środa, 4 stycznia 2023

Powalająca onuca powraca!

Stęskniliście się już za naszym ulubionym egzorcystą? Przyznam, że ja bardzo! Przygody Jakuba mają różne odsłony – lepsze i gorsze – ale jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym się przy nich szczerze nie uśmiała, nawet jeśli czasami zdarza się to rzadziej niż częściej. Jak w takim razie prezentuje się najnowszy tom, Faceci w gumofilcach?

Jedenaście tekstów jak zwykle prowadzi prosto na podwórze zaniedbanego obejścia na Starym Majdanie, gdzie tradycyjnie już spotkamy Jakuba, jego wnuczka Piotrusia, starego Kozaka Semena oraz odwiecznych wrogów Wędrowyczowego rodu – złowrogich Bardaków! Opowiadania są krótsze (Depozyt) i nieco dłuższe (Wajcha), ale nie da się ukryć, że każde kolejne przypomina o smutnym (lub radosnym) fakcie: życie z i obok egzorcysty na pewno nie jest nudne. W zbiorze czekają opowieści o podróżach w czasie, małym ludku funkcjonującym tuż obok nas, portalach międzyplanetarnych, telepatii, istotności dbania o dobre uzębienie i właściwym podejściu do innych. A na końcu wydarzy się coś, co naprawdę przejdzie do historii Jakubowych wyczynów!

Z Wędrowyczem jest tak, że im dłużej czekamy na kolejną odsłonę jego przygód, tym lepsze się okazują. Przyznam, że na pewnym etapie Pilipiukowego zalewu Jakubowych tomików miałam naszego egzorcysty już nieco dość – pewne pomysły na opowiadania były po prostu na siłę i zamiast szczerego chłopskiego rechotu wywoływały u mnie co najwyżej uśmiech politowania. Tym razem, podobnie jak w przypadku Karpie bijem, doskonale się bawiłam przy każdym kolejnym tekście. Oczywiście, jak zawsze, w zbiorze są i lepsze, i gorsze (bezwarunkowo uwielbiam Dentystyczny Batalion Karny, ale Depozyt i Śmieciowy interes są raczej słabe), choć nawet te drugie powstały na bazie całkiem niezgorszego pomysłu (no dobrze, poza Depozytem). Ilustracje Andrzeja Łaskiego tylko dodają im – teoretycznie zbędnego, a jednak jakże wzbogacającego książkę kolorytu!

Oczywiście należy pamiętać, że Jakub i jego przygody nie są dobrem dla każdego. Zawsze twierdzę, iż najlepszy test dla potencjalnego czytelnika stanowią ogłoszenia drobne na okładce. Jeśli teksty w stylu „Z powodu ucieczki za granicę oddam w dobre ręce prężnie działającą sektę religijną” wcale cię nie bawią, lepiej trzymaj się od Wędrowyczowskich perypetii z daleka. Starych fanów egzorcysty pewnie nie trzeba zachęcać do lektury, tym bardziej, że Faceci w gumofilcach są naprawdę zacni! Czytać! Bezwarunkowo. I niezmiennie uważać na tych drani Bardaków – oni na pewno coś knują!

Andrzej Pilipiuk, Faceci w gumofilcach, il. A. Łaski, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2022.

PS: I nie zapominajcie – krowy nie są tym, czym się wydają!

sobota, 19 listopada 2022

Kryminał w różu

Edyta Prusko opuszcza swe mieszkanie we Wrocławiu i udaje się na Wielkanoc do rodziny na drugim końcu Polski, na Podlasiu. Robi to z olbrzymią ulgą, jako że jej małżonek, Rafał Surym, ostatnimi czasy zupełnie nie przypomina mężczyzny, z którym się związała, i Edycie w głowie powoli kiełkuje pewne drastyczne rozwiązanie tego problemu, a nazwa jego rozwód. Jej decyzji wydaje się tylko sprzyjać to, że niemal natychmiast Rafał postanawia się umówić na randkę z nadzwyczaj chętną na przygodę Ulę, jednak budzi się po upojnej kolacji z kompletnym zaćmieniem umysłowym... Tymczasem Ulka nie obudzi się już nigdy i do akcji wkraczają dzielne służby śledcze, działając niejako dwutorowo: stróże prawa w osobach niejakiego Bączka z Wrocławia i Lewczyńskiego z Augustowa próbują rozwiązać zagadkę, która dotyczyć będzie obojga małżonków, co doprowadzi do wmieszania w sprawę rodziny Edyty... A ta jest zdecydowanie niepospolita i miewa najdziksze pomysły, co sprawia, że tytułowe „pruskie baby” w dzielnym sierżancie Bączku wywołują niemal palpitacje serca!

Jednak jedna rozwiązana sprawa wiosny nie czyni, gdyż tuż po rozwikłaniu tajemniczej śmierci Ulki, wschodząca gwiazda wrocławskiej kryminalistyki znowu ma wątpliwą przyjemność badania następnego nieoczekiwanego zabójstwa, które ponownie sprawi, że będzie musiał współpracować z pruskimi babami i przyległościami – w końcu ginie jedna z teściowych zainteresowanych pań! Choć tutaj odpowiedź wydaje się nasuwać sama, tak łatwo się nie wywinie, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że w sprawę może być zamieszany prawdziwy seryjniak!

A ponieważ jak coś się psuje, to zazwyczaj na całego i wszystko, zatem zarówno Bączkowi, jak i Lewczyńskiemu znienacka znowu przydarzy się morderstwo, ba, żeby to jedno! Ofiary zdają się padać trupem jedna z drugą i zdesperowani śledczy już bez zdziwienia przyjmują fakt, że Surymowie i rodzina Prusko wydają się być w to wszystko zamieszani! Czy potencjalnie zbawienna rada – zamknąć ich od razu na cztery spusty – jest rzeczywiście jedynym rozwiązaniem? Ale jak zastosować ją do kobiety w rozterce i z wpływami oraz ofiary zamachu...?

Bohaterowie trylogii Małgorzaty Starosty radzą sobie w tym całym zamieszaniu całkiem nieźle i przy okazji – niemal wszyscy – dostarczają nam okazji do radosnego porykiwania w trakcie lektury. Fantastyczna rodzina Prusko i ich niezwykle ważna dla akcji historia to jednak nie tylko Edyta i jej najbliżsi, a także przyjaciele, bez których życie byłoby nudne – choć może czasem spokojniejsze. Obok barwnych sylwetek Edyty, jej babci Krystyny, mamy Basi, sióstr bliźniaczek, taty z jeszcze bardziej zakręconą familią czy choćby Henryka z jego kontaktami i Rafałowych ciężkich na co dzień najbliższych, niemal od razu łapiemy szybki kontakt choćby z Patinką i bandą szalonych przyjaciółek oraz boskim kucharzem Emilem, który – choć czasami nieco gwiazdorzy – to jednak ma do tego wszelkie prawo, a jego zamiłowanie do plotek pomaga rozwiązać niejedną zagadkę! Cała ekipa nie jest, rzecz jasna, pozbawiona wad, ale i one dają się (czasami) wybaczyć, a już zdecydowanie ubarwiają codzienną egzystencję – co zapewne wydaje się nie do zniesienia dla naszych ulubionych śledczych!

Bo przecież trylogia Pruskich bab to właśnie komedia kryminalna, nie obyczajówka! Osią wszystkich książek są morderstwa, a wszystko inne dzieje się jakby dookoła, obok głównego wątku. I choć na równi z bohaterami pragniemy owe tajemnice rozwikłać, nie jest to łatwe, bo najważniejsze informacje są dawkowane dosyć oszczędnie i nawet najbardziej zaprawiony w bojach miłośnik kryminałów może mieć pewien problem z rozwiązaniem niektórych zagadek – również ze względu na to, że pewne tropy wydają się nieco zbyt wymyślne, choć nie napiszę „niewiarygodne”, bo życie pisze przecież najdziwniejsze scenariusze.

Szkoda, że wydawca trylogii wyrządził autorce wielką krzywkę, projektując okładki w kolorze różowym (z czego zresztą bohaterowie robią sobie w przypływie jasnowidzenia jaja) i zdobiąc je starymi zdjęciami, sugerującymi, iż czytelnik ma do czynienia raczej z sagą rodzinną niż kryminałem, a to niewątpliwie mogło się niekorzystnie przełożyć na odbiór lub sprzedaż tytułu. Przyznam szczerze, że ja akurat sagi rodzinne lubię i odkrycie, że to jednak komedia kryminalna niecno mnie zaskoczyło, acz nie odrzuciło, ale przecież nie każdy fan obyczajówek lubi kryminały, a fan kryminałów na ogół nie sięgnie po różowe okładki. Szkoda, bo książki są zabawne i zdecydowanie godne uwagi. A że idą Święta, to może warto sprawić komuś ciekawy i zacny upominek w formie trylogii?

Małgorzata Starosta, Pruskie baby, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Wesela nie będzie, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

Małgorzata Starosta, Kwestia czasu, wyd. Vectra, Czerwionka-Leszczyny 2020.

PS: Chociaż uważam, że rozwiązanie wątku Rafała jest pójściem na łatwiznę! O!

sobota, 6 sierpnia 2022

Przysługi - pierwszy stopień do piekła

Z Wilczą Jagodą pożegnaliśmy się gdy pokonała Śpiącą Królewnę. Jak jednak pamiętacie, by to zrobić, musiała zwrócić się do mniej lub bardziej szemranych sojuszników – nawet tych niechętnych. Ale pomoc oznacza, że czasami zaciąga się długi... a długi, zwłaszcza magiczne, trzeba spłacać.

Gdy zatem z Jagodą kontaktuje się niesławny uczeń czarnoksiężnika, Caleb Blythe, wiedźma nie ma zbyt wielkiego wyboru, musi mu pomóc. Lecz kiedy w progu staje człowiek władający dosyć kontrowersyjnymi mocami, ubabrany krwią od stóp do głów, nic dziwnego, że zaczynają nasuwać się bardzo niewygodne pytania.

Wątpliwości Jagody intensyfikują się po usłyszeniu nieciekawych wiadomości i wizycie Maria z Wydziału ds. Mrocznej Magii – ktoś w okolicy zabija z absolutną bezwzględnością. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że za zbrodnie może być odpowiedzialny demon. Ale co mogłoby sprowokować demona... i czy przypadkiem uczeń czarnoksiężnika nie pojawił się w okolicy mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęły się morderstwa...? I kto kręci się wokół uczennicy Jagody, Sonii? Jak rozplątać ten mroczny krąg zagadek? I kto jeszcze zginie, zanim Wilcza Jagoda dotrze do sedna sprawy?

Świat wykreowany przez Magdalenę Kubasiewicz to fenomenalne, interesujące odbicie zwykłej Warszawy. Magiczne enklawy i dzielnice istnieją tuż obok naszych, zwykłych, co sprawia, że przygody Wilczej Jagody i innych bohaterów wydają się z jednej strony tak namacalne, tak bliskie, a z drugiej wyjątkowo odległe. To kwintesencja urban fantasy, więc jeśli ktoś lubi podobne klimaty, do lektury tego cyklu nie trzeba go będzie namawiać. Jednak same dekoracje nie wystarczą, by przykuć uwagę czytelnika – na szczęście autorka ma znakomite pomysły i nawet jeśli wykorzystuje pewne stereotypy, robi to w często przewrotny sposób. Podsuwa kolejne tropy, o wielu rzeczach czytelnik dowiaduje się równocześnie z postaciami, ma więc szanse na samodzielną próbę rozwiązania zagadki. Kolejne wydarzenia wciągają i sami nawet nie wiemy, kiedy pochłonęliśmy całą książkę. I tak jest zawsze, jeśli chodzi o powieści Magdy Kubasiewicz - ona po prostu ma talent. Bohaterowie przez nią wykreowani są z krwi i kości, mają zalety, ale i rozliczne wady, co sprawia, że łatwiej je „pojąć” i polubić, nawet tych wyjątkowo niesympatycznych, wszystkie są też namacalne, nie papierowe. Nie uświadczymy tu Maryś Sójek, którym połowa wszechświata pada do stóp tylko za to, że istnieją – nawet osoby wybitnie utalentowane są uwikłane w rozliczne problemy, a świat po prostu czasem okazuje się wredny. 

To wszystko sprawia, że drugą (no dobrze, prawie trzecią, biorąc pod uwagę opowiadanie) odsłonę cyklu o Jagodzie Wilczek czyta się po prostu znakomicie. Stanowi przyjemną odskocznię od rzeczywistości – zwłaszcza w te letnie dni. Bawi, ale i uczy – przede wszystkim tego, by nie oceniać po pozorach...

Magdalena Kubasiewicz, Przysługa dla czarnoksiężnika, wyd. SQN, Kraków 2022.

czwartek, 21 lipca 2022

Nowa (?) odsłona Pilipiuka

Wyobraźcie sobie świat geograficznie całkiem podobny do naszego, którego mieszkańcy próbują podnieść się i przetrwać po bliżej nieokreślonej katastrofie. Kiedy się wydarzyła i co się właściwie stało? Na to pierwsze pytanie dokładnej odpowiedzi nie znajdziemy, jeśli chodzi o drugie, możemy się czegoś domyślać. Prawdopodobnie potężna erupcja wulkanu i jej konsekwencje sprawiły, że cywilizacja Przodków podupadła, pozostawiając za sobą zaledwie zrujnowane pozostałości infrastruktury i miast. Potomkowie mogą już tylko odkopywać zaginione skarby i przedmioty użytku codziennego, licząc nie tylko na cenne znaleziska, ale może i okruchy dawnej wiedzy.

Składający je w całość kapłani próbują wprawdzie zrekonstruować dawniejszą mądrość i dowiedzieć się, co się tak naprawdę stało, nie zaniedbują też jednak tego, co dzieje się w teraźniejszości. Z powodu narastającego zagrożenia Arcykapłan kociogłowej bogini postanawia wysłać ekspedycję z misją znalezienia nowego miejsca do osiedlenia się – może uda się odnaleźć innych przedstawicieli ich ludu, odseparowanego już od wielu dekad. W drogę wyruszają zatem młody Dave, jego krewna Tyra, kapłanka Ana, dowódca Nash oraz gołębiarz Mersh i jego syn. Czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa – pytanie tylko, czy są na nie odpowiednio przygotowani...

Andrzej Pilipiuk od zawsze flirtuje z wieloma odmianami fantastyki, a tym razem postanowił zaserwować nam powieść fantasy. Umieścił w niej wiele elementów charakterystycznych dla tego gatunku: magię, nieznane lądy, klasyczny quest, bogów... A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby nie wzmianka o księżycu, porośniętym lasami i poprzecinanym rzekami, to miałabym pewność, że akcja Przetainy rozgrywa się w naszym własnym świecie po katastrofie dorównującej nuklearnej – przyznam szczerze, że dopasowywałam nawet pewne ludy i nazwy do naszej rzeczywistości. Szczególnie intrygujące wydają się wywody naukowe, może i na miejscu w ustach zgłębiającego wiedzę Arcykapłana, ale może niekoniecznie wygłaszane przez lokalnego dostojnika, w gruncie rzeczy zupełnie prostego człowieka. Owszem, są bardzo interesujące, ale w pewnym momencie czytelnik zastanawia się, czy aby na pewno wszystko się tu zgadza – nadmierna ilość ekspozycji zaczyna irytować. Miejscami podejrzewałam, że pewne fragmenty powieści zostały napisane po to, żeby olśnić odbiorcę erudycją autora. Oczywiście, nie jest to jedyny taki przypadek w dorobku Pilipiuka (przychodzą mi tu na myśl ustępy Norweskiego dziennika), ale co jest do przełknięcia w jednej konwencji, niekoniecznie okazuje się właściwe (i dobre) dla innej.

Przyznam, że trochę drażnią mnie również bohaterowie powieści, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stanowią takie typowe „kopiuj-wklej” w utworach Pilipiuka. Główny bohater to niemal kopia Roberta Stroma: wykształcony (na ile to możliwe), obyty, mający wiedzę na przedziwne, hermetyczne tematy, złota rączka, tyle że w przeciwieństwie do Storma nie cofa się przed przemocą. Jeśli do tego założymy, że wizerunek na okładce przedstawia właśnie jego, zaczynamy nieśmiało podejrzewać, że stanowi alter ego samego autora, co samo w sobie nie jest złe, ale to już któryś taki bohater. Mamy też szlachetną i cywilizowaną dzikuskę, nieskalaną leliję – nieosiągalną kapłankę, dziewczę, do którego wzdycha nasz Dave... Słowo daję, ja w końcu zrobię takie pilipiukowe bingo!

A jednak przy wszystkich wadach i wtórnościach książkę czyta się znakomicie – podobnie jak mogę słuchać Andrzeja opowiadającego choćby o obieraniu gruli. Czuć, że autor to znakomity gawędziarz i bardzo, bardzo chcemy dowiedzieć się, jak zakończy się ta przygoda. I choć ten finał wydaje się zbyt nagły i płaski, to jednak droga do niego prowadząca okazała się wciągająca. Jak zwykle, jest też i morał: choćby było bardzo ciężko, niebezpiecznie i beznadziejnie, można liczyć na "przetainę” – łaskę od najwyższych, znak, że ktoś czuwa tam gdzieś nad nami... Przynajmniej w moim odczuciu...

Andrzej Pilipiuk, Przetaina, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2022.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Magia, bogowie i Bieliny

Już kiedyś miałam okazję sięgnąć po pozycję z uniwersum Kwiatu Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk i uznałam, że to rzeczywiście przyjemna lektura, choć chciałam zabić główną bohaterkę. Kolejne pozycje z cyklu jednak niespecjalnie do mnie trafiały i jakoś odechciało mi się dalszego czytania. Może to ta niechęć do Gosi... Jednak gdy w roli bohaterki zastąpiła ją Baba Jaga, czyli Jarogniewa, snująca opowieści o czasach młodości, sytuacja uległa zmianie – na lepsze. To już szeptucha zdecydowanie inna, znająca swoje zadania, zakorzeniona na swój sposób nie tylko w tradycji, ale i w lokalnej społeczności, a – co najistotniejsze – pozbawiona dzikiej obsesji na punkcie kleszczy.

Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Jaga popełnia swój największy błąd – a potem (jak u Hitchcocka) jest jeszcze bardziej interesująco. Niezgułowaty Mszczuj ma problemy z rodzicami, ale – jak typowy facet – nie potrafi ich rozwiązać sam, musi do pomocy namówić niechętną z początku szeptuchę. Perypetie i kłopoty związane z niechcianą narzeczoną (a.k.a. Motylkiem) prowadzą do nieoczekiwanych rozwiązań, ale i to zostaje wkrótce przyćmione, gdy okaże się, że klientka Jagi, dla której ona tak się poświęcała, latając z gołym tyłkiem w Noc Kupały, raczyła odejść z tego świata, wcześniej intensywnie korzystając z uwarzonej mikstury. Jakby tego było mało, w życie mieszkańców Bielin i ich szeptuchy znowu zaczynają ingerować znudzeni lub knujący bogowie. I choć niektóre kontakty nawiązywane są na własne życzenie, to ich konsekwencje mogą okazać się opłakane i niespodziewane.

Świat ludzki i boski w cyklu „szeptuchowym” przeplata się zresztą cały czas, co czyni go (w moim odczuciu) takim „rural fantasy” ze świetnym pomysłem. Polska pogańska, ale wcale prze to nie zacofana, zielarki korzystające z dorobku współczesnej medycyny, a na deser rozmaite stwory z wierzeń ludowych tworzą znakomite tło do opowieści o zwyczajnych, wręcz przyziemnych ludzkich namiętnościach. Zmiana bohaterki również wyszła cyklowi na dobre, bo też choć Jaga jest zwykłą kobietą z pewnymi słabościami, to jednak stanowi olbrzymi kontrast z jojcącą co krok Gosławą.

Jedyną wadą Gniewy wydaje mi się wątek Swarożyca i jego zadania, potraktowany nieco po macoszemu, jakby był szkicem, nakreślonym, by „coś tam się w tle działo”. Domyślam się, iż stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnej odsłony przygód Baby Jagi, ale myślę, że powinien zostać zakończony choćby połowicznie.

Niewiele więcej mogę tej książce zarzucić. Czyta się ją absolutnie fantastycznie, wciąga, bawi i uczy (kiedy trzeba). Katarzyna Berenika Miszczuk ma dar snucia opowieści, a z każdą kolejną pozycją rozwija go jeszcze bardziej. Czy polecam? Ależ tak – szczególnie na lato!

PS: I pamiętajcie – nigdy nie róbcie sobie trwałej ondulacji!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Gniewa, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

wtorek, 5 lipca 2022

Opowieści z Krakowem w tle

Wielu znajomych zachwalało antologię Neolegendy krakowskie. Wprawdzie mam już trochę dość zbiorów opowiadań (o czym dobrze wiecie), ale niektórych rekomendacji po prostu nie da się zlekceważyć i tak oto weszłam w posiadanie tego tomiszcza (w dodatku w twardej oprawie!).

Książkę otwierają wstępy... Tak! Nie jeden, nie dwa, ale dokładnie osiem, napisanych nie tylko przez literaturoznawców (w tym zmarłego niedawno, wiele poważanego w fandomie, Mirka Gołuńskiego), ale także autorów piszących teksty o takim klimacie, tworzących opowieści będące nowymi legendami, a przynajmniej mające szansę takimi się stać. Wstępy zawierają nie tylko wyjaśnienie samego pojęcia (zresztą bardzo – moim zdaniem – pobieżne), ale też skupiają się na tym, co obecnie wydaje się legendarne i jak w nowych czasach owe legendy się tworzą; jak najprostsze rzeczy prowadzą do powstania tego rodzaju opowieści i wreszcie jak niewiele trzeba, by taką wykreować (jestem przewodnikiem, coś na ten temat wiem). Legendy pomagają nam oswoić dane miejsce, uczynić go swoim, nadać mu głębszego tła. I nie, nie są tylko opowieściami z odległej przeszłości, powstają cały czas, niemal na naszych oczach...

Antologia zawiera 15 opowiadań, mnóstwo lektury, pozwolę sobie zatem pokrótce je wymienić. I tak zbiór otwiera tekst Pawła Majki, Materiam superabat opus, nawiązujący do znakomitego krakowskiego architekta, Teodora Talowskiego. To osadzona w alternatywnej rzeczywistości opowieść o ocaleńcach z zagłady i ich wspomnieniach o mieście, o przeszłości, którą pozostawili za sobą, wreszcie o duszy danego zapomnianego świata. Szarkań Lecha Baczyńskiego koncentruje się na przeszłości, z której utkano niejedną legendę: historii Jadwigi Andegaweńskiej (znacie tę o stópce?), wzbogaconej o pewne fantastyczne elementy (i masakrycznie zastosowany współczesny język bohaterki przy stylizacji wszystkich pozostałych – uch, ależ mi to przeszkadzało przy czytaniu!). Katarzyna Ophelia Koćma snuje opowieść o Alei Gąsienic. Poznajemy w niej Edgara Krukowskiego, zjawiającego się w Krakowie, by objąć spadek po nieznanym krewnym i odkrywającego coś bardzo niesamowitego na temat okolicy, w której znajduje się odziedziczony dom. Kompletnie inny klimat przywołuje Michał Tomczyk, przedstawiając w tekście I jeden dzień dłużej apokaliptyczną wizję końca świata z drobnymi przeszkodami, związanymi z pewnymi wydarzeniami z przeszłości.

Inna królewska historia to opowiadanie O tym, jak król Zygmunt przeniósł stolicę do Warszawy, acz jego bohaterem nie jest monarcha, a niejaki (znany skądinąd fanom fantastyki) Michał Sędziwój. Poszukiwania odwiecznego sekretu transmutacji prowadzą nas w różne zakamarki Europy i wikłają w niejedną awanturniczą przygodę. Olga Niziołek w Miastowymiarach krótko, acz treściwie przedstawia świata widziany z kilku perspektyw i historię pewnego ruchu oporu. W niewesołym Smokołapie Adam Groth przydaje naszej rzeczywistości magicznych elementów w postaci niecodziennych szkodników – wszak bohaterowi w piwnicy zalęgł się smok! Niesamowite stworzenia pojawiają się także w Czasie mamutów Agnieszki Bar, opartej na faktach opowieści o odkryciu dokonanym pod kopcem Kościuszki i jego niesamowitych konsekwencji. Także Kazimierz Kyrcz Jr. opisuje pewne niespotykane stworzenia, zabierając nas na spotkanie z dość nietypowymi mieszkańcami miasta w Żywych skamielinach.

Do kolejnej legendarnej historii (i pewnej teorii spiskowej) nawiązuje Paweł Dybała w Zaklinaczu świata i szumu, prowadząc nas nie tylko na szczyt wieży Kościoła Mariackiego, ale także przenosząc się w przeszłość wraz z hejnałem. Nieco bardziej przyziemna Legenda o Sławku Popromiennym Krzysztofa Rewiuka to zapis kilku miesięcy z życia młodego chłopca, przywołujący klimat lat 80., czasy marzeń o gumie do żucia i obaw po katastrofie czarnobylskiej. Wszystkie grzechy Walerii Schulz wyliczone przez Anetę Pazdan prowadzą nas prosto w bardzo mroczne zakamarki ludzkiej duszy, zrodzone z krakowskiej legendy. Schody Izabeli Grabdy także nawiązują do opowieści związanej z kościółkiem św. Wojciecha na krakowskim rynku, a my mamy okazję się dowiedzieć, jak pozyskać prawdziwą miłość. Michał Stonawski zabiera nas w rejs po Wiśle, tytułowy Ostatni rejs Jonasza. Zaprowadzi nas on do świata duchów, ofiar i pradawnych rytuałów, a wszystko to w cieniu wawelskiego wzgórza. Wreszcie ostatnią, interesującą opowieść, związaną z jednorożcem i odwieczną walką dobra ze złem, przedstawia nam Marcin Tomasiewicz w Piecie, gdzie wraz z głównym bohaterem poznajemy historię miłości i nienawiści.

Będę szczera: nie wiem, co sądzić o tej antologii. To, że teksty są nierówne pod względem literackim, nie stanowi dla mnie żadnego zaskoczenia, bo o tym wielokrotnie już pisałam w wielu recenzjach (choć nadal nie rozumiem, co w książce robią wyjątkowo słabe Żywe skamieliny). Większość trzyma jednak przyzwoity poziom, a kilka jest naprawdę dobrych (moi osobiści faworyci to Pieta oraz Zaklinacz światła i szumu). Jednak niektóre wydają się tam umieszczone zupełnie z przypadku, bo i mogłyby się rozgrywać wszędzie, a Kraków to tylko dekoracja, przywołana po to, by tekst pasował do tematu zbioru – należą do nich Aleja Gąsienic i Miastowymiary, a częściowo też I jeden dzień dłużej. Szczęśliwie przeważają te inspirowane czy to legendarnymi, czy to faktycznymi wydarzeniami z przeszłości Krakowa, a kilka nawet detalami architektonicznymi (Materiam superabat opus i Smokołap). Ale najbardziej przeszkadza mi w tej antologii brak owego poczucia „legendarności” w co najmniej połowie przypadków – to opowiadania lepsze lub gorsze, ale brakuje w nich tej głębi i ponadczasowości sprawiających, że opowieść przekształca się w legendę i najlepiej widać to chyba w przypadku Legendy o Sławku Popromiennym, niezwykle sprawnie napisanego wspomnienia z czasów młodości, jednak – poza tytułem – kompletnie nie przywołującego esencji, którą powinien zawierać taki właśnie gatunkowo tekst. Innym przykładem jest Ostatni rejs Jonasza, znowu - historia wciągająca i ciekawa, ale będąca w moim odczuciu „zaledwie” fantastyką.

Myślę, że gdyby antologia została po prostu zatytułowana Opowieści krakowskie, byłaby dla mnie znacznie bardziej przystępna, bo nie nastawiałabym się na teksty cechujące się czymś więcej niż tylko wykorzystaniem legendarnych i fantastycznych motywów. Jednak stało się inaczej i jestem trochę rozczarowana. A przecież kilka opowiadań było naprawdę znakomitych! Spróbujcie – i podzielcie się potem swoimi wrażeniami!

Neolegendy krakowskie, wyd. Stalker Books, Olsztyn 2021.

I jeszcze legendarna stópka Jadwigi...

czwartek, 16 czerwca 2022

Kto zabił redaktora?

Są miejsca i zawody niebezpieczne z natury... Wiadomo, jak się ktoś zaciąga do policji, różne rzeczy mogą się przydarzyć. Co jednak z redaktorami, na co dzień obcującymi przecież najczęściej ze słowem (ewentualnie autorami i tłumaczami walczącymi o każdą przydawkę i inne takie)? Przecież to wydaje się najbezpieczniejszy zawód świata – chyba że człowieka szlag ciężki trafi na widok kolejnego byka! A jednak! Bywa tak, że biedny praktykant otwiera drzwi do służbowego kibelka, a tu... A tu nagle trup!

No dobra, gdybyśmy byli w „Grze o tron”, nikogo by to nie zdziwiło. Jednak pracownicy wydawnictwa JaMas wydają się mocno zszokowani. Jasne, ofiara, niejaki redaktor Chojnowski, do najmilszych ludzi nie należał, ale jego upierdliwość sprawiała przecież, że książki stawały się znacznie lepsze. Upierdliwość najważniejszą cechą redaktora! Dodatkowo kto przecież chciałby mordować go przed wykonaniem wyro... znaczy jego pracy? Jak mawia grafik Stalówka, będący jednocześnie specem do spraw motania niemowląt w chustach, „Zaciukać redaktora (...) dać się da, ale przed redakcją to raczej bez sensu. Po redakcji to bym jeszcze zrozumiał. Albo w trakcie. Ale przed?”. Dziwne i niespodziewane.

Nieszczęśni policjanci, których los rzucił w mury tego domu wariatów, starszy sierżant Jerzy Pozgonny oraz starszy posterunkowy Michał Mogiła, mają nie lada orzech do zgryzienia, bo oprócz zagadki zamkniętego kibelka i zeszłego z tego świata redaktora, muszą walczyć z wyjątkowo malowniczą ekipą podejrzanych, pracowników wydawnictwa. W końcu czego dobrego można się spodziewać po ludziach odzianych w kiecki we flamingi, sekretarkach i sekretarach oraz kierownikach pecha i świeżo upieczonych praktykantach? Koszmaru każdego śledczego dopełnia zwyczajowa podejrzana, żona denata, tłumaczka chadzająca z dziwną przypinką „Szekspir nie pisał po polsku” i wyjaśniająca zagubionym we mgle stróżom prawa, że to redaktor jest idealnym kandydatem na zimnokrwistego mordercę. Jak działać i jak żyć, skoro do śledztwa miesza się była komendantka, pisarka „momentalna”, a gdzieniegdzie w kałuży świecą gołe klaty?

Opowieści o morderstwie w miejscu pracy to klasyka kryminału, a najlepszym przykładem są chociażby kultowi „Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanny Chmielewskiej. Biedni, niezorientowani śledczy staja przed potwornym wyzwaniem zgłębienia nie tylko przeszłości ofiary i alibi potencjalnych sprawców, ale też koniecznością zrozumienia specyfiki pracy w danej firmie oraz tego, dlaczego nie należy ruszać wazonów na balkonie, dlaczego trup krwawi na rolki („Zaplanuj sobie śmierć” Mileny Wojtowicz) i dlaczego w centrum wydawnictwa stoi ołtarzyk ku czci. Zagadka kryminalna w połączeniu z doskonale napisaną komedią obyczajową to czysta przyjemność, a i szansa na zajrzenie za kulisy pewnych określonych branży, bo przecież autorzy zazwyczaj piszą o tym, co całkiem nieźle znają. Podobnie jest też w przypadku Ałtorki, przecież doskonale wiedzącej, jak funkcjonuje wydawnictwo, planującej zapewne niejedną zbrodnię na redaktorach (biedne przydawki!), a znającej z własnego doświadczenia rozmaite praktyki w domu wariatów, jaki stanowi wydawnictwo przed deadline’em. I to wszystko widać! Barwne opisy kolejnych postaci (dziwnie przypominających te skądinąd w środowisku znane) to chyba nawet większy atut powieści niż zagadka kryminalna, która stanowi bardziej drugoplanowy wątek i – tak, oczywiście – ciekawi, ale jednocześnie schodzi na dalszy plan.

Jeśli Kiśl kiedykolwiek zrezygnuje z pisania fantastyki (oby nie!), kariera pisarki kryminałów stoi przed nią otworem, ale to wiemy już od czasów Tereski Trawnej. W obecnych okolicznościach przyrody zdecydowanie potrzebujemy książek lekkich i przyjemnych, a jednocześnie prawdziwie zabawnych i ubarwiających nam te kilka godzin lektury. Jeśli zatem macie ochotę na oderwanie się od rzeczywistości i dobry, terapeutyczny śmiech, sięgnijcie po „Nagle trupa” Marty Kisiel. Gwarantuję znakomity humor nie tylko w trakcie czytania, ale i później. Jest dobrze!

Marta Kisiel, „Nagle trup”, wyd. Mięta, Warszawa 2022.

PS: Nie czytajcie jednak „Trupa” w miejscach publicznych! Ostatni raz tak na mnie dziwnie patrzono, jak chichotałam nad wizją bakterii trzepoczącej rzęsami, czytając „Lesia”.