale nie dostrzegamy tego, co za nimi ukryte. Oczywiście można też liczyć na dużą dawkę zwariowanego humoru – wszak to Ustka i Garstki, a w ich obecności świat nie może być ponury! To po prostu idealna pozycja dla osób spragnionych rozrywki na pozór lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale tak naprawdę skłaniającej do pewnych przemyśleń. Zdecydowanie polecam!

Aneta Jadowska, Denat wieczorową porą, wyd. SQN, Kraków 2021.

środa, 9 czerwca 2021

Trup leży w szufladzie i krwawi na rolki!

Czy poniedziałek szesnastego może okazać się dniem straszliwym? Oczywiście, w końcu to poniedziałek, a każdy wie, że nie ma gorszego dnia i to jeszcze o 8 rano! A co, jeśli pod naszym zakładem pracy zastaniemy wezwany patrol policyjny? Gorzej – na miejscu jest już cała ekipa dochodzeniowa! W całym zamieszaniu łatwo bowiem zapomnieć o drobnym szczególe – poniedziałek szesnastego jest pierwszym dniem roboczym po piątku trzynastego!

Inżynier jakości Kacper Niedźwiedzki próbuje się zorientować w narastającym chaosie – posłuchać opowieści, oddzielić plotki od półprawd i fantazji… wprawdzie nie ma do tego żadnych kwalifikacji poza wieloma seriami rozmaitych kryminałów na Netflixie, ale przecież „nie matura, lecz chęć szczera…” Ofiarą (niekoniecznie losu) okazuje się Mirek Biernacki, główny planista, powszechnie obdarzony zakładową niechęcią za akcję „wypowiedzenie”, która przyniosła mu korzyści majątkowe w postaci prezentu pożegnalnego. Trup krwawi w szufladzie regału, załamany behapowiec pije meliskę, a najwięksi plotkarze biurowi próbują odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytanie dochodzenia kryminalnego. Kandydatka na morderczynię jest bowiem pod ręką: zastępczyni Mireczka, Stella. Wzajemne stosunki planistów przypominały generalnie te przysłowiowe psio-kocie, więc wiadomo, na kogo zaraz padnie podejrzenie. Sprawa komplikuje się, gdy specjalistą do spraw śledczych przysłanym przez Zarząd okazuje się jeszcze-nie-były mąż Stelli – trzeba mu zdecydowanie patrzeć na ręce, by z czystej zemsty nie wkopał swojej jeszcze-nie-byłej. Zważywszy na teoretyczne doświadczenie, idealnie nadaje się do tego Kacper! A w tym wszystkim dojść prawdy próbują jeszcze autentyczni zawodowcy, oswajający się z nietypowym środowiskiem pracy i rolkach ważniejszych niż życie.

Przy okazji product placement boskiego Kotterka ;)

„Morderca jest wśród nas” to motyw dobrze znany, a w warunkach zakładu pracy cudownie rozegrany na naszym rodzimym podwórku chociażby przez Joannę Chmielewską we Wszyscy jesteśmy podejrzani. Zaplanuj sobie śmierć pozwala dla odmiany poznać kulisy działania zakładu produkcyjnego (oraz priorytety pracowników) i stawia przede wszystkim na interakcje osobiste. O większości wydarzeń i osób dowiadujemy się z opowieści pozostałych, a plotkarzy wśród nich zdecydowanie nie brakuje. W tak zwanym międzyczasie odkrywane są różne mniej lub bardziej osobiste sekrety pozostałych pracowników, a chęć uczczenia nieboszczyka zaczyna przechodzić granice zdrowego rozsądku.

Pierwszy kryminał Mileny Wójtowicz nie odbiega klimatem od innych utworów autorki – może i mamy do czynienia z trupem, jednak podejście do denata i jego koleżanek oraz kolegów z pracy przypomina przygody Sabinki, Piotrusia i Moniki z Magicznego Urzędu Skarbowego. Jeśli ktoś pragnie książki lekkiej, łatwej i przyjemnej i uwielbia przede wszystkim stronę humorystyczną czy lekko obyczajową w kryminałach, Zaplanuj sobie śmierć to idealny wybór. Książka zdecydowanie nie jest przeznaczona dla wielbicieli ciężkich sensacji w stylu skandynawskim z obowiązkowymi wstawkami, ukazującymi zwichrowaną psychikę mordercy – i chwała bogom! Tę pozycję czyta się równie przyjemnie jak słucha niewinnych sąsiedzkich ploteczek. Jak dla mnie – bardzo dobry debiut kryminalny. Proszę o więcej!

Milena Wójtowicz, Zaplanuj sobie śmierć, wyd. w.a.b., Warszawa 2021