wtorek, 25 lipca 2023

Magiczny rok

Wiecie, że do antologii mam stosunek mocno mieszany, jednak kiedy za pisanie zabiera się czwórka moich ulubionych autorek, jestem więcej niż gotowa dać jej szansę. W Czterech porach magii znajdziemy teksty Anety Jadowskiej, Marty Kisiel, Magdaleny Kubasiewicz i Mileny Wójtowicz. Jak sugeruje tytuł, każda napisała jedno opowiadanie, a każde z nich poświęcone zostało innej porze roku.

Książkę otwiera Cicha woda Mileny Wójtowicz, osadzona w świecie Sabinki i Piotrusia, ale tym razem dotyczące zabójczo skutecznej przyjaciółki naszej strzygi, Ewci Ewent. Co tym razem ogarnia Ewunia? Ano ślub – i tak, ma być perfekcyjny, chociaż jest właśnie środek obrzydliwego marca, a jeden z członków rodziny pana młodego usiłował właśnie ukatrupić pannę młodą! Pomoc Sabinki okaże się jednak absolutnie niezbędna, jako że specjalistka od BHP wie, jak się chronić przed rozmaitymi zagrożeniami, ale ta wiedza wynika z tego, że ma świadomość, jak zaszkodzić. Będzie krwawo!

Żar i wicher Magdy Kubasiewicz przywołuje letni upał, zapach zboża, gotowego do zżęcia, ten bezruch gorącego dnia, gdy wszyscy uciekają z pola w cień... Wędrująca czarownica Sara znajduje w pszenicy ofiarę zabójczych temperatur, choć już wkrótce okazuje się, że to niekoniecznie one zaszkodziły młodemu rolnikowi. Czy będzie w stanie pomóc mieszkańcom wioski, którzy ewidentnie starają się coś przed nią ukryć? Co więcej – czy, dochodząc w końcu do sedna sprawy – zechce im pomóc? Ta historia osadzona jest w świecie Polanii, więc – podobnie jak w przypadku pozostałych tekstów z tego uniwersum – nic nie będzie tak proste i oczywiste, jak by mogło się wydawać. Ale sprawiedliwości stanie się zadość.

Jesienne opowiadanie zostało, rzecz jasna, napisane przez Anetę Jadowską. Bohaterką Listopadowych dzieci jest Dora Wilk, namiestniczka Thornu, która niespodziewanie dostaje wezwanie... na cmentarz, gdzie awanturuje się facet ze strzelbą, zarzucający komuś porwanie i morderstwo... i to nie jednego, ale kilku małych chłopców! Do Dory należy ustalenie, gdzie kryje się prawda, a to będzie wymagało olbrzymiego wysiłku, również emocjonalnego...

Zimowy tekst Marty Kisiel – Jak długo trawi lew – to dla odmiany urocza i zabawna opowieść o trzech przyjaciółkach z nieoczywistą przeszłością. Jedna z nich musi pozbyć się swojego małżonka, acz analiza sytuacji jasno udowadnia, że kobietki powinny uśmiercić właśnie ją samą! Ale jak to zrobić, żeby nie rzucić podejrzeń na ślubnego, a ten idiota sam się wepchnął na potencjalnie zabójczą imprezę sylwestrową?! I czy na pewno tak niewinnie szukał informacji, ile czasu dużemu kotu zajmuje strawienie zdobyczy?

Jeśli wszystkie antologie wyglądałyby w ten sposób, zapewne całkowicie wyzbyłabym się swojego bardzo nieufnego podejścia. Oczywiście, jeśli opowiadania zawarte w zbiorze wyszły spod pióra (klawiszy) ulubionych autorek, nietrudno bawić się przy nich naprawdę dobrze, ale przecież każdemu zdarzają się teksty słabsze. Nie w tym przypadku, choć zaskakująco, najbardziej podoba mi się historia Magdy Kubasiewicz, nie tylko znacznie bardziej poważna od pozostałych, ale także przywołująca atmosferę letnich, lepkich od upału dni tak dobrze, że człowiek odruchowo leci po szklankę zimnej wody i kryje się w cieniu. Jednak jako całość Cztery pory magii są cudownie zbalansowane i stanowią po prostu kawał dobrej literatury – przy której można się pośmiać, ale też i zatrzymać, pomyśleć...

Cztery pory magii, wyd. SQN, Kraków 2023.

niedziela, 16 lipca 2023

Bo nudzić to trzeba umieć!

Pierwszy tom Płomienia i krzyża zapowiadał coś nowego, rozszerzał świat uniwersum Mordimera Madderdina o nowe postaci i wydarzenia, ale jednocześnie w interesujący sposób – z perspektywy narratora innego niż dotychczasowy – zapoznawał czytelnika z pewnymi szczegółami z jego życia, jak choćby niesławną bitwą pod Schengen. Napisany dokładnie w tym samym stylu, co główny cykl (dla jednych wada, dla innych zaleta – ja akurat należę do tej drugiej grupy), z ciekawym nowym bohaterem i tajemnicą jego pochodzenia, do której powoli, powoli się wraz z nim dokopywaliśmy. Arnold Löwefell był dojrzalszy od Mordimera, a z jego przeszłością wydawało się oczywiste, że będzie nam dane zajrzeć do tajemniczego Wewnętrznego Kręgu Świętego Officjum – ot tak, by zaledwie uchylić rąbka tajemnicy. Nie tylko ja nie mogłam się doczekać kolejnego tomu przygód Löwefella, wydawał się, niestety, dzielić los Necrosis, bo autor postanowił się skupić na młodości Mordimera – ma do tego święte prawo, tyle że wszyscy wiemy, jak to wyszło w praktyce.

I w końcu, po dekadzie, pośrodku zalewu książek o młodym, naiwnym i nudnym jak flaki z olejem Mordimerze wyszedł tom II, poświęcony już Wewnętrznemu Kręgowi i istotom z nim współpracującym. Odkryto niektóre sekrety znanych nam już z głównego cyklu postaci (choćby Enya), zbudowano pewną podstawę pod kolejne... bo tom III pojawił się całkiem szybko i był związany z tą przeklętą trylogią ruską, na którą tutaj wyklinałam. Przyznam, że niczego z niego już nie pamiętam, oprócz tego, że był równie nijaki co ostatnie przygody Mordimera.

Teraz z kolei ukazał się tom IV. Choć ostatnio za każdym razem srodze cierpiałam przy cyklu inkwizytorskim, tak miałam cichą nadzieję, że może Arnold i Wewnętrzny Krąg zapewnią mi odrobinę rozrywki lub chociaż dostarczą jakiejś treściwej lektury. W końcu w książce zawarte są aż cztery teksty!

Pierwszy, Wiedźmy, koncentruje się na przesłuchaniu księżniczki Nontle dotyczącym wydarzeń z tej cholernej trylogii ruskiej. Czy dowiadujemy się czegoś nowego? Kompletnie nie, oprócz nieustannego podkreślania, jakiż to niezwykły kowen los postawił na drodze Madderdina. Przez ponad 160 stron postaci streszczają nam wydarzenia tamtych trzech książek (może słusznie zakładając, że nikt nie był w stanie tego zmęczyć), podają trochę informacji dotyczących wiedźm i to właściwie wszystko. Również kolejne opowiadanie, Esencja ducha i życia, wiąże się z wydarzeniami na Rusi, a także wcześniejszych tomów, ale nie wnosi do świata nic poza ciekawą interpretacją tego, jak Islandia stała się tak niegościnnym miejscem. Kilkanaście stron Klasztoru to dywagacje na temat natury Amszilas, bez których spokojnie moglibyśmy się obejść. I wreszcie Czarny Wiatr – historia ukazująca kulisy wydarzeń z Łowców dusz, ale ponownie – niewiele wnosząca do tamtej opowieści.

Jak pokrótce określić tę książkę? NIEPOTRZEBNA i PRZEGADANA. Na ponad 300 stronach nie dzieje się absolutnie nic, wszyscy przechadzają się i dywagują, a wspomniane perełki czytelnik wygrzebuje spomiędzy nudnej sraczki słownej. Zastanawiałam się, dlaczego niewiele pamiętam z tomów II i III, ale chyba już się domyślam, tam też niewiele się działo, choć bohaterowie przynajmniej gdzieś podróżowali i coś robili. Tutaj? Zapomnijcie! W pewnym momencie nawet pomyliły mi się dwie postaci o podobnych imionach – bo jedna była świetnie przedstawiona w tomie I i ją doskonale pamiętam, a o drugiej, z tomu II, już kompletnie zapomniałam. Nie wiem, co skłoniło autora do założenia, że kogokolwiek interesują moralne rozkminy Wewnętrznego Kręgu, które tak – mogłyby rzeczywiście okazać się ciekawe, gdyby nie fakt, iż od kilkunastu lat znamy ich rezultat!

Szczerze uważam, że tom IV Płomienia i krzyża to nędzny skok na kasę tych niedobitków, którzy jeszcze się łudzą, że Piekara wróci do formy, bo nawet w Dzienniku czasu zarazy coś się działo. Nie była to pozycja specjalnie wciągająca, ale istniała jakaś fabuła. Tutaj mamy jedynie snucie się od komnaty do komnaty, wykłady i streszczenia wydarzeń z poprzednich książek, próbę udawania, że coś się w końcu zadzieje. Czy jest w tej książce cokolwiek dobrego? Tak – ilustracje Pawła Zaręby, cudownie klimatyczne i niepokojące, chętnie widziałabym je na gadżetach – kupiłabym! Jednak jako że tomem tym Piekara żegna się z Fabryką Słów, możliwe, iż to ostatni raz, kiedy widzieliśmy te cudeńka. No cóż, nie wiem, czy życzyć autorowi powodzenia na nowej drodze życia... może z jakimś nowym cyklem, bo ten niech już może lepiej skończy...

Jacek Piekara, Płomień i krzyż tom IV, il. Paweł Zaręba, Fabryka Słów, Lublin 2023.

niedziela, 9 lipca 2023

Prawdziwe pożegnania

Nieczęsto zdarza się, żebym zamieszczała tutaj recenzję filmu – tym razem jednak po prostu muszę. Rzadko kiedy dany tytuł wywołuje aż takie kontrowersje, a jednocześnie tak bardzo chcę go obejrzeć. Nie ukrywajmy, w końcu Han Solo i Indiana Jones to ikony Kina Nowej Przygody, a moje pokolenie – chociaż przecież z pewnym opóźnieniem – w jakiś sposób się na nim wychowało. Opowieści rodzące się w głowie George’a Lucasa stworzyły niesamowite zjawisko popkulturowe, ukształtowały też nasze oczekiwania wobec rozrywki i tego, co kinematografia może zaoferować.

Nie liczyłam specjalnie na nic po koszmarnym Królestwie kryształowej czaszki. To już nie chodziło o kosmitów, ale całość tego filmu wydawała się stworzona „bez serc, bez ducha” – ot, próba osadzenia Indy’ego w nowym settingu, próba przekazania pałeczki młodszemu pokoleniu. Coś gdzieś jednak nie wypaliło – podobnie jak w przypadku Ostatniego Jedi – widziałam tę odsłonę przygód doktora Jonesa zaledwie dwa razy. I nie – nie pierwszy i ostatni. Uczciwie dałam mu kolejną szansę – no po prostu nie zażarło.

Wokół Artefaktu przeznaczenia jeszcze przed premierą toczyło się już wiele dyskusji, a ja – szczerze mówiąc – nie miałam żadnych oczekiwań. Wiedziałam, że powrócą naziści, będą podróże w czasie – tu zaczęłam się trochę bać. Na wielu kanałach recenzenckich na YT bito na alarm: będzie wtopa, Kathleen Kennedy chce zastąpić Indy’ego kobietą! Nie lubię Kathleen Kennedy i jej tendencja do feminizowania SW bez głębszego zrozumienia fenomenu oryginału wku...rza mnie nieziemsko, przyznam więc, że poczułam lekkie zaniepokojenie. Nie ukrywajmy, LFL nie uczy się na swoich błędach i serio, fanów nie obchodzi, czy Rey jest kobietą, mężczyzną czy exogorthem (to ten ślimak z kosmosu, jakby ktoś nie wiedział), niech tylko będzie dobrze napisaną postacią – a nie jest. Co zatem należy zrobić? Zapowiedzieć kolejny film z tą bohaterką i nazwać zawiedzionych fanów mizoginami. Nie, Kathleen kompletnie nie rozumie pewnych zasad opowiadania historii i to jest powód, dla którego szczerze obawiałam się nowego Indiany Jonesa.

Krótkie streszczenie (mam nadzieję, że obejdzie się bez spoilerów, postaram się!) dla tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli i wciąż się wahają. Przechodzącego na emeryturę doktora Jonesa odwiedza jego córka chrzestna, Helena Shaw, i prosi o pokazanie jej fragmentu mechanizmu z Antykithiry, który Indy i jej ojciec wyrwali kiedyś z łapsk nazistów. Basil Shaw dostał świra na jego punkcie, twierdząc, iż jest to artefakt bardzo niebezpieczny, chciał go zniszczyć, a Indy – rzecz jasna – włączył go do zbiorów muzealnych, dla potomności. Motywacje Heleny nie są jednak tak niewinne, a jej wizyta rozpętuje piekło w życiu steranego wiekiem (i kilometrami!) archeologa – najpierw pojawia się w nim CIA i płatni zabójcy, a potem... znowu naziści! O co tu, do diaska, chodzi? I dlaczego Archimedes, któremu w filmie przypisuje się stworzenie mechanizmu, podzielił urządzenie i je ukrył (ale zostawił wskazówki, jak do niego dotrzeć, niemal tak, jak było z mapą prowadzącą do kryjówki Skywalkera)?

Śpieszę uspokoić wszystkich: jest dobrze! Jest nawet bardzo dobrze, choć początkowo miałam swoje obawy. Otwierającą film sekwencję przedstawiającą perypetie Indy’ego i Basila starających się odzyskać jeden artefakt, a kończących z drugim, zrobiono naprawdę świetnie, choć od czasu do czasu odmłodzona twarz Forda wydaje się równie plastikowa jak topiąca się facjata herr Tohta. Klimat Nowego Jorku, euforia związana z lądowaniem na Księżycu... To wszystko żre jak diabli, a ukazywany w trailerach konny pościg w metrze bawi do łez. Gdy Indy wyrusza na swoją kolejną, wielką przygodę, tak, wyraźnie widzimy, że się mocno postarzał i odczuwa zmęczenie życiem i sytuacją rodzinną, ale absolutnie nie zabiło to w nim ducha przygody i jego sprytu. Przyznam, że w pewnym momencie obawiałam się, czy ten motyw nie stanie się karykaturalny i nie posłuży do ośmieszenia postaci, ale nie! Paradoksalnie działa to w drugą stronę – to zadufani w sobie młodzi dostają po nosie, odsyłając Indianę Jonesa na przedwczesną emeryturę!

Jak w tym wszystkim prezentuje się owa nieszczęsna Helena Shaw? Ano dokładnie tak, jak wszystkie inne kobiety w filmach o Indianie! Podobnie jak Marion Ravenwood ma wiedzę i doskonałe pomysły, nie jest damą w opałach, irytuje na równi z Willie Scott i bywa antypatyczna niczym Elsa Schneider. Stanowi interesujące połączenie dotychczasowych towarzyszek Indiany i jeśli ktoś uważa, że wsadzono ją do filmu jako ikonę feministek, to – moim skromnym zdaniem – wielce się myli. Chyba że rzeczone feministki myślą o sobie jako o wkurzających, karykaturalnych babkach, które może i chcą udowodnić, iż są silne i niezależne, ale tak nie do końca im to wychodzi. Helena i Indy stanowią świetny duet, wspaniale się uzupełniają, mają ten vibe z poprzednich filmów. Bardzo dobrze napisana i zagrana postać!

Trochę więcej problemów mam z czarnym charakterem, Jürgenem Vollerem, czyli postacią Madsa Mikkelsena. Jak w pozostałych przypadkach indianowych nazistów to naukowiec, ślepo zapatrzony w ideologię i możliwości otwierające się przed nią dzięki jego odkryciu. Jednak w pewnym momencie wydaje się dość mocno przerysowany w sposób, którego nie pamiętam aż tak bardzo w przypadku Donovana czy Belloqa. Gdzieś mi coś tam zgrzytało i nie do końca potrafiłam sobie z tym wrażeniem poradzić. Wydaje się zbyt przeszarżowany. Swoją drogą, ciekawe, ilu młodszych Amerykanów uzna wątek współpracy ich rządu z byłymi nazistami za wydumany? Serio się nad tym zastanawiam, bo kilkakrotnie słyszałam ciekawe opinie ze strony tej nacji dotyczące pewnych wydarzeń II wojny światowej (choć moim hitem pozostanie już na zawsze facet, który po wyjściu z obozu Auschwitz nadal twierdził, że to wszystko ściema, bo niektóre opowieści nie trzymają się kupy. Autentyk. Bycie pilotem wycieczek wymaga olbrzymich zasobów tolerancji na debili).

Czy zatem jest idealnie? Nie do końca, bo kilka rzeczy bym pewnie zmieniła, jak choćby długość ostatniego aktu historii, ale jest na tyle dobrze, że na myśl o seansie do głowy przychodzą mi głównie jego plusy (cudowna wymiana zdań o tym, kto gdzie powinien pozostać, śmieszy do teraz). Bawiłam się naprawdę świetnie, jak za starych czasów, dostałam kolejny klasyczny film o Indianie, a końcówka sprawiła, że się popłakałam – ze wzruszenia. Po prostu. To naprawdę godne pożegnanie kultowego bohatera, świetne kino i doskonała rozrywka. I nawet jeśli czasami zdarzają się głupotki na miarę legendarnej już podróży na kadłubie łodzi podwodnej przez Morze Śródziemne, to są po prostu elementem konwencji. Jestem dziwnie przekonana, że ten czwarty Indiana Jones zostanie ze mną na długo. Że niby piąty? Eeee, przecież między Ostatnią krucjatą a Artefaktem przeznaczenia niczego nie było.

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia, reż. J. Mangold, wyst. H. Ford, M. Mikkelsen, P. Waller-Bridge, A. Banderas, J. Rhys-Davies i inni, USA 2023.

poniedziałek, 3 lipca 2023

Opowieści z magicznego akademika

Pamiętacie może jeszcze Spalić wiedźmę i Wiedźmę Jego Królewskiej Mości, które ukazały się kilka lat temu? Pierwsze powieści Magdaleny Kubasiewicz rozgrywały się w państwie zwanym Polanią, w nieco zmodyfikowanej wersji naszej własnej rzeczywistości, jako że nadal rządzi tam król (z siedzibą na Wawelu), a technologii towarzyszy również magia w przeróżnych odsłonach. Parający się nią specjaliści są nie tylko powszechnie szanowani, ale i również bardzo poszukiwani – tworzą też specjalną Radę, a stanowisko Pierwszego/Pierwszej przy samym władcy jest zawsze bardzo prestiżowe. W Czarodziejce z ulicy Reymonta wracamy właśnie do tego uniwersum, nie poznamy jednak dalszych losów zaginionej Sary Sokalskiej, a przyjrzymy się niejakiej Lady i jej przyjaciołom z Wydziału Magii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W książce znajdziemy trzy opowiadania. Pierwsze, Odłamki szkła, opowiada o przygodach studentów, wysłanych na straszliwe zadupie wraz z bardzo pragnącym się wsławić w magicznym świecie profesorem. Nie do końca dobrana ekipa, na którą składają się Natasza „Lady” Ladowska, znienawidzona przez nią Miss Perfect Agniesia, czarownik Dobromir (znany szerzej jako Złomir), piękny Grześ i Alek mają wesprzeć mentora w odnalezieniu źródła niesprecyzowanej magii, niespodziewanie odkrytej w wiosze o nazwie Sławieńcza, gdzie psy wiecie czym szczekają, a ptaki zawracają. Problem polega na tym, że miejscowość jest rzeczywiście słabo wyposażona w dość podstawowe udogodnienia cywilizacyjne, a w dodatku mamy późną jesień, więc o radosnych imprezach w plenerze można zapomnieć. Jakby tego wszystkiego było mało, w kałużach nagle coś łypie okiem na młodych magików, a we wsi chodzą ploty o rozmaitych zaginięciach. Co okaże się ważniejsze – odkrycie czy zdrowy rozsądek i zdrowie wszystkich zainteresowanych?

Odbicia w odbiciach, drugi tekst w zbiorze, poświęcony jest przede wszystkim Dobromirowi, który nieoczekiwanie odziedziczył po swoim dziadku nie dość, że posiadłość (a mówimy o rodzie Czartoryskich!), to jeszcze zbiory biblioteczne. Jak łatwo się domyślić, tak zaangażowany czarownik jak Dobromir nie może się oprzeć pokusie wypróbowania co najmniej jednego zaklęcia, choćby wydawało się trochę zbyt skomplikowane dla jednego studenta, nawet takiego całkiem potężnego. I niby nic się nie zmienia...

Życzenie czarodziejki rozgrywa się już po ukończeniu studiów przez naszych bohaterów... no dobrze, prawie. Muszą jeszcze odbyć praktyki i choć powinna je zapewnić uczelnia, to jednak lepiej załatwić je sobie na własną rękę. Nic dziwnego, że piękne plany Lady i Agniesi obejmują wypasioną firmę jubilerską, bo nie tylko oferuje niezłą forsę, ale i szansę na późniejsze zatrudnienie. Jednak uniwerek ma dla Lady nieco inną propozycję – może zarobi mniej, ale za to będzie terminować u jednego z najznakomitszych mistrzów artefaktów, wprawdzie nieco ekscentrycznego, ale kto by się przejmował drobiazgami? Lady udaje się zatem do Chęcin, gdzie przy okazji poznaje głowę lokalnego sabatu, Sabinę, wyjątkowo wyrozumiałą i sensowną kobietkę, mogącą okazać się miłą odmianą od upierdliwego i szowinistycznego mistrza Hieronima. Ale jako że kłopoty to specjalność Nataszy, i tutaj nic nie będzie tak oczywiste, jak się wydaje.


Czarodziejka z ulicy Reymonta to zbiór opowiadań traktujących o paczce przyjaciół, ale jedną z największych jego zalet jest ukazanie, jak ta więź jest powoli budowana, jak poszczególne osoby postanawiają sobie wreszcie zaufać – czy to w warunkach imprezy studenckiej czy walki o życie. Nasi bohaterowie nie są też idealni, o nie, bo nawet Agusi czegoś (kluczowego) brakuje. Lady, dziewczyna, która wyrwała się z zapyziałej wioski, z wrednej rodziny, też nie marzy o ratowaniu świata, tylko szacunku innych i dobrych zarobkach. Cała ekipa nie zna się na wszystkim, popełnia błędy, daje sobą manipulować i to ponownie bardzo miła odmiana UF (tu sprawdza się też to, co pisałam przy okazji cyklu Między światami). Jeśli o mnie chodzi, to odmiana bardzo potrzebna. Plus, nie ukrywajmy, kto z nas nie tęskni za czasami studenckimi (a przynajmniej niektórymi ich elementami?), a wycieczka do świata magicznego akademika i zwariowanych wykładowców ten powrót nam zapewni.

Śmieję się nieraz, że Marcin Mortka i Magda Kubasiewicz to ludzie, którzy nie sypiają, bo piszą. Nie dość, że ich kolejne pozycje pojawiają się na rynku niezwykle szybko, to jeszcze bardzo dobrze się je czyta, ilość zdecydowanie nie szkodzi jakości. Czy tak jest i w przypadku Czarodziejki? Raczej tak, w dodatku przyznam, że szczerze liczę na to, iż jeszcze kiedyś zawitamy w świecie Lady, Agniesi i Złomira, bo choć ten tom może być potraktowany jako zamknięta całość, to zdecydowanie zostało jeszcze bardzo wiele do powiedzenia i wykorzystania. Oby!

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Reymonta, wyd. SQN, Kraków 2023.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Beztroskie lata... z odrobiną magii

Lata 60. w małym miasteczku w południowej Alabamie nie wydają się czymś, o czym warto czytać i pisać. Cóż ciekawego może się dziać w miejscu, które liczy sobie półtora tysiąca mieszkańców, znajduje się cała jedna kawiarnia i aż cztery kościoły? W dodatku duchy przeszłości nie zdołały całkowicie opuścić Zephyr, gdzie czarnoskórzy wciąż mieszkają na oddzielonym terenie, a nie wszyscy traktują ich jeszcze z szacunkiem?

A jednak! Dla młodych, nastoletnich chłopców, do których należy Cory Mackenson i jego przyjaciele, to kraina magiczna, pełna cieni, szeleszczących duchów i niesamowitości, przepełniającej ją na każdym kroku. Nie wszędzie przecież żyje potwór rzeczny, grasuje Lucyfer, a koloryt lokalnym wydarzeniom nadaje Dama, murzyńska staruszka, bez wątpienia mając kontrakt z innym światem i to jeszcze po tej stronie, a pewnych rzeczy „należy po prostu przestrzegać na wypadek gdyby wyroki Boże okazały się bardziej nieodgadnione niż my, chrześcijanie, zdolni jesteśmy pojąć”.

Jednak jeden rok ma się zapisać w świadomości Cory’ego szczególnie mocno, gdyż już na wiosnę wraz z ojcem staje się nieoczekiwanie świadkiem tragicznego wypadku, w którym życie traci mężczyzna, uwięziony w tonącym samochodzie. Czy jednak aby na pewno jest to wypadek? Cory znajduje pewien trop, wskazujący na fakt, że za tym wszystkim może ktoś stać. Jego tata także przeżywa to, że nie mógł komuś pomóc, bo może jest i zwykłym mleczarzem, ale również (a raczej przede wszystkim) dobrym człowiekiem, wychowującym syna na kogoś odważnie stawiającego czoła kolejnym wyzwaniom życia, nawet jeśli będzie to bardzo niekonwencjonalne użycie miotły, które zaskarbi mu szacunek Damy i zagwarantuje dar, pozwalający przetrwać potyczki i starcia. I kiedy przychodzi lato, na Cory’ego czeka niejedna pułapka – od tych zwykłych, spowodowanych szemranymi interesami sąsiadów, po te, które wydają się kompletnie nie na miejscu w południowej Alabamie lat 60.

Magiczne lata, jak przyznaje autor, to książka autobiograficzna, ale myliłby się ten, kto dostrzeże w głównym bohaterze Roberta McCammona. Jego osoba pojawia się gdzie indziej, wśród wielu prawdziwie i doskonale sportretowanych mieszkańców Zephyr. Bo opowieść o Corym, jego rodzinie, sąsiadach i znajomych nie wydaje się tak oczywista, jak chcieliby tego czytelnicy lekko kategoryzujący kolejne lektury – jest po części obyczajowa, po części sensacyjna, na dodatek okraszona nutką niesamowitości, fantastyki i horroru. Nade wszystko jest jednak znakomita, świetnie napisana i wciągająca, nawet bardziej niż To Kinga lub Letnia noc Dana Simmonsa, do których się ją często porównuje. Atmosfera tego dusznego, małego miasteczka została wręcz wyczarowana na kolejnych kartach książki i życzę Wam serdecznie, byście się dali nią omotać.

Robert McCammon, Magiczne lata, tłum. Maria Grabska-Ryńska, wyd. Vesper, Czerwonak 2022.

poniedziałek, 19 czerwca 2023

Bohaterka... mimo woli

Urban fantasy często kojarzy się czytelnikowi nie tylko z magicznymi okolicznościami przyrody w naszych codziennych realiach, ale także z wymiatającymi, dzielnymi bohaterami, którzy z wdziękiem i urokiem kopią tyłki i ratują świat albo swoje miasto – przynajmniej raz na tom. Niektórym wręcz blisko do klasycznych Mary Sue bądź Garych Stu, ale to także element tego, co czyni UF tak charakterystycznym. Co zatem powiecie na serię, gdzie bohaterka zasadniczo nie ma żadnych mocy, a co więcej – jest sprzątaczką w przedszkolu?

Agatę Filipiak poznajemy, gdy przyjmuje tę wymagającą stalowych nerwów pracę. Wprawdzie ma być tymczasowa, w końcu trzeba się gdzieś zaczepić, żeby mieć na życie po tym, jak rzuciła robotę w wydawnictwie ze względu na romans z uznanym pisarzem (pewną rolę w wydarzeniach odegrała również zainteresowana skrzatka domowa). Przedszkole okazuje się dosyć wymagającym miejscem – nie tylko ze względu na szalone pomysły dzieciarni, ale jakąś klątwę, która wydaje się nad nim ciążyć. A to ktoś sfajda się bardziej niż zazwyczaj, a to ukaże się duch dawnej nauczycielki, poległej na placu boju, a to inne dzieciątko stanie w płomieniach podczas zabawy na podwórku... Niektóre maluchy wydają się także takie trochę nie z tego świata. Co więcej, mamą jednego dziewczątka okazuje się również... mama Agaty.

Ta sama, która odeszła od swojej rodziny z kochankiem. Ta sama, która zostawiła męża z małym dzieckiem. Ta sama, od której Agata dostała nietypowy wisiorek ze smokiem, zawsze noszony przez nią na szyi. Spotkanie po latach okazuje się traumatyczne tylko dla córki – matka ma ważniejsze sprawy na głowie, a są to sprawy związane z żyjącą w ukryciu społecznością osób o niesamowitych talentach... mogących się okazać bardzo przydatnymi, jeśli ktoś marzy o nowym porządku świata!

W serii Między światami dotychczas ukazały się dwa tomy: Tajne przez magiczne i To nie jest kraj dla słabych magów. Pierwszy daje nam szansę bardzo spokojnego zapoznania się ze światem wykreowanym przez autorkę, co więcej, robi to z punktu widzenia przeciętnego człowieka, a to sprawia, że nieco łatwiej nam zrozumieć zagubienie bohaterki, odkrywającej nową rzeczywistość. Fakt, iż akcja rozgrywa się w większości w przedszkolu, czasami dodaje pewnego „elementu szokującego”, bo pewne rzeczy dziejące się w tym miejscu zdecydowanie tam akurat wydarzyć się nie powinny – tam albo w jakiejkolwiek placówce mającej do czynienia z mniej lub bardziej nieletnimi. Ale hej – niejedno urban fantasy przyzwyczaiło nas do tego, że uwikłani w magiczne wydarzenia lekko nie mają!

To nie jest kraj dla słabych magów umożliwia nam z kolei jeszcze głębsze zanurzenie się w rzeczywistości stworzonej przez Katarzynę Wierzbicką, a poświęcony jest szeroko zakrojonemu planowi Angeli, matki Agaty, i jej małżonka. Poznajemy między innymi kulisy magicznej polityki, dowiadujemy się więcej na temat pozornie bezpiecznej bańki naszej bohaterki, a i nierzadko władujemy się w krwawą kabałę. Jednocześnie przyznam, że druga część wydaje mi się bardzo zgrabnie zamykać całość, i teraz, gdy wiem, że w przygotowaniu jest kolejny tom, zżera mnie ciekawość, co tam jeszcze się wydarzy i czemu stawią czoła Agata, jej kompan Dawid i jego przydupas wampir-zakapior.

A zatem jakie wrażenie? Bardzo pozytywne! Szczególnie podoba mi się perspektywa Agaty, zwykłej śmiertelniczki, a także możliwość zajrzenia za przedszkolne kulisy. Pamiętam głównie własne lata w tym przybytku, więc to taka nieoczekiwana podróż do przeszłości, w dodatku opisana przez kogoś, kto to wszystko zna od podszewki – Kasia jest wszak nauczycielką przedszkolną! Jeśli zatem szukacie UF, w którym obok motywów standardowych (wampiry i inne takie) pojawiają się elementy mniej typowe, choć ostatnio zyskujące na popularności (mitologia słowiańska), a bohaterka nie niszczy wrogów jednym ruchem brwi – gorąco zachęcam!

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, wyd. Spisek Pisarzy, Kraków 2021.

Katarzyna Wierzbicka, To nie jest kraj dla słabych magów, wyd. Spisek Pisarzy, Kraków 2022.

wtorek, 6 czerwca 2023

No zawsze coś!

Przywykliśmy już do Tereski Trawnej i jej nieziemskiego pecha, ale już już wydawało się, że codzienność wróciła do normy (w końcu teściowa i matka w domu). Jednak życie upomina się o swoje ofiary, do Tereski dociera zatem zaproszenie na urodziny babuni Sławy. Niewinne, prawda? W końcu co może pójść nie tak, ukochana staruszka, rodzinka może jakby mniej, ale kilka godzin obecności na rodzinnym sabacie nie zaszkodzi najbardziej niestabilnemu umysłowi, a co dopiero Teresce wspartej kilogramami kasztanków? Prawda?

Nawet my wyczuwamy już podstęp jak stąd na Hel, choć nikt nie mógłby się domyślić tego, że gdy Trawna wraz z Maciejką stanie pod drzwiami z kwieciem, najlepszymi życzeniami i olbrzymimi nadziejami na przepyszny tort, ciotka zatrzaśnie jej owe dźwierza pod nosem z najwyższym oburzeniem – w końcu głupie dowcipy też mają swoje granice! Jak bowiem można gromko oznajmić „Sto lat”, kiedy mieszkańcy rodzinnej siedziby Jędrzejczyków (czyli rodziny naszej bojowej księgowej po mieczu) wybierają się właśnie na pogrzeb niedoszłej (a może w sumie doszłej?) solenizantki? Tak tak, oto ślepe szczęście Tereski – przybyła na urodziny, trafiła na pogrzeb.

No dobrze, po stypie teoretycznie też można się wymiksować z uroczego towarzystwa i wrócić do spokojnego domu i towarzystwa człowieka-labradora... Pamiętacie „pech” – słowo-klucz? Właśnie, właśnie, klucz to sedno sprawy, bowiem po pogrzebie, gdy kochająca (lub nie) rodzinka staje zmarznięta na progu, okazuje się, że nikt z obecnych nie dysponuje kluczami ani nawet wytrychami, jednak pamiętające szczenięce lata kuzynostwo przypomina sobie, iż przecież można wejść przez okno na półpiętrze... Na ochotnika do dokonania tego karkołomnego wyczynu zgłasza się Tereska, zaprawiona w bojach, boksie, ale już niekoniecznie wspinaczce. I jakkolwiek przez okno wleźć da rady... tak zejście ze schodów stanowi pewien problem, bohaterka nasza zlatuje zatem na mo... znaczy się na łeb na szyję i w efekcie kończy z unieruchomioną kostką. A to oznacza, że musi zostać na kilka dni w gronie kochającej rodziny, Maciejka nie dysponuje bowiem prawem jazdy, a małżonek cierpi na dolegliwości związane z pęcherzem. I może nie byłoby w tym wszystkim nic strasznego, gdyby nie fakt, że za kilka dni Boże Narodzenie, stan osobowy najdroższych krewnych nie ulegnie zmianie, obecna głowa rodziny nie uznaje wymówek, jeśli chodzi o udział w przygotowaniach do czczenia, a na dodatek zapewnia nieszczęsnej poszkodowanej atrakcje w postaci gaci po babce. Znaczy czystych, acz lekko pożółkłych, bo pochodzących z żelaznego zapasu doświadczonej PRLem cioteczki.

Brzmi koszmarnie? A to dopiero początek, bo już wkrótce na scenę wkracza trup... znaczy notariusz, który szybko zejdzie z tego świata w okolicznościach z lekka podejrzanych. Między niejasnymi podejrzeniami, porządkami świątecznymi, które najtwardszego by złamały, rozwalającymi się elementami rodzinnej siedziby, na światło dzienne wychodzą pewne skomplikowane fakty rodzinne, o których nikt nie wiedział... ale czy na pewno? Dlaczego nagle wieszanie firanek okazuje się bardziej karkołomne niż zazwyczaj, a wyrzucane gazety powinno się solidnie przejrzeć? Tak, tak, nie spodziewajcie się łatwych Świąt, jeśli chodzi o Tereskę i jej nieco zbzikowaną rodzinę...

Dawno nie zdarzyło mi się czytać książki okołoświątecznej w szalonym, czerwcowym rozkwicie wiosny, ale okazuje się, że przy dobrej lekturze nawet lekki dysonans pór roku nie przeszkadza. Przygody Tereski jak zwykle wciągają i bawią do łez, nie tylko szalonymi, nieoczekiwanymi zwrotami akcji i barwnymi bohaterami, ale także dzięki absolutnie cudownemu językowi Ałtorki! Porównania, zwróćcie uwagę na porównania, bo ja przy połowie płakałam łzami niczym niezmąconej, olbrzymiej radości. Generalnie jest zabawnie, szaleńczo, ale jednocześnie poważnie i niekiedy przypomina się, że z rodziną to czasem na zdjęciu, ale i to najlepiej w środku, bo z boku człowieka wytną. Dobra rozrywka? Jak najbardziej, w dodatku od czasu do czasu skłaniającej do przemyśleń. Żądam więcej Tereski, która po lekkim obniżeniu formy w Efekcie pandy, teraz już do niej zdecydowanie wróciła!

Marta Kisiel, Zawsze coś, wyd. Mięta, Warszawa 2023.