poniedziałek, 22 lutego 2021

Mutanci z Wieży

Antyutopie doskonale przyjęły się w fantastyce i nic w tym dziwnego, bo właśnie negatywna wizja przyszłości jest w stanie naprawdę pobudzić wyobraźnię. Zagłada, klęska, niedobitki, wszechwładne rządy, grupka uprzywilejowanych, cała reszta walcząca o przetrwanie – osadzenie opowieści w takich klimatach pozwala skonstruować dowolną fabułę, a i bohaterom przydaje wszystkiego, czego mogą potrzebować albo dla odmiany zmusza do poszukiwania tego, co zapewni im swobodne życie.

Globalna katastrofa w powieści Zodiaki. Genokracja Magdaleny Kucenty, jak to zwykle bywa, podzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Szczęściarze bez mutacji i zepsutych genów mogą zamieszkać w miastach ukrytych pod chroniącymi przed szkodliwymi warunkami zewnętrznymi kopułami. Muszą jednak przestrzegać pewnych reguł, a w innym przypadku mogą wylądować poza barierą, w świecie pełnym deformantów i zmutowanych wyrzutków. Nie zostaną jednak od razu pożarci czy zabici, nie, po prostu świat zewnętrzny oznacza powolne umieranie, tak powolne jak powoli mutagenne czynniki wpływają na komórki organizmu. Jednak i w miastach można spotkać zdeformowanych, dostarczają rozrywki lub wyspecjalizowanych usług. Niekiedy jednak mutacje nie są przypadkowe, a wynikają z wieloletnich prób i eksperymentów. Takie procedury przeprowadzane są w tajemniczej Wieży tytułowych Zodiaków.

Mutanci o imionach będących ich oznaczeniami posiadają pewne specyficzne umiejętności, które można wystawić na sprzedaż temu, kto zapłaci najwięcej. Można też powoli knuć, tworząc własną sieć kontaktów i zależności. Jednak choć z założenia Zodiaki to organiczne maszyny, tak jednak każdy z nich posiada własną osobowość, marzenia czy zachcianki. Każde jest dumne z tego, czym się stało, choć bardzo mocno pragnie tego, na co nadzór starszych członków rodziny im nie pozwala: wolności, szansy decydowania o sobie. Los daje im nieliczne szanse na zmianę takiego stanu rzeczy.

Nasi bohaterowie to postaci bardzo niejednoznaczne. Z jednej strony łatwo zobaczyć w nich ofiary, ale z drugiej ich czyny – te wynikające z decyzji podjętych na własną rękę – nie pozwalają na wzbudzenie nadmiernej sympatii. I tacy mają być – w takiej rzeczywistości słabość Inni czy Capriego może być tym, co doprowadzi do klęski. W efekcie większość pojawiających się na kartach książki postaci budzi naszą szczerą antypatię. To w gruncie rzeczy całkiem ciekawy zabieg, z drugiej jednak strony może prowadzić do tego, o czym zaraz wspomnę.

Najbardziej w Zodiakach podoba mi się klimat i wykreowana rzeczywistość. Oczywiście, pewne motywy to już stałe elementy światów antyutopijnych, jednak zaadaptowanie pewnych rozwiązań zaczerpniętych ze starożytnego Rzymu, pewnych elementów jego obyczajowości czy opisanych miejsc zawsze odwołuje się do pewnego zasobu stałej wiedzy większości i pozwala „dośpiewać” sobie resztę, jeśli opisy są niewystarczające. Świat charakteryzują ludzie, bohaterowie pierwszo czy drugoplanowi, a u mnie resztę uzupełnia jeden z moich ulubionych cykli - Roma Sub Rosa Stevena Saylora. Słowo daję, czytając o mieszkaniu Ro, praktycznie widziałam opisane przez Saylora domy Suburry. Oczywiście te elementy starożytności zostały zgrabnie wkomponowane w resztki dawnej technologii – a niektóre z nich są doprawdy zaawansowane.

Jednak to nie wystarcza, by przyciągnąć uwagę czytelnika na tyle skutecznie, by przeczytać powieść jednym tchem. Nie zrozumcie mnie źle, bohaterowie są interesujący, a cały setting dobrze obmyślany, tylko że jakoś niekoniecznie mogę się zmusić, by postaciom kibicować (a ci w miarę sympatyczni to połowiczni idioci). Są zbyt stereotypowi, a ich czyny, owszem, pchają akcję do przodu, ale z drugiej strony nie wzbudzają na tyle poważniejszych emocji, bym chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, co zaraz nastąpi. Póki czytam, czytam – pod względem rzemieślniczym to dobra książka. Jednak kiedy ją zamknę, kompletnie nie zależy mi, by dowiedzieć się, co będzie dalej. To ewidentna spora wada powieści, tym bardziej, że stanowi ewidentnie pierwszą część większej całości. Ale nawet kolejne odsłony serii muszą zostać w jakikolwiek sposób zamknięte, a tu akcja po prostu się urywa. Ot tak. Autorka doprowadza akcję do punktu z założenia kulminacyjnego, jednak jako że część bohaterów poznaliśmy praktycznie przed chwilą, w tych rozdziałach książki, właściwie nijak mnie nie rusza, co się z nimi stanie. Więcej, prowadzony jako przerywnik pojedynek dwojga graczy też donikąd nie prowadzi i przynajmniej dla mnie jest po prostu zapychaczem stron. Może gdzieś nastąpi rozwiązanie, ale gdzie i kiedy? Naprawdę, w niektórych momentach mam wrażenie, że to pierwszy szkic powieści, że jeszcze czegoś tam brakuje.

Nie wiem zatem, co na temat Zodiaków sądzić. Ta książka nie jest zła, bo kiedy już zaczynasz czytasz, idzie w miarę gładko. Jednak nagromadzenie wątków i postaci, przynajmniej dla mnie ze sobą nie do końca powiązanych sprawia, że jakoś mi się nie spieszy do rozwiązania zagadek, a fakt, iż właściwie nie zostaną rozwiązane, trochę irytuje. Czegoś tej książce brakuje. Jeśli po nią sięgniecie, ciekawa jestem, czy podzielicie moje odczucia. Premiera już pojutrze.

Magdalena Kucenty, Zodiaki. Genokracja, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

poniedziałek, 8 lutego 2021

Powrót do klasyki

Wprawdzie wampiry miały ostatnio dosyć kiepską prasę, jednak fan grozy zawsze może odgonić straszliwe myśli o błyszczących w słońcu klatach, sięgając po prostu po klasykę. Tej szczęśliwie jeszcze nie zdołano sprofanować, choć czasami pojawiają się dziwne przeróbki, po lekturze których człowiek chciałby sobie oczy mikserem wydłubać niczym człowieczek ze znanego mema. Nie zawsze, niestety, branie na warsztat tej samej historii po raz kolejny wychodzi jej na dobre, jednak próba podjęta przeze potomka samego Brama, niejakiego Dacre Stokera oraz J.D. Barkera zaintrygowała mnie na tyle, by sięgnąć po Dracula, wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

Reklamowana jako powrót do korzeni gotyckiego horroru książka wykorzystuje twórcę klasycznej Draculi nie tylko jako źródło tematu. Bram Stoker to jej główny bohater, z którym zapoznajemy się już od pierwszych stron. Uzbrojony w liczne środki z arsenału antywampirzego, od lat istniejące w kanonie, toczy wewnętrzną i zewnętrzną zaciekłą walkę z budzącym grozę przeciwnikiem. Noc jest jednak długa, a Bram aż do świtu musi zachować czujność i nie zasnąć… Zaczyna zatem czytać swój dziennik.

Ten bardzo prosty zabieg fabularny umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z bohaterami i powolne zrozumienie wydarzeń prowadzących ich do tego miejsca w tym konkretnym momencie. Odkrywamy zatem dzieciństwo Brama, spędzone do pewnego momentu przeważnie w łóżku ze względu na dręczącą go chorobę. Pocieszeniem chłopca jest ukochana siostra Matylda i opiekunka, ciocia Ellen, darząca go szczególną sympatią. Domostwo Stokerów wydaje się spokojnym miejscem, przepełnionym miłością i zrozumieniem, jednak od czasu do czasu w okolicy dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Zgłębianie ich natury doprowadzi Brama i Matyldę do tajemnicy, której sedna dociec nie mogą, a dotyczącej właśnie Ellen. Kto normalny przecież trzyma śmierdzącą ziemię pod łóżkiem? Dlaczego to właśnie Ellen pomogła Bramowi pokonać najcięższy atak jego choroby i jak to właściwie zrobiła? Pytania się mnożą, a odpowiedzi brakuje. Przynajmniej na razie. W miarę dorastania i podejmowania kolejnych obowiązków Bram i Matylda oraz ich starszy brat Thornley znajdują jednak kolejne klucze do rozwiązania zagadki.

Oczywiście, fan gatunku już po tym krótkim streszczeniu domyśla się, kim tak naprawdę jest Ellen i nie w tym tkwi sedno książki – wszystko to już czytaliśmy i widzieliśmy. Kolejne motywy i postaci pojawiające się na kolejnych stronach są również przewidywalne i na pewno nikogo nie zaskoczą. Nie o to jednak chodzi. Dracul nawiązuje do klasyki gatunku również formą – to nie powieść sensacyjna, to horror gotycki. Akcja toczy się wolno, poznajemy ją nie tylko klasyczną narrację, ale również listy i pamiętniki. Nawiązanie do starej formy wychodzi autorom wręcz znakomicie.

Równie fantastycznie wykorzystują elementy biografii Brama Stokera, czyniąc z niej podwalinę samej opowieści, w końcu Stoker rzeczywiście do siódmego roku życia był złożony chorobą, która nie pozostawiła jednak większego śladu na dorosłym człowieku. Miejsca przez niego odwiedzone, inspiracja do kolejnych scen i lokalizacji w jego opus magnum, stają się w Draculu przystankami, pozwalającymi bohaterom zrozumieć naturę ich przeciwnika i odkryć kolejne sekrety cioci Ellen. Stoker i Barker sięgają również do korzeni – do irlandzkiej legendy o niejakiej Dearg Due, wampirzycy mszczącej się za swoją krzywdę, a wszystko to łączy się w naprawdę fascynującą historię.

Kto powinien sięgnąć po Dracula? Na pewno nie polecam tej pozycji fanom współczesnych horrorów, szybkich, przepełnionych bezsensowną przemocą i ociekających litrami krwi. Oczywiście, krwi, jak to w opowieściach o wampirach, nie zabraknie, jednak jak w przypadku dawnych powieści gotyckich, płynie ona niejako na marginesie. Książka przesycona jest owym mrocznym klimatem, stanowiącym podstawę gatunku. Kiedy jeszcze dołączymy do tego pierwszą zasadę horroru, głoszącą, iż najstraszniejszy wydaje się potwór, którego nie widzimy, staje się jasne, że nie o takich czytelników autorom chodziło. Jeśli z kolei uwielbiacie właśnie ten powoli, choć umiejętnie wyczarowywany nastrój, to zdecydowanie warto zapoznać się z Draculem. To może nie literatura najwyższych lotów, ale wystarczająco dobra, również pod względem rzemieślniczym, by zapewnić czytelnikowi kilka godzin przyjemności znajdowanej w grozie. Zdecydowanie polecam, a przecież podchodziłam do tego „odcinania kuponów” całkiem sceptycznie!

Dacre Stoker i J. D. Barker, Dracul, tłum. Szymon Żuchowski, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2020.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Nigdy więcej seksu w lodówce!

Tak, moi drodzy, wszystko zaczyna się od seksu w lodówce, a kończy na trupie! Gdyby nie ekscesy związane ze sprzętem kuchennym, Tereska Trawna i jej mąż Andrzej raczej nie pomyśleliby o przeprowadzce za miasto i z bolesnym rozczarowaniem nie odkryliby chociażby, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie internet jest dostarczany wiadrami. Niezbędne do ukojenia nerwów Tereski kasztanki jednak nie wystarczają, gdyż oto do kompletu nieszczęść na progu pojawia się Mira, ukochana mamusia Andrzeja, babunia Zojki i Maciejki, ale – co najistotniejsze – również teściowa pani domu. Kochana mamusia oprócz klasycznych atrakcji zapewni swojej synowej również najbardziej mrożący w żyłach krew horror – bieganie. I gdyby nie to, obie panie nie znalazłyby dywanu z wkładką, określanego również jako sajgonka z trupem.

Brzmi szaleńczo? Oczywiście! Wielbiciele Ałtorki raczej nie spodziewają się zapewne zwykłego nudnego kryminału i bardzo słusznie. Chociaż czasami radosne opinie drukowane na okładkach bywają przesadzone i przywykłam do traktowania ich z przymrużeniem oka, muszę przyznać, że porównanie Marty Kisiel do Joanny Chmielewskiej (a przynajmniej do wczesnej Chmielewskiej) nie jest chybione. Niecodzienne zbiegi okoliczności, niebanalni bohaterowie i cudowne dialogi (dziczyzna!) przywołują te radosne chichoty pijanej hieny, które towarzyszyły również lekturom takich klasyków jak chociażby Wszystko czerwone.

Istnieje jednak pewna różnica. U Chmielewskiej głównym tematem są często potężne afery, przemyt narkotyków, brylantów i bogi-wiedzą-czego-jeszcze, a nawet szaber powojenny i organizacje terrorystyczne. Kryminał, a raczej komedia kryminalna Marty jest dosyć kameralna, wszystko przecież rozgrywa się na podmiejskim osiedlu domków (i pałacyków) jednorodzinnych. Nie wszyscy znają każdego, o nie. Absolutnie cudownie czyta się o tym powolnym „obwąchiwaniu się” starych i nowych mieszkańców i nieprzyjemnych niespodziankach w sielankowy sobotni poranek. Nie zabraknie też żartobliwego czasami przeglądu typów ludzkich, znanych nie tylko posiadaczom własnych bliźniaków, ale i zahartowanym w bojach lokatorom bloków wielko i małomiejskich.

Jedyny właściwy sposób na lekturę tej książki ;)

Mamy więc do czynienia z lekkim kryminałem, co już stawia Dywan z wkładką wysoko na listach wielu wielbicieli literatury, w której trup ścieli się gęsto. Jednak niewątpliwe atuty rozrywkowe to nie jedyna rzecz, która sprawia, że książka bardzo mi się podoba. W szalonych czasami i zabawnych dialogach nie zabrakło pewnego przesłania, szczęśliwie, wyłożonego tak jakby mimochodem, przy okazji, wynikającego kompletnie naturalnie z takich a nie innych charakterów głównych postaci i ich sposobów postępowania. Pojawiają się wątki ekologiczne, potraktowane zdecydowanie z przymrużeniem oka, co tylko wychodzi powieści na dobre. Jednak autorka nie zapomina też o problemach czysto psychologicznych, nierzadko z samooceną wynikającą z tego, jak postrzegają nas inni, a z czym my nie czujemy się komfortowo. Motyw ten pojawia się w kilku miejscach i wypływa bardzo naturalnie. Uczyć bawiąc? Wyszło znakomicie.

Polecam Wam zatem sięgnąć po coś słodkiego (może kasztanki, żeby było tematycznie?), usiąść wygodnie w fotelu i sięgnąć po perypetie Tereski Trawnej i jej zwariowanej rodziny. Kryminalny debiut Marty Kisiel wyszedł bowiem znakomicie – na każdej stronie czuć przekornego ducha wszystkich powieści Ałtorki, jest sympatycznie, a zło – w przeciwieństwie do skandynawskich kryminałów – zostanie ukarane.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, wyd. w.a.b., Warszawa 2020.

Premiera powieści już w środę!
A ja tymczasem dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki
i przeuroczy piątkowy wieczór!

piątek, 15 stycznia 2021

Pod wodą nikt nie usłyszy twojego krzyku...

Dobry horror nie jest zły, problem sprawia znalezienie takiego, który nie popełni grzechów śmiertelnych innych filmów tego gatunku. Ostatnio straszliwie drażni mnie takie pozorne kończenie głównego wątku, tylko po to, by po chwili okazało się, że zło przetrwało, a główni bohaterowie są w ciemnej…. wiemy czym. Niesamowicie mnie takie rozwiązanie irytuje, a często je widuję. One shot? Yes, please. Bez serii, początków, możliwości kontynuacji… Nasyciłam się też serialami i po prostu mnie odrzucają.

Trafiła do mnie ostatnio ostrożna polecajka Underwater. Wprawdzie pierwszy rzut oka nie zachęcał, bo główną rolę gra w tym Kristen Stewart, a ja pozostałam na etapie kojarzenia jej z wiecznie zdziwioną Bellą Swan i Królewną Śnieżką, ale koniec końców postanowiłam zachować się niczym nauczyciel wobec blondynki: dać szansę i Kristen, i filmowi.

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Oto na dnie Rowu Mariańskiego znajduje się platforma wiertnicza, ot, taki odpowiednik spodziewanych już niedługo chińskich baz księżycowych. Ludzie pracują, żyją, wyczekują końca zmiany. Znienacka jednak stacja zostaje uszkodzona przez serię podwodnych wstrząsów, a nasza główna bohaterka, Norah, zupełnie nagle musi podjąć decyzję „Albo ja, albo nikt” i będzie to dopiero początek trudnych wyborów, które przed nią. Pierwotne uszkodzenia stacji przeżywa kilka przypadkowych w sumie osób, jednak nie mogą po prostu czekać na pomoc. Uszkodzone są nie tylko urządzenia komunikacyjne, ale i sama struktura stacji. Trzeba uciekać. Kapsuły ratunkowe znajdują się w stosunkowo bliskiej starszej instalacji, trzeba „tylko” do niej dotrzeć. Przed ekipą zatem klaustrofobiczny spacerek po dnie oceanu… obok walącej się platformy, ton spadającego ciężkiego sprzętu… Bułka z masłem, nawet jeśli ktoś nigdy nie miał na sobie odpowiedniego skafandra, prawda? Jakby tego wszystkiego było mało, jeden z ocalałych wysuwa przypuszczenia, że podwodne wstrząsy wcale nie mają nic wspólnego z płytami kontynentalnymi, a wiercenia naprawdę sięgały głęboko…

Brzmi banalnie. I tak w sumie jest, bo Underwater nie stawia sobie za cel olśnienia widowni epickością akcji, nie chodzi o ratowanie świata czy typowo amerykańskie świetlane postaci, kolejne wcielenia Kapitana Ameryki. Na ekranie po prostu się dzieje, od początku do końca. Nie należy się spodziewać przemiany duchowej bohaterów, męskich rozmów o życiu i śmierci czy długich chwil podziwiania krajobrazu. Jak wspominałam, film jest mocno klaustrofobiczny, doskonale oddano owo uwięzienie członków załogi czy to w skafandrach, czy w stalowych trumnach na dnie Pacyfiku. Nie widzimy zbyt wiele, nie słyszymy zbyt wiele… i choć jak to zwykle bywa, kiedy widzimy ten straszny element w pełnym świetle, trochę śmiać nam się chce, a jednak pod koniec historii łezka się w oku kręci, bo nawiązanie do pewnego klasyka grozy jest cudownie oczywiste.

Nieoczekiwanie odbieram ten film również tak, jak np. zapewne chcieli, by odczytać ich dzieła, twórcy sequeli gwiezdnowojennych – dla mnie ma dość oczywistą wymowę feministyczną. Nie, nie dlatego, że główna bohaterka jest kobietą. Nie dlatego, że wszyscy podziwiają, jaka ona utalentowana, a przy okazji jest piękna i nieustraszona. Nie. Norah jest przerażona, ale walczy o przetrwanie i robi to samo, co inni. Ma może tylko więcej szczęścia niż jej towarzysze. Ale to inna członkini ekspedycji, Emily, wykazuje się hartem ducha kompletnie niespodziewanym. W sytuacji kompletnie podbramkowej potrafi przezwyciężyć strach i słabość, powodowana dosyć oczywistą motywacją. Ta motywacja nie jest jednak wepchana nam w twarz przez narratora, ją dostrzega się w gestach i słowach oraz tym, jak dotychczas pokazywano tę bohaterkę. Uczcie się, twórcy hollywódzkich blockbusterów!

Czy wrócę kiedyś do Underwater? Raczej nie, to film na raz, co nie znaczy, że kompletna strata czasu. Wręcz przeciwnie, jeśli macie ochotę na coś dobrego, choć jednak mało odkrywczego, lubicie kino akcji i bawi Was obstawianie, kto następny zginie, to naprawdę doskonały wybór. Szczerze i uczciwie polecam, film jest po prostu uczciwą rzemieślniczą robotą. Zupełnie nie wiem, dlaczego krytycy ocenili tę pozycję raczej przeciętnie, ale może spodziewali się czegoś innego niż to, na co film zapowiadał się od pierwszej sceny.

Underwater (Głębia strachu), wyk. K. Stewart, V. Cassel, M. Athie i inni, reż. W. Eubank, USA 2020.

środa, 6 stycznia 2021

Hardo i baśniowo

Sama nie wierzę, ale wychodzi na to, że kolejna recenzja znowu będzie dotyczyła antologii. Zdecydowanie schyłek roku obfituje w zbiory opowiadań! Tym razem omówimy sobie Harde baśnie, kolejną kompilację tekstów grupy Harda Horda. Rok temu ukazał się ich debiutancki tom, teraz w ręce czytelników trafia równie gruba książka, tym razem jednak skoncentrowana na baśniach.

Baśnie (a także legendy) są jednak potraktowane miejscami dosyć pretekstowo, bo użyczają imion czy nazw albo postaci-archetypów wykorzystanych przez pisarki w sposób zupełnie przewrotny. Zważywszy na to, że cała Horda skupia się tematycznie wokół szeroko rozumianej fantastyki, a ta od zawsze jest jedną z cech charakterystycznych dla baśni, próba wydaje się jak najbardziej uzasadniona, a eksperyment nader ciekawy. Jednakże teksty, które dostajemy, są baśniami współczesnymi, a pewne schematy pojawiające się w literaturze czy opowieści ludowej zostaną nierzadko przekształcone w sposób raczej nieoczekiwany (chyba że jest się czytelnikiem zawsze doszukującym się dziury w całym). W efekcie kolejne podejścia różnią się od siebie nie tylko tematyką, ale i formą, co jak zawsze – może być olbrzymią zaletą, ale też i wadą. Jak wypada to w Hardych baśniach?


Najbardziej baśniowa jest dla mnie opowieść Marty Kisiel – Idzie, powtarzał wiatr, choć można też powiedzieć, że to takie pomieszanie baśni i fantasy. Zaraza, książę, wiedząca oraz ten kwitnący biały bez… Bardzo silnie widać w tekście konflikt dobra i zła, choć czasami jedno i drugie ma bardzo zatarte granice. Czyta się równie doskonale i jest to jeden z moich faworytów w tej antologii. Równie charakterystyczny jest Demon w studni Ewy Białołęckiej, traktujący o mocy słowa i wyobrażenia. Tutaj z kolei odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia ze świadomą zabawą koncepcją mitu – z zaskakującym twistem na zakończenie. Tekst jest niedługi, ale bardzo dobry, iście magiczny. Baśnią jest również Białe Aleksandry Zielińskiej, traktujące ponownie o zarazie, tym razem jednak takiej kojarzącej mi się dosyć mocno z Piknikiem na skraju drogi albo i opowieściami czarnobylskimi. Autorka wspomina o zafascynowaniu Brzydkim kaczątkiem, ja z kolei widzę tam echa Królowej śniegu. Czyta się świetnie, ale przy niektórych opowiadaniach wydaje się odrobinę… nijaki.

Również na poły fantasy, na poły baśniowo-legendarne jest opowiadanie Róże św. Elżbiety Agnieszki Hałas, odwołujące się do postaci św. Elżbiety Węgierskiej, bawiące się koncepcją owego rozpoznanego cudu, jaki przydarzył się przyszłej świętej. Mamy tu i zaświaty, i magię, i złego spowiednika… mamy też, a może przede wszystkim, miłość. Szalenie mi się to połączenie podoba. Retelling pojawia się również w dwóch innych tekstach. Jeden z nich to Potwór z lasu Martyny Raduchowskiej, skupiające się wokół postaci Czerwonego Kapturka. Potwór byłby zaskakujący, gdyby nie fakt, że identyczny motyw pojawia się w serialu Once upon a time i wystarczyło spojrzenie na imię bohaterki, by odgadnąć, cóż takiego się wydarzy. Na wszelki wypadek jednak nie napiszę, o co chodzi, bo może tylko ja jestem tak spaczona, a Wy będziecie mieli niezłą radochę z tego opowiadania. Znanymi z baśni postaciami bawi się również Aleksandra Janusz w Życzeniu wróżki chrzestnej, będącym swoistym pokłosiem Shreka, tyle że tutaj Wróżka Chrzestna jest zdecydowanie postacią pozytywną, ma gołębie serducho i przedkłada swoją reputację nad dobre samopoczucie. Szczęśliwie ma bardzo niestandardowego męża, który potrafi o nią doskonale zadbać.

Z racji tego, że do Hordy należą również autorki znane ze swoich światów urban fantasy, będziemy mieli okazję poznać kolejne przygody naszych ulubieńców znanych z kart innych książek. Aneta Jadowska odkurzy nieco postać Dory Wilk w Klątwie Hexenwaldu, cudnie przewrotnie traktującej o Jasiu, Małgosi i Złej Wiedźmie. Ostrzegam jednak, że ta lektura sprawi, że odruchowo zaczniemy po całym domu szukać pierniczków – jakie to szczęście, że miałam jeszcze zapasy sprzed Świąt (co więcej, stanowiły część tego samego pakietu prezentowego!). W Sześciu koszulkach z łabędziami Mileny Wójtowicz po raz kolejny zetkniemy się z Sabinką Piechotą, strzygowatą inspektorką BHP (gorsza mogła być tylko pani ze skarbówki, dziekanatu lub ZUSu). Binka tym razem będzie musiała odpowiednio zająć się zakładem Wiesława Kowalczyka, nieoczekiwanie odkrywającego zalety nekrotycznej siły roboczej… W klimacie UF jest utrzymany również Sen nocy miejskiej Magdaleny Kubasiewicz. Wiedźma Jagoda, specjalistka od klątw, będzie musiała zająć się nastolatką będącą pod wpływem zaklęcia Śpiącej Królewny… a wskazówki do rozwiązania sprawy uzyska, włamując się do Fejsa i wattpada naszej ofiary.

Pretekstowo baśnie traktuje m.in. Anna Hrycyszyn w Detektywie Fiksie i śmierci w czerwonym pokoju. To bardzo przyjemny steampunk z wątkiem kryminalnym bazujący trochę na Pięknej i bestii. Uwielbiam kryminały, a tutaj mamy do czynienia z dobrą zagadką oraz doskonale nakreślonym tłem i mam cichą nadzieję, że detektyw Fiks doczeka się własnej książki. Krystyna Chodorowska w Tym, co pośród lodów zabiera nas na daleką północ, w poszukiwanie legendarnych już stworzeń… Tylko co się dzieje, kiedy ta legenda staje przed nami we własnej, dosyć przerażającej osobie?

Duży problem mam z dwoma opowiadaniami. Pierwsze z nich - Krok przed tobą Anny Kańtoch - wydaje mi się nieco nijakie i zbyt skomplikowane. Nie do końca rozumiem, o co w nim chodziło, ale nie wykluczam, że to po prostu moja pospolita tępota. Na pewno jest to tekst w duchu czysto „kańtochowy” i wiernym fanom autorki będzie się podobał. Drugi z kolei to Zazula, kukułeczka moja Anny Nieznaj, będący… fanfikiem do Ogniem i mieczem. I jakkolwiek powieść Sienkiewicza lubię, sama jestem Team Bohun (zwłaszcza w wydaniu Saszy Domagarowa) i bardzo sprawnie wszystko napisano, wydaje mi się, że umieszczenie tekstu w tej konkretnej tematycznie antologii tak nie do końca zagrało. W efekcie wyróżnia się bardzo i może to zostać odczytane raczej negatywnie.

Całościowo jednak cały zbiór to eksperyment niezwykle udany. Wielorakość wątków i klimatów, różne traktowanie materiału źródłowego zaowocowało bardzo zróżnicowanym tomem, stanowiącym doskonałą próbkę tego, co reprezentują członkinie Hardej Hordy. Harde baśnie mogą też być doskonałym prezentem np. dla osoby zaczynającej przygodę z fantastyką – mnogość różnych ujęć i rozmaity emocjonalnie poziom tekstów zaintryguje, a jeśli któryś z nich znudzi, kolejny zapewne zachwyci. Zdecydowanie polecam!

Harde baśnie, antologia, wyd. SQN, Kraków 2020.

niedziela, 27 grudnia 2020

Śledzik... nieco szwedzki...

Antologie w okresie świątecznym sprzedają się znakomicie, problemem dla wydawcy pozostaje jedynie znalezienie odpowiednio chwytnego tematu. Oczywiście, może być najbardziej oczywisty, jak w przypadku recenzowanych tu ostatnio Wigilijnych opowieści. Może być też nieco bardziej zaskakujący. Wręcz upiorny - bo przecież Święta też mogą okazać się upiorne i nie chodzi o ciocię Józię, zawsze szukającą okazji do zatrucia komuś życia.

Motyw przewodni zbioru wydanego przez Akurat zdecydowanie nie należy do tych ściśle kojarzonych z Bożym Narodzeniem: horror, thriller, sensacja. Jednak przecież kiedy zasłodzimy się świąteczną atmosferą, najemy ciast i pierniczków, organizm sam domaga się solidnego śledzia z cebulką, tak na odtrutkę. A dobór kucharzy, przepraszam, pisarzy, jest doprawyż wyśmienity. Króluje wśród nich mistrz grozy, Graham Masterton, a wraz z nim straszą Jakub Ćwiek, Adam Przechtzta, Artur Urbanowicz, Tomasz Hildebrandt, Marek Zychla, Robert Cichowlas, Jakub Bielawski, Przemysław Wilczyński i wreszcie rodzynka Hanna Greń. W ich tekstach pojawia się napięcie, przywołujące na myśl najbardziej przykre delirium, a człowiek pragnie się także upewnić, że ten samotny wędrowiec za drzwiami na pewno nie zostanie przyjęty, gdyż w ślad za nim może kroczyć piekło.

Nikogo nie zaskakuje, że prym wśród towarzyszy wiedzie Masterton i jego Czerwony rzeźnik z Wrocławia. Pisarz bardzo umiejętnie na pierwszych zaledwie stronach wyczarowuje klimat tej narastającej grozy, z jakiej jest najbardziej znany, by zaraz zaskoczyć czytelnika nieoczekiwanym zwrotem sytuacji. Lata doświadczenia widać na pierwszy rzut oka.

Dobrze czyta się również Kontrakt Adama Przechrzty, odwołujący się do niemieckiej przeszłości Ziem Odzyskanych, a także do znanego każdemu wielbicielowi tych tematów instytut Anneherbe. Wprawdzie opowiadanie kończy się zbyt szybko, jakby Przechrzta zorientował się, że kończy mu się limit znaków, ale nadal jest to dobra rzemieślnicza robota.

Nieźle bawiłam się też przy 87 centymetrach (śniegu, nie wiem, co Wam przychodzi do głowy!) Artura Urbanowicza, bo jego tekst – choć w pewien sposób oczywisty – nawiązuje do niezawodnego motywu odizolowanego od reszty świata schronienia i drapieżnika na wolości. Autor do smaku dorzucił jeszcze szczyptę Archiwum X, w rezultacie tworząc całkiem miłą mieszankę, która może nie zaskakuje, ale też nie rozczarowuje.

Interesującym podejściem do tytułowej „upiorności” jest Rezerwat Marka Zychli - historia niby zwykłej, choć ubogiej Wigilii w niepełnej rodzinie, gdzieś w nieokreślonej przyszłości. W tym tekście poczucie grozy pojawia się nagle i pogłębia z każdym słowem – bardzo udany eksperyment.

Jednak pozostałe sześć dań już nie smakuje tak dobrze. Mają szokować, ale czasami twórcy zapominają dodać na końcu szczyptę tego, co podkreśli cały smak. Upiornie widać to chociażby w Opowieści wigilijnej Tomasza Hildebrandta, gdzie dostajemy po prostu taki miszmasz pewnych motywów, uzupełniony jeszcze ulubieńcami sąsiadów. W efekcie całość staje się kompletnie niestrawna. Także Pechowe święta Hanny Greń, choć mogłyby dobrze pasować do antologii kryminalnej, w tej wydają się równie nie na miejscu, co schabowy na stole wigilijnym. Choćby i najlepszy, w tym przypadku się nie sprawdza. Prezent od Gwiazdora Roberta Cichowlasa to zwykła opowieść z cyklu „bo to zła kobieta była”, a w pewnym momencie robi się po prostu niesmaczna. Ciekawą próbą jest Już nie jesteś smutkiem Jakuba Ćwieka, gdzie autor wraca do tematyki dworcowych bezdomnych i umiejętnie buduje tę specyficzną atmosferę, ale na końcu czegoś brakuje. Wreszcie Dom na końcu ulicy Przemysława Wilczyńskiego: tekst na tyle nijaki, że nie do końca wiem nawet, co o nim napisać, bo z lektury mi, mówiąc szczerze, niewiele zostało.

Mam wrażenie, że zabrakło tu ostrej redakcji lub też konkretnego sprecyzowania oczekiwań redaktora, bo przecież w kilku przypadkach upiorna może być jedynie nuda. A szkoda, bo potencjał tematu przewodniego i zaproszonych autorów jest naprawdę spory! W efekcie spośród tych wigilijnych śledzików tylko kilka okazuje się naprawdę dobrych, reszta… Reszta wydaje się być skiepszczona lub kompletnie niedopasowana do gustu przeciętnego odbiorcy. Trochę jak ten sfermentowany śledź, skandynawski przysmak, niestrawny dla reszty świata. Albo śledzik cioci Basi, której od lat nikt nie ma serca powiedzieć, że jej popisowa potrawa skusi jedynie świnkę na gastrofazie…

Upiorne święta, antologia, wyd. Akurat, Warszawa 2020.

niedziela, 6 grudnia 2020

Świątecznie, acz nie zawsze wesoło!

Koniec roku i bliskość Gwiazdki zdecydowanie sprzyjają pojawianiu się na rynku kolejnych antologii – również świątecznych. W listopadzie za sprawą wydawnictwa w.a.b. na półki trafiły Opowieści wigilijne - 12 tekstów związanych z Bożym Narodzeniem oraz świątecznymi przysmakami odgrywającymi w nich niebanalną rolę. Wśród autorów znajdują się m.in. Milena Wójtowicz, Martyna Raduchowska, Małgorzata Oliwia Sobczak, Katarzyna Berenika Miszczuk, Agnieszka Lis, Jagna Kaczanowska, Tomasz Betcher, Alek Rogoziński i Jacek Galiński. Podzielili się z nami nie tylko swoją wizją Świąt, ale także rodzinnymi przepisami, zdecydowanie wartymi wypróbowania.

Świąteczne utwory mają po prostu być ciepłe, zapewnić nam happy end i to przyjemne, choć nie zawsze możliwe do wywołania uczucie, że może nie od razu, ale koniec końców wszystko będzie dobrze. Z tego względu sięgając po pozycje bożonarodzeniowe, zazwyczaj wiemy, że przed nami kilka godzin przyjemnego odpoczynku (choć nie zawsze najwyższych lotów, jeśli pamiętacie, jak się w ubiegłym roku znęcałam nad taką jedną pozycją).

Jak to zwykle bywa z antologiami, poziom tekstów zaprezentowanych w Wigilijnych opowieściach jest dosyć zróżnicowany i mimo iż jedne zapominamy zaraz po przeczytaniu, inne cieplutko ogrzewają nasze serduszka nawet po skończeniu całości. W moim przypadku absolutnie najlepsze opowiadanie to Wszelki duch Martyny Raduchowskiej, przede wszystkim ze względu na cudownie lekki i dowcipny ton oraz naszą starą znajomą, Idę Brzezińską. Tak, szamanka od umarlaków po raz kolejny zawita w naszych skromnych progach… a przepraszam, nie naszych, tylko szanownej Julity Rogoż-Smoczyńskiej. Problemem pani Julity jest nawiedzony dom, który właśnie zakupiła, chciałaby zatem z niego korzystać! Ot, taka zrozumiała w sumie fanaberia. Jak wiadomo – jest zapotrzebowanie, jest usługa, przygotujcie się zatem na zwariowaną Wigilię z Idą i Kruchym w rolach głównych.

Mało optymistyczna, choć życiowa i ciężka w pewien sposób wieczerza czeka bohaterów Wśród nocnej ciszy Karoliny Głogowskiej. Tego specjalnego wieczoru do Agnieszki i jej rodzeństwa dołączy ich matka. W miarę spożywania kolejnych potraw poznajemy rodzinne tajemnice i powód, dla którego jest tak rzadkim gościem w swoich własnych progach. To opowieść o miłości, tej rodzicielskiej i tej siostrzanej. One nigdy nie ułatwiają pewnych rzeczy, potrafią za to życie straszliwie skomplikować.

O niełatwych układach rodzinnych oraz o świątecznym swego rodzaju przymusie traktują Śledzie ze słoika Mileny Wójtowicz. Zuzka bardzo chciałaby spędzić Święta zupełnie inaczej, nie udając dobrego humoru w obliczu brata oszusta i upupiającej ją wiecznie rodziny. Dramatyczne z pozoru wydarzenie staje się pierwszym krokiem ku nowej Zuzce, otoczonej kręgiem ludzi życzliwych, choć z pozoru zupełnie obcych.

Zapytacie pewnie, czy znajdziemy w zbiorze te „typowo świąteczne” opowieści. Zdecydowanie tak i w tej kategorii moją absolutną faworytką jest Tajemnica na słodko Agnieszki Lis, przedstawiająca nam członków najzwyklejszej rodzinki, z normalnymi konfliktami, ale też ciepłem i wyrozumiałością na każdym kroku. To bardzo przyjemny zastrzyk optymizmu, ale tak bez przesady. Za dużo słodyczy mdli, niestety, w Paczkomacie Jagny Kaczanowskiej, w którym naprawdę przydałoby się ziarnko gorczycy – wszak najlepsze baśnie nie bez powodu zawierają elementy smutne. Tu jednak mam wrażenie, że czytam taki krótki tekścik zamieszczony w babskim piśmie, napisany li i tylko „ku pokrzepieniu serc”.

Wśród Opowieści wigilijnych znajdziemy też kryminały, choć niektóre przyjemnie nieoczywiste. Sekretny składnik Alka Rogozińskiego zaczyna się od trupa szefa w windzie, straszącego Bogu ducha winną panią sprzątaczkę, a kończy się zaskakującym sabatem zebranym przy krwawym barszczyku. W Cytrusach i migdałach Małgorzaty Oliwii Sobczak ginie mąż – ot, wyszedł z domu i nie wrócił. Prowadzący sprawę policjant usiłuje wyjaśnić tę zagadkę, powoli ulegając urokowi…. Przeczytajcie, a dowiecie się, czyim…

Straszliwie zawiódł mnie tekst Katarzyny Bereniki Miszczuk – Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle, opartym na pomyśle z ostatniej odsłony sagi o Wiktorii Biankowskiej. Tak, tak, chodzi o wybryki Azazela! Pomysł wydawałoby się, całkiem niezły, jednak wykonanie okazało się dosyć nudne, za bardzo trącące encyklopedią wierzeń pogańskich, podanych na sucho. Szkoda!

Oczywiście, jak łatwo policzyć – to nie wszystkie teksty ze zbioru. Pozostałe zaliczam jednak do tych bardziej sztampowych lub irytujących. Tu zapewne nie zgodzą się za mną wielbiciele pewnej warszawskiej emerytki stworzonej przez Jacka Galińskiego - tak, opowiadanie o pani Zofii również wśród Opowieści… znajdziemy. Zdradzę Wam jednak sekret – ja po prostu nie lubię pani Zofii.

Jak przystało na antologię, mamy więc do czynienia z bardzo zróżnicowanymi opowiadaniami – fani rozmaitych gatunków na pewno znajdą coś dla siebie. Książka ta stanowi też dobry pomysł na prezent świąteczny – pomoże się zrelaksować w tych dziwnych czasach…

Wigilijne opowieści, wydawnictwo w.a.b., Warszawa 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzyjny!

I jeszcze kulisy sesji zdjęciowej :)