czwartek, 28 kwietnia 2022

Koszmar w Amityville

Lubię horrory. Nawet bardzo. To takie moje guilty pleasure, choć ostatnio trochę ciężko trafić na takie, które sprawiają mi prawdziwą przyjemność i będące zamkniętą całością oraz pozbawione dość popularnych obecnie elementów: zombie i wampirów. Jednak nawet przy moim upodobaniu do tego gatunku nie miałam dotychczas okazji zapoznać się z żadną wersją opowieści o nawiedzonym domu w Amityville. Tak jakoś wyszło. Do dzieła Jaya Ansona podeszłam zatem bez specjalnych oczekiwań, uprzedzeń i wcześniejszej wiedzy.

Książkę otwiera przedmowa księdza Johna Nicoli, informująca czytelnika, iż to, co zaraz przeczyta, wydarzyło się naprawdę i dzieje się w wielu miejscach na całym, świecie – przygotowująca go na spotkanie z nienazwanym i tajemniczym. Tak nastawieni poznajemy George’a i Kathleen Lutzów, którzy 18 grudnia 1975 r. wprowadzają się do domu będącego prawdziwą gratką na rynku nieruchomości – wszak kosztował zaledwie 80 tysięcy dolarów! Jak jednak w takich przypadkach bywa – gdzieś tam ukryto haczyk. Tutaj szukać należy go w przeszłości: w domu tym dwudziestotrzyletni Ronald DeFeo zabił swoich rodziców i czworo rodzeństwa, a potem utrzymywał, że zrobił to za podszeptem tajemniczych głosów. Nic dziwnego, że na tę posesję nie znalazło się zbyt wielu chętnych aż do momentu, kiedy obejrzeli ją Lutzowie i zdecydowali się na kupno. Miejsce to było odpowiedzią na ich modlitwy i problemy.

Wytrzymali w swoim wymarzonym domu całe dwadzieścia osiem dni. I choć na początku wszystko wydawało się idealne, już wkrótce zaczęły ich nękać dziwne zjawiska: niedające się niczym wytłumaczyć zimno, roje much gromadzących się zimą w szczelnie zabezpieczonym pomieszczeniu... W dodatku coś dziwnego działo się z panem domu. Religijna Kathleen znajduje rozwiązanie: dom należy pobłogosławić i tak oto w krąg wydarzeń zostaje wciągnięty ksiądz Mancuso – który potem bardzo, ale to bardzo tego pożałuje.

Kolejne strony wypełniają koszmary i próby rozwiązania zagadki aż do chwili, gdy Lutzowie zdecydują się wyprowadzić ze swojej posiadłości. Śledzący ich perypetie czytelnik bardzo pragnąłby poznać wszystkie odpowiedzi, ale – podobanie jak bohaterowie opowieści – nie otrzyma żadnych. Stylizowana na dokument powieść nie poda nam rozwiązania na tacy – dostajemy fakty i sugestie, a wnioski należy wysnuć samodzielnie. To może zaciekawić, ale i zniechęcić osoby, lubiące konkretne zakończenia. I choć na ogół sama do nich należę, obrana przez Ansona konwencja sprawia, że wcale mi to nie przeszkadza, chłonę opowieść i jestem w stanie zaakceptować, że są na tym świecie rzeczy...

W posłowiach poznajemy kulisy całej sprawy, zarówno od strony prawno-finansowej, jak i czysto popkulturowej, co również pomaga w ukształtowaniu własnej opinii na temat przedstawionych w książce wydarzeń. Czy to prawda, czy zaledwie doskonale opracowany marketingowo temat? Na to pytanie należy odpowiedzieć sobie samodzielnie. I tak, jest to doskonałe podejście do takiej sprawy...

Jay Anson, „Amityville Horror”, tłum. Maciej Machała, wyd. Vesper, Czerwonak 2019.

wtorek, 19 kwietnia 2022

Klątwa... ciekawego życia chyba też

Magdalena Kubasiewicz jest jedną z najpłodniejszych polskich pisarek, niemal co kilka miesięcy serwuje swoim fanom kolejną powieść (a to kryminał, a to fantastykę). Jej książki czyta się bardzo przyjemnie i lekko, a każdy bohater zyskuje sympatię czytelników. Zresztą, dzieje się tak nie tylko w przypadku książek, ale również i opowiadań. Jeśli mieliście zatem wcześniej do czynienia z „Hardymi baśniami”, na pewno pamiętacie „Sen nocy miejskiej”, w której po raz pierwszy pojawiła się Jagoda Wilczek, specjalistka od klątw. Wiedźma o fatalnej reputacji od razu zyskała sobie grono fanów, niemogących się doczekać jej kolejnych przygód. I oto jest – Wilcza Jagoda powróciła w „Kołysance dla czarownicy”.

Ponownie mamy do czynienia z klątwą Śpiącej Królewny, tym razem jednak rzuconą na nieznaną czarodziejkę, zamkniętą w grobowcu znajdującym się w magicznej części warszawskich Powązek. Dziewczę wydaje się w nim spoczywać od wielu, wielu lat, co sprawia, że w związku z jej odkryciem specjaliści od spraw dziwnych zaczynają zadawać wiele, wiele pytań. A potem przypadkiem tym zaczynają interesować się również fachowcy od Mrocznej Magii - okazuje się, że kobieta tajemniczo znika niemal natychmiast po otwarciu oczu.

Jagoda, specjalistka od klątw, zostaje wezwana jako konsultantka do tego dosyć niecodziennego przypadku. W końcu jak często można odkrywać ofiary tej konkretnej klątwy? Dość szybko okazuje się, że cała sprawa ma więcej wspólnego z Wilczkami, niż się to na pierwszy rzut oka wydawało. Tajemnicze zamachy na członków rodziny oraz unoszący się nad wszystkim duch prababki sprawia, że Wilcza Jagoda będzie musiała rozgryźć wiele tajemnic, do tej pory uważanych jedynie za „opowieści dziwnej treści”, powtarzane jedynie po to, by wzmocnić mroczną legendę otaczającą nestorkę rodu. Ale czy Jagoda zdoła sprostać wyzwaniu i będzie w stanie nie tylko powstrzymać tajemniczego zabójcę, ale również pogodzić rozmaite wilczkowe zależności oraz zaopiekować się spragnioną wiedzy młodą adeptką szlachetnej sztuki rzucania klątw? Och, zdecydowanie żyje w ciekawych czasach...

„Kołysankę dla czarownicy” czyta się, jak i pozostałe teksty Magdy Kubasiewicz, naprawdę znakomicie! Lekkość pióra autorki nie przesłania jednak tego, co w tekście najważniejsze i na pewno nie przegapimy rzeczy, które dostrzec trzeba. Książka bawi, ale i skłania do przemyśleń nad mocą, odpowiedzialnością i tym, jak rodzą się potwory...

Magdalena Kubasiewicz, „Kołysanka dla czarownicy”, wyd. SQN, Kraków 2022.

środa, 16 marca 2022

Szeptuchy, potwory i panny uroczne

Nie od dzisiaj znacie moje podejrzliwe podejście do wszelkiego rodzaju antologii (rozpisywałam się na ten temat całkiem niedawno), więc mimo że Nawię kupiłam zaraz po premierze, trochę mi zeszło, zanim w końcu po nią sięgnęłam (brak czasu też, niestety, nie pomaga). Jednak w końcu stało się! Skończyłam z masochistycznym wpatrywaniem się w okładkę (absolutnie cudowną, wincyj takich kolorowych cudeniek, wincyj!) i zabrałam się za lekturę.

Jak można się spodziewać choćby po tytule (jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na zapowiedzi książki), opowiadania łączy temat mitologii słowiańskiej. Nawia to wszakże w tych wierzeniach określenie zaświatów, nad którymi władzę sprawuje Weles, bóg podziemi (albo też krainy oddzielonej od domeny żywych morzem lub rzeką – motyw wody w tym kontekście pojawi się zresztą w jednym z tekstów). Do pracy nad antologią zaproszono znanych i sprawdzonych autorów, m.in. Katarzynę Berenikę Miszczuk (sporo jej ostatnio na tym blogu, a już wkrótce pojawi się ponownie), Annę Szumacher, Jagnę Rolską, Martynę Raduchowską, Martę Krajewską, Rafała Dębskiego, Marcina Podlewskiego i Marcina Mortkę. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle.

Antologię otwiera opowiadanie mocno kojarzonej obecnie ze słowiańszczyzną za sprawą cyklu o Szeptusze Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowane Płacz cichą nocą się niesie. Jego akcja rozgrywa się zresztą w uniwersum szeptuchowym (nieśmiertelne szklanki z koszyczkiem!) i traktuje o problemie jednej z klientek Baby Radomiły. Kobietę prześladuje płacz i krzyk niemowlęcia, przywodząc niemal na skraj szaleństwa. Co takiego próbuje się do niej dobrać i dlaczego? Osoby znające się nieco na mitologii słowiańskiej pewnie się czegoś od razu domyślą, ale sądzę, że i tak będą miały dużo przyjemności z tego tekstu. Choć, uczciwie mówiąc, nie wiem, czy słowo „przyjemność” jest tutaj odpowiednie, bo Płacz... zmusza do refleksji i współczucia. Tylko dla kogo...?

Jezioro cię kocha Marty Krajewskiej rozgrywa się już w tej naszej słowiańskiej przeszłości, koncentrując się na losach rybaka Ościenia i jego córki, Izbirki, która ostatnio mocno zaniemogła. W sukurs przychodzi im opiekunka Chaberka, odkrywając, co takiego gnębi dziewczynę i jaki ma to związek z profesją jej ojca. To przyjemne opowiadanie w typie mocno baśniowym i czyta się je naprawdę znakomicie.

Tekst Anny Szumacher, Dziewanna i księżyc, z powrotem przenosi nas w czasy nieco bardziej współczesne, w dodatku w środowisko tak anegdotogenne jak archeologowie na obozie wykopaliskowym (mam przyjaciółkę archeolożkę, gawędy starych wojaków to przy tym pikuś!). Tym razem obiektem badań staje się wypatrzone na zdjęciach lotniczych stanowisko, może osada, może i coś innego, może gockie, może słowiańskie... Zapowiada się na tyle obiecująco, że do ekipy dołącza nawet pani doktor z zaprzyjaźnionego czeskiego uniwersytetu. Czy jednak dziwne wydarzenia, które rychło się zaczynają, mają coś wspólnego z osadą czy są skutkiem pomysłowości studentów? Ogólne można się przy Dziewannie... całkiem nieźle bawić, ale mam wrażenie, że to jedna ze słabszych pozycji w antologii.

Współczesność jakby magiczną mamy również w Szpetusze Jagny Rolskiej, rozgrywającej się w kurpiowskiej wsi Kierzbudy i sąsiadujących Leszczykach Lokalna szeptucha i jej prawnuczka Aurelia muszą pomóc rozwiązać problem, wiążący się z niezabudowaną działką koło kościoła (gdzie można byłoby postawić Biedronkę!) i organizacją kongresu ekologów. Jak połączyć jedno z drugim? O co chodzi z dziwnymi wylewami rzeki w czasie suszy? Oj, powiem Wam, że się serdecznie ubawiłam przy tym opowiadaniu, doskonale oddającym ducha polskiej wsi!


Ostatnia noc Rafała Dębskiego jest już znacznie poważniejsza, przy okazji znowu podróżujemy w czasie, przenosząc się do Polski dawnych kasztelanów i wojewodów, a zwłaszcza jednego – Domarada, walczącego zawzięcie ze starą religią. Mądre baby mają się wynieść z jego włości, a poddani, korzystający z ich pomocy, będą surowo karani. To jednak nie powstrzymuje bednarza Michała, którego synek właśnie umiera. To bardzo dobry tekst o miłości, zemście, rozpaczy, szacunku i starych bogach, zmuszający do przemyśleń, a jeśli za jego pomocą autor żegna się z fantastyką, to mam szczerą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.

Martyna Raduchowska powraca do swojej szamanki od umarlaków – Idy Brzezińskiej. W Śmierci wody Ida wraz z Kruchym wędrują do niemal opuszczonej, podobno nawiedzonej, skazanej na zatracenie wsi Raduchów. W tym opowiadaniu będziemy mieli właśnie do czynienia ze wspomnianym związkiem Welesa i wody. Jednak czy Ida poradzi sobie ze słowiańskim bóstwem? Jak to u Martyny, czyta się bardzo przyjemnie, kilkakrotnie można się nawet solidnie zaśmiać. Duży plus ode mnie za wzmianki o urbexie!

Konsultantka Marcina Podlewskiego jest, moim zdaniem, drugim najsłabszym tekstem antologii. Pomieszanie wierzeń egipskich, celtyckich, słowiańskich i chrześcijańskich to zawsze dobry pomysł, jednak tutaj czegoś zabrakło i szczerze mówiąc, czytając o perypetiach związanych z przekazaniem zaświatów odpowiedniemu nadprzyrodzonemu po prostu się szczerze wynudziłam.

Antologię zamyka opowiadanie kolejnej osoby, kojarzącej się ostatnio z tematyką słowiańską, mianowicie Wichura Marcina Mortki, rozgrywająca się zresztą w świecie znanym z Żółtych ślepi, a więc w Polsce u początków chrześcijaństwa. Gosława i Medvid tym razem zetkną się z zagrożeniem czyhającym na księcia Bolka i jego rodzinę. Książęca para znajduje schronienie we wsi o wymownej nazwie Wiejące, gdzie natyka się na pogryziony przez kogoś/coś krzyż. Co grozi księciu i jego świcie? To świetnie napisany tekst o ludzkich i nie-ludzkich emocjach i szczerze zachciało mi się wrócić do powieści Mortki.

A zatem niespodzianka! Nawia okazała się pyszną czekoladką w kolorowym papierku i chyba jedną z lepszych antologii, z jakimi miałam okazję się zetknąć. Polecam po stokroć – również ze względu na naszą rodzimą mitologię, której przecież tak dobrze wcale nie znamy.


Nawia
, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.

piątek, 4 lutego 2022

Nowy rok szkolny... i nowe wyzwania!

Pamiętacie ostatnie wakacje Bożka? Bardzo ważne wakacje, bo przecież czekała na niego JUŻ czwarta klasa, a przecież w czwartej klasie to człowiek jest praktycznie dorosły. Normalne przedmioty, inni nauczyciele od wszystkiego, same ważne zmiany w życiu każdego chłopca, nie tylko pół-gluta. Wakacje minęły, a Bożek wraz Witkiem i Tomkiem rozpoczynają nowy rok szkolny.

Początki są trudne, gdyż nowemu wychowawcy daleko do poprzedniej wyrozumiałej, miłej i zaprzyjaźnionej nauczycielki. Jest mrukliwy, nieprzyjemny, nalega na wyjście z bąbelka komfortu, a co gorsza... uczy matmy! Gorszy od tego mógł być tylko język niemiecki. Jednak to nie największy problem Bożka i ekipy – nowy matematyk (o swojskiej ksywie Cebulon) oddziaływuje na tę nadnaturalną część natury chłopca, co wcale nie sprawia, że na lekcje Bożek rusza z wielką radością...

Choć nie wszystko wydaje się tam takie złe. W trakcie roku szkolnego do klasy dołącza Zmyłka, Zuzanna Myłka, która przez Cebulona zostaje posadzona dokładnie koło Bożka! Mało matmy, mało glutowatości, to jeszcze teraz do kompletu dziewczyna-z-którą-trzeba-siedzieć-w-ławce! Po prostu dramat. Okazuje się jednak, że Zmyłka nie dość, że odznacza się dużą bystrością, to jeszcze szybko adaptuje się do dziwnych rzeczy wydających się otaczać nowych znajomych... A ktoś taki będzie im bardzo potrzebny, bo w szkole powoli zaczyna coś się czaić... ale co? I na kogo?

Powrót do przeuroczego świata Licha i Bożka wydaje się tak naprawdę wizytą u starych przyjaciół, za którymi się bardzo już stęskniliśmy. Nie inaczej jest i tym razem – cieszy każda znajoma twarz (nawet Tsadkiel zaczyna w końcu mówić ludzkim głosem i czuje się doceniany), a kolejne nowe znajomości zawieramy z wielką ochotą i radością, jak zawsze ciekawi, kto tym razem znajdzie schronienie pod Konradowym dachem i zdecydowanie się nie zawiedziemy – w końcu pewne istoty nie tylko pod grzybami mają budki, a wsparciem są zdecydowanie wspaniałym, choć zazwyczaj mocno niedocenianym.

Małe Licho i babskie sprawki sięga tym razem do problematyki nieobcej dzieciom nieco starszym, do tych pierwszych szkolnych zmian, do tych pierwszych sukcesów i rozczarowań, które najczęściej się wtedy nasilają, a także tych najbardziej drażniących spraw – damsko-męskich. Wprawdzie wbrew tytułowi nie jest to (przynajmniej dla mnie) główny temat książki, ale już powoli się rysuje. Widać tę nieporadność, widać tę pewną rozczulającą (nas – dorosłych!) nieśmiałość przeradzającą się w niechęć, powoli nasila się też potrzeba całkowitej prywatności, którą czasem pomylić można z czymś innym. Jednak dużą część książki zajmują problemy dopiero teraz bardziej namacalne, a będące wielkim problemem, szczególnie ostatnio – wyobcowanie, problemy psychiczne i wszystko, co z tym związane. Jak zwykle u Marty Kisiel, nie mamy gotowego rozwiązania problemu, ale dostajemy sugestię, co z tym zrobić należy, jak żyć, jak zachowywać się właściwie. I przypominajkę, że nawet w najczarniejszej chwili pomóc może kakałko.

Czwarta odsłona przygód Bożka i Małego Licha (trochę zepchniętego na margines) wydaje się nieco słabsza od części poprzednich, ale nie znaczy to wcale, że jest gorsza czy też zła. Bożek robi się coraz starszy, powoli dojrzewa, ale nie zabraknie mu okazji do wykazania się w przypadkach doprawdyż nadnaturalnych, choć wydawałoby się, że wiek może sprawić, iż ciężko będzie mu pogodzić swoją nietypową naturę i codzienność. Jednak codzienność pod dachem wuja Konrada jest tak magiczna, że nie mamy co się martwić - ta magia się nie ulotni. Wszak przed tym chroni Licho, Krakers, zachwyceni nad-realnością przyjaciele i wreszcie romantyczny glut ojciec, pojawiający się od czasu do czasu w najmniej spodziewanych momentach.

Marta Kisiel, Małe Licho i babskie sprawki, il. Paulina Wyrt, wyd. Wilga, Warszawa 2021.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Silna... w gębie?

Antologie potrafią być wspaniałe, potrafią być absolutnie nierówne, potrafią być kompletnie nijakie. Z tego powodu zazwyczaj miewam co do nich bardzo mieszane uczucia, a takie nastawienie potrafi nie tylko oszczędzić rozczarowań, ale też prowadzi do sympatycznych niespodzianek. Ostatnio wpadła w moje łapki Silna, wydana przez Zieloną Sowę, będąca zbiorem opowiadań koncentrującym się na dziewczętach w sytuacjach różnych.

Sześć tekstów napisanych przez sześć autorek podejmuje temat problemów, z jakimi mierzą się nastolatki. Przyznam, że wcześniej znałam jedynie Anetę Jadowską i Katarzynę Berenikę Miszczuk, z ciekawością zatem sięgnęłam po lekturę, bo zawsze miło poznać nowe nazwiska, po które pewnie człowiek raczej przypadkowo w księgarni by nie sięgnął. Każda z autorek zajmuje się nieco inną literaturą, nic zatem dziwnego, że otrzymujemy ciekawy misz-masz gatunkowy, każde opowiadanie jest kompletnie inne, podchodzi do zagadnienia owej tytułowej Silnej zupełnie inaczej. Zresztą, ów motyw przewodni antologii jest pretekstem chyba nawet bardziej niż zwykle, bo wyciągnąć z enigmatycznego przymiotnika można bardzo wiele. Jaki pomysł zatem miały autorki?

Miła już byłam Anny Cieplak to opowieść o codzienności studentki, harcerki, opiekunki na obozie, która mierzy się nie tylko z problemami swoich wychowanków, ale także własnymi. To tekst o takim zwykłym, normalnym życiu, o tym, co niejeden z nas również przeżywał/przeżywa. Brakuje mu może jakiegoś mocnego zamknięcia, ale w kontekście opisywanych normalnych, zwykłych dni to nawet pasuje, bo przecież takim zakończeniem może być tylko śmierć. A to nie Agatha Christie.

Natalia Fiedorczuk proponuje nam Silną, tekst o problemach szkolnych nie tylko bohaterki, ale i jej brata. I chociaż podobnie jak w przypadku Miłej mamy do czynienia z codziennością, tu wydaje się ona żywcem wyjęta z nastoletnich opowieści o tej strasznej szkole. Tu nie ma sprawiedliwych, tu nie ma postaci pozytywnych (a przynajmniej ja sobie ich po dwóch dniach od lektury nie przypominam), ostatnia prawa ostaje się zaledwie Dorota, a to jest, niestety, piekielnie nudne. Co więcej, brak konkretnego zakończenia nie wpasowuje się tak dobrze w treść jak u Cieplak, wydaje się, że autorka po prostu wyczerpała limit znaków i postanowiła postawić ostatnią kropkę kompletnie bez pomysłu.

Na Anetę Jadowską można liczyć zawsze, bo to rzemieślniczka doskonała, zatem po fiasku Silnej bardzo cieszyłam się, że kolejny w antologii jest Duch w szafie, a jego bohaterką znana fanom Anety Kurczaczek, córka Witkaca. Tym razem to ona bierze sprawy w swoje ręce, kiedy przyjaciela zaczyna nawiedzać wyjątkowo nieprzyjemny i złośliwy duch. To opowieść o nietolerancji, o tym, jak niewiele trzeba, by człowiek się załamał. Proste, choć dobrze napisane opowiadanie, które skłania do przemyśleń.

Kolejna znana mi autorka to, jak wspominałam wcześniej, Katarzyna Miszczuk. Kilkakrotnie już na tym blogu pisałam, że mam do jej twórczości mieszane uczucia, ale potrafi mnie cały czas zaskakiwać (jak choćby wspominaną niedawno Drugą szansą). Somnia to tekst o niepełnosprawności, oparty na banalnym pomyśle, klasycznej zabawie koncepcją snu, w którym odbijają się nasze problemy. To lekkie do czytania opowiadanie, choć ogólnie dosyć słabe.

Czerwona sukienka Agnieszki Płoszaj to z kolei bardziej sensacyjne podejście do tematu przewodniego antologii. Główna bohaterka to policjantka ze smutną przeszłością, posiadająca niezwykły dar, który pozwala jej wprawdzie na odnoszenie sukcesów w pracy, ale sprawia również, że codzienność może być prawdziwą klątwą. To chyba drugi mój ulubiony tekst w Silnej i myślę, że z przyjemnością sięgnę po inne pozycje tej autorki, bo choć miejscami przeszkadzają mi w Sukience pewne stereotypy, tak ogólnie to niezłe opowiadanie.

Mam problem z Dziewczynami, które boją się ciemności Dominiki Słowik, bo gdzieś już ten tekst czytałam. W ubiegłym roku przerobiłam całkiem sporo antologii, część była również pożyczana, więc ciężko mi teraz je przeszukać. Pamiętam jednak, że wrażenie miałam po tej lekturze podobne: bardzo wolno się rozkręca, a końcówka jest kompletnie z czterech liter. Klimatycznie postapo, chętnie przeczytałabym coś więcej o tym świecie, zrozumiała jego reguły, bo jesteśmy wrzuceni w sam środek opowieści, nie wiemy, o co chodzi, i już, niestety, się nie dowiemy. To dekoracje do... bogowie wiedzą czego, bo tekst jest słabiutki i właściwie o niczym.

No i wychodzi na to, że mam problem z tą książką. W założeniu antologia miała opowiadać o problemach nastolatek, pokazywać, jakie są silne, trudne do stłamszenia, jednak tej siły tam za bardzo nie widać. Dwa teksty są po prostu dobrze napisane, ale reszta generalnie wydaje się kompletnie przypadkowa, napisana (nomen omen) na siłę, ot tak, by można było coś oddać (albo i oddać tekst wcześniej publikowany). Natknęłam się gdzieś na hasło reklamowe: „Jesteśmy silne, nie ma w nas zgody!”, ale nie widzę tego kompletnie w samych opowiadaniach, poza tymi dwoma dobrymi. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka została wydana po prostu na fali Strajku Kobiet i tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to szczerze Wam radzę: nie warto. Jest tyle dobrych innych książek o silnych dziewczynach!

Silna, wyd. Zielona Sowa, Warszawa 2021.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Łowcy czarownic i banda (nie tylko) amerykańskich nastolatków

Pamiętacie Danny’ego Moona i jego ekipę przyjaciół? W życiu chłopaka niewiele się zmieniło: laba w polskim gimnazjum dobiegła końca, wrócił do rodziców i teraz szlaja się od Kairu po Saharę. Polska przygoda zapewniła mu jednak koniec z wszędobylskimi guwernantkami, a także przyjaciół, z którymi może się podzielić niedolą życia w obozie paleontologicznym. Przyjaciół i dziewczynę, bo o ile sobie przypominacie, Danny i licząca sobie ponad tysiąc lat Dobromira wyjątkowo przypadli sobie do gustu. Szczęśliwie dla obojga, stała się już nieco bardziej materialna, a i kwestie finansowe nie spędzają jej snu z powiek. Gdzie jednak nadal tkwi problem? Ano w tym, że Danny siedzi na pustyni, Mira tkwi w Londynie, a Aneta zakuwa w Warszawie. Szczęśliwie jednak rodzice Danny’ego dostrzegli dobry wpływ, jaki miała na niego socjalizacja i zaproponowali mu interesujące wakacje. Niestety, interesujące zapewne tylko z ich punktu widzenia, bo przecież jaki nastolatek chciałby pojechać na obóz letni w Stanach Zjednoczonych, gdzie wprawdzie znajdzie się i kilku równolatków, ale w większości będą to smarkacze niegodni zaszczycenia choćby spojrzeniem. Dobra, dobra, nie pchać mi się tutaj! Danny w każdym razie jechać nie chce, dopóki nie dociera do niego, że przy odrobinie kombinowania może ściągnąć na miejsce i Mirę, a rodzice zapewnili mu dodatkowe, bardzo pożądane towarzystwo. No i zapewne istnieje szansa, że na miejscu też znajdzie się ktoś sensowny.

Oczywiście okazuje się, że sam obóz da się przeżyć, przy odrobinie wysiłku i dobrej woli można obejść najbardziej upierdliwe punkty regulaminu, a szlachetną akcję łamania przepisów uwieńczyć nocną wycieczką do opuszczonego domu po drugiej stronie jeziora. Jednak lekkomyślne śpiewanie oldschoolowych szlagierów okazuje się nie najlepiej kończyć dla osób, które mają powiązania ze światem paranormalnym... i nie tylko.

Przyznam, że bardzo miło było powrócić do świata Danny’ego Moona i jego przyjaciół, choć oczywiście sam główny bohater nie przestaje irytować czytelnika swoją zajebistością, a w Bandzie szalonych obozowiczów dzielnie sekunduje mu Mira, której chciałoby się wielokrotnie albo przywalić, albo po prostu nogę podłożyć. Jak jednak wspominałam już poprzednim razem, może to mieć wiele wspólnego z faktem, że nie jestem grupą docelową i cool młodzież nieco mnie irytuje. Szczęśliwie poza Mirą i Dannym są też inni bohaterowie i niezmiennie podoba mi się Aneta, która – choć nieco mniej przebojowa niż kuzyn i jego duszna dziewczyna – również została przedstawiona bardzo ciekawie i pozytywnie. Świetnie wyszedł również Spencer i inne dzieciaki z obozu – odmalowane bardzo wiernie i realistycznie. Szkoda tylko, że świat dorosłych wydaje się dziwnie czarno-biały, na zasadzie „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Ale taka już poetyka niektórych powieści dla młodzieży, podobnie zresztą jak pewien marysuizm głównych bohaterów i to, że większość rzeczy przychodzi im dziwnie łatwo (np. Mira, duch urodzony w piastowskiej Polsce, bez problemu znajdujący składniki swych średniowiecznych mikstur na innym kontynencie). Jednak jeśli przymknąć oko na takie drobiazgi, książkę czyta się bardzo przyjemnie i jednym tchem, nawet w wieku nieco starszym od tego zamierzonego odbiorcy. Jeśli zatem podobała Wam się Banda niematerialnych szaleńców, to i Obozowiczami się nie zawiedziecie. Dobre!

Maria Krasowska, Banda szalonych obozowiczów, wyd. SQN, Kraków 2021.

sobota, 8 stycznia 2022

Szansa... ale na co?

Julia budzi się w dziwnym ośrodku. Straciła pamięć, nie rozpoznaje własnego imienia, a nawet twarzy w lustrze. Od przypominającej dozorczynię więzienną psycholożki dowiaduje się, że jej rodzice zginęli w pożarze, a ona sama będzie przebywała w tym miejscu do chwili, kiedy nauczy się na nowo funkcjonować, zaakceptuje rzeczywistość. W końca ocalała, dostała od losu „drugą szansę”. Taką nazwę nosi również ów ośrodek, w którym oprócz Julii znajdują się i inni pacjenci, wszyscy starający się nauczyć żyć normalnie, bez znajomości swojej przeszłości. Muszą tylko zaakceptować ową nową, drugą tożsamość, wszystko, co mówią im opiekunowie. Nie jest to łatwe, bo serce i dusza podpowiadają rekonwalescentom, że coś tutaj nie gra.

Dlaczego nie można skontaktować się z kimkolwiek, kto już opuścił ośrodek? Dlaczego jedna z pacjentek zapewnia, że wszyscy zginą? Dlaczego Julia widuje dziwną rudowłosą dziewczynkę? Dlaczego wydaje jej się, że ktoś zwraca się do niej dziwnym przecież imieniem „Karolina”? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wcale się nie pojawiają. Zofia Morulska, terapeutka ośrodka, wręcz zniechęca do ich zadawania, utrzymując, że utrudniają proces dochodzenia do formy. Co jednak się stanie, kiedy Julia i jej kolega Adam postanowią poprowadzić swoje własne śledztwo?

Odpowiedź zaskakuje. Przyznam się szczerze, że dotychczasowe przeczytane przeze mnie powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk traktowałam jako romansidła albo takie pozycje „na raz” (jak w przypadku cyklu o Wiktorii). Po Drugiej szansie nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, ot, z opisu wyglądało to na czytadełko Young Adult (nie, żeby było w tym jako takim coś złego, niedawno wpadło mi w ręce świetne YA). Muszę jednak przyznać, że autorka całkiem zgrabnie wykreowała tę ciasną, klaustrofobiczną atmosferę grozy oraz to nieuchwytne poczucie niewiadomego zagrożenia, czyhającego na Julię i jej przyjaciół. Miszczuk podsuwa tropy, na które my – nauczeni wieloma lekturami czytelnicy – rzucamy się z zapamiętaniem, przekonani, że doskonale wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. A jednak nie do końca.

Druga szansa to pozycja zaskakująco mroczna i jeśli ktoś nie chciał po nią sięgnąć, bo był przekonany, że ma do czynienia ze standardową pozycją i bohaterką Katarzyny Miszczuk, straci okazję na poznanie nieco innej odsłony autorki. Wygląda jednak na to, że osób, które poznały perypetie Julii, jest sporo, bo wydanie Uroborosa jest już trzecie z kolei. Co więcej, tą powieścią zainspirował się Netflix i efekt można znaleźć na platformie pod tytułem Otwórz oczy. Kiedy wreszcie uda mi się ogarnąć trochę wolnego czasu, na pewno obejrzę, bo jestem ciekawa, jak też wykorzystano interesujący materiał źródłowy. Czy polecam Drugą szansę? Zdecydowanie tak!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, wyd. Uroboros, Warszawa 2021.