czwartek, 26 marca 2026

Inwazja na... małą skalę?

Czy zastanawialiście się czasami, co by się stało, gdyby nagle zabrakło prądu, komórki przestały działać, a Wy znaleźlibyście się w samym środku inwazji? Twórczości rozmaitej poświęconej tej kwestii jest całkiem sporo, nie zawsze zresztą mi odpowiadającej, bo postapo za bardzo nie lubię. Niedawno wyzwanie stworzenia kolejnej wizji końca świata podjął Marcin Mortka, którego – jak wiecie – bardzo szanuję, więc mimo lekkich oporów postanowiłam dać 20:32 szansę. Niczym tej blondynce z dowcipu.

Piotr i Irmina to niezbyt szczęśliwe małżeństwo, które poznajemy w jednym z najbardziej trywialnych momentów w życiu – gdy wychodzą od znajomych po wieczorze/popołudniu planszówkowym, a kiedy wsiadają do samochodu, niemal od razu zaczynają się kłócić. Sytuacji w niczym nie polepsza to, że dookoła zaczynają dziać się dziwne rzeczy, elektryczność siada, a zamiast zamknąć się w bezpiecznych czterech ścianach, niezwykle dobrze przygotowanych na wypadek różnych katastrof, trzeba się wybrać po siostrę Irminy, która miała do nich przyjechać. Zwykła wyprawa na dworzec obfituje w dziwne spotkania i wydarzenia, a w pociągu Piotr natyka się na mnóstwo jakby wyłączonych ludzi i jakieś dziwne stworzenie, które wydaje się jakby żerować na podróżnych, w dodatku nieprzypominające niczego, co wcześniej widział – nawet w internecie i jego przepastnych otchłaniach, których nie idzie odwidzieć. Wkrótce sytuacja staje się nieco jaśniejsza – choć niewiele to wszystkim pomaga – bo oto wychodzi na jaw, że Ziemię najechali obcy!

Obserwowanie zachowań ludzkich w sytuacjach skrajnych to zawsze interesujący motyw nie tylko literacki, a po latach czytania i oglądania każdy z nas spodziewa się pewnych rzeczy i postaw. Zawsze trafią się i porządni ludzie, i szuje, korzystający z okazji. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono” - jak twierdzi morał wielu dzieł, a obserwując apokalipsę na małą skalę, w niewielkiej gminie, po raz kolejny przekonujemy się, że są to słowa prawdziwe. Bo niecodzienne okoliczności sprawiają, że zachowujemy się niecodziennie, a priorytetem staje się przetrwanie. Ale czy jeden samolubny czyn skreśla nas od razu? Czy to poświęcenie liczy się najbardziej?

Chciałabym napisać, że lektura tej powieści przekonała mnie do szeroko zakrojonej tematyki apokaliptycznej, ale chyba jednak nie. Owszem, książka jest bardzo dobrze napisana i mimo braku jakiegokolwiek bohatera, któremu mogłabym kibicować, byłam niezwykle ciekawa, jak się to wszystko skończy, jednak miejscami także znudzona – i nie, nie chodzi tu o brak fajerwerków czy rozpierduchy na miarę Rolanda Emmericha, wręcz przeciwnie, duszna, klaustrofobiczna atmosfera wręcz namacalnie dławi – ale w pewnym momencie łapałam się na tym, że bezmyślnie przekładam kolejne strony. Może to pewien brak jednoznacznych odpowiedzi, który jednak całkowicie wynagrodził mi zaskakujący epilog? Może to, że dawno nie czytałam tak niesympatycznych bohaterów? Nie wiem. Czy polecam tę pozycję? Też nie wiem – pewnie tak, jeśli lubicie te klimaty, podbudowane jednocześnie rewelacyjnymi, niepokojącymi zdjęciami ilustrującymi tekst. Ja zdecydowanie doceniam nastrój i rzemiosło, 20:32 to po prostu nie moja bajka.

Marcin Mortka, 20:32, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 27 lutego 2026

Od serialu do książki

Chyba niewiele jest osób w polskim internecie, które nie zetknęły się choć raz z popularnym serialem, nakręconym we współpracy z Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, a poświęconym losom pochodzącej ze wsi służącej Stefci. Perypetie dziewczyny i jej przyjaciół okazały się wyjątkowo wciągające, choć przedstawione w formie króciutkich, kilkuminutowych odcinków, i przyciągały setki tysięcy widzów. Prawdopodobnie ta formuła była także po części odpowiedzialna za sukces serialu, bo dostawaliśmy praktycznie „samo gęste’ – ważne, wiele wnoszące dla całej opowieści sceny, spośród których może nie wszystkie wydawały się istotne, ale jednak cudnie podkreślały czy to cechy charakteru, czy nastawienie poszczególnych postaci do świata. Przyznaję, że nie śledziłam historii Stefci od samego początku, nie miałam też zbytnio czasu na nadrobienie zaległości, byłam zatem bardzo ciekawa, od czego to wszystko się zaczęło.

I okazało się, że mam sposobność poznać sam początek jej przygód, dowiedzieć się, co sprawiło, że poszła na służbę do pańskiego dworu. Wprawdzie forma tego uzupełnienia jest nieco inna, ale zdecydowanie bardziej mi odpowiadająca – twórczyni serialu postanowiła bowiem ten swoisty prequel wydać w formie książkowej. Interesujące, choć nietypowe przedsięwzięcie, na pewno spotkało się z dużym zainteresowaniem.

Jaka więc jest ta nasza młodziutka Stefcia? Na pewno nieokrzesana, na swój sposób bardzo niewinna, słuchająca głosu swojego serca i dzielna. Skąd bowiem wzięła się we dworze? Uciekła w ten sposób przed niechcianym zamążpójściem. Miała jednak to szczęście, że pozostawiono jej coś na kształt wolnej woli, a jej ojciec – znany zresztą z ekranu – nie chciał jej do niczego przymuszać. Poznajemy kulisy przyjaźni i uczuć, dowiadujemy się, z czego wypłynęły sytuacje, które znamy – to naprawdę świetne dopowiedzenie tego, co już wiemy.

Umówmy się, Stefcia wybitnym dziełem nie jest, to nie Chłopi, niemniej autorka potrafiła choćby kilkoma scenami oddać trudy wiejskiego życia, a zwłaszcza tego kobiecego. Bo przecież niby zdajemy sobie sprawę, jak ciężkie były ich losy, jak wiele pracy wkładały w to, by ich rodziny trwały z dnia na dzień, do powszechnej świadomości tej kwestii przyczyniły się też Chłopki. Jednak nigdy dość dalszego uświadamiania szerokich mas, zwłaszcza że Stefcia przyciągnęła też i młodszych odbiorców, którzy być może sięgną po książkę. Autorka nie wystrzega się też tematów trudniejszych – gwałtów, dzieciobójstwa czy akceptowanych z rozmaitych względów kradzieży. Sprawiają, że ta pozycja jest nie tylko czytadełkiem, ale i zmusza od czasu do czasu do zastanowienia.

Czy warto po nią sięgnąć? Jeśli jesteście fanami serialu – zdecydowanie tak! To świetne uzupełnienie tego, co już znamy. Jeśli szukacie lekkiej, przyjemnej pozycji dla przyjaciółki czy nastolatki, myślę, że też będzie to dobry wybór, bo książkę czyta się bardzo łatwo, a i bohaterowie są wyjątkowo sympatyczni (w większości). Jednak jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o życiu w tamtych czasach – czy to na wsi, czy we dworze, to warto sięgnąć po którąkolwiek z tematycznych pozycji wydanych przez Marginesy. Bo prawdzie spędziłam ze Stefcią i jej znajomymi bardzo przyjemne chwile, jednak gdyby nie znajomość serialu, pewnie nie bawiłabym się przy tym tak dobrze.

Joanna Adamek, Stefcia, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2025.

niedziela, 1 lutego 2026

Czy to już koniec przygód?

Lady i jej przyjaciółka Agnieszka z sukcesem zakończyły już magiczną edukację, spędziły nieco czasu (lepszego lub gorszego) pracując dla innych, zatem najwyższa pora, by spełnić swoje marzenia – otworzyć własny sklep! Kraina Amuletów, w której znaleźć można zaklęte drobiazgi, magiczną biżuterię i doskonałe amulety to spełnienie marzeń przyjaciółek i szansa na to, by wreszcie robić to, co się lubi, na własny rachunek. I chociaż mogłoby się wydawać, że w ten sposób wszyscy członkowie dawnej paczki zajmują się tym, czego pragnęli – Grzesiek jest wszak dobrym uzdrowicielem, a Dobromir zaangażował się w istotne sprawy Loży – to jednak zawsze, gdy wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, coś musi się spieprzyć – i to spektakularnie.

Tradycyjnie już zwiastunem złych wiadomości jest Złomir, który wpada nagle do sklepu, żądając porządnego amuletu i odmawiając jakiegokolwiek wyjaśnienia. I oczywiście znika, a w ślad za nim pojawiają się agenci Loży oraz niebagatelne oskarżenie – o zabójstwo. Coś tu jednak śmierdzi, a skoro Dobromir nigdy nie był – nomen omen – dobry w zdobywaniu sprzymierzeńców, do akcji wkraczają jego przyjaciele – a zwłaszcza Natasza, która sama nie może się nadziwić temu, jak bardzo zależy jej na ocaleniu czarownika... tylko czy jest gotowa przy okazji również na to, by zaryzykować nowo utworzony interes, spełnienie swoich marzeń?

Czarodziejka z ulicy Brackiej to kolejna, finałowa już pewnie odsłona przygód przyjaciół z Collegium Magicae. Bohaterowie nam mocno wydorośleli, choć nie znaczy to, że całkowicie zmądrzeli, bo każde z nich robi czasami tak głupie rzeczy, że aż zęby bolą. Siłą autorki jest jednak to, że są to rzeczy, w które całkowicie wierzymy, bo idealnie pasują do jej bohaterów. Lady, Dobromir, Agniesia i Grzesiek są cudownie prawdziwi i w odróżnieniu od wielu postaci w urban fantasy (którym czasami naprawdę nie wychodzi to na zdrowie) nie nabywają magicznych mocy znikąd, nie odkrywają tuzina zaszłości swojej rodziny, ratujących im tyłek w ostatniej chwili (bo przecież nawet powiązania rodziców Agnieszki nie są aż takim game changerem), nie mają też niezliczonych magicznych sprzymierzeńców – przynajmniej nie zawsze. Muszą polegać przede wszystkim na sobie. Jednak kiedy ci magiczni sprzymierzeńcy się znajdują, nadal oznacza to konieczność podejmowania trudnych decyzji, wiążących się też po części z codziennością i problemami nam nieobcymi (heloł, kredyt, anyone?). Dlatego też chociaż lubię ich wszystkich, to mnie strasznie czasami irytują, tak jak irytują problemy najbardziej codzienne.

Pewnie nigdy nie przełamię się również w kwestii Pierwszej Polanii, Sary Sokolskiej, która znowu namiesza w życiu naszych bohaterów. Uwielbiam tę magiczną Polanię Magdy Kubasiewicz, bezwarunkowo doceniam wewnętrzną spójność tego świata, ale dawno nie czytałam tak antypatycznej postaci. Co wcale nie jest wadą – wręcz przeciwnie – totalnie podziwiam autorkę za wykreowanie kogoś, kto choć jest nakreślony przez twórczynię z dużym uczuciem, to jest też absolutnie bezwzględną osobą, a jej zalety to czasami człowieka jeszcze bardziej irytują. Może wynika to z tego, że podstawowe książki o Sarze czytałam bardzo dawno (cieszę się ze wznowienia, bo pożyczyłam najwyraźniej na wieczne nieoddanie), a wydane stosunkowo niedawno Przeminęło z wiedźmą wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia.

Ale do tego też trzeba mieć talent. Łatwo bowiem pisać postaci jednoznacznie dobre czy jednoznacznie złe, pozwalać im pokonywać przeszkody niczym James Bond i po wszystkim otrzepać pyłek z klap płaszcza. Czym innym jest tworzeniem bohaterów różnych, których odbieramy inaczej z każdą stroną, które rozumiemy i którym kibicujemy. A nie da się nie kibicować magicznej ekipie z Collegium Magicae i życzyć im dobrego życia bez kolejnych niespodzianek.

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Brackiej, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 16 stycznia 2026

Ostatnia próba Jagi

Poprzedni tom przygód Jarogniewy, szeptuchy z Bielin, zakończył się w chwili, gdy udało się pokonać Dziadka Mroza, a szeptucha odkryła, że jest w ciąży. Teraz nadchodzą wiosenne Dziady i próba, którą ma przejść dla Swarożyca, tymczasem każdy jeden dzień wiąże się z dosyć niecodzienną udręką: nadopiekuńczym Mszczujem, który – parafrazując – ciągle dobra pragnąc, ciągle zło czyni. Nie jest ta nasza Jaga przygotowana na bycie partnerką i matką, a częste wizyty boga ognia nie pomagają w ustabilizowaniu rodzinnego – nomen omen – ogniska.

Oczywiście jak zwykle, gdy jedno się sypie, posypie się wszystko. Nagle okolice Bielin wydają się dotknięte dość dziwną klątwą – śmiertelnie chorzy nabierają wigoru, zwierzątka, które raczej nie powinny żyć, nagle hasają sobie bez pewnych części ciała... Czyżby zastrajkowała sama Śmieć? A może jakieś inne bóstwa postanowiły dać sobie spokój ze swoimi obowiązkami i zrobić wakacje? Teoretycznie brzmi to całkiem nieźle, ale wszyscy przez lata naoglądaliśmy się i naczytaliśmy, co się dzieje w takich przypadkach i że dobrze to się nigdy nie kończy. I choć może to tymczasowo pomóc w niektórych problemach, tak koniec końców załatwienie tej sprawy również spoczywa na Jadze, której zaczyna brakować sprzymierzeńców – dobrze, że w ostateczności można liczyć na Barnima i różne przyjazne stwory.

Oczywiście, każdy kto zna (choćby po łebkach) cykl o szeptusze, wie, jak skończą się niektóre wątki tej opowieści - że nie będzie tu typowego „żyli długo i szczęśliwie”. Fakt, że w jakiś sposób znam zakończenie Swarożyca, nie odbierał mi jednak przyjemności z lektury, bo książka – jak zwykle w przypadku Katarzyny Miszczuk – napisana jest bardzo lekko, nawet te cięższe tematy wchodzą jakoś tak gładko, chociaż wcale nie znaczy to, że są potraktowane lekceważąco – wręcz przeciwnie! I choć praktycznie od razu domyśliłam się, gdzie podziała się rodzanica, nie odebrało mi to w żadnym stopniu przyjemności związanej z tym wątkiem. Bardzo lubię w tym cyklu to, że wszyscy bohaterowie są – nazwijmy to – ludzcy, nawet ci, którzy powinni być lepsi i ponad wszystkie niesnaski. Lubię upartych bogów, pragnących za wszelką cenę postawić na swoim, lubię słowiańskie demony z ich „swojskimi” tożsamościami. Bo to właśnie pozwala zżyć się z bohaterami, pozwala potraktować ich jak znajomych, nawet jeśli niekoniecznie zgadzamy się ze wszystkim, co robią (przypadek Jagi i Mszczuja). A to pozwala też na zaangażowanie emocjonalne i przyznam się bez bicia, że popłakałam się na końcu powieści, a swoiste katharsis zawsze przecież się przyda.

Swarożyc to godne domknięcie przygód Jagi, niespecjalnie spektakularne, ale i nie na takie liczyłam. W Bielinach dzieją się rzeczy ważne, ale poprowadzone jakby na skalę lokalną, co sprawia, że łatwiej je zaakceptować niż ratowanie całego świata w maleńkiej wiosce na zadupiu. I przyznam Wam się jeszcze do czegoś – mam ochotę odświeżyć cykl o Gosi – pal diabli tę idiotkę, ja chcę więcej Jagi!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Swarożyc, wyd. Mięta, Warszawa 2025.

wtorek, 6 stycznia 2026

Trupy, zagadki i Święta

Lubicie okres świąteczny? Dla części z nas to szansa, by usiąść i odetchnąć, oczywiście tuż po tym, jak spotkamy się z rodziną i ją nakarmimy albo na odwrót – to my zostaniemy nakarmieni. A kiedy już zalegniemy jak te niedźwiedzie w gawrze, możemy sięgnąć po jakąś książkę, makowczyk lub inny serniczek i po prostu oddać się słodkiemu lenistwu połączonemu z czytelnictwem. Nie wiem, jak w Waszym przypadku, ale mnie całkiem nieźle wchodzą też powieści „okołoświąteczne”, choć ostatnio w ramach oszczędności (także miejsca) postanowiłam sobie jednak dać na wstrzymanie. Kiedy jednak moja ulubiona czwórka autorek ponownie łączy siły, a upragniona książka wlatuje do mnie w ramach prezentu, jest to po prostu spełnienie marzeń!

Cztery trupy w barszczu już nie tylko tytułem, lecz i tekstem na okładce informują nas, że „Każde święta mają swoją magię, a każda bohaterka swojego trupa”, więc doskonale wiemy, na czym tym razem skupiły się moje ulubione autorki UF: Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz – będzie kryminalnie, a nawet krwawo (w kocu ten barszczyk zobowiązuje...). Można podsumować to jednym słowem – idealnie. A może nawet wpadniemy do kogoś znajomego?

I tak w przypadku Jak długo mieszać bigos? Marty Kisiel rzeczywiście spotykamy ekipę związaną z pewnymi nietypowymi paniami, skrywającymi swą prawdziwą naturę, Kirą, Filomeną i Tomirą, a także ich partnerami i przyjaciółmi. Cała paczka zamierza spędzić Święta w dosyć klimatycznej miejscówce, żeby zrobić przyjemność Sebie, pragnącemu bardzo nietypowego prezentu: LARPa w klimacie pewnej powieści. Niełatwo do tego jednak przekonać kochanych przyjaciół, zwłaszcza tych, którzy ewidentnie nastawiają się mocno świątecznie i nawet choinkę przywieźli! Zresztą, co tam choinkę – jedzonko też! I nikt nie spodziewa się, że taki bigos doprowadzi do wydarzeń zgoła nieoczekiwanych i z piekła rodem!

Kołtun zimowy Mileny Wójtowicz z Dolnego Śląska przenosi nas na Mazury, gdzie poznajemy wiedźmę-fryzjerkę, Pati, jej rodzinę i przyjaciół. Pati jest czarownicą lokalną, szanowaną i znaną w całej okolicy z tego, że pomocy (zwłaszcza popartej dobrym argumentem finansowym) nigdy nie odmawia. Jednak niektóre zagadki i problemy wymagają nietypowych interwencji i rozwiązań, a do tego – oprócz sił paranormalnych – należy zagonić całą społeczność!

Typowym tekstem świątecznym jest historia Anety Jadowskiej Morderstwo i białe Święta. Oto Greta, policjantka, która prawdopodobnie pożegna się z czynną służbą (a przecież nie ma w życiu nic innego), zostaje wezwana przez dawno niewidzianą ciotkę do pomocy w rozwiązaniu zagadki morderstwa w małej miejscowości, gdzie kobieta niegdyś mieszkała. Na miejscu, prócz zbrodni, czeka interesujący mężczyzna i odwiecznie zawirowania okołoświąteczne. Pytanie tylko, czy sama atmosfera, pierogi i ogólne ciepełko zasadniczo rodzinne wystarczą, by wpłynąć na dalsze życie naszej bohaterki? No i kto jest tym mordercą, kurczaki.

Święta na pełnej hallmarkowej... no wiecie czym... serwuje nam za to Magdalena Kubasiewicz w Wymarzonych Świętach domowika, dziejących się w domu Jagody Wilk w Bromierzyku. Po raz kolejny uczennica naszej specjalistki od klątw, Sonia, wpada na szatański pomysł – tym razem pragnie przygotować Święta. Jednak nawet uzyskanie zgody Jagi nie gwarantuje powodzenia, bo do tego należy również przekonać domowika, nie do końca pojmującego koncepcję dekoracji, nastroju i wszystkiego, co ze Świętami związane. Co zatem robi Sonia? Częstuje domowego demona kolekcją filmów hallmarkowych, ze wszystkimi ich wadami, zaletami i tropami... a to może się skończyć... ciekawie.

Umówmy się, sięgając po antologię zawierającą teksty tych czterech autorek, nie sposób się rozczarować, bo to solidne rzemiosło w ukochanym klimacie, nawet jeśli czasami elementy fantastyki są bardzo subtelne. Mam jednak swoje ulubione opowiadanie, a jest nim Kołtun zimowy – chyba właśnie ze względu na atmosferę, magiczny klimat tej małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, i tę cienką granicę między światem rzeczywistym i pozazmysłowym. Teksty Mileny na ogół kojarzą mi się raczej z humorem i lekkością, a tutaj jest nieco inaczej i bardzo, ale to bardzo mi to odpowiada. Zdecydowanie chciałabym przeczytać całą powieść o tych bohaterach, bo jakkolwiek kocham Sabinkę et consortes, to chwilowo cierpię na ich przesyt. Może kiedyś mi się to marzenie spełni?

Jest zima, długie wieczory, okres okołoświąteczny... warto, naprawdę warto usiąść właśnie z Czterema trupami... To opowieści zasadniczo lekkie i przyjemne, zaspakajające apetyt na magię i klimaty typowo zimowe i bożonarodzeniowe, których wprawdzie czujemy czasem w tym okresie przesyt, ale też którym warto się naładować niejako „na zapas”. Miłej lektury – może z kubeczkiem barszczyku w dłoni?

Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz, Cztery trupy w barszczu, wyd. SQN, Kraków 2025.

wtorek, 26 sierpnia 2025

II wojna światowa nieco inaczej

Pamiętacie może Pas Ilmarinena? Wojna wywiadów prowadzona w nieco odmienny niż standardowy sposób, walka nie tylko na broń konwencjonalną, ale i magiczną, brytyjska Biblioteka vs. niemieckie Anneherbe, a do tego zasypana śniegiem Finlandia i misja, zdawałoby się, niemożliwa... Do tych właśnie klimatów wracamy w powieści Grom. Wojna runów, gdzie tajemnica goni tajemnicę, a incydenty nie tylko dyplomatyczne nie spędzają niektórym decydentów snu z powiek...

Jest późne lato 1939 r. W powietrzu wisi coś bardzo intensywnego – Polacy już niedługo przewidują rozpoczęcie walki na śmierć i życie, tymczasem część okrętów marynarki wojennej, w tym niszczyciel „Grom”, jest wysyłana do Wielkiej Brytanii. I choć oficerskie dusze burzą się na samą myśl, rozkaz to rozkaz i niewiele można na to poradzić. Jednak w głębi serc ukrywają się złość i desperacja, a u niektórych dosyć nieoczekiwane talenty – czy raczej przekleństwa.

W angielskiej posiadłości The Frythe sir Andrew Harrington również czuje narastające zagrożenie, choć osobiście nie miałby nic przeciwko temu, by Polskę oddano temu niezrównoważonemu Hitlerowi i żeby jeszcze chwilę panował pokój... Jednak nie bierze się do końca z tchórzostwa, o nie! Harrington, szef tajemniczej Sekcji D brytyjskiego wywiadu, wie bowiem, że wróg ucieknie się do tajemnej i bardzo niebezpiecznej broni, jaką są dawne nordyckie runy i utracona, wydawałoby się, wiedza. Dzięki swojemu dosyć niecodziennemu współpracownikowi orientuje się bowiem w ich potędze i wie, kto i jak, podobnie jak on, całkowicie zgłębił ich tajemnice....

Głęboko w sercu Norwegii tajemniczy ludzie chroniący swojego Króla Gór przygotowują się do walki i ochrony tego, co pradawne i błogosławione. Przysięgają użyć wszystkich swych darów i wszystkich metod, by nawet własnym życiem osłonić sekret przed tymi, którzy są go niegodni i którzy wykorzystaliby go nawet do najgorszych, całkowicie egoistycznych celów.

Wiecie, że nie zaliczam się do typowych Głodomortek z tego względu, że trochę nie po drodze mi z klasycznym fantasy, mocno zwlekałam też z lekturą wspomnianego już Pasa Ilmarinena, bo nie przepadam za literaturą wojenną (poza literaturą faktu i warszawskimi reportażami). Jednak ten zakręcony, pełen nadprzyrodzonych tajemnic świat II wojny, tak bliski mej ulubionej urban fantasy, to zdecydowanie coś, co wciąga i fascynuje. Połączenie faktów i starego dobrego nieznanego to strzał w dziesiątkę, zwłaszcza jeśli autor jest utalentowanym gawędziarzem, a do takich Marcin Mortka zdecydowanie należy! Absolutnie pokochałam też postaci – żywe, barwne i wywołujące w czytelniku prawdziwe emocje – i te prawdziwie pozytywne, i te pozytywne inaczej. Kibicujemy bohaterom, choć czasami mają nas niezbyt dobrze zaskoczyć i na końcu książki sami już nie wiemy, jakie dokładnie rozwiązanie nas satysfakcjonuje – wiadomo, przeważnie chcemy, by wygrali „ci dobrzy”, choć.... czy aby w każdy możliwy sposób?

Grom. Wojna runów to naprawdę wyśmienita powieść, doskonała rozrywka, skłaniająca czasami do przemyśleń historycznych. Dodatkowo, jeśli jesteście pasjonatami II wojny światowej, będziecie mieli dużo radości z niecodziennej interpretacji pewnych wydarzeń. Muszę też pobuszować w bibliotekach, bo Grom jest jednym z opublikowanych onegdaj tomów Trylogii Nordyckiej, wydanej przez Uroborosa, odświeżonym i przeredagowanym. Zdecydowanie chcę się zapoznać z pozostałymi! A zatem – miłej lektury! I mnie, i Wam!

Marcin Mortka, Grom. Wojna runów, wyd. SQN, Kraków 2025.

piątek, 15 sierpnia 2025

Zagłębić się w Ciemności...

Minął już rok od chwili, kiedy kapitanowi Kowalskiemu odebrano jego ukochaną Wandę. Jerzy zdołał podźwignąć się z ciągu alkoholowego, zresztą, nie miał większego wyboru, za partnerkę mając obecnie pannę Barbarę Maciejewską (z tych Maciejewskich, słyszeli państwo o tym skandalu?). Rzutka i przedsiębiorcza kobieta nie tylko uporządkowała nieco sprawy agencji detektywistycznej, ale i zadbała o jej zaangażowanie się w sprawy – nazwijmy to – bardziej społeczne, a konkretnie w sprawy fundacji, mającej na celu ochronę pozostawionych samych sobie małoletnich. Prowadzi także pewne własne dochodzenia, chwilowo musi zatem opuścić Warszawę, zostawiając Jerzemu na głowie dosyć nieoczekiwany kłopot w postaci nowej podopiecznej. I choć Zosia na pierwszy rzut oka wydaje się kolejną zagubioną ofiarę nowej rzeczywistości, ktoś chce ją bardzo usilnie odszukać. A Jerzy nie może jej non-stop pilnować, bo oto wpada mu kolejne, wyjątkowo intratne i bardzo obiecujące zlecenie, które zmusi detektywa do opuszczenia Warszawy i udania się do Lwowa... a to dopiero początek jego podróży.

Świat ogarnięty Ciemnością poznaliśmy już w poprzednim tomie, znane są nam zatem specyficzne reguły nim rządzące – stał się klaustrofobiczny, zawężony do granic cywilizacji i jeszcze bardziej bezwzględny, niżby się mogło wydawać po koszmarach I wojny światowej. Nasi bohaterowie wbrew okoliczności próbują być tymi ostatnimi sprawiedliwymi pośród rekinów i innych, pragnących przede wszystkim przetrwać, próbują zrobić coś dobrego, choć często obrywają za to po głowie. Zanurzają się w coraz to bardziej zdeprawowane zakamarki ludzkiej przedsiębiorczości, w obliczy czasu zagłady i – niezmiennie – mieszają się w rzeczy, które ich przerastają... Jednak mimo gorzkiego nieraz doświadczenia prą naprzód, bo Ciemności może przeciwstawić się tylko ludzkość – w tym swoim najlepszym przejawie. Ludzkość i... Inni – dobrowolnie bądź też pod przymusem.

Druga część serii Andrzeja Pupina wciąga podobnie jak pierwsza i tutaj też nie mogłam się oprzeć, by książkę skończyć już zaraz zamiast dawkować sobie tę przyjemność! Intryga zdecydowanie się zagęszcza, bo rozgrywki stają bowiem kolejni coraz to bardziej wpływowi gracze, a pośrodku wszystkiego Jerzy stara się dojść do sedna sprawy i nawet nie jesteśmy pewni, czy mu w tym kibicujemy, bo wiemy, że rozwiązanie będzie paskudne. Zarówno agencje rządowe, jak i organizacje prywatne w tańcu się nie pie... eee, obijają, i biada temu, kto spróbuje stanąć im na drodze.

Tak, jest dobrze, a byłoby wręcz rewelacyjnie, gdyby nie... Tak, zgadliście – końcówka. Znowu. Nie wiem, co tu jest nie tak, ale mam wrażenie, że została trochę tak „wyciągnięta z kapelusza”, zbyt niespodziewana, mimo umieszczenia pewnych drobnych informacji i aluzji w tekście. Owszem, mówimy o niespodziewanej w tym niekoniecznie dobrym znaczeniu tego słowa. Mam nadzieję, że autor w końcu się wyrobi, bo trochę psuje to odbiór całości i jakkolwiek Rozbłyski Ciemności bardzo gorąco polecam, to jednak coś mi tak trochę zgrzyta.

Andrzej Pupin, Rozbłyski Ciemności, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

sobota, 9 sierpnia 2025

Nekro przedświąteczne

Wizyta w gabinecie weterynaryjnym w Zrębkach to zawsze obietnica, że przydarzy się coś mocno nietypowego – a to opętanie, a to ciekawe zwierzątko, a to smoki w okolicy... Kolejne dni stawiają przed Florką, Bastianem i Izą kolejne wyzwania i gdy za każdym razem wydaje się, że już „ciekawiej” być nie może, los mówi „Potrzymaj mi piwo” i wali z grubej rury...

Tym razem jednak zapowiada się spokojniej – w końcu nadchodzą Święta i nawet największym pesymistom humor się poprawia, gdy na zewnątrz zalega biały puch, a w powietrzu już niemal słychać dzwonki u sań świętego Mikołaja. Jednak już po kilku godzinach z białego nieskazitelnego śnieżku robi się szara breja, do pracy wstać trzeba, a nieoczekiwany gość pojawia się grubo przed Wigilią i przypomina wszystkim, że z rodziną to najlepiej na zdjęciu, a i to w środku, bo z boku cię wytną. Co więcej, sielskie stadło naszych ulubionych techników weterynaryjnych zakłóci współlokatorka, której przecież trzeba pomóc, bo jak to tak – za próg? W pracy też coraz bardziej interesująco – wprawdzie kotki, pieski, magiczne króliki czy inne takie to już standard, kiedy jednak na progu staje mocno naćpana elfka z jednym z najgroźniejszych stworzeń, robi się stresująco... Odrobina świętego spokoju? Nieee, w Zrębkach nawet wieszanie prania może doprowadzić do bardzo nietypowych odkryć!

Uwielbiam tę serię (jak zresztą dobrze wiecie) – choć sięgając po nią, wcale się tego nie spodziewałam. Cudowne nowe magiczne stwory to jeden z tych powodów – bo ja mam jak Florka – tuliłabym każde jedno: puchate, zębate, rogate... Bo wprawdzie wkurzam się (podobnie jak w prawdziwym życiu) na debili pozbawionych wyobraźni, ale i przekonuję, że Niemen miał rację – ludzi dobrej woli jest zdecydowanie więcej. Nasi bohaterowie może i mają swoje wady, ale są w tym wszystkim prawdziwi – czasami dostają po dupie, ale przynajmniej próbują zrobić coś dobrego. Tu każdy ma tę swoją szansę, jeśli tylko chce z niej skorzystać – i nie odnosimy wrażenia „słodkopierdzącości”, tylko wychodzi to kompletnie naturalnie. Zdziwiłby się też ten, kto oczekiwałby utartych schematów – ekipa z przyległościami wymyka się kompletnie wszystkim oczekiwaniom, a nam pozostaje tylko trzymać kciuki. No i czasami obgryzać paznokcie, bo wszystko nie zawsze kończy się tak, jakbyśmy chcieli. Kibicujemy każdemu (no dobrze, z drobnymi wyjątkami) i chcemy WIĘCEJ! I to jak najszybciej!

Joanna W. Gajzler, Necrovet. Pielęgnacja zwierząt (nie)ożywionych, wyd. SQN, Kraków 2025.

PS: Nie wiem jak, ale każda kolejna okładka serii jest coraz piękniejsza!

poniedziałek, 28 lipca 2025

Kto z Jakubem trzymie...

Nie wiem, jak Wy, ale ja po prostu uwielbiam odwiedziny w Wojsławicach – człowiek spędził już tyle lat z Jakubem, że wpadając do gospodarstwa na Starym Majdanie, czuje się jak u siebie w domu. W końcu wszyscy wiemy, że Bardaki to wróg, Birski z Rowickim barany, których los zesłał na najgorszą miejscówkę w powiecie (idę o zakład, że plan prewencyjny dzielnicowego polega przede wszystkim na pozbyciu się Jakuba), a podróż do Dębinki to jak podróż w czasie ze względu na dziedzictwo miejscowych...

Nie inaczej będzie i tym razem – w 12 opowiadaniach, składających się na Wojsławicką masakrę kosą łańcuchową, potowarzyszymy Jakubowi i Semenowi w podróżach zarówno konwencjonalnych (banalny Sopot lub oklepana Warszawa), jak i tych nieco bardziej nietuzinkowych (czy kogoś w ogóle zaskoczy fakt, że Wędrowycz miał coś wspólnego z Kompleksem Riese?) – również takich, które w sumie zdarzą się nie po raz pierwszy, bo co tam komu podróże w czasie z Jakubem... W końcu kto z nim trzymie...

Jak zwykle, wszystkie teksty są samodzielną całością (choć niektóre odwołują się do dawniejszych przygód prowincjonalnego egzorcysty), jednak tym razem w tle przewija się niecny Bardacki plan przejęcia władzy nad gminą! A wróg naprawdę dysponuje wieloma atutami! Niezmiennie w książce znajdą się opowiadania lepsze i gorsze, choć z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że te nieco słabsze zachowują naprawdę niezły poziom, zwłaszcza w porównaniu do niektórych dawniejszych tekstów w zbiorach, które wychodziły kiedyś nieco za często. Zmniejszenie częstotliwości publikacji zdecydowanie wyszło i Jakubowi, i Andrzejowi na dobre, bo gdybym miała wskazać najsłabszą dla mnie historię w Masakrze, pewnie byłaby to trochę nijaka Krypta (której zakończenie jednakowoż totalnie mnie rozwaliło), Dziadek czy Zielony czynnik (trochę taki generyczny tekst o Jakubie, wykorzystujący jednakowoż w ciekawy sposób inne Andrzejowe postacie), jednak nawet te opowiadania wywołują coś na kształt uśmiechu. Absolutnie kocham za to Konkurs (musicie to po prostu przeczytać!), Poduszkę uduszkę (genialna geneza bytu nekrotycznego) czy Fortepian (odkrycie, kim jest duch, przyprawiło mnie o typowy chichot pijanej hieny), a to naprawdę tylko topka.

Jedenasta już odsłona cyklu wędrowyczowskiego może być też świetnym wprowadzeniem do świata dla kogoś, kto jakimś cudem nie zna jeszcze Jakuba i jego przyjaciół. Zawiera to charakterystyczne, swojskie (hyhy) poczucie humoru, wojsławickie cwaniactwo i odpowiednią porcję szaleństwa, a do tego jak zwykle cudne ilustracje Andrzeja Łaskiego. Macie doła i dość nowoczesnego świata? Łapcie za Wojsławicką masakrę kosą łańcuchową! Nie pożałujecie!

Andrzej Pilipiuk, Wojsławicka masakra kosą łańcuchową, il. Andrzej Łaski, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2025.

piątek, 27 czerwca 2025

Wakacje ze smokiem i demonami

Pamiętacie jeszcze Magdę i jej magiczne przygody? Obdarzoną wyjątkowym (i utrudniającym życie) darem odczytywania cudzych myśli dziewczynkę poznaliśmy w poprzednim tomie serii, Wakacje pełne magii, gdzie to pojawiła się cała zwariowana rodzinka na czele z tatą, Iskrą, próbującym ochronić swoją utalentowaną córeczkę i ukierunkować jej moce. Niestety, poprzednie wydarzenia doprowadziły do tego, że Rada Iskier zainteresowała się wszystkimi, a magia taty i młodszej siostrzyczki Magdy zostały zablokowane...

Nie pozostaje to bez wpływu na ich życie – bo dar magii to ważna część samych Iskier. W dodatku dziwne rzeczy dziejące się dookoła wcale nie ustały – co więcej, robi się coraz dziwaczniej. Nawet zaprzyjaźniony polewik obawia się tego, co może się stać... Ale komu Magda może zaufać? Czy Tomek, nowy kolega z kempingu, okaże się wystarczająco wiarygodny? Co takiego ukrywa złośliwy, czepialski sąsiad, paradujący półnago w tle podczas bookstagramowego live’a mamy? Kto robi te wszystkie głupie dowcipy? Dlaczego tajemnicza Marta tak często zagląda w okolice przyczepy i kręci się wokół małego Piotrka? Z jakiego powodu jedynym skutecznym środkiem obrony wydaje się smok? Tak, to zdecydowanie zbyt wiele problemów i pytań nawet dla dorosłego, a co dopiero dla dziewczynki, która nie dość, że skrywa bardzo obciążający sekret, to jeszcze usiłuje ochronić swoich bliskich. Bo gdy tak naprawdę nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem, nadzwyczaj ciężko o zaufanie – komu tak naprawdę można uwierzyć, jeśli chodzi o własną rodzinę? Tym bardziej, że Rada już udowodniła, że zrobi wszystko, by tylko ukryć istnienie magicznego świata przed tymi „normalnymi” ludźmi...

Już w swoich „dorosłych” książkach Kasia Wierzbicka pokazała, że uniwersum Iskier to nie przelewki (nie jest to kraj dla słabych magów, hyhy) i zdecydowanie nie jest łatwo w nim żyć nawet tym, którzy powinni czuć się w nim najlepiej, Iskrom. Po raz kolejny pokazuje, że nawet najmłodsi mają mocno pod górkę, więc ten, kto szuka lekkiej, prostej rozrywki dla dzieci, mocno się tutaj zawiedzie. Lato pełne tajemnic to bowiem książka niełatwa, niedająca oczywistych rozwiązań, prowokująca do zadawania wielu pytań, z których najważniejsze dotyczy kwestii, do czego się posuniemy, by walczyć o własną rodzinę, i to niezależnie od wieku. Uczy też, by absolutnie nie lekceważyć najmłodszych, nie bagatelizować ich problemów czy pomysłów – bo nigdy nie wiemy, co tak naprawdę może się za tym kryć. Zaskakująco, zapoznaje też ze stratą, która niekoniecznie zależy od nas samych, czasami jest po prostu rzeczą, która się przydarza.

A jak z grupą docelową? Córka maga to przecież seria dla trochę młodszego czytelnika. Myślę, że przygody Magdy, dzielnej siostry, córki i przyjaciółki przykują uwagę niejednej czytelniczki i niejednego czytelnika – dzieje się wszak mnóstwo, z poszczególnymi postaciami łatwo się utożsamiać, a mało znany świat mitologii słowiańskiej dodaje wszystkiemu jeszcze więcej tajemniczości i zachęca do dalszych, samodzielnych poszukiwań. A do tego książkę zdobią piękne ilustracje Wiolety Herczyńskiej! Tak, sądzę, że Lato pełne tajemnic to dobra pozycja i dla młodszych, i tych nieco starszych. A już zwłaszcza w wakacje!

Katarzyna Wierzbicka, Lato pełne tajemnic, il. Wioleta Herczyńska, wyd. Mięta, Warszawa 2025.

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Dotknąć nienazwanego... jeszcze raz

Drogi przez morze to kolejna odsłona fantastycznych opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Tym razem jednak w książce znajdziemy nieco mniej tekstów niż zazwyczaj, bo tylko trzy, z czego dwa, w tym najdłuższy, tytułowy, poświęcony został jednemu z dwóch głównych bohaterów dotychczasowych zbiorów, Robertowi Stormowi (choć w sumie nie tylko).

Akcja trzeciego, od którego rozpoczynamy lekturę DrógKról gór – rozgrywa się w miejscu nieco rzadziej przez Andrzeja uczęszczanym, bo na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, gdzie przybywa Witek, chłopak z Kresów. Mieszka u swej przesiedlonej rodziny, uczy się, poznaje kolegów, a przede wszystkich przeszłość tych okolic – tak fascynującą, tak całkiem odmienną. W dobie Werewolfu jednak nawet dzieciaki muszą zachować ostrożność, bo nigdy nie wiadomo, czy wszyscy są tymi, za których się podają. Jednak pewne rzeczy kuszą bardziej niż zwykle, gdy oprócz zwykłego, szarego życia pragnie się czegoś więcej.

Czarny jatagan to standardowy tekst z serii o Robercie Stormie. Zagubiony artefakt, niezwykła tajemnica z nim związana i śledztwo – czyli to, co nasz poszukiwacz historycznych sekretów kocha najbardziej. Śledzimy więc powikłane losy broni zawierzonej Boskiej opiece i zastanawiamy się, czy znajdzie się tu miejsce na happy end. Czy odkrycie sekretu dawnego komendanta MO przybliży Roberta do odnalezienia tego, co powinno zostać ukryte... choć może pragnie być odnalezione...

Drogi przez morze to około 250-stronicowy tekst, osnuty wokół tajemniczego znaleziska Roberta na warszawskim Muranowie – medalionu z dziwnymi inskrypcjami. Odkryciem nieoczekiwanie interesują się rozmaicie ludzie – niby nikt nie wie, co to jest, a jednak niektórzy starają się go zdobyć wszelkimi środkami. Jednocześnie próba wyjaśnienia kolejnej zagadki Roberta nieoczekiwanie natrafia na przeszkodę w postaci pandemii COVID, podczas której będzie musiał podjąć wiele ważnych decyzji dotyczących nie tylko jego samego, ale i bliskich mu osób. Jednak czy rzeczywiście powinien udać się do Wenecji? W końcu Arek twierdzi, że odkrył coś nadzwyczajnego dotyczącego pewnego lekarza, ale przecież mógł popełnić błąd. Chociaż stara praska Cyganka nie może się mylić.

Uważni czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, że ostatnio mi z Robertem Stormem nie do końca po drodze, bo jako postać literacka zupełnie przestał się rozwijać, jest ucieleśnieniem takiego rozgoryczenia autora, jeśli chodzi o naszą obecną rzeczywistość. Jednak mam w pamięci te starsze teksty, w których był po prostu fascynującym bohaterem, uczącym się, odkrywającym pewne sekrety rządzące jego dziwnym światem i miałam wrażenie powrotu do tego klimatu w Czarnym jataganie – dobra, typowa przygoda historycznego detektywa. Drogi przez morze to jednak minipowieść i to zdecydowanie zbyt rozwleczona. Nie mogę się pozbyć odczucia, że Andrzej nie do końca wiedział, na czym się skupić, i w efekcie mnogość różnych wątków zaczęła mi przeszkadzać, zwłaszcza że niektóre (antykwariat) wydają się tylko niepotrzebnym nabijaniem stron. Drogi mogłyby się lepiej sprawdzić jako osobna powieść, bo byłby czas na wszystkie odnogi fabularne i oddanie im pełnej sprawiedliwości. Pomysł na tekst i jego powiązania z innymi, dawniejszymi opowiadaniami mi się naprawdę podoba, ale coś gdzieś nie zadziałało i mam wrażenie, że ma to związek z objętością opowiadania.

Tak naprawdę najbardziej podobał mi się Król gór – może właśnie przez tę swoistą odmienność od pozostałych tekstów – miejsce, czas, bohaterowie. Oczywiście, mamy nienazwane, mamy tajemnicę, ale mamy też po prostu grupkę chłopaków, którzy są sobą w tej trudnej, powojennej rzeczywistości. Serio, z przyjemnością przeczytałabym o nich coś więcej – może w następnym zbiorze...?

Bo doskonale wiem, że niezależnie od tego, jak bardzo jestem zmęczona Skórzewskim i Stormem, to po kolejny tom opowiadań Andrzeja sięgnę na pewno. Potrzebujemy przecież odrobiny magii w naszym zwykłym, szarym życiu...

Andrzej Pilipiuk, Drogi przez morze, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2025.

niedziela, 6 kwietnia 2025

Grecy w Wars...ie

Przed nami kolejna odsłona Kronik sąsiedzkich! Jak już wiemy, Nikita z powodzeniem zadomowiła się na przedmieściach Warsa, za towarzystwo mając Robina i całą szaloną rodzinkę rysi. I choć nie służy już Zakonowi Cieni, są wezwania, na które odpowiedzieć musi, zwłaszcza jeśli o pomoc prosi (łagodnie mówiąc) Irena, Matka Przełożona oddziału organizacji i zarazem rodzicielka Nikity. Zakon ma bowiem problem – został wynajęty do odzyskania córki bogatego greckiego przedsiębiorcy, Thea Gorgonosa, i zawiódł wręcz spektakularnie. Po pieniądzach z okupu nie ma śladu, najemnicy wąchają kwiatki od spodu, a młodej Madali jak nie było, tak nie ma. Theo wydaje się przekonany, że rozwiązać jego problem może tylko interwencja kobiety o srebrnych oczach – dokładnie takich, jakimi charakteryzuje się Pan B.

Już chociaż ze względu na własną przeszłość Nikita nie zamierza odmawiać. Coś tu jednak mocno śmierdzi – i nie chodzi tylko o wymykającą się spod kontroli magię zdesperowanego ojca. Tajemnicę zaciemnieją jeszcze opowieści o przeklętej wyspie, na której mieszka(ła) Madala – w końcu miejsce to pozbawiło już życia wiele osób. Jest bez wątpienia magiczne, ale czy zagadka tak wielu zaginięć związana jest ze również zniknięciem Madali? A może to te męczące sekrety rodzinne, potrafiące znienacka podnieść łeb i ugryźć ofiarę w dupę dokładnie wtedy, kiedy się tego nie spodziewa? Theo bowiem coś ukrywa – a nie osiągnąłby swojej pozycji, gdyby nie był w tym dobry. Jak ta cała sprawa wpłynie na stosunki Nikity i Sawy? Czy dla potworów nie ma żadnego ratunku?

Bardzo lubię Nikitę – zabójczynię teoretycznie bez żadnych skrupułów (na które – jak wiemy – pomaga odwar z miodunki), a tak naprawdę całkiem przyzwoitą osobę, która nie potrafi przejść obojętnie wobec czyjegoś nieszczęścia, zwłaszcza jeśli ktoś za tę pomoc dobrze zapłaci! Ucieszył mnie też jej powrót do Warsa, bo magiczna Warszawa mnie z wielu powodów zachwyca, a poprzednie odsłony Kronik sąsiedzkich wskazują na to, że się tam dziewczyna dobrze czuje. Uwielbiam wszystkich bohaterów, którzy jej towarzyszą, na czele z Robinem, ale i z tymi pozornie spokojnymi sąsiadami. Jak już jednak ustaliliśmy na tegorocznym Falkonie, Nikita niebezpiecznie zaczyna przypominać osobowością Dorę Wilk – co mnie trochę przeraża, bo w ich odmienności upatrywałam przyczyn tego, że obecnie wolę czytać o najemniczce z Warsa, a nie opiekunce Thorna – w tym uniwersum wystarczy już jedna zajebiście kompetentna osoba (po części trochę Marysia Sójka) o złotym sercu i wielu nadnaturalnych powiązaniach i talentach. Wolałabym, żeby Nikita pozostała tą trochę bardziej ambiwalentną moralnie bohaterką bez pomocy wszystkich świętych (pun intented). Jak będzie, czas pokaże.

Na pewno jednak z radością sięgnę po kolejny tom przygód Nikity, bo każdy z nich to solidna literatura. Od Dziewczyny z przeklętej wyspy nie idzie się oderwać, bo akcja płynie (nomen omen) wartko, bohaterowie – i ci główni, i ci poboczni – są po prostu ciekawi, a interesujących pomysłów Anecie nigdy nie brakowało. Nawet opowieść o greckich potworach i klątwach, wydawałoby się, że tak odstająca nawet od magicznych realiów Warsa, zostaje wpleciona w ramy Doraverse bez wysiłku, zachwyca i zasmuca. Nowe Kroniki sąsiedzkie to cudowna pozycja dla spragnionych dobrego urban fantasy i naprawdę nie mogę się już doczekać następnej!

Aneta Jadowska, Dziewczyna z przeklętej wyspy, il. Magdalena Babińska, wyd. SQN, Kraków 2024.

niedziela, 16 marca 2025

Zbrodnia to opisana...

Jak już wiemy z poprzednich książek Katarzyny Wierzbickiej, świat Iskier to nie miejsce z bajki. Pewnie, posiadanie niesamowitych mocy należy do rzeczy, o których się fantazjuje, gorzej, gdy już je mamy – i bardziej przeszkadzają, niż cieszą. Nie inaczej jest w przypadku Janki, rusałki, która wieje z rodzinnego rezerwatu i zaczyna żyć wśród ludzi. Co tam żyć, ona zdecydowanie pragnie wszystkiego ludzkiego – a już najbardziej chciałaby zostać pisarką! Ale taką porządną, poczytną! Nie ma to jednak jak solidne przygotowanie i dziewczyna postanawia wziąć udział w warsztatach literackich – z innymi aspirującymi twórcami, daleko od cywilizacji... a to ostatnie jest równie istotne jak samo szkolenie, bo Janka pragnie uciec od swojego narzeczonego o dosyć niecodziennych cechach i raczej zaborczego... Na miejscu jednak okazuje się, że wspólnota zawodowa to czyste science-fiction (którego nikt zresztą nie pisze!), bo niemal każdy z uczestników ma jakąś kosę z innymi, a sekrety zawodu bardziej zniechęcają, niż zachęcają. Zapoznawcze ognisko kończy się awanturą i zapewne nazajutrz nikt by się tym nie przejął, gdyby nie jeden drobiazg... rano w ogrodzie leży trup! A cwany zabójca ewidentnie wie coś niecoś o tajnej społeczności, bo sprytnie zaciera za sobą ślady... uniemożliwiając wyniuchanie nawet przez wilkołaka!

Zbrodnia i magia to kolejna szansa na przyjrzenie się Iskrom i ich rzeczywistości – pełnej magii, legend, okrucieństwa i pogardy, zwłaszcza dla normalnych ludzi. Jednak, podobnie jak w przypadku Wakacji pełnych magii, dostajemy pozycję raczej lżejszą od trylogii poświęconej Agacie (choć przeznaczoną dla starszego czytelnika) – to, co dzieje się na warsztatach literackich, nie wydaje się w żaden sposób dotyczyć magicznej społeczności, choć śledztwo potoczy się w dosyć nieoczekiwanym kierunku. Książka z założenia jest bowiem komedią kryminalną, choć roi się tam od cięższych tematów, dotyczących wolnej woli, miłości – i romantycznej, i rodzinnej, oraz ogólnej odpowiedzialności. Choć mieliśmy obserwować sytuację, chichocząc radośnie niczym przy lekturze Nagle trupa Marty Kisiel czy Chmielewskiej, to akcja schodzi na nieco inne tory...

To zresztą mój problem z tą powieścią. W pewnym momencie odchodzi ona bowiem od zamierzonej koncepcji i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że odnoszę wrażenie, jakby gdzieś nam się fabuła „rozwodniła”, a wątki uległy magicznemu (nomen omen) rozmnożeniu. Oczywiście, nadal bywa zabawnie (po prostu kocham Irka i jego relacje z resztą literatów), ale mam wrażenie, że znalazłam się nagle w zupełnie innej powieści, rzeczy dzieją się ciut za bardzo niespodziewanie, nowe tropy pojawiają się zbyt znienacka. To nie to, że nie mają sensu „in-verse” – absolutnie mają – ale to już nie jest komedia kryminalna, a czasami wręcz pójście na skróty (biedny komisarz).

Oczywiście, to może być dla kogoś zaleta – dla mnie niekoniecznie – niemniej muszę przyznać, że – jak to zawsze u Kasi – Zbrodnię i magię czyta się po prostu dobrze. To ciekawy wkład w uniwersum, próba sięgnięcia po coś nowego, nawet jeśli nie tak do końca się to udało. Pośmiać się jednak zdecydowanie pośmiejemy, a poza tym cały czas się zastanawiam, czy uczestnicy warsztatów mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości...

Katarzyna Wierzbicka, Zbrodnia i magia, wyd. Spisek Pisarzy, Irządze 2024.

piątek, 31 stycznia 2025

Klątwy, legendy i diabły

Co robić, jeśli zaginie twój brat? Można załamać ręce, usiąść i płakać, czekać, aż odnajdą go szeroko rozumiane służby albo wręcz olać sprawę, w końcu nigdy nie smarkacza nie lubiło. Można też spróbować odnaleźć go na własną rękę, nawet jeśli pomoc wydaje się pochodzić od dosyć szemranego typa i równie prawdopodobne jak odnalezienie zaginionego jest wylądowanie martwym w jakiejś opuszczonej ruderze. Blanka Dunin, na co dzień normalna studentka, wybiera tę ostatnią opcję i opisuje całą sprawę na jednym z mega przestarzałych wynalazków – forum internetowym. Teodor wybrał się bowiem w Góry Sowie razem z przyjaciółmi – trawa, szlaki, namioty, te sprawy... Oczywiście oficjalnie. Nieoficjalnie poszukiwał... czegoś, a informacje znalazł w starej książce poświęconej magii, zdobytej w antykwariacie. Czyżby młody szukał czegoś... nietypowego? Tak by wynikało z wiadomości, które udostępnił Blance dziwny typek, przedstawiający się jako Sambor Fogiel. Kto się teraz tak w ogóle nazywa? Jednak kimkolwiek Sambor by nie był, dotrzymuje słowa. Teodor zostaje odnaleziony, choć nie wydaje się tym samym człowiekiem, jakby coś – a konkretnie stwór, którego poszukiwał – go odmieniło. Ale Sambor mówi, że istnieje sposób, by przywrócić dawnego Teo. Jednak będzie to długa droga, niekoniecznie uwieńczona sukcesem. Blanka mimo to postanawia pomóc bratu, a to oznacza, że musi podążyć za Samborem – czy im się to obojgu podoba, czy też nie...

Kolejne elementy zagadki posyłają Blankę i Sambora na następne misje, podczas których nasza studentka (i czytelnicy) poznaje ukryty dotychczas przed jej oczami świat ożywionych legend. Nie jest to świat przyjazny ani spokojny, jednak wydaje się, że jej towarzysz może zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo. Zresztą, poznamy i jego historię w jednym z opowiadań, bo kolejne wyprawy bohaterów są przedstawione w oddzielnych tekstach, spojonych właśnie naszym motywem przewodnim – ocaleniem Teodora. To też sprawia, że uniwersum legendysty otwiera się przed nami jeszcze szerzej, bo pojawiające się w opowiadaniach postaci drugoplanowe mają swój czas, by naprawdę zabłysnąć. Dla mnie osobiście dużą zaletą takiego rozwiązania jest to, że czyta się nieco wolniej, bo łatwiej mi odłożyć książkę po zamknięciu czegoś więcej niż tylko rozdziału, zwłaszcza że te często kończą się cliffhangerem. Dla mnie bomba! Bardzo zgrabne połączenie motywów legendarnych, mitologicznych i (w niektórych przypadkach) korporacyjnych – tak typowe dla urban fantasy – również wyszło znakomicie, a ja chyba muszę powtórzyć sobie w końcu słowiańskie legendy i opowieści.

Z Jagą Moder – Legendystką – spotkałam się dotychczas tylko w zapowiedziach gości konwentowych, nie miałam okazji zapoznać się z jej profilami na mediach społecznościowych, choć po lekturze Sądnego dnia już wiem, że to się zmieni, bo opowiadać to ona potrafi! I to w bardzo przewrotny dla mnie sposób, bo weźmy takich bohaterów – moim zdaniem wszyscy są totalnie niesympatyczni. Nie znoszę Sambora, wnerwia mnie Blanka, po trochu kibicuję ich przeciwnikom, a jednak... Jednak akcja mnie wciąga i naprawdę chciałabym się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Świetny debiut powieściowy i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!

Jaga Moder, Sądny dzień, il. Przemysław Truściński, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

niedziela, 26 stycznia 2025

Strzygi, wampiry i... studia dzienne!

Różnych rzeczy można się spodziewać, gdy człowiek wraca w środku nocy z imprezy studenckiej, ale na pewno nie tego, że po przebudzeniu odkryje, iż znajduje się w samym środku gniazda wampirów i w dodatku jest poddawany przyśpieszonemu kursowi BHP dla początkujących krwiopijców. Gdy okazuje się, że Aśka Myszkowska, zwana Myszą, zmieniła stan żywotności i została wampirzycą, dziewczyna zaczyna się zastanawiać, co tu się właściwie odjaniepawliło i czy właściwie da się wrócić do poprzedniego funkcjonowania. Przecież obecność na zajęciach sama się nie zrobi, zaliczenia nie napiszą, a wszystko to na studiach, o zgrozo, DZIENNYCH! I jak tu powstrzymywać się w ogóle od zagryzienia nadopiekuńczej współlokatorki? I pozbyć stalkera z gniazda? Gdzie jest wizytówka specjalistki od BHP?

Na szczęście Sabinka Piechota nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku przy oblężeniu Sewastopola robiła! Co więcej, potrzeby nowo stworzonej wampirzycy okazują się idealną okazją do przeprowadzenia pewnych badań nad gatunkiem, przecież studenci przecież i tak są przyzwyczajeni do wypełniania kilometrowych formularzy, a krew w woreczkach dostarczy Edzio, znudzony, grasujący po polach czupakabra, znoszący różne znaleziska…. może niekoniecznie do domu, ale na pewno do przyjaciół. Ale o co chodzi z tym cholernym stalkerem Fryderykiem?

W świetle nocy to kolejna odsłona przygód nienormatywnych spod Wrocławia, skupionych wokół strzygi Sabiny. Tym razem do magicznej menażerii dołączają wampiry, tęskniące za blaskiem dnia, choć w sumie wcale nie muszą, bo zasadniczo są „tylko” uczulone na słońce. Zwariowane perypetie Myszy, starającej się dopasować dawny tryb życia do nowej rzeczywistości i znajomych, są cudowne i bliskie sercu każdego, kto starał się przetrwać na studiach, żywiąc się krwią lub nie – choć na pewno o niej marząc w przypadku bardziej złośliwych wykładowców.

Bohaterowie niezmiennie są naprawdę uroczy – przynajmniej ci, którzy mają tacy być – wszak nie sposób nie poczuć sympatii do Wefci, próbującej w kuchni odpowiednio zadbać o mieszkaniowego człowieka – ale gdzieś tam w głębi serca ten mój mały złośliwy typek zakochany w Sabince pragnąłby poświęcenia całej książki właśnie naszej ulubionej strzydze, a nie kolejnym dodatkom do towarzystwa z Brzegu. Nie żeby te dodatki były złe lub kiepsko napisane! Brońcie bogowie! Po prostu mam wrażenie, że lepiej bawiłabym się, obserwując sytuację li i tylko z punktu widzenia sarkastycznej Sabinki – ale może dlatego, że już mi dalej do studentów i z zasady nie lubię krwiopijców.

W świetle nocy stanowi na pewno doskonały początek przygody z nienormatywnymi dla tych, którzy ich jeszcze nie znają, bo nie ma szans, by nie pokochali standardowego Milenowego pierdolca i nie zapragnęli jeszcze więcej! Tylko jakby co, to ostrzegam, że Sabinka wciąga – i nie tylko pierniczki! Uważajcie też na nisko latające wampiry i ganiające samopas czupakabry!

 Milena Wójtowicz, W świetle nocy, wyd. SQN, Kraków 2024.

czwartek, 26 grudnia 2024

Gdy zapada Ciemność...

Koszmary I wojny światowej to nie tylko gazy bojowe, miliony poległych i okaleczonych, ale także Ciemność – nieznana siła, spychająca ludzi w otchłań obłędu, prowadząca do nieuniknionej śmierci. Jak się przed nią bronić? Tylko pozostając w kręgu światła. Tak, hasło „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady” już się nie sprawdzi, bo blask gwiazd lub księżyca to zdecydowanie za mało, by się uchronić przed mrokiem, który odbierze ci rozum. Ludzie zaczynają się zatem dostosowywać – przenoszą do miast, organizują w większe farmy czy po prostu walczą o przetrwanie w głuszy, kiedyś będącej po prostu terenami uprawnymi. Zmienia się wszystko, ale zarazem nie zmienia się nic, bo natura ludzka pozostaje taka sama – ciężkie warunki sprawiają, że desperaci zrobią wszystko, by przetrwać, a przecież zawsze znajdą się tacy, którzy będą z tego czerpać zyski. Ciemność nie zmieniła też całkowicie sytuacji geopolitycznej, to lata 20. XX wiek, nikogo nie satysfakcjonuje rozstrzygnięcie wielkiej wojny, więc walka wywiadów trwa w najlepsze, sięgając ku zasobom, które pojawiły się wraz z nowymi realiami – Innym, mogącym przetrwać nieco dłużej w śmiertelnym mroku.

Pośrodku tego wszystkiego weteran i prywatny detektyw w jednym, kapitan Jerzy Kowalski, próbuje znaleźć własną drogę. Dawny oficer wywiadu doskonale wie, co w trawie piszczy, a nawiązane niegdyś znajomości procentują, kiedy prowadzone przez niego sprawy stają się nieco bardziej niezwykłe. Gdy więc w gabinecie Jerzego pojawia się Barbara Maciejewska (z tych Maciejewskich) i oferuje niebanalną sumkę za odnalezienie swojej przyjaciółki Wandzi, on sam bez wahania rzuca się w wir poszlak i wskazówek, które jednak już wkrótce sprawią, iż stwierdzi, że ugryzł chyba zbyt duży kęs. Dodatkowo właściciel pewnego luksusowego burdelu też ma sprawę do Jerzego i to raczej z tych pilnych. Nagle i nie w ten miły sposób przypominają sobie o istnieniu Kowalskiego wszyscy. W co wdepnął, przyjmując prostą, zdawałoby się, sprawę zaginięcia?

Debiutancka pozycja Andrzeja Pupina już samą okładką zachęca do lektury wielbicieli powieści detektywistycznych o lekkim zabarwieniu Chandlerowskim. I rzeczywiście, klimat magicznego świata świetnie komponuje się z realiami Polski lat 20. ubiegłego wieku. Akcja toczy się wartko, bohaterowie nie są tylko kilkoma słowami na papierze, a miejscami niemal miałam wrażenie, że czuję i dotykam tego, co mi przedstawiono. Szaleńczo podobało mi się rozwiązanie z ekspozycją, która przecież w pewnym momencie stała się niezbędna – historię Ciemności i walki z nią poznajemy podczas wykładu w szkole oficerskiej. Dobry ruch, umieszczony we właściwym miejscu w fabule i pasujący stylistycznie do reszty powieści. Jestem szczerze zaskoczona tym, jak dobrze mi się tę książkę czytało, bo rzadko zdarza się aż tak dobra robota debiutanta! O mało nie przegapiłam w autobusie swojego przystanku!

Mam tylko zastrzeżenia do końcówki – zbyt przyśpieszonej, ogólnej i chaotycznej. Rozumiem, że na końcu bohater miał się znaleźć w pewnej określonej sytuacji, ale przy bardzo szczegółowych poprzednich rozdziałach odnoszę wrażenie, iż autorowi skończył się czas albo limit znaków, bo innego wyjaśnienia nie znajduję. W zapowiedziach jest już jednak drugi tom, więc liczę na to, że finał Szeptów był jedynie wpadką przy pracy i na pewno sięgnę po kontynuację. To jest naprawdę cholernie dobre!

Andrzej Pupin, Szepty ciemności, il. Szymon Wójciak, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

niedziela, 17 listopada 2024

To mnie Piekara zaskoczył...!

Kiedy ostatni raz pisałam tutaj o serii inkwizytorskiej trafiał mnie – delikatnie mówiąc – szlag i wcale ale to wcale nie śpieszyło mi się do poznania jej kolejnej odsłony. Jednak w międzyczasie zmieniło się choćby wydawnictwo publikujące kolejne przygody Mordimera i stwierdziłam, że może dam mu jeszcze jedną szansę. Wprawdzie dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim w ogóle się zorientowałam, że następny tom inkwizytorski w ogóle się pojawił, bo – rzecz jasna – zmieniła się też i szata graficzna serii. Nowa kompletnie nie przypomina tego, co oferowała Fabryka Słów, co oczywiście rozumiem, ale co sprawiło, że ta okładka kompletnie nie kojarzyła mi się z Mordimerem. Pamiętam, że tak rzuciłam okiem u przyjaciół na stole, bez żadnego zatrybienia. Na przyszłość sugerowałabym jednak owo charakterystyczne Ja, inkwizytor dać nieco większą czcionką.

A co w środku? Ano ponownie powieść, choć dzięki Jezusowi Bezlitosnemu skończyliśmy już z tą cholerną Rusią. To od razu naprawa nieco większym optymizmem. Nasz bohater zostaje jak zwykle uwikłany w rozgrywki możnych, oczywiście nie za darmo. Robótka z założenia miała być lekka, łatwa i przyjemna, bo oto Mordimer podróżuje do Italii, by odzyskać relikwie świętego Alodiusza i przekazać je zleceniodawcy, księciu von Solheim. Wszystko wydaje się całkiem banalne, gdyby nie jeden mały szkopuł – rodzina, w której posiadaniu od jakiegoś czasu owe relikwie się znajdują, mieszka w mieście zarządzanym przez potężnego przeora, mającego niezwykle dalekosiężne plany odnośnie do przyszłości tego zakątka i samej religii. Czy w miejscu, gdzie potęga Świętego Officjum nie jest aż tak niezachwiana, inkwizytorowi uda się wykonać swoje zadanie i nie wejść w drodze żadnej potędze – z tego lub innego świata?

Powiem Wam, że całkiem przyjemnie mnie ta książka zaskoczyła. Oczywiście, Miasto Słowa Bożego do pięt nie dorasta pierwszym zbiorom opowiadań z cyklu, ale czyta się je całkiem przyjemnie. Mordimer nieco bardziej przypomina tego pierwotnego siebie (wiem, na osi czasu serii to stwierdzenie nieco skomplikowane, ale odnoszę się generalnie do Sługi Bożego), cynicznego, wrednego, ale niegłupiego faceta, co to zadba i o swoją kiesę, i o chwałę Bożą. Co widać, to fakt, iż zapewne Piekara nie wróci już do takiego samego traktowania kobiet przez bohatera, co mocno wali po oczach, bo chociaż Mordimer nadal postrzega je głównie jako obiekty do zaspokojenia żądzy, to jednak poglądy wygłasza nieco mniej radykalne. I tak, nie ma w tym nic złego, ale jeśli jest to PREQUEL do opowiadań, fajnie byłoby pokazać, jak do tego doszło. Ale tego się pewnie nie doczekam, bo autor już nam w pewnym posłowiu wyłożył, że może robić, co mu przyjdzie do głowy we własnym uniwersum. „Vanity, my favorite sin”.

Podobają mi się bohaterowie drugoplanowi Miasta – towarzysze inkwizytora wręcz zadziwili mnie tym, że są właśnie tymi, na jakich wyglądają, świetnie wyszło też rozwiązanie wątku Riegera. Język – jak to u Piekary – jest barwny, nieprzesadzony i przeczytałam książkę po prostu bezboleśnie i błyskawicznie. To naprawdę niezła odsłona cyklu i wierzcie mi, sama jestem tym niezmiernie zaskoczona.

Są jednak też i „ale”. Powieść wydaje się mocno przegadana, naprawdę, niewiele by straciła, gdyby wyciąć jakieś kilkadziesiąt stron pieprzenia o niczym, najlepiej początkowej „pornografii bez mięsa” (jak to ujął mój małżonek). Rozumiem, liczba znaków musi się zgadzać, jednak choć mamy dużo tego lania wody, końcówka dotycząca realizacji planów przeora del Monte jest na maksa skrócona, szast prast, szacher macher inkwizytorów i po sprawie. Next please. Czuję się tym mocno rozczarowana, bo napięcie w tej kwestii było bardzo konsekwentnie budowane od początku tego wątku i naprawdę zabrakło mi takiego porządnego rozwiązania tej sprawy.

Możliwe jednak, że to tylko moje wrażenie i nie wszystkim będzie to przeszkadzało. Mam nadzieję, że Miasto Słowa Bożego oznacza powrót Piekary do formy i czegoś takiego jak ta cholerna ruska trylogia już nie uświadczymy. Szczęśliwie, nie trzeba jej znać, by zabrać się za tę powieść, więc nawet jeśli nie zdzierżyliście tamtego badziewia, ta odsłona cyklu może wydać Wam się zdecydowanie bardziej strawna.

Jacek Piekara, Miasto Słowa Bożego, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2024.


wtorek, 12 listopada 2024

W magicznym antykwariacie

Janusz Magnuszewski – właściciel antykwariatu w Zielonej Górze – wydaje się dość przeciętnym człowiekiem, jednak to tylko pozory. Choć sam raczej nie włada wybitną magią, ma świadomość jej istnienia, w miarę potrzeby służy też pomocną bardziej utalentowanym mieszkańcom i przybyszom. Wiedzę i antykwariat odziedziczył po ojcu, potężnym magu, dzięki czemu pewnego dnia nie zaskakuje go (aż tak bardzo) wizyta niejakiego Dominika Krajewskiego, noszącego tytuł magister militum praesentalis – w tym drugim świecie odpowiednika ministra spraw wewnętrznych i głównodowodzącego wojsk obronnych. Jak łatwo się domyśleć, nie jest ona zupełnie przypadkowa, bo w domu Janusza kryje się portal prowadzący do zupełnie innego świata, a także i nierozwiązana do dziś zagadka. Mężczyzna powoli zaczyna odkrywać swój własny potencjał magiczny, ale i ten znany od wieków fakt, że wraz ze wzrostem potęgi wzrasta liczba wrogów...

Antykwariat Pod Salamandrą już od pierwszych stron przywodzi mi na myśl przygody innego maga, Harry’ego Dresdena. Podobnie jak on, Janusz – choć świadom istnienia pewnych sytuacji i zależności – dowiaduje się, że każdy kolejny krok może zaprowadzić ku nowej szansie, ale i zagrożeniu, że kolejne warstwy rzeczywistości ukrywają następne tajemnice. Poznaje przyjaciół i wrogów, tak potężnych, że powinni całkowicie wymazać go z powierzchni ziemi, a jednak... A jednak nadal walczy, na przekór wszystkim przeciwnościom.

I tu właśnie leży pies pogrzebany. W Aktach Dresdena rosnąca potęga głównego bohatera ma okrutną cenę – jego sojusznicy giną, zostają ranni, sam Dresden słono okupuje kolejne zwycięstwa. Czasami wręcz jako czytelnik mam ochotę mówić, żeby się wycofał, przestał, bo wiem, że straty tak naprawdę przerosną ten pozorny zysk (jestem przekonana, że nie tylko ja rozmawiam z bohaterami książek lub seriali!). W przypadku Magnuszewskiego jest jednak kompletnie inaczej – wszystko idzie mu jak po maśle, kolejne zdrady nie wpływają jakoś na sytuację poza pretekstem do następnych wydarzeń, każda kolejna osoba w jego życiu okazuje się mega potężna i wpływowa, co samo w sobie nie jest niczym złym, ALE jednocześnie niemal wszystkie są dla niego li i tylko pomocne, wszystkie mają koneksje, dysponują niesamowitymi artefaktami, eliksirami i umiejętnościami, a to oczywiście sprawia, że nasz Janusz w mgnieniu oka staje się równie potężny, z każdego kłopotu wybawi go albo przyjaciel, albo wróg, który tym przyjacielem się stanie.

To właśnie sprawia, że od połowy książki czytałam już tylko dlatego, że Przechrzta jest bardzo sprawnym pisarzem i jeśli chodzi o techniczną stronę powieści, to kawał solidnego rzemiosła. Niesamowicie też podoba mi się hierarchia magicznego świata, jego zależności, oparcie systemu na łacińskich i rzymskich podstawach – miałam olbrzymią radochę z okrywania geograficznych i politycznych zależności. Niestety, są one jednak wplecione w przygody Janusza Magnuszewskiego czy raczej Henryka Słoja (męski odpowiednik Marysi Sójki, jeśli ktoś nie zna tego określenia), a one stają się tak strasznie, kosmicznie wręcz nudne! Z każdej sytuacji wyjdzie cało, z każdego kącika wyskoczą ciotki, kuzynki, narzeczone, a nędzna podróbka Boba doprowadza mnie do szału. Finałowa wielka bitwa sprowadza się do kilkunastu stron i to głównie dialogów.... Zero poczucia zagrożenia, zero emocji...

A przecież ja wiem, że Adam Przechrzta potrafi stworzyć naprawdę fascynujące postaci – uwielbiam cykl Materia Prima, którego bohaterem jest również uczony. Jednak jemu nie wszystko przychodzi ot tak, on wywoływał u mnie jakieś emocje poza życzeniem, by go wreszcie szlag trafił i do niego jeszcze na pewno powrócę. Bo zamiast kolejnych tomów Mons Viridis Magicus (już zapowiedzianych) wolę sięgnąć do tamtej alternatywnej Warszawy, tym bardziej, że przede mną jeszcze cykl Materia Secunda.

Adam Przechrzta, Antykwariat Pod Salamandrą, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

wtorek, 22 października 2024

Powrót do Tess

Pamiętacie jeszcze Przetainę, krainę próbującą się podnieść po bliżej nieokreślonej katastrofie, która wymazała rozwinięte cywilizacje z powierzchni ziemi? Pozostali przy życiu potomkowie tamtych nieszczęśników próbują przywrócić swoim państewkom dawną świetność, czerpiąc z rozmaitych zapisków i odkrywając tajemnice przeszłości. Próbują też przetrwać, co nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza w obliczu wielu nieoczekiwanych, a także bardziej przewidywalnych zagrożeń. W końcu nie od dzisiaj poszczególne narody próbują się wzajemnie powybijać...

Skończyliśmy Przetainę w momencie, gdy wysłana przez kapłanów drużyna dotarła do swojego celu, umożliwiając nawiązanie nowego sojuszu. Teraz jednak wracamy do Tess, gdzie pozostały ich rodziny, a zwłaszcza Ast, młodszy brat odważnego Dave’a. Choć nie do końca sprawny fizycznie, potrafi szybko myśleć i dobrze kombinować, ma także doskonałe stosunki z kapłanami, którzy bardzo mu ufają. A taki zaufany człowiek jest bardziej niż potrzebny, bo oto okazuje się, że zagrażający Tess od dłuższego czasu Węże są już coraz bliżej zaatakowania miasta – i to nie tylko frontalnie. Choć niespodziewanie w domu pojawiają się nasi znajomi bohaterowie z bardzo dobrymi wiadomościami, wychodzi na jaw, że kryzys nadejdzie zdecydowanie szybciej, niż wszyscy się spodziewali. Tylko czy nie jest już za późno?

Przyznam, że sięgnęłam po Okiść, nie odświeżywszy sobie poprzedniej części, i miałam pewne obawy, czy nie okaże się, że jednak muszę do niej wrócić (tak dużo książek, tak mało czasu). Nie. Świat Przetainy nie należy do specjalnie skomplikowanych i chociaż Andrzejowi udało się uniknąć pewnych nudnych fragmentów przypominających czytelnikowi, co się poprzednio wydarzyło, szybko sobie wszystko przypominamy. Bo też umówmy się – powieści z tej serii to po prostu bardzo przyjemne czytadła, przepełnione wywodami historyczno-społecznymi, nieprzeszkadzającymi jednak tak, jak w poprzednim tomie. Również bohaterowie wydają się nieco bardziej sympatyczni – szczęśliwie pisani w nieco odmienny sposób niż poprzednio – mniej tu jakby „robertostormizmu” i mimo wszystkich perypetii czujemy na końcu optymizm, nadzieję na to, że za rogiem kryje się rozwiązanie i odpowiedź na wszystkie problemy. Niemniej – nie odczuwam wybitnej konieczności dowiedzenia się tego, co będzie dalej, podobnie zresztą, jak w przypadku poprzedniego tomu. Ot, można potraktować to jako zamkniętą całość i może tak byłoby zdecydowanie lepiej...?

Okiść może nie jest dziełem wybitnym, ale jeśli lubi się gawędziarski styl Pilipiuka, ta opowieść zapewni nam przyjemne kilka godzin. Pamiętajcie jednak, że to zdecydowanie typowy „ciąg dalszy”, więc nie należy poń sięgać bez znajomości części pierwszej, ale jeśli go nie znacie – sięgnijcie i po niego. To dobry sposób na przyjemne spędzenie długich wieczorów, które się właśnie zaczynają...

Andrzej Pilipiuk, Okiść, wyd. Fabryka Słów, Warszawa 2024.

wtorek, 15 października 2024

Na magicznym uniwerku znowu rozróba!

Już kiedyś zaglądaliśmy do Czarowiru, magicznego akademika, w którym mieszkają Lady i Złomir, studiujący na Collegium Magicae UJ wraz ze swoimi przyjaciółmi, Grzesiem i Agnieszką. Podobnie jak w pierwszej odsłonie serii (oby!), i w tej książce (tym razem samodzielnej powieści, nie zbiorze opowiadań) towarzyszymy Nataszy, wikłającej się znowu całkiem nieświadomie w rozmaite perypetie – choć tak naprawdę wszystko zaczyna się od całkowicie uzasadnionej obawy o los Olki, jej współlokatorki. Olka całkiem nieoczekiwanie znika bowiem po magicznej imprezie urozmaiconej wizjami jednorożców i kuszących elfek, wywołanymi przez nieoczekiwany dodatek do wina. Pewnie, mogłaby się gdzieś zagubić w euforii wywołanej nadmiarem eliksiru, gdyby nie to, że jako jedna z nielicznych miała świadomość, co się w napitku znajduje... Wyparowują też jej rzeczy, zupełnie jakby nigdy nie wróciła po wakacjach na uczelnię... a przecież Lady sama z nią rozmawiała! I nie, nie piła tego wina! Coś tu mocno śmierdzi i nie chodzi o ciało znalezione na Zakrzówku. I choć samodzielnie Lady do niczego nie dojdzie, to przecież od czego są przyjaciele – niektórzy utalentowani, niektórzy ustosunkowani, a wszyscy powiązani ze sobą przeżyciami podczas praktyk w Sławieńczy.

Bardzo się cieszę, że wracamy do świata Polanii, do magicznego Krakowa, opuszczonego przez Pierwszą (czy aby na pewno?), ale nie tak do końca bezbronnego. W końcu studenci to nie zawsze tylko źródło kłopotów! Zgrana paczka po raz kolejny udowadnia, że razem potrafi więcej i nie chodzi zaledwie o rozkopywanie grobów. I chociaż główną bohaterką opowieści pozostaje Natasza, w tej odsłonie cyklu (kurczę, serio mam nadzieję, że to można już nazwać cyklem!) dowiemy się sporo o Agniesi, Miss Perfect, która oprócz nieskazitelnego wizerunku i ustosunkowanych rodziców ma jeszcze oswojoną panią z dziekanatu i zdrowy rozsądek. Oczywiście, czytelnicy już wiedzą, iż dziewczyny zdążą się do końca studiów zaprzyjaźnić, ale teraz widzimy, co za tym stało i że ta przyjaźń nie wzięła się zaledwie z jednego letniego traumatycznego przeżycia. To ekscytujący wgląd w przeszłość, któremu naprawdę nie przeszkadza to, iż mamy świadomość, że bohaterowie wyjdą z tych wszystkich perypetii cało (co wynika z Czarodziejki z ulicy Reymonta). Nie, w połowie książki człowiek kompletnie o tym zapomina i zaczyna nerwowo obgryzać paznokcie, bo gra toczy się o coraz wyższą stawkę. A to naprawdę nie udaje się tak dobrze wszystkim autorom!

No cóż, miałam nadzieję na kolejne przygody Lady i jej przyjaciół, dostałam kolejne przygody Lady i jej przyjaciół, a teraz liczę na więcej! Może gdzieś tam powróci również Sara? Wiemy, że Magda Kubasiewicz nie śpi, bo pisze książki, więc może w miarę niedługo będzie nam dane ponownie przekonać się, co nowego u ekipy z magicznego uniwerka... bo przecież oni wszyscy muszą się wpakować w kolejne tarapaty!

Magdalena Kubasiewicz, Czarodziejka z ulicy Grodzkiej, wyd. SQN, Kraków 2024.